poniedziałek, 15 października 2018

RECENZJA: Gnat - Rose (J. Smith, Ch. Vess)


Seria Gnat to jeden z najlepszych i najchętniej nagradzanych tytułów zachodniego komiksu. Przez prawie dwie dekady Jeff Smith bawił nim czytelników, opowiadając prawdziwie epicką historię, skierowaną do odbiorcy niemalże w każdym wieku. Inspirowany klasycznymi opowieściami Disney'a oraz niesamowitymi historiami fantasy, komiks o trójce tytułowych Gnatów trafiających do tajemniczej Doliny, stał się jednym z ważniejszych elementów współczesnej komiksowej popkultury. Jak się szybko okazało, bogactwo zaprezentowanej treści było tak wielkie, że postanowiono kontynuować eksplorację wydarzeń z bajecznego świata, cofając się o kilka dziesięcioleci wstecz. Tak powstał komiks Rose, którego fabuła sięga młodości kilku drugoplanowych postaci, poznanych w głównej serii.

Naszymi bohaterkami są dwie siostry Harvestar, które zostają wysłane na nauki do Groty Starca, siedziby pradawnego zakonu Veni-Yan. Pod czujnym okiem przełożonego pobierają tam wiedzę niezbędną do rządzenia w królestwie, jednocześnie starając się zapanować nad niezwykłą potęgą snów. Niestety, jak to często w baśniach bywa, obie dziewczyny różnią się zdolnościami jak i poglądami na życie. Brak pokory u zbuntowanej Briar stoi w sprzeczności z wewnętrzną siłą Rose (późniejsza babcia Ben), a dochodzące do zakonu pogłoski o rośnięciu w siłę legendarnego Władcy Szarańczy szybko prowadzą do wypadków, które podzielą siostry jeszcze bardziej. W tej historii sięgamy do samej genezy odległych wydarzeń, silnie wybrzmiewających w oryginalnej serii Smitha. Obserwujemy ich rozwój oraz przyczynę, bo jak się okazuje, znaliśmy zaledwie skrawek tej opowieści.


Przyznam, że mam pewien problem z oceną tego komiksu. Po pierwsze, będące tematem Rose zdarzenia nie były nigdy moimi ulubionymi podczas lektury Gnata, a po drugie nie zakładałem nawet możliwości, że mogłyby być istotne dla tworzenia jeszcze jednej historii osadzonej w tym uniwersum. Urok dawnych wypadków z Doliny polegał właśnie na tych wszystkich niedopowiedzeniach i jak w żadnym innym przypadku stanowił o sile oraz kolorycie całego komiksu. To była opowieść o Gnatach, a choć wątek Zadry i jej przodków był tu nie mniej ważny, zaczynał, toczył i kończył się wyłącznie na kartach tej opowieści. Nic więcej, nic mniej. Ale stało się jak się stało i Smith dopisał brakującą część. Czy było warto wkraczać znów do tej samej wody?

Rose to komiks będący oczywistym rozwinięciem wydarzeń z głównej serii, który w założeniu miał pogłębiać losy tytułowej bohaterki, jej siostry, oraz kapitana Luciusa Downa. Jako osobne, w pełni autonomiczne dzieło bezsprzecznie daje radę i można czytać go bez jakiejkolwiek znajomości Gnata. Niestety, na tak pięknie namalowanym obrazie jest jedna niewielka rysa. Rose posiada dość otwarte zakończenie, które sugeruje mi potrzebę poznania jeszcze jednego tomu. A takowy niestety nigdy nie powstał... Aby więc w pełni docenić zamysł autora, wypada jednak sięgnąć po Gnata. I tu, niczym legendarna Mim (smoczyca, której byt zapoczątkował istnienie Doliny) historia zaczyna nieco zjadać własny ogon. Przynajmniej ja tak to odbieram.


Mimo wszystko, należy oddać honory wszelkim innym elementom, które sprawiają, że Rose jest generalnie bardzo dobrym komiksem. Znajdziemy tu przebogaty, świetnie wykreowany świat, więcej niż kilku wyrazistych bohaterów, ciekawie skrojoną intrygę, a co najważniejsze, unikalne rysunki Charlesa Vessa. Z pewnością nie każdemu przypadną one do gustu, szczególnie jeśli przyzwyczailiście się do charakterystycznej kreski Smitha. Warto jednak dać się skusić ilustratorowi i wpaść do wykopanej przez niego króliczej nory, ponieważ osiągnął on unikalny balans pomiędzy stylistyką głównego autora serii, a swą własną, niezwykle malowniczą wizją.

Jakby nie patrzeć, Rose oczaruje Was baśniowymi realiami, kreatywnymi rysunkami i bardzo wciągającą, dość nieszablonową historią. Dobrze ją poznać, nawet jeśli nie jesteście przekonani co do słuszności istnienia tego prequela. Z szacunku do twórczości Smitha nie nazwę powyższego komiksu pazernym skokiem na kasę, choć nieco przeszkadza mi na siłę pogłębiana mitologia tego świata. Pomijając powyższe żale, Rose to solidna, wciągająca opowieść, która przemówi w szczególności do fanów wszelkiego rodzaju fantasy. A dla podobnych historii raczej warto wykroić te trzy, cztery kwadranse ze swojego cennego czasu.



Tytuł: Gnat - Rose
Scenariusz: Jeff Smith
Rysunki: Charles Vess
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,99 zł


Komiksy z serii Gnat oraz Rose znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 12 października 2018

Hotel Transylwania 3 (2018) na nieudanych wakacjach


Zaledwie dwa tygodnie temu, w mojej recenzji filmu Mała Stopa (2018) pisałem, jak bardzo mam dosyć animacji, które w schematyczny sposób traktują fabułę, prezentując łopatologicznie wyłożony morał. Choć wspomniana produkcja na szczęście do nich nie należy, zupełnie inaczej ma się sprawa z trzecią odsłoną cyklu Hotel Transylwania. I żeby było jasne, seria stworzona przez Genndy'ego Tartakovsky'ego, Roberta Smigela oraz Adama Sandlera należy do bardziej cenionych przeze mnie filmów dla najmłodszych, powstałych w ciągu ostatniej dekady. Niestety, w najnowszej części większość rzeczy nie poszła tak jak należy, a morał zatonął na wezbranym, pełnym potworów morzu...

Autorzy wakacyjnej odsłony Hotelu chyba zapomnieli na czym polegał czar poprzednich filmów z cyklu. Do tej pory, oprócz kreatywnej zabawy formą, wykorzystującej klimat i postacie znane z klasycznych horrorów, potrafili zapełnić treść licznymi odniesieniami do prześmiesznych, życiowych sytuacji. Pod tym względem prym wiódł przede wszystkim drugi film, gdzie relacje pomiędzy dziadkami, rodzicami i dziećmi były świetnym odbiciem naszego codziennego, rodzinnego życia. Odmienne wizje wychowywania wnusia, ukrywanie pewnych faktów przed rodzicami czy klasyczna komedia pomyłek, świetnie współgrały z ekspresyjnym stylem animacji, wykorzystującym bogate odniesienia do klasyki kina grozy. Właśnie dlatego Hotel Transylwania 2 uważam za najlepszy z całego cyklu. Tymczasem, tworząc scenariusz kontynuacji, zaprzepaszczono prawie wszystko co stanowiło o dotychczasowej sile tej marki.

Hotel Transylwania 3 to po prostu zwykła, niesamowicie przewidywalna bajka dla najmłodszych. Fabuła nie przedstawia się ani trochę odkrywczo. Drak jest zmęczony prowadzeniem hotelu, więc Mavis wraz z Johnnym i resztą potworów zabierają go na wakacyjny rejs wielkim statkiem (skojarzenia z Titanikiem jak najbardziej pożądane). Nikt z wczasowiczów nie podejrzewa jednak, że kapitanem łajby jest prawnuczka słynnego łowcy potworów, samego Van Helsinga. Kłopoty zaczną się od razu po wejściu na pokład, a sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej, gdy Drak zakocha się w szczupłej i zwinnej pani kapitan. Ta z kolei, będzie chciała podstępem skrócić jego i tak zbyt długie życie. I to w zasadzie tyle, oto cała treść tej produkcji. Nie zostało już nic do odkrycia. Wszystko co wymieniłem powyżej, pokazano także w zwiastunie, więc o uczuciu rodzącym się pomiędzy głównym bohaterem i podstępną antagonistką nie muszę Wam chyba wspominać.


Nie zadbano o ani jeden szczegół, który mógłby zaskoczyć widza. Zabrakło rodzinnego czaru poprzednich części, nie pokuszono się o jakiekolwiek nowe rozwiązania, czyniące oglądanie filmu wciągającym. Wszystko to już kiedyś było, a co najgorsze, było o wiele lepsze. Główne zagrożenie w trzecim akcie jest banalne, a sposób rozwiązania problemu idiotyczny i przerysowany. Humor bazuje na mocno wyświechtanych schematach, częstych powtórzeniach tego samego (wcale nie najlepszego) żartu, a co najgorsze, głupkowatych, nie bawiących już nawet dzieci dowcipach o pierdzeniu. W nowym Hotelu oddalamy się również od potwornej drużyny Draka, która teraz służy wyłącznie jako tło dla nieporadnych umizgów wampira z kapitan Ericką. Nuda, przewidywalność i brak kreatywności. A morał? Miłość zwycięży wszystko. No kto by się spodziewał...?

Jeśli chodzi o elementy, za które mógłbym pochwalić Hotel Transylwania 3, z chęcią wymienię styl animacji oraz kreacje poszczególnych straszydeł. Tartakovsky nie raz już udowodnił, że potrafi tworzyć zapierające dech w piersiach opowieści (Samuraj Jack, Star Wars - Clone Wars), wypełniając je wyrazistymi, fantastycznymi postaciami. W czasie rejsu poznajemy całą masę nowych potworów, wśród których prym wiedzie nowa wersja wiekowego Van Helsinga. To co reżyser wymyślił ukazując jego postać jest pomysłowe, śmieszne i przerażające zarazem. Duże brawa! Na kolejną pochwałę zasługuje cała sekwencja w samolocie linii lotniczych "Gremlin Air". To właśnie za tak unikalne podejście do tematyki potworów pokochałem tą serię. Animacja nadal nie ma sobie równych. Wszystko jest tu (paradoksalnie) żywe i kolorowe, a przyciągający oko obraz jest jedynym powodem, dla którego chce się wysiedzieć na tym filmie do końca.

Hotel Transylwania 3 jest sporym rozczarowaniem i zmarnowaniem potencjału, który dawał już sam pomysł na tą część. Zapomniano, jak ciekawe mogło być ukazanie rodzinnych sytuacji podczas wakacyjnego rejsu statkiem, w zamian oferując widzowi fabułę, którą widział już setki razy w innych animacjach. Dlatego też film spodoba się wyłącznie najmłodszym, których oczekiwania z racji wieku nigdy nie są najwyższe. Rodzice wypatrujący mądrej, wesołej rozrywki wynudzą się na seansie do bólu, a fani Draka z pewnością spuszczą zasłonę milczenia na ten film, dużo chętniej wracając do poprzednich odsłon cyklu. No cóż, wakacje się nie udały... Czas wracać do pracy i zakasać rękawy, bo jeśli kolejny film z tej serii powstanie, musi okazać się warty moich (i Waszych) ciężko zarobionych pieniędzy.



Tytuł: Hotel Transylwania 3 (Hotel Transylvania 3: Summer Vacation)
Scenariusz: Michael McCullers, Genndy Tartakovsky
Reżyseria: Genndy Tartakovsky
Aktorzy (dubbing): Adam Sandler, Andy Samberg, Selena Gomez, Kevin James, Fran Drescher (Tomasz Borkowski, Agnieszka Mrozińska, Paweł Ciołkosz, Jakub Szydłowski, Szymon Majewski, Izabella Bukowska)
Wytwórnia: Sony Pictures Animation
Data premiery: 13 lipca 2018 (USA), 12 października 2018 (Polska)
Czas trwania: 97 min.

środa, 10 października 2018

RECENZJA: Księżna jeleń - Andres Ibanez


Klasyczne fantasy to trudny gatunek. Trudny szczególnie w kwestii wymyślania czegoś nowego, nieszablonowego. Jak wiadomo, nurt ten większości czytelników kojarzy się nieodparcie z czarodziejami, elfami, smokami, szalonymi władcami, tajemniczymi skarbami zdolnymi rządzić całym światem... Nieczęsto zdarza się czytać książkę, która potrafiłaby złamać ten skostniały schemat. Czasem odnoszę wrażenie, że typowe fantasy powoli chyli się ku bezpowrotnemu zapomnieniu. Na szczęście, twórczość niektórych wrażliwych autorów udowadnia mi, że los tego znamienitego gatunku nie jest jeszcze zupełnie przesądzony. Z pomocą przychodzi literatura rodem z Hiszpanii, której przedstawicielem jest Andres Ibanez i jego powieść Księżna jeleń.

Księżna jeleń opowiada o losach młodego Hjalmara, królewskiego syna, który podróżuje do miasta Irundast, gdzie ma nadzieję zostać rycerzem. Jak to jednak w życiu (i książkach) bywa, los zdecyduje o życiu chłopaka zupełnie inaczej. Za sprawą nieoczekiwanego zbiegu okoliczności, Hjalmar znajdzie zajęcie jako uczeń czarnoksiężnika, niespodziewanie zawierając też znajomość z fascynującą księżną Pasquis. Pomiędzy młodzikiem i dziewczyną narodzi się niezwykłe, trudne uczucie, gdy tymczasem losy wszelkich krain rozpalą się w pościgu za tajemniczym Grandirem. Od teraz nic nie będzie już takie jak dawniej, a losy głównych postaci splotą się z wielkimi wydarzeniami i niezapomnianymi opowieściami.

Z pewnością wielu z Was po przeczytaniu powyższego opisu odniesie wrażenie, że coś takiego czytaliście już niejeden raz. I w pewnym sensie będziecie mieli rację. Czytaliście podobne książki wiele, wiele razy, lecz nigdy nie czytaliście ich napisanych tak, jak to uczynił Ibanez. Hiszpański pisarz proponuje nam bowiem sentymentalną podróż do krainy konwencjonalnego fantasy, jednak robi to w tak piękny, melancholijny i barwny sposób, że nie można odmówić mu ani krzty kreatywności. W Księżnej jeleń melodyjny, klasyczny w dosłownym tego słowa znaczeniu styl narracji, spotyka się z ogranymi wzorcami. Nic nie stoi jednak autorowi na przeszkodzie, aby w ten sposób tworzyć zupełnie nową jakość. Zresztą akurat niczego bać się nie musi, bo wszystko jest tu niesamowicie ciekawe i bardzo odkrywcze.

Ibanez czaruje czytelnika pięknem swego języka. Czytając powyższą powieść miałem wrażenie, że została napisana kilkaset lat temu. Poetyckie archaizmy, plastyczne porównania, czy wplecione w fabułę pieśni oraz wiersze, tworzą niesamowity podkład pod zaprezentowaną historię. A ta, choć do pewnego stopnia znajoma, ujęła mnie ciekawymi postaciami oraz wydarzeniami, które stają się ich udziałem. Warto zauważyć, że Księżna jeleń jest przede wszystkim historią o miłości. Miłości trudnej, niemożliwej do spełnienia i tak wielkiej, że już od samego początku skazanej na tragiczne niepowodzenie. Treść książki nie została przedstawiona wyłącznie poprzez główne postacie. Choć narratorem historii jest Hjalmar, wiele wydarzeń opisano niejako z jego pamięci, a cała intryga rozwija się poprzez użycie większej ilośći (czasem nieoczywistych) bohaterów. Autor celowo zapętla wydarzenia, używając pomysłowych środków, aby zainteresować czytelnika.

Księżną jeleń cechują także długie, dość wyczerpujące opisy (zarówno miejsc, historii jak również wyglądu czy przemyśleń bohaterów). Jeśli nie lubicie podobnych elementów narracji, niestety możecie naciąć się na kilka dość trudnych do zgryzienia fragmentów. Warto jednak się przez nie przedrzeć, ponieważ napisane zostały naprawdę pięknie i kreatywnie. Dobry smak autora wynagradza monotonne fragmenty, dając naprawdę satysfakcjonujące pojęcie o opisywanym uniwersum. Warto też zwrócić uwagę na jedno z podstawowych założeń powieści - nie mamy tu do czynienia z pierwszym tomem sagi, a z zamkniętą, stylistycznie dopracowaną całością. To dodatkowy plus powieści Ibaneza. Dobrze czasem przeczytać książkę fantasy, która nie jest początkiem długiej, wielotomowej historii. Jest więc krótko (tylko 300 stron), ładnie i na temat.

Choć Księżna jeleń nie stała się jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałem w tym roku, zachwyciła mnie lekkością pióra autora, pięknem przedstawionego świata oraz wyrazistymi, pełnokrwistymi bohaterami. Klasyczne podejście do tematu pozwoliło Ibanezowi właściwie rozmieścić treść, z rozmysłem czarując mnie magią i niezwykłym bogactwem realiów opowieści. Jeśli zapragniecie wejść po raz kolejny do znanego z klasycznych książek nurtu, nie wahajcie się sięgnąć po tę powieść. Oczaruje Was w sposób, którego jeszcze w fantasy nie zaznaliście, sprawiając, że na wiele godzin odlecicie do świata rozpościerającego się w niezwykłej wyobraźni autora.


Tytuł: Księżna jeleń
Autor: Andres Ibanez
Przekład: Barbara Jaroszuk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 304
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 34,90 zł


Powieść Księżna jeleń znajdziecie na stronie wydawnictwa Rebis.


poniedziałek, 8 października 2018

RECENZJA: Ultimate Spider-Man, tom 2 (B. M. Bendis, M. Bagley)


Ponad 18 lat temu powstała seria Ultimate, mająca na celu odcięcie się wydawnictwa Marvel od długiej i skomplikowanej historii swoich bohaterów. Większość przygód zaczęto opowiadać od początku, tworząc innowacyjny, przejrzysty świat, który mógłby zainteresować nowych, nieobeznanych z większością wydarzeń czytelników. Czas trwania projektu nie był ściśle planowany, nikt wszakże nie wiedział, jak odbiorcy przyjmą odmienne podejście do tak znanego i ukształtowanego uniwersum. Tymczasem, ku zaskoczeniu włodarzy Marvela, jedna z zaprezentowanych wówczas serii zyskała bardzo wielkie uznanie, co poskutkowało jej długotrwałą publikacją. Piszę tu oczywiście o cyklu Ultimate Spider-Man, powstającym nieprzerwanie przez ponad dekadę (a składającym się z imponującej liczby 153 zeszytów). Autorem tego tytułu byli Brian Michael Bendis i Mark Bagley.

W Ultimate Spider-Man postanowiono wykorzystać wszystkie elementy, które zdecydowały o sukcesie poprzednich komiksów z Człowiekiem-Pająkiem. Młodzieńcze problemy głównych bohaterów, znani i rozpoznawalni wrogowie oraz ogólny, lekki wydźwięk samej historii, miały zapewnić wysoką jakość całego przedsięwzięcia. Aby ugruntować tak solidnie zarysowany charakter tytułu, pisanie scenariusza powierzono Bendisowi, który jak mało kto potrafił ukazać więzi międzyludzkie, wplatając je w ciekawą, angażującą odbiorcę opowieść. I w ten sposób powstał komiks, który zdecydowanie trzeba poznać, szczególnie jeśli uważacie się za fanów szeroko pojętej stylistyki superhero.


Drugi tom przygód Pająka kontynuuje wątki zaprezentowane w pierwszej odsłonie. Jeśli jeszcze nie czytaliście tamtego wydania, zapewne ucieszy Was fakt, że najnowszy tom zaopatrzono w krótkie streszczenie. Sama fabuła jest ułożona w taki sposób, że bardzo szybko zorientujecie się co i jak. Spider-Man po zwycięskiej potyczce z Normanem Osbornem, Electro i Kingpinem nadal stara się kontynuować swe powołanie jako chroniący miasto superbohater. Niestety, na jego drodze staje człowiek, który przez ostatnie miesiące był uznawany za zaginionego, a teraz nieopanowany w swym pragnieniu zemsty, wypowiada wojnę firmie Justina Hammera. Przez całe to zamieszanie, interweniujący Pająk zostanie mylnie uznany za współwinnego sytuacji, a w jego otoczeniu co rusz pojawią się nowe indywidua, pragnące trwale zniszczyć mu życie.

Bendis wspaniale kreuje portret Petera Parkera, dając mu tyle człowieczeństwa i sympatii, ile tylko można. Dzięki świetnie zarysowanym charakterom większości postaci, cała opowieść staje się bardzo bliska czytelnikowi, nawet na bardzo osobistym poziomie. Akcja toczy się tu niespiesznie, sceny akcji nie przesłaniają relacji oraz wewnętrznego rozwoju głównych bohaterów. W Ultimate Spider-Man z pewnością da się też zauważyć sporą ilość stylistyki dramatyczno-obyczajowej. Zakładam, że niektórych odbiorców, spodziewających się typowej dynamiki rodem z klasycznych komiksów superbohaterskich, może to nieco razić. Jeśli jednak nie jesteście szczególnie uczuleni na podobne elementy, takie potraktowanie tematu nie powinno Wam wcale przeszkadzać. Warto też zauważyć, że Bendis umiejętnie kreuje poszczególne wątki, stale zaplatając je ze sobą. Żadna kwestia nie pozostaje tu bez znaczenia, wszystkie wydarzenia łączą się ze sobą w związku przyczynowo-skutkowym.


Rysunki Marka Bagleya zapewne nie każdemu przypadną do gustu. Artysta ma specyficzną manierę przedstawiania postaci w dość specyficzny sposób. Wydłużone, smukłe ciała, wyraźna muskulatura (kłaniają się lata 90-te!), nieco za duże głowy i wielkie, błyszczące oczy. Prawdę mówiąc, wcale nie wygląda to tak tragicznie, mnie bynajmniej stylistyka autora bardzo przypadła do gustu. Bagley potrafi świetnie uchwycić dynamikę akcji, przy czym cały czas tworzy niezwykle plastyczne i czytelne kadry. Dzięki temu komiks ogląda i czyta się doskonale, natomiast żywa kolorystyka w pełni oddaje młodzieńczego ducha całości.

Ultimate Spider-Man z pewnością da niesamowitą frajdę nowym, jak i nieco starszym odbiorcom przygód Pająka (ci ostatni z pewnością wyłapią kilka smaczków z bogatej historii bohatera). Opowiedzenie historii Petera Parkera od początku, bez oglądania się na bogate dziedzictwo Marvela, poskutkowało zgrabnie opowiedzianą i ciekawie zilustrowaną przygodą. Scenariusz jest tak świeży i interesujący jak tylko się dało, a Bendis dzięki znajomości swego rzemiosła uzyskuje doskonały balans pomiędzy akcją i problemami osobistymi głównych postaci. Jeśli nigdy nie czytaliście komiksów z nurtu superhero, a wreszcie chcecie zacząć, powyższy tytuł będzie idealną propozycją na start. Nie zmęczy Was nadmiernymi zawiłościami uniwersum, a postacie wydadzą się tak realne, jak znajomi z pracy lub szkoły. Pokaźna ilość stron zapewni dwie godzinki miłej i niezobowiązującej rozrywki. I bardzo słusznie, wszak w czytaniu komiksów głównie o to chodzi.



Tytuł: Ultimate Spider-Man, tom 2
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 348
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Przygody Pająka w serii Ultimate Spider-Man znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 5 października 2018

RECENZJA: Nieskończony kryzys (G. Johns, P. Jimenez)


Wielkie światy komiksowe rządzą się swoimi prawami. Mnogość tytułów, przygód i postaci (szczególnie w przypadku komiksu amerykańskiego), od czasu do czasu wymaga gruntownego uporządkowania. Najlepiej widać to na przykładzie wydawnictwa DC Comics, które w odróżnieniu od swojej wielkiej konkurencji (Marvela), zaczęło tworzyć własne uniwersum kilka dekad wcześniej. Nie zakładano jeszcze wtedy, że rosnąca ilość tytułów i wykreowanych na kartach komiksów rzeczywistości zacznie się niebezpiecznie wymykać spod kontroli. Aby usystematyzować wzrastający galimatias, szefowie firmy postanowili stworzyć pewne fikcyjne wydarzenie, które pozwoliłoby niejako wyzerować większość opowiedzianych do tej pory historii.

Najsłynniejszym kryzysem (bo tak przyjęło się w wydawnictwie nazywać ów precedens), okazał się Kryzys na nieskończonych ziemiach, powstały w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku. Pomógł on wyprostować wiele powstałych linii czasowych, zniszczyć niechciane światy, a nawet pozbyć się niepotrzebnych wersji identycznych postaci. W świecie sympatyków literatury obrazkowej cieszył się on tak wielkim uznaniem, że kiedy po dwudziestu latach DC ponownie cierpiało na przesyt materiału, ponownie sięgnięto po ten sprawdzony i niezwykle skuteczny oręż. Tak powstał Nieskończony kryzys, za którego scenariusz wziął odpowiedzialność jeden z najlepszych twórców w wydawnictwie. Geoff Johns stworzył niewątpliwie dzieło bardzo przemyślane, a nawet przełomowe w swoim wydźwięku. Niestety, nie udało mu się nadać całości cech sprawnie opowiedzianej historii, a samo stworzenie komiksu posłużyło jedynie zrealizowaniu nadrzędnego celu.


Przyznam bez bicia, że nie miałem przyjemności poznania słynnego kryzysu z 1985 roku. Omawiany poniżej tytuł jest więc moim pierwszym spotkaniem z tym bezprecedensowym tworem popkultury. Dlaczego nie przypadł mi do gustu? Jak już wspomniałem powyżej, nie jest to typowa historia z fabułą spotykaną w większości komiksowych opowieści. Chaos, powierzchowność i niesamowite przesycenie treścią, to chyba główne zarzuty, jakie mogę wymienić pod jego adresem. Co ciekawe, większość poznanych przeze mnie komiksów ze scenariuszami Johnsa bardzo przypadła mi do gustu (choćby Aquaman z The New 52 czy Flashpoint - Punkt krytyczny). Niestety, nawet tak utalentowany twórca, nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z kształtem podobnie zbudowanej i zawalonej wątkami fabuły.

Świat bohaterów DC nie jest już taki jak dawniej. Trójca (Superman, Batman, Wonder Woman) nie potrafi współpracować ze sobą tak dobrze jak dotychczas, a większość miast dosięgają brutalne zamieszki lub groźne kataklizmy. Zaciekła wojna toczy się również w kosmosie. Jak się wkrótce okaże, ktoś z dawnej przeszłości uniwersum bacznie obserwuje rozwój wydarzeń na Ziemi i już wkrótce będzie gotów wkroczyć do akcji, aby wziąć sprawy we własne ręce. Nadejdzie wówczas chwila, aby bezwzględnie osiągnąć nowe cele i pogodzić się z nieodwracalnymi stratami.... Taki właśnie jest punkt wyjścia do Nieskończonego kryzysu. Opowieści, która dosłownie pęka w szwach za sprawą nagromadzenia różnorakich wydarzeń, lecz nie oferująca wiele interesującego dla czytelników nieobeznanych z wieloletnią historią wydawnictwa.


Choć czytam komiksy z DC nie od dziś, trudno było mi zaangażować się w losy postaci, którym poświęcono tak mało uwagi. Jeszcze trudniej przejąć się ich pogmatwanymi relacjami, jeśli wydarzenia pędzą na łeb na szyję, a sami bohaterowie zostali zgromadzeni w tak przytłaczającej ilości. Oczywiście, Johns robi co może, ze wszystkich sił starając się nakreślić angażującą fabułę, ale wszystko to i tak niknie bezpowrotnie wśród monumentalnych, niezwykle przerysowanych sytuacji. W tak skonstruowanej opowieści zwyczajnie nie da się zrobić niczego na odpowiednim poziomie. Oczywiście rozumiem, że aby plan wydawnictwa osiągnął sukces, nie da się wykreować niczego lepszego. Dla mnie najbardziej istotnym jest to, że tak podana treść zwyczajnie nie przykuwa mojej uwagi.

Plusem tego dzieła są z pewnością rysunki. Phil Jimenez, wspierany nieocenioną pomocą kilku kolegów po fachu, stworzył niezwykle barwny, szczegółowy i ekspresyjny świat. Trudno nie zachwycić się poszczególnymi kadrami, które (bez względu na swoją wielkość) prezentują ogrom niesamowitych potyczek czy mnogość występujących w nich postaci. Ilustracje tworzące Nieskończony kryzys z pewnością osłodziły mi czas spędzony z lekturą. Są klasą samą w sobie, świadczącą nie tylko o rewelacyjnym doborze artystów, ale również o pięknie całego uniwersum DC Comics.

Moje rozczarowanie lekturą Nieskończonego kryzysu wynika zatem z samej problematyki zagadnienia, jakim jest ów komiks. Jego toporna stylistyka nie pozwoliła mi w pełni cieszyć się treścią, choć rewelacyjna strona wizualna zdołała urzec mnie na tyle, że nie mogę ocenić całości jako czegoś zupełnie niesatysfakcjonującego. Epicki rozmach, oraz ciężka maniera samego precedensu przysłoniły mi co prawda radość z poznawania treści, lecz cały czas mam świadomość, z jak ważnym wydarzeniem dane mi było obcować. I choć podobne sytuacje są pewnie konieczne (w tym uniwersum), w przyszłości wolę mieć jedynie świadomość, że coś takiego miało miejsce, niż męczyć się z poznawaniem kolejnej niestrawnej treści. Najwyraźniej część opowieści lepiej znać tylko ze słyszenia, a skupiać się wyłącznie na tych, które dają większe prawdopodobieństwo trafienia w indywidualny gust.



Tytuł: Nieskończony kryzys
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Phil Jimenez, George Perez, Ivan Reis, Jerry Ordway
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 264
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


czwartek, 4 października 2018

Zamek Dartha Vadera (75251) w wersji Lego

Pamiętacie scenę z filmu Rogue One, w której dyrektor Krennic wybrał się na pogawędkę z Vaderem do jego zamku na Mustafar? Jeśli tak, to dobra wiadomość jest taka, że już niedługo będziecie mogli odtworzyć tą posępną budowlę z klocków Lego!


Zestaw 75251 - Zamek Dartha Vadera, to kolejny gadżet dla fanów Star Wars (lub zwykłych dzieci), który przybliży nas do jednej z ciekawszych filmowych lokacji z serii Historie. Budowla składa się z 1060 elementów, w jej skład wchodzi sześć minifigurek (w tym unikalny Vader bez zbroi!), a jej premierę zapowiedziano na 1 grudnia b.r. (czyli w sam raz na Gwiazdkę!). Będziecie mogli kupić ją na oficjalnej stronie sklepu Lego. Cena zestawu wyniesie 619,99 zł.


Przyznam, że zamek od frontu nie robi na mnie zbyt imponującego wrażenia. Na szczęście, cały urok polega na tym, co znajdziemy po wewnętrznej stronie budowli. Sala tronowa, pomieszczenie ze zbiornikiem z bactą, uzbrojony punkt obserwacyjny czy lądowisko dla TIE fightera, z pewnością dają wiele kreatywnych możliwości wykorzystania powyższego zestawu. I tylko cena stanowi jak zawsze spory dylemat przy decyzji o jego kupnie... 

środa, 3 października 2018

Hełm Boby Fetta od Swarovskiego

Nie raz i dwa pisałem na blogu o dobrodziejstwach firmy Swarovski, kierowanych do fanów Gwiezdnych wojen (np tu i tu). Tym razem firma najwyraźniej przeszła samą siebie, prezentując kolekcjonerską wersję hełmu nieustraszonego łowcy nagród - samego Boby Fetta!


Ten wspaniały kolekcjonerski gadżet wysadzono ręcznie aż 9.600 kryształkami. Praca nad każdą z 300 limitowanych sztuk zajęła specjalistom z firmy aż 87 godzin nieprzerwanej pracy. Wszystkie egzemplarze tego hełmu mają indywidualną, kolekcjonerską plakietkę z numerem. Pamiątkę wyposażono w specjalną podstawkę, wykonaną z czarnego, błyszczącego granitu.

Jeśli macie na zbyciu 29.900 zł, możecie bez problemu zamówić hełm Boby Fetta na stronie producenta. Tylko uważajcie, aby o Waszym zakupie nie dowiedzieli się inni łowcy nagród. Podobno ta pamiątka po najlepszym najemniku jest najbardziej poszukiwaną zdobyczą w całej galaktyce! ;-)

wtorek, 2 października 2018

RECENZJA: Superman - Action Comics, tom 4 - Nowy świat (D. Jurgens, P.Zircher, I. Churchill)


Czy zastanawialiście się czasem, co jest najważniejsze w życiu superbohatera? Siła, pomoc słabszym, pokonywanie licznych wrogów...? Jeśli wskazaliście na którąś z powyższych odpowiedzi, niestety jesteście w błędzie. Dla największych herosów najważniejsza zawsze była, jest i będzie... rodzina!

Po niezwykłych wydarzeniach opisanych w komiksie Superman. Odrodzony, życie państwa Kentów powoli wraca do stabilizacji. Tylko czy aby na pewno? Poczucie bezpieczeństwa i taktyczna przeprowadzka z Hamilton do Metropolis z pewnością dają Clarkowi, Lois i Jonowi szansę na chwilę oddechu. Niestety, niczego nieświadoma familia nawet nie przypuszcza, że już za chwilę wszystko znów się skomplikuje. Tak to już bywa w komiksach, że życie narysowanych bohaterów nigdy nie jest nazbyt proste. Dawny wróg Supermana - Cyborg Superman, gromadzi drużynę złożoną ze złoczyńców pałających nienawiścią do Człowieka ze Stali. Ich cel jest oczywisty, lecz aby cały plan powiódł się tak jak należy, muszą pozyskać jeszcze jednego członka. Niestety, Generał Zod przetrzymywany jest aktualnie w więzieniu Belle Reve. Oddział Odwetowy z Metallo, Mongulem i Eradicatorem na czele, wyrusza ze śmiałą misją ratunkową.

Action Comics z założenia prezentuje bardziej dynamiczne przygody Supermana. Więcej potyczek, więcej walk, więcej akcji - i w tym tomie także nie jest inaczej. Ponieważ nadmiar powyższych wrażeń niekoniecznie przysłużyłby się właściwemu odbiorowi komiksu, Dan Jurgens zadbał w Nowym świecie o coś, co na dłużej przyciągnie uwagę czytelnika. I wybrał bardzo dobrze! Pomiędzy stronami przepełnionymi pościgami i futurystycznymi nawalankami nie zabrakło elementów, które od startu DC Odrodzenie przesądzają o sukcesie wszystkich tytułów z Supermanem.


Czwarta odsłona akcyjniaka o Człowieku ze Stali stoi budową głównych postaci. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Clark i jego ukochana rodzina, lecz po piętach depcze im uparcie Generał Zod. To właśnie jego motywacje oraz finałowa konfrontacja z Supermanem przypadła mi do gustu najbardziej. Zod jest jednostką bezwzględną i silnie zdeterminowaną, co już na starcie czyni z niego idealnego antagonistę. W Nowym świecie dodatkowo zadbano, aby jego prezentacja opierała się na zdolnościach taktycznych, oraz wszechstronnym przeszkoleniu wojskowym. Doskonale czyta się historię, gdzie Zod umiejętnie dyryguje grupą złoczyńców, aby sprawnie pokonać Supermana i jego sprzymierzeńców. Jest on też na pewien sposób przeciwieństwem tytułowego bohatera, prezentującym skrajnie odmienne wartości.

W konfrontacji z Oddziałem Odwetowym, Superman musi głównie stawiać na spryt, ponieważ w pewnym momencie okazuje się, że nie jest w stanie korzystać ze wszystkich swoich zdolności (specjalnie nie piszę jakich, sprawdźcie to sobie sami). Cały czas ma jednak na względzie bezpieczeństwo bliskich, toteż chroniąc syna i żonę ogranicza się do nieustannej troski o ich życie. Co ciekawe, ta sama bariera sprawia, że walczy z o wiele większą determinacją niż w innych sytuacjach. Nie bez znaczenia jest tu również pragnienie Clarka o zachowanie tożsamości syna w jak największej tajemnicy. Dzięki powyższym zabiegom, stawka o którą toczy się walka, utrzymana jest na właściwym poziomie. Przemyślane podejście scenarzysty pozwoliło wypełnić strony komiksu motywacjami i zobrazowaniem bohaterów w dość interesujący dla czytelnika sposób. Nie zmusza się tu nikogo, aby obserwować wyłącznie beznamiętne sceny walk.


Rysunkowo album nie odstaje od tego, do czego przyzwyczajono nas w tej serii. Ilustrujący komiks Patch Zircher, Ian Churchill czy Carlo Barberi sprawnie uzyskują dynamiczny efekt graficznej prezentacji wydarzeń. Angażują nas barwnymi ilustracjami, przyciągając uwagę w podobny sposób co scenarzysta. Pomimo różnorodności kreski każdego z artystów, czwarty tom Action Comics prezentuje dość jednostajny rytm. To dobra wiadomość dla tych, którym często przeszkadza niejednolita szata graficzna tytułów wydawnictwa.

Nowy świat nie jest może komiksem wybitnie przełomowym, prezentuje jednak całkiem wciągającą historię, mającą spory wpływ na życie Supermana. Jeśli więc cieszy Was mnogość akcji, przeplatana ciekawym rysem zaprezentowanych postaci, nowe przygody Człowieka ze Stali z pewnością trafią w Wasz gust. Dla niezbyt obeznanych z przygodami przybysza z Kryptonu przygotowano też krótkie przypomnienie jego losów (sprytnie wplecione w fabułę). Na marginesie dodam, że warto przypatrzyć się, jak narysowany został w owych retrospekcjach mały Kal-El (zwróćcie uwagę na jego niesforny loczek!). Mogę zatem z czystym sumieniem stwierdzić, że Superman - Action Comics stale trzyma niezły poziom. Z pewnością warto czekać na kolejne odsłony tej serii.



Tytuł: Superman - Action Comics, tom 4 - Nowy świat
Scenariusz: Dan Jurgens
Rysunki: Patch, Zircher, Ian Churchill, Carlo Barberi, Jack Herbert, Jose Luis
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 168
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy o Supermanie z cyklu Action Comics znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 29 września 2018

Mała Stopa (2018) daje dużego kopa!


Macie dość animacji, które w ten sam, schematyczny sposób opowiadają swoją historię, prezentując nachalny, łopatologicznie wyłożony morał? Tak, ja też tak mam. Na szczęście dla nas wszystkich wreszcie pojawiło się remedium. Nosi ono tytuł Mała Stopa i już od kilku dni możecie oglądać je w naszych kinach. I choć mimo wszystko należy pamiętać, że jest to zwykła historia dla najmłodszych, sposób w jaki ją opowiedziano zasługuje na kilka zdań pochwały.

Ogólna fabuła filmu bazuje na tajemnicy bytu legendarnego człowieka śniegu. W Małej Stopie autorzy idą jednak nieco dalej, zastanawiając się, co by było, gdyby Yeti podobnie traktowały fakt istnienia samego człowieka. Zamieszkujące szczyt niedostępnej, ukrytej wśród chmur górze, żyjące we własnym rytmie (wyznaczanym przez tradycyjne obrzędy i pradawne prawa), śnieżne olbrzymy traktują mit istnienia Małej Stopy jako nieistotny element niegodnych wiary opowieści. Lecz wszystko co dobre, kiedyś musi się wreszcie skończyć...


I tu do akcji wchodzi nasz główny bohater, Migo. Lubiany przez wszystkich mieszkańców ukrytej osady, szykowany na następcę swego ojca w pewnej istotnej dla całej społeczności funkcji, pewnego dnia nieoczekiwanie natrafia na ślad człowieka. Oczywiście, nikt mu w to spotkanie nie wierzy, na skutek czego Migo zostaje bezwzględnie skazany na wygnanie. Z pomocą małej grupy wywrotowych przyjaciół dociera jednak do podnóża rodzimej góry, gdzie będzie mógł zdobyć niepodważalny dowód na prawdziwość swych słów. Nieświadomie sprowadzi też całą masę kłopotów zarówno na siebie, jak i resztę górskiego społeczeństwa Yeti.

Mała Stopa udała się tak znakomicie, głównie za sprawą szacunku i zrozumienia dla widza. Jak już wspomniałem we wstępie, jest to film, który nie atakuje nas ograną konwencją. W zamian próbuje stworzyć coś, co autentycznie przykuje widza do ekranu. Pierwszym takim elementem jest świat przedstawiony. Osada Yeti jest barwna i ciekawa, umyślnie odcinając się od notorycznego kopiowania naszej cywilizacji (to niestety bardzo częsty schemat w wielu animacjach). Zamiast nużących odniesień do rzeczywistości, film czaruje widza strukturą śnieżnego świata, ciekawą kulturą oraz technologią. Co jeszcze ważniejsze, historia ukrytej społeczności w drugiej połowie filmu wywiera niebagatelny wpływ na samą fabułę (o tym za chwilę). Naprawdę, wspaniale chłonie się bogactwo całej krainy, wraz z niezwykle charyzmatycznymi postaciami.


Bohaterowie są kolejnym plusem tej produkcji. Zarówno Migo, jego ojciec i przyjaciele, Percy (tytułowa Mała Stopa), czy nawet wódz osady, zostali stworzeni z pomysłem i kreatywnością. Przejawia się to m.in. w różnorodności ich charakterów, dzięki czemu pragniemy śledzić ich losy, angażując się we wszystkie perypetie, które są ich udziałem. Poszczególne postacie nie są zanadto przerysowane, humor oparto raczej na komizmie sytuacyjnym, niż nieustannych wygłupach czy udziwnionych minach. Niemałą rolę pełnią tu także motywacje bohaterów, które są inspirującym źródłem nienachalnego morału dla najmłodszych. Wybór własnej drogi, podejmowanie słusznych, choć często trudnych decyzji, które mają wpływ na całą społeczność, to główne założenia nauki płynącej z filmu. A warto zauważyć, że powyższe kwestie reprezentują bardziej dojrzałą sferę moralności.

W Małej Stopie poruszane są także kwestie społeczne. Co ciekawe, mimo że ten element filmu jest dość zauważalny, w żaden sposób nie góruje nad resztą opowieści. Z pewnością docenią go wyłącznie widzowie dorośli, a to tylko pokazuje, jak przemyślanym dziełem jest cała produkcja. Uważam to za wielki plus, warto aby inni twórcy także próbowali przemycać w swych dziełach wartości ważne dla dojrzałego odbiorcy.


Dylematy, przed którymi staje Migo, wiążą się z ważnym zwrotem akcji, umiejscowionym w kulminacyjnym punkcie fabuły. Świetnym krokiem było połączenie pewnej tajemnicy osady z samą jej historią, co bardzo kreatywnie wykorzystano w dalszym rozwoju wypadków. Dzięki temu akcja poszła w bardzo interesującym kierunku, nie sprawiając jednocześnie wrażenia wymyślania czegoś na szybko. Zaowocowało to również zawsze oczekiwanym rozwojem psychologicznym postaci, który czasem w filmach animowanych jest pomijany, sprawiając, że opowieść staje się obojętna dla myślącego widza.

Mała Stopa to film, który zdobędzie uznanie całej rodziny. Mali widzowie wyciągną z niego sprytnie podane wnioski, utożsamiając się z Migo i jego kompanią, natomiast ci duzi spędzą kilka chwil śledząc ciekawie podaną historię, okraszoną piękną, dopracowaną animacją. Jedni i drudzy zanucą wpadające w ucho piosenki i zaśmieją się na kilku niewymuszonych żartach. Co najważniejsze, zarówno dzieci jak i dorośli pokrzepią się myślą, że wszystko w życiu może ułożyć się tak, jak powinno. Czy można wymagać czegoś więcej od zwykłej, rodzinnej animacji? Moim zdaniem nie, toteż niniejszym polecam Wam ten baśniowy, barwny i wbrew pozorom ciekawy film.



Tytuł: Mała Stopa (Smallfoot)
Scenariusz: Karey Kirkpatrick, Clare Sera
Reżyseria: Karey Kirkpatrick
Aktorzy (dubbing): Channing Tatum, James Corden, Zendaya, Common, Danny DeVito (Sebastian Stankiewicz, Stefan Pawłowski, Jacek Król, Małgorzata Kozłowska, Anna Smołowik)
Wytwórnia: Warner Bros.
Data premiery: 28 września 2018 (USA), 28 września 2018 (Polska)
Czas trwania: 96 min.

piątek, 28 września 2018

Nowości dla najmłodszych od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET to chyba najlepszy wydawca publikacji Lego® dla najmłodszych. Niedawno na blogu opisywałem dwie książeczki z serii Lego® Jurassic World™, tymczasem ich nakładem ukazały się już kolejne, bardzo ciekawe pozycje. Znajdą w nich coś dla siebie zarówno młodociani fani Lego® Star Wars™, jak i Lego Ninjago®.


LEGO® STAR WARS,. GALAKTYCZNE STARCIA.
LEGO® NINJAGO®. WIELKIE STARCIE.


Podobnie jak w przypadku większości tego typu wydań, obie publikacje przeznaczone są dla dzieciaków powyżej szóstego roku życia. Zaprezentowane w nich zadania mogą stanowić spore wyzwanie dla młodszych dzieci, toteż warto mieć na względzie oznaczoną granicę wiekową przy podejmowaniu decyzji o sprezentowaniu takiej niespodzianki swoim pociechom.

Co znajdziemy w środku? W zależności od tytułu, wnętrze książeczek wypełniają starannie przygotowane (tak pod względem graficznym jak i rozrywkowym) wyzwania logiczne i manualne. A czegóż tu nie ma? Labirynty, malowanki, łączenie punktów, znajdywanie różnic pomiędzy obrazkami, logiczne łączenie rysunków... Na nudę nie będą narzekać nawet najbardziej oporne maluchy, a warto też zaznaczyć, że w książeczkach pomyślano też o wspólnej zabawie z rodzicami. Jeśli Wasze dzieci lubią słuchać jak im czytacie, w Lego® Ninjago®. Wielkie starcie znajdziecie ciekawe opowiadanie, natomiast w obu wydaniach zamieszczono również krótkie komiksy.

Oczywiście, obie książeczki nie byłyby tak atrakcyjne, gdyby nie dołączone do nich minifigurki Lego®. W okładce każdej z nich znajdziecie C-3PO lub Zane'a. Biorąc pod uwagę niską cenę tych wydawnictw, zdobycie postaci, które zazwyczaj występują w drogich zestawach, będzie atrakcją zarówno dla najmłodszych, jak i starszych kolekcjonerów minifigurek.

Obie publikacje są więc godne polecenia młodym sympatykom Lego® Star Wars oraz Lego® Ninjago®. Poprzez zabawę, połączoną z wykonywaniem atrakcyjnych zadań, z pewnością rozwiną umiejętności logicznego myślenia. Jestem też pewien, że świetna warstwa graficzna także sprawi im wiele radości.


Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


wtorek, 25 września 2018

RECENZJA: LIga Sprawiedliwości, tom 4 - Niekończąca się walka (B. Hitch)


Liga Sprawiedliwości to grupa łącząca największych herosów uniwersum DC. Powstała po to, aby mierzyć się z niebezpieczeństwami, które przerastają jej członków w pojedynkę. No i oczywiście, aby nie raz ocalić świat. Nowa odsłona cyklu wydawniczego DC Odrodzenie nie mogła więc obyć się bez tej niezwykłej drużyny. I choć opiekę nad projektem powierzono doświadczonemu scenarzyście i rysownikowi - Bryanowi Hitchowi, nie wszyscy fani byli zadowoleni z jego podejścia do tematu (szczególnie w pierwszych tomach serii). Autorowi zarzucano zbyt patetyczny ton opowieści, nieustanną walkę grupy z nudnymi, wielkimi zagrożeniami, a także płytkim przedstawieniem osobowości oraz relacji pomiędzy bohaterami. Jak to często bywa, jednostka nie zawsze zgadza się z ogółem, toteż nigdy nie byłem zbyt zajadłym przeciwnikiem aktualnej pracy Hitcha. Owszem, powyższe problemy w treści wcześniejszych komiksów naturalnie istnieją, ale nie psują radości z lektury, jak to sugeruje większe grono fanów. 

I tak przechodzimy do najnowszego, czwartego tomu przygód Ligi. Jak sprawdza się Niekończąca się walka w świetle poprzednich części i czy zwyczajny czytelnik znajdzie w niej coś godnego uwagi? Moim zdaniem jest ciekawiej niż dotychczas, lecz to oczywiście nie oznacza, że nowa odsłona komiksu z miejsca stanie się klasykiem nad klasyki. Co to, to nie... Tym bardziej, że brakuje jej wymaganej ponadczasowości i prawdziwie genialnego scenariusza. Co więc otrzymujemy tym razem? W miarę porządne czytadło, które zapewni kilka kwadransów godnej, choć szybko ulatującej z pamięci rozrywki.


Szczególnie ucieszeni przygodami z tego tomu będą fani dwójki Zielonych Latarni. To właśnie Jessice Cruz i Bazowi Simonowi poświęcono aż dwie, z pięciu zamieszczonych w nim historii. Na przedstawieniu duetu Latarników jednak zabawa się nie kończy, gdyż w Niekończącej się walce mamy do czynienia z większym zamysłem autorów, prezentującym znacznie krótsze, choć nie mniej ciekawe historie. I w tym miejscu należy zaznaczyć, że tym razem Bryan Hitch nie działał sam przy pracy nad poniższym tomem. W pracy wsparli go Shea Fontana, Tom DeFalco oraz Dan Abnett. I dzięki temu od razu widać znaczny powiew świeżości.

Główną historią jest w albumie opowieść tytułowa, rozpisana na dwa regularne, wydawane w USA zeszyty. To całkiem niezła historyjka, nawiązująca do kultowego Dnia Świstaka, gdzie Flash zostaje wplątany w powtarzającą się sytuację z wybuchem potężnej broni. Widzieliśmy ten motyw już nie jeden raz, ale w wykonaniu Ligi Sprawiedliwości jeszcze nie. Tysiąc drobiazgów pokazuje sytuację, w której drużyna zostaje zaatakowana przez rój niebezpiecznych organizmów. Z początku nikt nie spodziewa się, że za całym zamieszaniem stoi ktoś z szeregów grupy. O ile powyższe historie wyróżniają się niezłym pomysłem, kolejne nie są już w stanie zaoferować niczego nadzwyczajnego. Sam Strach i Furia cierpią na zbyt wielką skrótowość. Niestety, w tej formie nie dało się ukazać żadnej wartościowej tematyki (może poza rozterkami Cruz, ale to widzieliśmy w poprzednich częściach już niejeden raz). Furia wprowadza w szeregi Ligi postać Mery, a fanów Aquamana ucieszy zapewne małe rozszerzenie wątków z trzeciego tomu jego tytułowej serii. Na koniec dostajemy Odrodzonego i jest to niestety powrót do wielkich, galaktycznych zagrożeń, z nieistotnym dla nikogo, nudnym antagonistą. Za plus można uznać ciekawą relację i współpracę Baza z Cyborgiem (brawa za Vica w sweterku!).


Ilustracyjnie tomik stoi na różnorodnym poziomie. Wśród rysowników na pierwszy plan wysuwają się Ian Churchill, Philippe Briones i Tom Derenick. Ich prace są dynamiczne, świetnie pasują do konwencji na szybko opowiadanych historii. Najsłabiej niestety wypadają prace Hitcha, który zdecydowanie za mało uwagi przywiązuje dopracowaniu szczegółów na poszczególnych kadrach (widać to m.in. na zamieszczonych tu planszach). 

Niekończąca się walka jest komiksem wartym przeczytania, jeśli na waszej półce aktualnie nie leży jakaś znacznie ciekawsza pozycja. Fani Ligi Sprawiedliwości z pewnością docenią różnorodność tematyczną najnowszej części, jednak nie sądzę, żeby uznali powyższy tom za pozycję w jakikolwiek sposób przełomową. Daje ona mimo wszystko nieco frajdy z obcowania z najsłynniejszą supergrupą świata, pokazując z jakimi problemami borykają się postacie pokroju Wonder Woman, Flash czy Batman. Zatem, jeśli nie musicie czytać wszystkich komiksów DC jak leci, możecie spokojnie pominąć ten tom. W innym przypadku warto spakować go do walizki lub plecaka, jadąc na wakacje czy zaległy urlop. Nie jest zbyt ciężki, więc na pewno Wam nie zawadzi.



Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 4 - Niekończąca się walka
Scenariusz: Bryan Hitch, Shea Fontana, Tom DeFalco, Dan Abnatt
Rysunki: Bryan Hitch, Tom Derenick, Ian Churchill Philipe Briones, Andy Owens
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z serii Liga Sprawiedliwości znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 24 września 2018

RECENZJA: Thor, tom 2 - Kto dzierży młot? (J. Aaron, R. Dauterman)


Dziwne rzeczy wyprawiają się w Asgardii. Thor stał się niegodny swego młota, niebezpieczeństwo wynikające z sojuszu Malekitha z Dario Aggerem staje się coraz bardziej namacalne, a nieznana nikomu niewiasta podnosi legendarną broń syna Odyna. Już to wszystko wystarczy, aby przyciągnąć uwagę czytelników zainteresowanych mitologią Marvela. Tylko czy aby na pewno? Pomysł zaprezentowania głównego zwrotu akcji jest z pewnością bardzo oryginalny, ale jak sprawy mają się z wcieleniem go w życie?

Kto dzierży młot? Jasona Aarona jest udaną kontynuacją wątków podjętych w tomie pierwszym cyklu (Gromowładna) i jako taki prezentuje interesujące rozwinięcie owych wydarzeń. Thor miota się w niepewności, szaleńczy plan Odyna przybiera na sile, nikt z bohaterów nawet nie domyśla się, czyją twarz kryje hełm Boga Piorunów. Każda postać ma swoje pięć minut (pojawia się nawet S.H.I.E.L.D.), ale największą atrakcją wciąż pozostaje główna protagonistka serii. Wreszcie (pod sam koniec tej części) dostajemy odpowiedź na pytanie o jej tożsamość, choć nie była ona w sumie trudna do przewidzenia. Jeśli można mówić tu o jakimkolwiek rozczarowaniu, będzie nim jedynie niezwykle krótka forma głównej opowieści. Z pewnością za taki stan rzeczy należy winić zbliżający się wielkimi krokami projekt Tajne Wojny. To on narzucił twórcom komiksu pewien pośpiech oraz oszczędną skrótowość. Niestety, inaczej sprawa ma się z dodatkowymi epizodami, zamieszczonymi w drugiej połowie najnowszego tomu.


Najnowszy tom Thora uzupełniono o standardowy Annual #1 oraz komiks What If? #10 z 1977 roku. I tu zaczyna się prawdziwa tragedia. O ile pierwsza historia z krótkiego, okazjonalnego wydania daje sporo satysfakcji (ukazanie starego Thora i jego wnuczek szukających dla niego prezentu) urzekając ciekawym pomysłem i wizją przyszłości, to dwie kolejne opowiastki przeznaczono chyba dla najmłodszych lub bardzo zdziecinniałych czytelników. Próba udowodnienia rycerzom z Asgardii jak mocarna jest nowa Thor, oraz wspomnienie szaleńczych lat młodości Thora wypadło głupkowato, infantylnie i zwyczajnie nieciekawie. A jeszcze gorzej jest chyba w przypadku klasyka z cyklu "co by było, gdyby...". Niestety, styl narracyjny historii obrazkowych z przed czterech dekad mocno się zestarzał i dziś zwyczajnie nie da się tego czytać. Mimo wszystko trzeba przyznać, że sama treść powyższej ramotki jest całkiem ciekawa (no, może poza idiotycznym zakończeniem).


Na szczęście album ratują rysownicy. Każda z części narysowana została przez innego artystę, dzięki czemu komiks ogląda się niezwykle przyjemnie. Russell Dauterman, Timothy Truman, Marguerite Sauvage, Rob Guillory i Rick Hoberg odwalili kawał dobrej roboty, a włączenie ich prac do powyższego tomu stworzyło coś w rodzaju przewodnika po wizualnej stylistyce, która obowiązuje w dzisiejszym (oraz obowiązywała w dawniejszym) komiksie. Jeśli tak jak ja, nie przekonacie się do większości zawartej w tomie treści, na pewno sporo radości da Wam samo obcowanie z formą graficzną Thora. Jak widać na zaprezentowanych przykładowych planszach, jest tu na czym zawiesić oko.

Kto dzierży młot? jest komiksem, który trzeba znać, jeśli czytaliście tom pierwszy serii i zamierzacie zostać z nią na dłużej. W przeciwnym wypadku odradzam jego czytanie, proponując wybór czegoś z licznej klasyki Marvela. W dzisiejszych czasach (również w naszym kraju) ukazuje się tyle komiksów, że naturalną koleją rzeczy jest właściwy wybór interesujących tytułów. W natłoku najróżniejszych pozycji łatwo popełnić błąd i chwycić w swe ręce coś, co będzie niegodne Waszego zainteresowania. I tak jak (spoiler) chwyciła za pozostawiony na księżycu młot, Wy też złapcie się za coś, co sprawi Wam o wiele więcej frajdy. A w trafnym wyborze lektury z pewnością pomoże wnikliwe przejrzenie zasobów Skrzydeł Gryfa. I to Wam bardzo polecam! ;-)



Tytuł: Thor, tom 2 - Kto dzierży młot?
Scenariusz: Jason Aaron
Rysunki: Russell Dauterman
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy o walecznej i godnej Thor znajdziecie na stronie Egmontu.