środa, 17 stycznia 2018

RECENZJA: Kształt Wody (2017)

Czy dorośli mogą wierzyć w bajki? Czy na świecie istnieje prawdziwa, szczera i głęboka miłość? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa, lecz z pomocą przychodzi właśnie najnowszy film Guillermo del Toro. Kształt wody to produkcja ambitna, doskonale zrealizowana, a co najważniejsze ukazująca magię kina w sposób, który przemawia do mnie najlepiej.

Ciężko napisać cokolwiek o tym filmie, nie zdradzając zbyt wiele z jego treści. I choć sama historia jest niezwykle prosta, samo jej sedno leży w nadanym jej ostatecznym kształcie. To właśnie za sprawą indywidualizmu reżysera i scenarzysty (Guillermo del Toro) całe to przedsięwzięcie uzyskuje tak wyraźny charakter, przemawiając do widza w przejrzysty i emocjonalny sposób.

Akcja Kształtu wody osadzona została w Baltimore, w czasach zimnej wojny z początków lat 60-tych ubiegłego wieku. To tu poznajemy naszą główną bohaterkę, Elisę. Kobieta pracuje jako sprzątaczka w tajnym rządowym ośrodku laboratoryjnym. Wiedzie proste, poukładane życie, a każdy jej dzień wygląda dokładnie tak samo. Troski codzienności pomaga jej przezwyciężyć koleżanka z pracy oraz starszy sąsiad. Dla bohaterki filmu wszystko zmienia się w chwili, gdy w jednym z pomieszczeń ośrodka odkrywa istnienie pewnego niezwykłego, biologicznego obiektu. Szczerość i empatia Elisy pozwalają jej nawiązać szczególną nić porozumienia z przedziwną, całkowicie odmienną istotą.

Bajkowa forma opowiadanej historii jest widoczna podczas trwania całego filmu. Już słowa narratora (sąsiad Elisy, Giles) wprowadzają widza w ten specyficzny, nieco odrealniony klimat. Co ciekawe, osadzenie akcji w oddalonej o ponad pięćdziesiąt lat rzeczywistości dodatkowo pogłębia to wrażenie. Jednocześnie jest to film bardzo prawdziwy. Oprócz świetnie nakreślonych bohaterów doskonale działają tu również elementy scenografii, stroje oraz inne elementy otoczenia.

Kształt wody to oczywiście film o miłości (o tym za chwilę), ale w moim odczuciu stał się też specyficzną opowieścią o poszukiwaniu szczęścia. Wypatrują go podświadomie wszyscy ważni dla fabuły bohaterowie.
Elisa (Sally Hakins), która jest niema od dzieciństwa, pragnie bliskości oraz bycia akceptowaną taką, jaka jest. Zagubiony w życiu osobistym i zawodowym Giles (Richard Jenkins) spędza dni zatraciwszy się w próbach powrotu do pracy. Mężczyzna zagłusza swoją samotność próbując znaleźć nić uczucia w pobliskim barze. Koleżanka Elisy, Zelda (Octavia Spencer) pełni rolę jej nadopiekuńczej przewodniczki, lecz sama od lat tkwi w nieszczęśliwym, bezwartościowym związku. Nawet główny antagonista obrazu, Richard Strickland (Michael Shannon) tłumi swe pragnienia głęboko, pozwalając aby presja zawodowego otocznia zamknęła mu oczy na szczerość i otwarcie wobec innych.

Jak można się domyślić, owo poszukiwanie szczęścia splata ze sobą wszystkie postacie, prowadząc je do jakże oczekiwanego finału. Tu okaże się ostatecznie, czy ich wzajemne oddziaływanie pozwoli na wyzwolenie się z matni codziennej szarości i marazmu.

Kluczowym elementem jest tu jednak sama istota z laboratorium. To postać ważna dla ukazania uczuć i historii głównej bohaterki, jednak łączy ze sobą wszystkie części filmu. Wzajemne relacje bohaterów, dramatyczne wydarzenia, tajemnica ośrodka czy siły obcego wywiadu próbujące zagarnąć dla siebie cenny eksponat - wszystko to dzieje się i rozwija za sprawą nieznanej formy życia.

Wspaniały popis talentów dali w Kształcie wody wszyscy główni aktorzy. Często zdarza mi się oglądać filmy, w których postacie są odtworzone dość zwyczajnie, przez co czuję, że nie są prawdziwymi bohaterami z krwi i kości. Tu sprawa ma się zupełnie inaczej. Szczerość i wewnętrzne ciepło wręcz biją z ekranu. Dzięki temu identyfikowałem się z nimi wszystkimi, a wszelkie porażki, sukcesy i zmartwienia odbierałem bardzo osobiście.

Dużą wpływ na odbiór produkcji ma humor. Nie slapstickowy, czy wymuszony za sprawą głupkowatych gagów. Tu śmiech wywołują typowe ludzkie działania oraz reakcje. Prym wiedzie postać Zeldy, jest ona czymś w rodzaju środka łagodzącego troski reszty bohaterów.
Wszystkie żarty są zwyczajne, codzienne, a co najważniejsze bardzo życiowe. To pozytywnie wpływa na ich odbiór oraz pogłębia charaktery postaci.

Najważniejsza w Kształcie wody jest jednak historia o miłości. Co można stwierdzić już po samym plakacie, film niesie ze sobą skojarzenia z opowieścią o Pięknej i bestii.
Mamy tu do czynienia z miłością niemożliwą, taką, która nigdy nie będzie mogła znaleźć swego spełnienia. Niestety, Elisie oraz jej niecodziennemu wybrankowi nie jest pisane być razem ze względu na liczne niesprzyjające okoliczności. Ich wspólny los został przypieczętowany w chwili, w której oboje wyciągnęli do siebie ręce.
W filmie i literaturze występuje ogrom podobnych do tej historii przykładów. Film bynajmniej nie unika tych skojarzeń. Guillermo del Toro bawi się archetypami w bardzo kreatywny sposób, podając nam na tacy dobrze znane danie, lecz o zupełnie innym smaku.

Choć finał historii jest w pewien sposób oczywisty, reżyser zafundował nam go w iście poetycki sposób. W zakończeniu wybrzmiewa cały sens tej baśni o miłości, jej sedno i krzepiąca nuta. To coś, co każdy musi przeżyć sam. Żadne słowa nie oddadzą tego tak dobrze jak obraz.

Dla mnie Kształt wody to niecodzienny film o prostych, dobrze znanych nam sprawach. O uczuciach, samotności, potrzebie akceptacji, zrozumieniu i celu. O pokonywaniu przeszkód oraz wykorzystaniu każdej chwili, aby być prawdziwą wersją siebie. To też opowieść o człowieczeństwie, ukazanym w kontraście do uczuć ulokowanych w obcej istocie. Dopiero za sprawą tej wizji widać jak bardzo jest nam to potrzebne i jak bez tego życie traci swój sens.
Sądzę, że warto poświęcić temu więcej uwagi, niż te dwie godziny spędzone w kinie.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tom 2 - Klasyczne Opowieści 2

Drugi tom Kolekcji Komiksów Star Wars przynosi kontynuację serii rozpoczętej w premierowym wydaniu. To oczywiście najstarsze obrazkowe opowieści ze świata Gwiezdnych Wojen, zebrane pod wspólnym tytułem A Long Time Ago.
Ich cechą charakterystyczną jest to, że powstawały w czasach, kiedy po sukcesie filmu z 1977 roku nikt jeszcze dokładnie nie wiedział jak potoczy się historia tego uniwersum. Sprawiło to, że wiele pomysłów w nich zaprezentowanych nijak ma się do treści sagi znanej nam dziś, a sam świat sprawia wrażenie nieco innego, niż ten rozpoznawany w późniejszych komiksach.
Właśnie z tego powodu A Long Time Ago dość szybko uznane zostało za niekanoniczne, a po przejęciu praw do serii przez Disney'a zepchnięto je jeszcze dalej w hierarchii mitologii świata.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie warto znać tych historii!
Jak pisałem już w recenzji pierwszego tomu kolekcji, jest to szansa na zapoznanie się z dorobkiem cyklu w jego pierwotnej, a do tego całkiem udanej formie. Nie wszystko wypada tu idealnie, ale jeśli nie będziemy traktowali tematu zbyt zasadniczo, obrazkowa opowieść szybko okaże się całkiem sympatyczną rozrywką.

W drugim tomie kolekcji znalazło się jedenaście zeszytów, w tworzeniu których po R. Thomasie i H. Haykinie pałeczkę przejęli Archie Goodwin (scenariusz) oraz Carmine Infantino i Terry Austin (rysunki). Ich prace są bezpośrednią kontynuacją wątków zapoczątkowanych w tomie pierwszym.

W tej odsłonie Klasycznych Opowieści znajdziemy trzy przeplatające się ze sobą historie. Wraz z Lukiem, Leią, Hanem i Chewbaccą stoczymy niesamowitą potyczkę na wodnej planecie w układzie Drexel, poznamy droida pałającego chęcią zemsty na młodym Jedi, a także odwiedzimy największą siedzibę hazardu w Galaktyce. Tu też zobaczymy jakimi metodami posługiwało się Imperium, aby zagrozić rosnącemu znaczeniu Rebelii oraz jak wysoko postawione osobistości wykorzystywały swoją pozycję, za pomocą intryg i spisków osiągając upragniony cel.
Niezliczone przygody, barwne postacie i wciągający scenariusz to niewątpliwe atuty tej nieco archaicznej, choć nadal mającej sporo uroku opowieści.

To co najbardziej ujmuje mnie w tej historii, to tak charakterystyczny dla Gwiezdnych Wojen duch przygody oraz bardzo wyraziste postacie. I to nie tylko te pierwszoplanowe, bowiem A. Goodwin umie powołać do życia również świetnych arcyłotrów.
A tych znajdziemy w komiksie całą masę. Wredny i nieustępliwy gubernator Quarg z ogromnych statków-miast, podstępny senator Greyshade, planujący zyski Koła bez względu na okoliczności, czy imperialny generał Strom, ślepo zapatrzony w służbę dla swej organizacji. Jest też oczywiście Darth Vader, jednak jego postać pełni w tej części historii rolę dość marginalną. Na większy udział Lorda Sith trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać.

Pewnymi minusami tej opowieści jest bez wątpienia niespójność z jakimkolwiek kanonem oraz pewna archaiczność komiksu. Jak już jednak wspominałem, przy odrobinie dobrej woli można jednak przymknąć na to oko i zwyczajnie bawić się tą historią. Tym bardziej, że dzieje się tu naprawdę wiele, a czytelnik nie dostaje praktycznie chwili na oddech.

Z interesujących smaczków wymieniłbym ten, w którym jeden z oficerów imperialnych zwraca się do Vadera per "drogi chłopcze". Oczywiście, Sith nie pozostaje mu dłużny, a wkrótce i tak go zabija, jednak sam fakt takiej rozmowy jest dość komiczny. Dziś dobrze wiemy, że jedyną osobą która pozwoliłaby sobie na pewną bezceremonialność w stosunku do mrocznego Lorda był (oprócz Imperatora) Wielki Moff Tarkin. To jego Anakin darzył wielkim podziwem jeszcze za czasów Wojen Klonów.

Rysunki Infantino i Austina robią dobre wrażenie, jednak czasem brak im pewnej konsekwencji. Zdarza się, że bohaterowie są rysowani na poszczególnych kadrach nieco inaczej niż na poprzednich.
Na pewno należy pochwalić dobre oddanie dynamiki ruchu postaci oraz sporą szczegółowość ilustracji na większych planszach.

Jeśli uwielbiacie Gwiezdne Wojny, tom drugi Kolekcji Komiksów Star Wars jest tytułem, który na pewno warto włączyć do swojej biblioteczki. Po przełknięciu archaicznych niuansów, jako nagrodę otrzymacie wciągającą, napakowaną akcją historię ze swoimi ukochanymi bohaterami.
Właśnie dlatego, a także dla samej ciekawości tematu można śmiało sięgnąć po tą pozycję.


Za udostępnienie tomu kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


niedziela, 14 stycznia 2018

Lego Elves 2018

W 2018 roku Lego nie zapomniało o serii stworzonej specjalnie dla najmłodszych wielbicielek fantastki - Lego Elves. Jakiś czas temu pisałem o tej niezwykle barwnej kolekcji, przybliżając jej mitologię, a także typując swoje ulubione zestawy.

Co tym razem wydarzyło się w krainie Azari, Ferrana, Airy i Naidy? Co ponownie spotka Emily i Sophie Jones, dwie dziewczynki z naszego świata? Czy warto ponownie zainteresować się tą kolekcją zabawek?
Pozwólcie, że wprowadzę Was w najnowszą historię.


Czy zastanawialiście się kiedyś skąd pochodzi magia krainy Elvendale? Otóż istnieje ona za sprawą czterech niezwykłych istot: lwa ognia, lisa ziemi, wodnego żółwia oraz smoka powietrza. To one są jej podstawowym źródłem, a Elfy pełnią rolę ich wiernych strażników.
Niestety, jak to często bywa, niebezpieczeństwo pozostaje przyczajone w mroku. W bajkowej krainie nikt nawet nie przeczuwa, że zwierzęta żywiołów wkrótce staną się celem polowania pradawnego zła. 

Na ich moc czyha bowiem Noctura, mroczna wiedźma z Krainy Cienia, miejsca do tej pory ukrytego przed Elvendale. Do tego mrocznego świata dostać się można wyłącznie za pomocą tajemniczego portalu.
Przez ostatnie tysiąc lat Noctura cierpliwie knuła swoją zemstę, lecz teraz z pomocą swych złośliwych nietoperzych sług postanowiła dopaść i zniewolić wszystkie stworzenia żywiołów. Elfy próbowały z nią walczyć, lecz wiedźma podstępnie odebrała im moce. Od tej pory Elvendale stało się mrocznym, a co gorsza pozbawionym magii miejscem. 

Na szczęście Emily, Azari i reszcie przyjaciół udało się odnaleźć Lumię, tajemniczą Strażniczkę Światła. Jest ona jednym z najpotężniejszych Elfów. Lumia poprowadziła naszych bohaterów przez mroczny portal do Krainy Cienia, aby stoczyć najcięższą bitwę jaka kiedykolwiek miała miejsce. 
Czy uda im się ocalić zwierzęta i przywrócić magię do Elvendale bez względu na koszty?...
No cóż, teraz wszystko zależy od Waszej wyobraźni!


Wraz z tą niesamowitą historią idą w parze nowe zestawy, które w sklepach pojawią się już na wiosnę. Zobaczcie, czego już niedługo będą pragnąć wszystkie dziewczynki (i nie tylko) zakochane w dobrych, kreatywnych historiach fantasy.

piątek, 12 stycznia 2018

Black Canary od Sideshow Collectibles

Sideshow Collectibles przygotowało kolejną niespodziankę dla fanów bohaterek DC Comics. Tym razem na Wasze półki może trafić dziewczyna Green Arrowa, czyli Black Canary.


Figurka Black Canary ukazała się w serii Premium Format Figure. Jest to edycja limitowana, ponieważ nakład ograniczono do 1500 sztuk.

Za projekt postaci odpowiedzialność wzięli Ian MacDonald, Stanley "Artgerm" Lau, Kris Anka i Zac Roane, natomiast rzeźbą zajęli się Pablo Viggiano oraz Dan Ulrich.

Statuetka Dinah Lance (prawdziwa tożsamość Canary) ma 53 cm wysokości, a jej koszt wynosi 450 $. Możecie już kupować ją na stronie producenta.




Jeśli zainteresowała Was Black Canary, zobaczcie jak prezentuje się w towarzystwie innych figurek z tej serii. Na zdjęciu poniżej możecie podziwiać Huntress, Batgirl, Supergirl, Zatannę i Power Girl.  


czwartek, 11 stycznia 2018

środa, 10 stycznia 2018

RECENZJA: Wonder Woman, tom 1 - Kłamstwa (DC Odrodzenie)

Wonder Woman to obok Supermana i Batmana najważniejsza postać z panteonu sław DC Comics. Od ponad siedmiu dekad wzbudza nasz szacunek, podziw i zdumienie. Jest też jedyną tak dobrze rozpoznawalną superbohateką w zdominowanym przez mężczyzn, komiksowym świecie mocarzy.

DC Odrodzenie (Rebirth) dało okazję opowiedzenia historii wielu postaci w sposób zrozumiały nawet dla początkujących fanów.
Dla mnie był to wyraźny sygnał, że wreszcie historie Wonder Woman będą pisane tak jak lubię. Niestety, przygody amazonki w serii New 52 zupełnie do mnie nie przemówiły, ucieszyłem się więc, że kontrolę nad serią przejmie znów Greg Rucka, znany z najlepszych scenariuszy do tego cyklu.

W świecie Diany z Temiskiry coś zaczyna się psuć. Bohaterka traci pewność czy konkretne wydarzenia z jej życia miały miejsce w rzeczywistości, czy są tylko wytworem nieznanych, przedziwnych sił. Aby dowiedzieć się prawdy, postanawia odnaleźć swoją dawną przyjaciółkę. Wojowniczka nawet nie podejrzewa, że wyprawa ponownie zwiąże ją ze Stevem Trevorem, który został wysłany z małym oddziałem w niebezpieczną misję. Wkrótce los ukaże Dianie pozostałe części układanki, które poprowadzą ją ku obaleniu wszelkich kłamstw...

Przyznam, że Kłamstwa to komiks o Wonder Woman jaki od dawna chciałem przeczytać. Dostałem tu wszystko to co lubię w dobrych opowieściach przygodowych, a jednocześnie cała fabuła jest bardzo daleka od standardowej historii o superbohaterach.
Po sumiennym wprowadzeniu w sytuację bohaterki, akcja przenosi się w egzotyczne rejony afrykańskiej Bwundy. Wątki komiksu nieustannie mieszają się z tajemnicą otaczającą główną bohaterkę, a pradawna magia wzbogaca smak nieznanego.


Mamy tu wszystko co sprawia, że czyta się ten tom z prawdziwą przyjemnością. Wonder Woman jest postacią zdeterminowaną i pewną swego, choć wszystko w jej życiu wskazuje na to, że już dawno powinna się załamać. Wie o jaką stawkę toczy się gra, mądrze wybierając kolejne kroki i sojuszników. To bohaterka, której chce się kibicować, bo choć popełnia błędy, to uparcie wierzy w swoją rolę w tym świecie.
Doskonale zarysowano krótkotrwały rozkwit jej związku z Trevorem. Pomimo tego, że oczywistym staje się jego rychłe zakończenie, sceny dawnej pary wywołują przyjemne ciepło w sercu.

Greg Rucka umie tworzyć realne, żywe postacie, których losy są nam bliskie, mimo, że z założenia w ogóle nie powinny nas angażować. To jedna z jego wielu zdolności, bowiem w Kłamstwach ciekawi wydają się również bohaterowie drugoplanowi, tacy jak Etta Candy czy doktor Barbara Ann.

Świetnie wypada tu również odpowiednie podzielenie całej historii, która w oryginale rozgrywała się w 25-ciu wydawanych w USA zeszytach. Wychodziły one naprzemiennie, ukazując całą historię w dwóch fazach: od środka do finału oraz od początku do półmetka. Dzięki temu skutek przeplatał się z przyczyną, a czytelnicy mogli dość nietypowo poznawać wszystkie elementy fabularnej układanki. Nie inaczej jest w przypadku tomików zbiorczych.


Rysunki Liama Sharpa są doskonałe, choć ja widzę w jego pracach pewien istotny mankament. O ile tworzone przez artystę zbliżenia pokazują najdrobniejsze detale postaci oraz ich otoczenia, to kadry, w których bohaterowie są mniejsi, wychodzą mu zupełnie bez wyrazu. Doprowadza to do tego, że ich mimika jest kompletnie niewyraźna lub wyraża sprzeczne emocje.

Kłamstwa są komiksem, który ucieszy sympatyków tajemniczych historii przygodowych, w których na pierwszy plan wysuwa się akcja i tajemnica. To doskonale skrojona, wielowątkowa opowieść, w której bohaterowie są tak samo ważni jak zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach fabuła.
Zawiodą się na nim jedynie ci, którzy oczekują krótszych treści i dużo szybszych odpowiedzi. Jeśli jednak macie czas aby zagłębić się w pełen niedopowiedzeń i emocji komiks o Wonder Woman, jesteście w dobrym miejscu. To wydawnictwo z pewnością Was nie oszuka.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


niedziela, 7 stycznia 2018

RECENZJA: Życie i Czasy Sknerusa McKwacza (Don Rosa)

Jakoś zawsze omijały mnie komiksy Disney'a. Kiedy w drugiej połowie lat 90-tych na polskim rynku nastąpił krach komiksowy, oprócz Asterixa i stopniowo dogorywającego TM-Semic, dostępne były tylko ich tytuły. Kaczor Donald i wszelkiego rodzaju Giganty licznie zalegały na kioskowych półkach, niestety ja byłem już na nie za stary. 
Moja pasja do Myszki Miki i Kaczogrodu skończyła się wraz z latami 80-tymi, kiedy jedyne dostępne tytuły pochodziły z Niemiec, a można je było zdobyć wyłącznie na jarmarkach i giełdach (kto jeszcze pamięta bazar na stadionie Skry w W-wie?).

Dlatego też historia Sknerusa McKwacza skutecznie mnie obeszła (podobnie jak dedykowany jej serial animowany) i pomimo dochodzących mnie głosów o jej niezłej jakości, jakoś nigdy nie miałem okazji przekonać się do zgłębienia tematu.
Oczywiście, błoga nieświadomość musi się kiedyś skończyć, nadszedł więc czas, aby nawet taki ignorant jak ja, wreszcie stanął na progu wielkiego skarbca najbogatszego kaczora na świecie. Tym bardziej, że to postać z założenia zmyślona, czyli ogólnie fantastyczna.

Okazja do poznania pracy Dona Rosy nadarzyła się właśnie teraz, ponieważ z okazji 70-tej rocznicy powstania postaci Sknerusa, Egmont wznowił komiksową opowieść o jego niezliczonych przygodach oraz usianej trudami drodze do bogactwa.

I napiszę Wam od razu, że to imponujące dzieło (ponad 440 stron!) jest absolutnie warte poznania!
To nie tylko świetna historia naładowana przygodami, intrygami i bajecznie kolorowymi postaciami. Oprócz tego, Życie i czasy Sknerusa McKwacza zaskakują niesamowitym humorem (często rozgrywającym się na drugim planie) oraz świetną budową psychologiczną tytułowego bohatera. Dzieje się tu więc dużo i często, a całość czyta się naprawdę szybko i niezwykle przyjemnie.


I tu w zasadzie mógłbym zakończyć moją recenzję, jednak pragnę zwrócić Waszą uwagę na dwa dość istotne fakty, które dostrzegłem podczas lektury.

Po pierwsze, godna odnotowania jest ciężka praca, jaką włożył Don Rosa w powstanie tego albumu. Opierając się na legendarnych komiksach Carla Barksa rozbudował, a niejednokrotnie napisał na nowo wątki, które w komiksach dawnego mistrza zostały jedynie zasygnalizowane. Autor wyjaśnia to szczegółowo we wstępach do wszystkich głównych dwunastu historii, a także kilku rozdziałów dodatkowych. 
Ta mozolna, ale też dająca rysownikowi wiele frajdy praca, zaowocowała niesamowitą spójnością z wcześniej przedstawionymi faktami. To również dzięki niej w przygodach Sknerusa pojawia się tak wiele miejsc i postaci historycznych (jak choćby Theodore Roosevelt, Samuel Benfield Steele czy Buffalo Bill). Co ciekawe, ani trochę nie kłóci się to ze specyficznym stylem opowieści, a wręcz dodaje mu niepowtarzalnego charakteru i uroku.


Niestety, istnieje też spory mankament nowego wydania. Jest nim tłumaczenie. I to właśnie druga sprawa, którą muszę tutaj poruszyć.

O ile wszystkie dialogi w dymkach, czcionka i inne tego typu elementy grają jak należy, wiele do życzenia pozostawia tłumaczenie wszelkich napisów (na budynkach, w gazetach czy ogłoszeniach), a także większość wyrazów dźwiękonaśladowczych. 
Problem jest taki, że znacznej większości z nich zwyczajnie nie przetłumaczono. Oczywiście, żyjemy w czasach kiedy język angielski jest znany dobrze nawet sześciolatkom, jednak produkt oddawany w ręce polskiego czytelnika nie powinien zawierać takich niedoróbek. Tym bardziej, że znaczna część nieprzetłumaczonych napisów współtworzy fabułę komiksu, wzbogacając akcję oraz (co najważniejsze) nieraz będąc głównym elementem żartów. 
Strasznie to wszystko razi i nawet rozumiejąc, że materiału było dużo, nic nie tłumaczy redakcji z tak niedbale wykonanej pracy. Jej efekty widać nawet na zamieszczonych tu planszach przykładowych.


Próbując pominąć ten naprawdę wielki zgrzyt, Życie i czasy Sknerusa McKwacza to świetny, wielce zabawny komiks przygodowy. Pokazuje drogę (znanej nawet takim malkontentom jak ja) postaci, która zyskuje ciekawą osobowość, głębię a nawet drugie dno. Pozostaje przy tym tak ciekawa, jak jest to tylko możliwe w przypadku kaczora z gwiazdozbioru Disney'a.

Don Rosa, rysując przygody Sknerusa w latach 1992-93 odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Zadbał o wielowątkowość i niepowtarzalność historii oraz mnogość najróżniejszych, dobrze wykreowanych postaci głównych czy drugoplanowych. Co jednak najważniejsze, tchnął w swe dzieło dużo życiowej mądrości oraz realizmu, o jakie nigdy nie posądziłbym komiksów tworzonych w podobnej stylistyce.

Gdy zdarzy się, że wpadnie Wam w ręce opisywany powyżej tom, nie wahajcie się ani chwili. Jeśli cenicie wyżej wymienione elementy, nie zawiedziecie się nim ani trochę. Nawet w przypadku, kiedy rodzime tłumaczenie pozostawia sporo do życzenia. Na szczęście pojedynek ten wygrywa sama opowiedziana tu historia.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


piątek, 5 stycznia 2018

Fraglesy od Funko Pop!

Pamiętacie serial Fraglesy? Dla mnie i moich rówieśników w czasach szkoły podstawowej był to obok Muppetów najfajniejszy serial komediowy (jeszcze zanim pojawił się Alf).
Niesamowita wyobraźnia i talent Jima Hensona stworzyły niezapomnianą opowieść o krainie znajdującej się tuż obok naszego świata, choć tak od niego odmiennej.


Gobo, Mokey, Red, Wembley, Boober, Sprocket czy rodzina obleśnych Gorgów - ta ferajna co tydzień przyciągała przed TV wszystkie dzieciaki z podwórka.
Zaśmiewaliśmy się z przepowiedni Wiedźmy Ple-Ple, zachwycaliśmy pracowitością malutkich Duzersów, z utęsknieniem czekaliśmy na kolejną pocztówkę od wujka Matta. Nuciliśmy piosenki śpiewane przez wszystkich bohaterów i często spoglądaliśmy w szpary pod schodami i szafkami, sprawdzając czy czasem nie skrywają kolorowego, bajkowego świata.

Aby ucieszyć oddanych fanów tej produkowanej w latach 1983-87 serii (w tym roku mija 35 lat!), firma Funko wypuściła figurki najbardziej rozpoznawalnych bohaterów.
Jak Wam się podobają? Chyba udało się idealnie połączyć charakterystyczny styl serialu z unikalną formułą Funko, prawda?



środa, 3 stycznia 2018

RECENZJA: Harley Quinn, tom 1 - Umrzeć ze Śmiechem (DC Odrodzenie)

Harley Quinn to taka postać, którą się lubi albo nienawidzi. Na szczęście wśród fanów komiksów  przeważa ta pierwsza grupa, ponieważ przygody panny Quinzel śledzimy w najróżniejszych mediach już od ponad 25-ciu lat. Ostatnimi czasy ześwirowana psycholog i dawna dziewczyna Jokera przeżywa jednak drugą młodość, a to głównie za sprawą komiksów autorstwa Amandy Conner i Jimmiego Palmiottiego (film o Legionie Samobójców, pomimo świetnej roli Margot Robbie taktownie pominę).
 
DC Odrodzenie przyniosło nam dalsze przygody Harley, rozpoczęte i z przytupem kontynuowane w serii New 52 (Nowe DC Comics).
Tym z Was, którzy niekoniecznie śledzą komiksowe poczynania bohaterki przypomnę, że Harley nie zajmuje się już sianiem chaosu w Gotham. Teraz, jako (prawie) grzeczna dziewczynka pełni funkcję dumnej właścicielki odziedziczonej kamienicy na  Coney Island w Brooklynie. Swój czas dzieli pomiędzy pracą w domu opieki, wsparciem własnej drużyny mścicielek i zawodami na wrotkarskim ringu walki.
 
Oczywiście HQ nie byłaby sobą, gdyby każda rzecz jakiej się podejmie nie skończyła się totalnym zamieszaniem, rozróbą i ogólną katastrofą. Lecz na tym właśnie polega jej urok. To, oraz bardzo specyficzny humor (często dosadny czy wręcz niesmaczny) czyni serię czymś bardzo unikalnym na ogólnoświatowym rynku komiksów. Oczywiście, trzeba też lubić takie klimaty.
Mnie ujmują w niej przede wszystkim szalone pomysły pary autorów, które balansują pomiędzy łamaniem praw fizyki oraz dobrego gustu. Na szczęście jestem w tej grupie, której taki rodzaj abstrakcji sprawia wiele frajdy, mocno zapadając w pamięć.

 
W Umrzeć ze Śmiechem Harley czekają trzy przygody.
Pierwsza zmusi ją do obrony swej dzielnicy i przyjaciół przed niespodziewaną plagą zombie. No cóż, czasami tak bywa, gdy  beztroscy mieszkańcy  spożyją hot-dogi z parówek, które zawierały ciało zmielonego kosmity. Nasza Świrunia będzie miała okazję wyżyć się fizycznie, ale też uratować jednego ze swych nowych znajomych - Red Toola, wystrzeliwując go ze sratapulty w kierunku pobliskiego szpitala.
 
W drugiej historii Harley wraz z członkinią swego gangu uda się do Bombaju, gdzie zmierzy się z niebezpiecznym robotem oraz zakończy działalność zarządzanego przez mafię call center.
 
Lecz to wszystko nic, bo dopiero finałowa historyjka to prawdziwy rock'n'roll!
Aby zemścić się za śmierć swego ulubionego listonosza, HQ wraz z grupą swych oddanych przyjaciół (Wielki Tony, Jajko i Red Tool) podejmie próbę zdemaskowania grupy przestępców tworzących punkrockowy zespół. Sprawa jest poważna, bowiem w działania grupy zamieszany jest syn senatora. Szykująca się do muzycznej jazdy po bandzie Harley nawet nie przeczuwa, że jej sprytny plan zakłóci misterne działania pewnej nieprzyjemnej postaci z Gotham...

 
Rysunkami w Umrzeć ze Śmiechem zajęli się Chad Hardin, John Timms i Joseph M. Linsner. Ostatni z nich tworzy jednak zbyt szablonowe grafiki, które nijak mają się do klimatu przygód tytułowej bohaterki. Na szczęście dwaj pozostali artyści po raz kolejny stanęli na wysokości zadania, zapewniając wizualny przesyt i zabawę, absolutnie niezbędne w przypadku powyższego tytułu.
 
Pierwszy tom Harley jest świetną okazją do zapoznania się z jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci świata DC. Jeśli wcześniej tego nie zrobiliście, możecie śmiało sięgać po ten komiks, bo pomimo wydanych już sześciu tomów w ramach  New 52, fabuła nie wymaga ich znajomości. Pierwszy rozdział sprawnie wprowadzi Was w akcję,  po czym będziecie mogli  bez przeszkód odbyć dalszą część tej zwariowanej podróży.
 
Jeśli lubicie przygody Świruni, do Umrzeć ze Śmiechem nie trzeba Was będzie zachęcać. Natomiast ci, którym do gustu nie przypadły te historie, niech omijają komiks z daleka. Czytanie go sprawi, że będziecie śmiać się z najgłupszych rzeczy na świecie, a  to  mogłoby  brutalnie  zniszczyć  Wasze poukładane życie sprawiając, że w tak bezpretensjonalny sposób stracicie cenny czas. ;-)
 
 
Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

 

poniedziałek, 1 stycznia 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tom 1 - Klasyczne Opowieści 1

Komiksy z serii Gwiezdne Wojny zawsze były nieodłączną częścią rozszerzonego  filmowego uniwersum. To, czego nie udało się pokazać na ekranie, z powodzeniem prezentowano w zapierających dech w piersiach, kolorowych historiach. Przez kilka dekad niezliczone ilości obrazkowych opowieści z serii Star Wars zdążyły wykreować niezwykle rozległy i bogaty świat, w znaczny sposób wspierający uniwersum sagi wszechczasów.

Niestety, sprawa zaczęła wyglądać zupełnie inaczej kilka lat temu, kiedy Disney wykupił wszelkie prawa do Lucasfilmu. Od tamtej chwili wszystko to, co napisano w książkach i komiksach zaczęto oficjalnie uznawać za Legendy,  wyłączając je z tzw. kanonu, który poprzez nowe publikacje zaczęto tworzyć od nowa.
Na szczęście powyższa sytuacja w żaden sposób nie umniejsza wartości rozrywkowej komiksów, oddanych przez te wszystkie lata w ręce czytelników. I tu właśnie pojawia się szansa dla nowej serii, którą na polskim rynku proponuje DeAgostini.

Komiksy Star Wars Kolekcja to zbiór wielu najciekawszych i najważniejszych (przynajmniej z założenia) opowieści obrazkowych z gwiezdno-wojennej galaktyki. Na razie nie podano oficjalnej informacji jakie dokładnie historie się w niej ukażą, jednak wydawca zapewnia, że znajdą się w niej prawie wszystkie znaczące tytuły. Zapewne nie unikniemy też wielu powtórzeń, ponieważ obrazkowe historie Star Wars ukazują się w naszym kraju już od wielu lat.

Na pierwszy rzut w nowej serii idą historie wydawane od 1977 roku (czyli od tej samej chwili, gdy filmowa Nowa Nadzieja szturmem zdobyła kina na całym świecie), zebrane pod wspólnym tytułem A Long Time Ago.  Komiksy z tej serii wydawane były równolegle do powstających ówcześnie filmów. Ich akcja dzieje się pomiędzy epizodami IV-VI, a także nieco później.

Pierwszy tomik kolekcji zbiera jedenaście standardowych zeszytów, opowiadających to, co znamy już z IV epizodu sagi, oraz przygody dziejące się bezpośrednio po nim. Za scenariusz tych opowieści w większej części odpowiada Roy Thomas, a rysunki do poszczególnych zeszytów wykonali Howard Chaykin, Steve Leialhoa i Tom Palmer.

Z pewnością najważniejsze pytanie, jakie stawiają przed sobą fani Gwiezdnych Wojen dotyczy tego, jak działa dziś ta opowiedziana ponad czterdzieści lat temu historia? 
No cóż, na pewno czuć upływ czasu, wyrażony w stylu narracji, dialogów czy nawet samych ilustracji, jednak mogę Was  nieco uspokoić. Pierwszy tom KSWK czyta się naprawdę dobrze. Oczywiście, już na pierwszy rzut oka widać szmat czasu oddzielający go od współczesnych historii Star Wars (i nie tylko), jednak fabuła, narracja i dynamika rysunków nie są aż tak archaiczne, jak w przypadku komiksów z lat 50-tych ubiegłego wieku.

Co najważniejsze, dostajemy tu przygody rozgrywające się bezpośrednio po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci. Oczywiście, ten fragment historii uniwersum był niejednokrotnie eksplorowany przez różne media, jednak warto zapoznać się z wersją prezentowaną przez Thomasa.

Luke i Leia poszukują nowej planety, która posłuży Rebelii jako schronienie, a Han z Chewiem ruszają aby spłacić dług zaciągnięty u gangstera Jabby (swoją drogą warto też zobaczyć, jak rysowany był w tamtych czasach słynny Hutt - oddani fani widzą, że jego pierwotna, znacznie różniąca się od ostatecznej wersja nie znalazła się w pierwszej wersji filmowej Nowej Nadziei). 
Wyprawa ta przysporzy im wielu kłopotów, lecz chyba najciekawszym fragmentem jest ten, który opowiada o misji, jaką bohaterowie podjęli na planecie Aduba-3. Nie zdradzę dokładnie o co chodzi, ale wszelkie skojarzenia z legendą Siedmiu Wspaniałych (lub Siedmiu Samurajów) są jak najbardziej na miejscu (tu znów prezentowany jest ukłon w stronę A. Kurosawy, którego twórczością inspirował się Lucas tworząc gwiezdną sagę).
Sporo zaskakujących pomysłów, nieszablonowych postaci i duża dawka humoru, to niewątpliwe plusy tej części historii.


Warto też zauważyć, że w pierwszym tomie znalazło się sporo interesujących smaczków, wynikających z czasów powstania komiksu (kiedy jeszcze nikt nie wiedział konkretnie, jak potoczą się dalsze filmowe przygody bohaterów). Wymieniona przeze mnie postać Jabby jest jednym z nich, ale warto też zwrócić uwagę na rysunek (strona 13), na którym Vader przymierza się do picia (!) jakiegoś napoju z kubka przyciągniętego Mocą.

Pierwszy tom Kolekcji Komiksów Star Wars jest ogólnie pozycją godną polecenia. Fani, których nie znudziła jeszcze powtarzana w kółko historia z Nowej Nadziei, po raz kolejny uraczeni zostaną nową (starą) wersją tej opowieści. Czytelnicy, którzy spragnieni są nowych przygód ulubionych postaci, dostaną solidną porcję naprawdę zakręconych wydarzeń. A wszystko to okraszone utrzymanymi w dawnym stylu, choć nie mniej dynamicznymi od współczesnych rysunkami.
Sądzę, że już sama możliwość spojrzenia na to, jak przed czterema dekadami kształtowana była fabuła serii jest warte zajrzenia do tej kolekcji. Choć należy zaznaczyć, że to raczej lektura przeznaczona dla wieloletnich fanów. Oni zrozumieją i docenią jej wartość najlepiej.






















Za udostępnienie tomu kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


piątek, 29 grudnia 2017

czwartek, 28 grudnia 2017

Filmowe podsumowanie 2017 roku

Mijający rok, podobnie jak poprzednie lata, dostarczył nam wielu fantastyczno-filmowych emocji. Oglądaliśmy produkcje świetne, żenująco słabe oraz te, na których bawiliśmy się w miarę poprawnie, lecz za jakiś czas i tak nie będziemy już o nich pamiętać.

 
Przyznam, że niespecjalnie przepadam za wszelkimi zestawieniami, podsumowaniami czy rankingami, szufladkującymi mijający czas w najróżniejszych kategoriach.  Mimo wszystko, aby wyjść naprzeciw Waszym oczekiwaniom, a jednocześnie pozostać wiernym subiektywnym założeniom tego bloga,  kilkanaście dni temu zorganizowałem na naszym facebook'owym profilu małą zabawę.
Składały się na nią cztery ankiety, z czego każda dotyczyła innej, filmowej kategorii. Można w nich było zaznaczać jedną z dwóch, zaproponowanych przeze mnie opcji. Oczywiście taką, z którą najbardziej się zgadzaliście.
 
Czas minął, eksperyment zakończył się sukcesem i teraz, w świetle mijającego 2017 roku, wreszcie mogę przedstawić oficjalne wyniki naszego wspólnego podsumowania. Nie ze wszystkim się zgadzam, ale cóż? Na tym właśnie polegała ta zabawa!


Największe rozczarowanie.

Tak, trzeba otwarcie przyznać, że zacząłem od najgorszej z możliwych kategorii. Jeśli dany film jest zwyczajnie słaby, po pewnym czasie łatwiej jest o nim zapomnieć. Jeśli jednak na konkretną produkcję czekamy pełni nadziei przez długi czas, a w rezultacie dostajemy coś, co niekoniecznie pokrywa się z naszymi nadziejami, wtedy mamy problem.
W tym roku największym rozczarowaniem dla mnie okazał się Kong: Wyspa Czaszki oraz remake To. Pierwszy raził scenariuszową głupotą oraz wszelkimi niekonsekwencjami, natomiast drugi zwyczajnie nie straszył (co w przypadku horroru jest poważnym zarzutem). I choć generalnie nie były to filmy, które można spisać całkowicie na straty, potencjał, który w nich tkwił, został mocno zmarnowany.
67 % Waszych głosów na To, czyni film zwycięzcą w tej kategorii.



Największe zaskoczenie.

Tak, były filmy, które niewiele po sobie obiecywały, tymczasem okazały się całkiem niezłą rozrywką. Lubię takie niespodzianki, a w tym roku cieszę się jeszcze bardziej, bo wśród wytypowanych historii znalazła się wreszcie polska produkcja.
Człowiek z Magicznym Pudełkiem  to film, który w moim prywatnym rankingu zaszedł bardzo wysoko, tymczasem Wy zdecydowaliście, że bardziej zaskakiwał poziom Zombie Express. No cóż, jedno trzeba przyznać - jakość tej produkcji  udowadnia, że w kinie grozy (a w szczególności w temacie żywych trupów) można jeszcze to i owo powiedzieć.
Zombie Express wygrał tę rywalizację zbierając 54 % głosów.



Najgorszy film.

Bardzo niechlubna kategoria. Tu w zasadzie nie ma o czym mówić. Są to filmy złe i tak beznadziejne, że chcemy jak najszybciej wymazać je z pamięci.
Baba Jaga prezentowała wyjątkowo żenujący poziom, natomiast  Obcy: Przymierze  był filmem tak złym, że mimo szczerych chęci nie udało mi się umieścić go w kategorii największego rozczarowania. Po tak znakomitej marce oczekuje się czegoś znacznie lepszego. No cóż, najwyraźniej Ridley Scott stracił swoje słynne wyczucie, tym razem serwując nam obraz tak głupi i wtórny, że prawie nie dało się go oglądać...
Jednak Wy zdecydowaliście, że to Baba Jaga zasłużyła na zwycięstwo w tej kategorii. Ten nieudany horror zdobył aż 75% Waszego poparcia.



Najlepszy film.

Najlepszy. Jedyny. Wspaniały.
2017 rok przyniósł wiele świetnych, godnych zapamiętania filmów. Strażnicy Galaktyki vol. 2Thor: RagnarokWojna o Planetę Małp czy Annabelle: Narodziny Zła - to tylko najważniejsze z nich. Moim zdaniem na to najbardziej zaszczytne miano zasłużyły Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi i The Lego Batman Movie.
Historia Rey i Kylo jest opowieścią, która zyskuje z każdym kolejnym obejrzeniem, oferując kilka nowych, nieszablonowych rozwiązań. Bezsprzecznie kieruje markę Star Wars w nowe, nie do końca znane rejony, tym samym wytyczając ścieżkę finałowej produkcji sagi.

Tymczasem The Lego Batman Movie zaskoczył humorem, detalami fabuły i dobrze przemyślanymi wątkami. Był jednocześnie inteligentną rozrywką dla dorosłych, jak i świetną zabawą dla najmłodszych. Miłość do tematu, szacunek dla widza, a przede wszystkim tony dobrych pomysłów (i klocków!), a także świetna realizacja sprawiły, że musiałem umieścić ten film w naszej ankiecie. Ku mojej uciesze okazało się, że myślicie podobnie!
Najlepszym filmem fantastycznym 2017 roku został The Lego Batman Movie, zbierając 67 % Waszych głosów!