piątek, 15 czerwca 2018

RECENZJA: Saga Orków, tom 1 - Dwaj Bracia

Saga Orków to nowy cykl komiksowy, bazujący na serii książek Michaela Peinkofera (znanego u nas także dzięki powieści Znak gryfa). Ten popularny tytuł fantasy został zaadaptowany na potrzeby historii obrazkowej przez Jana Bratensteina. Rysunki wykonali Peter Snejbjerg i Lars Bjorstrup. Nie dane mi było jeszcze zapoznać się z literackim pierwowzorem Orków, lecz korzystając z możliwości spojrzenia na pierwszą część komiksu, nie zastanawiałem się długo. Od razu pomyślałem, że historia, w której tytułowymi bohaterami będą kreatury dotychczas pełniące rolę antagonistów, musi być coś warta. Tylko czy dobrze mi się zdawało...?

Dwaj bracia opowiadają historię Balboka i Rammara, orków biorących udział w zbrojnej wyprawie na ziemie gnomów. Nieudolne próby rozpoznania liczby wroga sprowadzają na oddział naszych bohaterów potężne żniwo śmierci, w którym oprócz wszystkich ich towarzyszy, życie traci także sam dowódca, Girgas. Stary obyczaj orków wymaga, aby zabrać głowę herszta w celu unieśmiertelnienia jej w tajemniczym obrzędzie zwanym shrouk-koum. Niestety, problem braci polega na tym, że czerep Girgasa gdzieś przepadł. Wracają więc do osady z pustymi rękami, co oczywiście nie przypada do gustu Wielkiemu Graishakowi. Jak możemy się domyślać, wódz orków nie da się łatwo zbyć, a nasi bohaterowie zostają zmuszeni do odnalezienia głowy dowódcy. I to będzie początkiem ich wielkiej przygody.

Komiks J. Bratensteina już na pierwszy rzut oka jawi się jako dobrze narysowana, przygodowa historia fantasy. Wraz z nią otrzymujemy parę ciekawie nakreślonych bohaterów, którzy stanowią swe oczywiste przeciwieństwa. Balbok jest szczupły, wysoki i trochę opóźniony, natomiast Rammar to typowy przykład spasionego cwaniaczka, zawsze myślącego wyłącznie o sobie. Oczywiście, to Balbok jest tym bardziej walecznym, często bowiem musi mierzyć się z niebezpieczeństwami, podczas gdy jego brat stara się unikać wszelkiej odpowiedzialności. Można więc założyć, że przy tak pomysłowo nakreślonych protagonistach, cała historia będzie co najmniej dobra. I słusznie, Dwaj bracia pod względem kreacji głównych postaci sprawdzają się praktycznie bez zarzutu. Problem leży w innej kwestii.

Komiksowych historii fantasy jest bardzo wiele i trzeba dziś nie lada pomysłu, aby sprzedać czytelnikom coś naprawdę ciekawego. Ważna jest sama fabuła, dobre dialogi i wyraźne postacie, ale również świat, w którym mają rozgrywać się wszystkie wydarzenia. A tu niestety, tego zabrakło. W moim odczuciu, Saga Orków jest bezmyślną kalką z Tolkiena. Mamy tu bliźniaczy Śródziemiu świat, zamieszkany przez elfy, krasnoludy, orków i czarowników. A wszystko to tak beznamiętnie nawiązujące do mistrza fantasy, że aż bolą oczy. Już sam wstęp zdradza nam te zapożyczenia, prezentując ekspozycję, która na dobrą sprawę mogłaby zostać opowiedziana przy jakiejś późniejszej okazji (bo w odniesieniu do wydarzeń z tego tomu, nie ma ona jakiegoś większego znaczenia).

Na szczęście, w Dwóch braciach sprawdza się też humor. Uśmiech wywołują wszelkie utarczki pomiędzy Rammarem i Balbokiem, sporo jest tu także sytuacji komicznych oraz barwnych nieporozumień. Choć autorzy nie odważyli się zaprezentować aż tak dosadnego humoru, jak w konkurencyjnym Świecie Troy, rozweselający aspekt Sagi Orków mogę uznać za nader udany.

Rysunki P. Snejbjerga i L. Bjorstrupa wypadają więcej niż dobrze. Idealnie oddają charakter opowiadanej historii, są brutalne tam gdzie trzeba oraz dynamiczne i szczegółowe, kiedy wymaga tego sytuacja. Kolory stanowią mieszankę ciemnych barw, co daje dodatkowe uczucie przeżywania przygody w mrocznym, zdominowanym wojną otoczeniu.

Pierwszy tom komiksu na podstawie książek Peinkofera to dzieło udane, choć nie mogę nazwać go idealnym. Być może w kolejnych częściach wszystko bardziej się rozkręci, na razie jednak nie wszystko działa tu tak jak powinno. Zbyt mała oryginalność uniwersum odbiera część przyjemności z poznawania świata, choć sam pomysł z uczynienia orków głównymi bohaterami serii wypadł bardzo przekonująco. Widać też większy zamysł na całość, mam więc nadzieję, że seria od kolejnej odsłony mocno złapie wiatr w żagle. Aż prosi się o powiększenie liczby bohaterów, którzy dodaliby większego poczucia epickości tej (jakby nie patrzeć) interesującej historii. Na chwilę obecną polecam komiks przede wszystkim czytelnikom nie obeznanym ze zbyt wieloma tytułami fantasy. Pozostała armia stałych wyjadaczy może przeczytać go przy jakiejś niezobowiązującej okazji.


Tytuł: Saga Orków: Dwaj bracia
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenariusz: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg, Lars Bjorstrup
Przekład: Robert Lipski
Wydawnictwo: Elemental
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 48
Cena okładkowa: 45 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Elemental.



czwartek, 14 czerwca 2018

Konkurs Skrzydeł Gryfa i wydawnictwa Adamada - Gryfony: Znak Gryfa

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Adamada mam przyjemność zaprosić Was na konkurs, w którym do wygrania są cztery egzemplarze książki Michaela Peinkofera - Gryfony: Znak gryfa! 

Wpadajcie więc szybciutko na fanpage Skrzydeł Gryfa na facebook'u. Tam dowiecie się, co trzeba zrobić, aby wygrać jedną z tych wspaniałych nagród. :-)



środa, 13 czerwca 2018

RECENZJA: Hulk: Szary (Jeph Loeb, Tim Sale)

Hulk jest często nazywany sałatą Marvela. To oczywiście dlatego, że jest cały zielony. Tymczasem, co pokazuje przykład komiksu Jepha Loeba i Tima Sale, nie zawsze tak było. Niektórzy czytelnicy pewnie już tego nie pamiętają, ale Hulk na samym początku swego istnienia był szary. I taki jest właśnie tytuł komiksu pary artystów, którzy odpowiadają też za kilka innych opowieści z kolorowej serii wydawnictwa (Daredevil: Żółty, Spider-Man: Niebieski).

Hulk: Szary rozgrywa się w domyśle pomiędzy pierwszym, a drugim zeszytem oryginalnego cyklu The Incredible Hulk. Stanowi też swoiste origin story, które można jednak czytać bez znajomości tych klasycznych komiksów. Ukazano w nim wydarzenia, które rozegrały się bezpośrednio po zdetonowaniu bomby gamma na pustyni. Wszechobecny chaos, generał Ross ścigający tajemnicze monstrum, zniknięcie Bruce'a Bannera - to wszystko tworzy tło dla ukazania prawdziwej natury Hulka oraz jego pierwszego spotkania z Betty Ross.

Choć może się wydawać, że komiks ma na celu zaprezentowanie wszelkich niedopowiedzianych wcześniej wydarzeń, jego treść wychodzi ponad te elementy. Hulk: Szary jest przede wszystkim próbą ukazania rysu psychologicznego postaci olbrzyma oraz dynamiki, jaka zawiązała się (w początkowym okresie) pomiędzy nim, Betty i generałem. Stąd też bierze się sam tytuł. Ross jest postacią widzącą wszystko wyłącznie w czerni i bieli, a Hulk, zgodnie z kolorem skóry przedstawiany jest w bardziej złożony sposób. Być może dlatego, że gdzieś wewnątrz, kryje w sobie inteligentnego Bannera.

Scenariusz Jepha Loeba w prosty, choć dynamiczny sposób ukazuje to, kim jest sam Hulk oraz jego niezdolność do egzystencji w dzielonym z innymi ludźmi świecie. Dostrzegamy tu konflikt jednostki ceniącej proste rzeczy, poznającej swe otoczenie i chcącej żyć w sposób, jaki uznaje dla siebie za odpowiedni. Niestety, mocno zarysowana niezdarność Hulka oraz jego częściowe zdziecinnienie napotykają opór sprzeciwu w postaci charakteru generała Rossa. Nieustępliwy wojskowy widzi przed sobą jedynie własny cel, a kierowany małostkowymi pobudkami, pragnie zrealizować go bez względu na wszelkie okoliczności.


Hulk: Szary to historia tragiczna. Znając dalsze losy tego bohatera, wiemy jak potoczy się prezentowana tu opowieść. Niemniej ważny jest sam wydźwięk stworzonej przez autorów treści. Bruce Banner, wspominający przeżyte wydarzenia swemu przyjacielowi, szuka jasnej analizy pamiętnych dni. Jak to często bywa, znajdzie rozwiązanie problemu w swoich własnych słowach. A da ono też do myślenia czytelnikowi. Bo tak naprawdę nie zawsze to, co widoczne gołym okiem, jest prawdą, która ukrywa się pod grubą warstwą wspomnień. Często my sami, obierając drogę zgodną z własnym sumieniem, zbaczamy na manowce, nie mając wpływu na rozgrywające się wokół nas wydarzenia.

Rysunki Tima Sale'a idealnie integrują się z mocno skondensowanym scenariuszem Loeba. Ich karykaturalny charakter soczyście uzupełnia całą opowieść. Połączenie mocno przerysowanej kreski ze specyficznym, kreskówkowym stylem, dało temu komiksowi coś nieuchwytnego. Te składniki potrafią silnie przyciągać do rozgrywających się w tomiku wydarzeń. Wszystko jest tu przerysowane, mimika Hulka i generała Rossa co chwilę rozsadza poszczególne kadry, nadając całości niezwykle ekspresyjnego wrażenia. Całość dostosowano stylistycznie do epoki, w której powstawały pierwsze zeszyty o nieposkromionym bohaterze. Nie bez znaczenia w odbiorze jest również kolorystyka. Szare odcienie skóry Hulka nałożone zostały akwarelą, dzięki czemu pomysłowo podkreślają i odróżniają tę postać od reszty otoczenia. Natomiast dominujące w komiksie ciemne barwy, uzupełniają historię o typowo przyziemne odczucia.



























Hulk: Szary jest komiksem, który czyta się dość szybko. Nie ma tu przydługich rozmów, a wiele kadrów prawie w ogóle pozbawionych jest narracji. Mimo wszystko potrafi chwycić za serce, ponieważ jest nie tylko początkowym rozdziałem z życia znanego bohatera, ale przede wszystkim dobrze wykreowaną opowieścią psychologiczną. Długo można by jeszcze rozwodzić się nad jego ukrytym przekazem, pozwólcie więc, że zachęcę Was do tego w komentarzach.
Ze swojej strony dodam jeszcze, że to naprawdę emocjonująca rzecz. Pod przykrywką niezłej rozpierduchy na pustyni, kryje się opowieść o bólu, dążeniu do spokoju i szukaniu ważnych odpowiedzi. Warto poznać tą historię, nawet jeśli niespecjalnie lubi się powierzchowność Hulka. Ten komiks pokazuje jak można ukazywać i odbierać tę postać, a robi to w naprawdę inspirujący sposób. Oby więcej historii obrazkowych służyło właśnie takim celom.

Poniższe wydanie zostało wzbogacone o przedmowę Marie Severin (artystkę, która od lat 60-tych ubiegłego wieku współpracuje z Marvelem) oraz Szkicownik, w którym znajdziecie ilustracje z kolejnych etapów powstawania komiksu, jak i ciekawe uwagi autorów odnośnie procesu kreatywnego.


Tytuł: Hulk: Szary
Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunki: Tim Sale
Wydawnictwo: Marvel/Mucha Comics
Rok wydania: 2015
Ilość stron: 160
Cena okładkowa: 65 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics



wtorek, 12 czerwca 2018

RECENZJA: Gryfony, tom 1: Znak Gryfa - Michael Peinkofer

Są takie książki, które od samego początku zdają się prosić, aby je przeczytać. Kiedy na tegorocznych Warszawskich Targach Książki dostrzegłem piękną okładkę powieści Michaela Peinkofera, od razu założyłem, że jest to coś dla mnie. Gryfy pasjonują mnie nie od dziś. To wspaniałe, majestatyczne i dzikie istoty, które od lat niesłusznie pozostają w cieniu smoków. A przecież dorównują im pod każdym względem, pobudzając wyobraźnię swym wyglądem, charakterem i symboliką. To m.in. z przekory przeciw dominacji prastarych, pokrytych łuską istot, a także z czystej fascynacji gryfami, wymyśliłem nazwę dla tego bloga. I teraz wreszcie mam okazję napisać Wam coś o książce, która tytułem i treścią traktuje właśnie o nich.

Melody Campbell jest najzwyklejszą nastolatką. Mieszka na wyspie Arran, codziennie chodzi do szkoły, a w wolnym czasie pomaga babci przy utrzymaniu podupadającego pensjonatu Stone Inn. Niezrozumiana przez rówieśników (w szczególności przez jedną, dość wredną koleżankę), pocieszenie znajduje w towarzystwie oddanego kolegi Roddy'ego. To prozaiczne życie Melody zostaje wywrócone do góry nogami, gdy dziewczyna otrzymuje w prezencie tajemniczy pierścień. Pobłyskująca niepokojąco ozdoba prowadzi młodą bohaterkę do leśnego kręgu, gdzie wraz z Roddym odkrywa tajemniczą skamielinę. Jak się wkrótce okazuje, znalezisko jest najprawdziwszym jajem gryfa, z którego wkrótce wykluwa się mały pisklak. W połowie kot, w połowie orzeł, już od swych pierwszych chwil nadaje ton życiu dziewczyny. Sekrety znaleziska oraz samo istnienie mitycznego stworzenia absorbują Melody bez reszty. Niestety, postępujące kłopoty finansowe jej babci, grożą utratą pensjonatu, będącego w ich rodzinie od wielu pokoleń.

Znak gryfa to powieść przeznaczona głównie dla młodszych czytelników. Nie będę owijał w bawełnę, jest to jedna z tych książek, które raczej nie trafią do gustu bardziej wyrafinowanego odbiorcy. Napisana została prostym, wprawnym językiem, lecz podczas lektury czułem wyraźnie, że nie jestem jej docelowym odbiorcą. Nie mogę jednak uznać, że wszystko co w niej przeczytałem jest złe czy niedorzeczne. Autor bardzo ciekawie kreuje całą fabułę, spajając ze sobą współczesność z niczym nie skrępowaną fantastyką. I choć ogólnie fabuła jest raczej prosta i przewidywalna, przyznam, że specyficzny klimat przygody potrafił mi się udzielić więcej niż kilka razy.

rys. Helge Vogt 

Wydarzenia w Znaku gryfa rozgrywają się dwutorowo. Z jednej strony mamy Melody i jej niezwykłego, gryfiego towarzysza, z drugiej obserwujemy zmagania bohaterki z podłą koleżanką oraz kłopotami finansowymi babci. Połączenie tych elementów uznaję za spory plus. Co jest tu jednak najciekawsze, to wszelkie piętrzące się przed bohaterką tajemnice. Stanowią one chyba najbardziej emocjonującą część książki. Nie bez znaczenia jest też wątek przyjaźni dziewczyny z gryfem. Choć nie zawsze jest on centralnym punktem wydarzeń, daje sporo satysfakcji, sprawiając, że możemy identyfikować się z parą bohaterów.

Pierwszy tom serii Gryfony to świetny przykład lubianego wśród młodych ludzi urban fantasy. Znajdziemy tu wszystkie cechy charakterystyczne dla tego nurtu, lecz jak zaznaczyłem wcześniej, najwięcej frajdy będą z niej mieli raczej młodsi czytelnicy. Michael Peinkofer oddaje należną cześć gryfom, tworząc ciekawy, magiczny świat, który bez żadnej fałszywej nuty koegzystuje z naszym własnym. I choć na gruncie rozwiązania wszelkich tajemnic wiele zostało jeszcze do wyjaśnienia, z chęcią poznam dalsze losy Melody. Generalnie cieszę się, że sięgnąłem po tą książkę. Moja miłość do gryfów jest tu zapewne nie bez znaczenia.


Tytuł: Gryfony: Znak gryfa
Autor: Michael Peinkofer
Przekład: Ryszard Turczyn
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 215
Cena okładkowa: 34,90 zł

niedziela, 10 czerwca 2018

Jurassic World: Fallen Kingdom (2018) - czy warto było wracać do parku piąty raz?

Napiszę to od razu: byłem pełen obaw przed ponowną próbą wejścia do świata dinozaurów. I żeby nie było, uwielbiam pierwsze trzy odsłony filmowego cyklu. Po prostu po seansie Jurassic World, gdzie w trzecim akcie całkowita logika wzięła sobie wolne (u scenarzysty, reżysera oraz aktorów), nie spodziewałem się niczego dobrego. Plakaty i zwiastuny zasiały dodatkową panikę w moim sercu, oczekiwałem więc porażki porównywalnej do zeszłorocznego Obcego: Przymierze. A tu... niespodzianka!

foto: Entertainment Weekly








Powiedzmy sobie jedno. Jurassic World: Fallen Kingdom jest filmem familijnym ze wszystkimi plusami i minusami podobnych produkcji. Jest tu wiele uproszczeń (często śmiesznych i bezsensownych), postaci, które mają dotrzeć do widzów w każdym wieku, taniej efektywności i zapożyczeń z klasyki gatunku, które wywołują uśmiech politowania na twarzy bardziej wyrobionego widza. A jednak, to wszystko sprawdza się w formie, którą obrał J. A. Bayona, reżyser tego obrazu. Najwyraźniej udało mu się tak podejść do scenariusza autorstwa Colina Trevorrowa i Dereka Conolly'ego, że wszelkie nieścisłości tekstu zamienił na jedną, sprawnie opowiedzianą historię. 

Jak tego dokonał? Przede wszystkim dynamicznie poprowadził całą intrygę, starając się jak najmniej zanudzać widza. Postawił w dużej mierze na dinozaury. Jest ich tu pełno, a nawet w tych wolniejszych, pozornie nudnych momentach, cały czas widzimy je na ekranie. Bo przecież to dla nich chodzimy na te filmy, prawda? Nie muszą one nieustannie gonić i pożerać bohaterów, ale nawet te chwile, kiedy są zamknięte w klatkach, mogą posłużyć jako dodatkowy punkt zainteresowania. Nie zawiodła też dynamika opowiadanej historii, która sprawia, że szybko wchodzimy w cały przedstawiony świat i kupujemy go z całym dobrodziejstwem inwentarza. To m.in. dlatego w Jurassic World: Fallen Kingdom przestałem zwracać uwagę na głupotki i niedociągnięcia.

foto: Entertainment Weekly


Na plus wychodzi też ogólny klimat filmu. Jest dużo mroczniej i poważniej niż w poprzedniej odsłonie. Prehistoryczne potwory są w większości naprawdę straszne, a najgroźniejszy z nich, indoraptor, z pewnością stanie się najbardziej rozpoznawalną ikoną tej produkcji (na pewno bardziej niż indominus rex, którego potencjał poprzednio trochę zmarnowano). Jest tu wiele scen, których nie poleciłbym bardzo młodym widzom, a sam przyznam, że było kilka takich chwil, kiedy zacisnąłem mocniej dłonie na poręczy fotela (stary, a się boi, nie?). Nieletni widzowie z pewnością znajdą w Jurassic World: Fallen Kingdom swych gadzich faworytów, nieważne czy będzie to straszliwy indoraptor, pomocna Blue czy uparty Stygimoloch. Chris Pratt kontynuuje kreowanie wiecznie zaradnego Owena, a Bryce Dallas Howard wreszcie przestała biegać w szpilkach, więc ich wspólne zmagania od razu dostały ode mnie dodatkowy plusik.

foto: Entertainment Weekly

Minusem jest postać wiecznie wystraszonego i piszczącego Franklina (Justice Smith) oraz młodej Maisie (Isabella Sermon), na której obecność przez pierwszą połowę filmu twórcy nie potrafili znaleźć żadnego dobrego pomysłu. Na szczęście te niedociągnięcia przykrywa płaszczyk dynamicznie rozwijającej się akcji, która dominuje w produkcji.

Warto też zwrócić uwagę na efekty specjalne. Sporo dopieszczonego CGI oraz efektów praktycznych spaja cały obraz z jego wydumaną treścią. Dinozaury są więc dość realne, a wszelkie sceny z nimi warte pieniędzy wydanych na bilet.

Odetchnąłem więc z ulgą, bo jak widzicie, tym razem obyło się bez tak wielkiego zawodu, jak trzy lata temu. Być może poprzednia część cyklu obniżyła moje oczekiwania, ale muszę przyznać, że Jurassic World: Fallen Kingdom potrafi jednak bawić widza. Jeśli więc szukacie nieskomplikowanej rozrywki na weekend i możecie przymknąć oko na wiele uproszczeń i niedopowiedzeń, wybierzcie się szybko do kina. W końcu takie filmy też dają sporo frajdy, prawda? 

foto: Entertainment Weekly

sobota, 9 czerwca 2018

Wbrew Naturze, tom 2 - Polowanie (Mirka Andolfo)

Znacie bajkę o wilku i śwince? Założę się, że takiej na pewno nie znacie! Mirka Andolfo, uznana artystka pracująca m.in. dla Marvela i DC, przedstawia dalszy ciąg swego w pełni autorskiego dzieła. Miesza w nim różne stylistyki, opowiadając historię pozornie bajeczną, mocno wciągającą, ale co najważniejsze, świetnie napisaną.

Drugi tom serii Wbrew naturze przynosi kontynuację wątków z poprzedniej części. Wygląda na to, że kłopoty, jakie spotkały Leslie, dopiero się zaczynają. Po zamieszaniu związanym z ustawioną randką oraz wplątaniu naszej bohaterki w morderstwo swych najbliższych przyjaciół, nieświadoma jeszcze wszystkiego świnka, musi uciekać. Na szczęście towarzyszy jej niespodziewany wybawca, Khal oraz nowa twarz w tej opowieści, Saya. Wspólnie docierają do bezpiecznego schronienia, gdzie Leslie ma szansę na zrozumienie wszystkich dotychczasowych faktów. Jednak prawda o znaczeniu niepokojących wydarzeń prowadzi naszą bohaterkę ku jeszcze nowszym zagrożeniom. Szykujcie się więc na ostrą jazdę bez trzymanki, bo Polowanie jest w toku, a seria bierze ostry zakręt w rejony, których nawet nie spodziewaliście się odwiedzić. 

Tak, to prawda. Myliłby się ten, kto sądzi, że Andolfo będzie kontynuować tą wesołą, lekko podszytą kryminałem historyjkę o doborze naturalnym wśród mieszkańców Nowego Roarku. Coś, co zostało w pewien sposób zaznaczone w tomie pierwszym (pisałem o nim w Kiosku z Komiksami), tutaj niespodziewanie przybiera na sile. Zamiast słodkiej historii o zagubionej bohaterce, dostajemy prawdziwy thriller z domieszką mistycyzmu i fantastyki. Manifestacja tajemniczej, wilczej obecności nabiera wreszcie znaczenia, a nasza pulchniutka Leslie coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że jej sny są czymś więcej, niż mogłoby się wydawać. Do tego dochodzi sekret nieznanej organizacji, która już dawno upatrzyła sobie naszą bohaterkę jako cel swych podstępnych działań.

Polowanie to jednak nie tylko thriller i fantastyka. To również komiks z mocno rozbudowaną teorią spiskową, zaprezentowany w formie opowieści drogi. Nasi bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce, szukając bezpiecznego schronienia, a my, czytelnicy, śledzimy ich poczynania, łapczywie chwytając wszelkie wyjaśnienia, których nie szczędzi nam autorka. Jednego jednak można być pewnym - nie wszystkie karty zostaną wyłożone na stół, więc jeszcze wiele zagadek przed nami. Sugeruje to choćby samo zakończenie, które zostawia nas w pełnym napięcia oczekiwaniu. Przyznam, że pod względem dawkowania wyjaśnień, Wbrew naturze podchodzi mi nawet bardziej niż Paper Girls. O ile w komiksie Briana K. Vaughna z tomu na tom dowiadujemy się generalnie coraz mniej, w tej serii Andolfo serwuje nam wiele odpowiedzi, znacznie szybciej przechodząc do sedna.

Warto też wspomnieć o przemianie głównej bohaterki. Z zastraszonej, niezbyt asertywnej świnki, Leslie zmienia się na przestrzeni obu tomów wręcz nie do poznania. Jej finałowa decyzja, która wynika w prostej linii z zajść, których była świadkiem, prezentuje nam cały wachlarz jej dobrze rozpisanej, wewnętrznej drogi - poprzez rozpacz i zagubienie, aż do buntu i przejęcia władzy nad swoim życiem. A wszystko to poprowadzone jest logicznie i z należytym wyczuciem.

O ile wiemy już, że scenariusz pozostaje mocną stroną powyższego komiksu, czas wspomnieć coś o rysunkach (bo nie ma przecież komiksu bez rysunków, prawda?). I tu również czeka nas miłe zaskoczenie. Oczywiście, czytelnicy mający awersję do antropomorficznych zwierzaków rysowanych w stylu lekko nawiązującym do Disney'a (skojarzenia ze Zwierzogrodem są tu jak najbardziej na miejscu) raczej nie zapałają miłością do prac autorki. Reszta z pewnością da się ująć szczegółowym grafikom, apetycznie odtworzonym postaciom (patrz rysunek obok) i łagodnym klimatem tworzonych kadrów. Dla mnie ilustracje we Wbrew naturze to klasa sama w sobie.

Podsumowując swój wywód, śmiem twierdzić, że drugi tom przygód Leslie to nieoczekiwany skręt w nowym kierunku, niosący serię ku dość niespodziewanym rozwiązaniom. Mirka Andolfo stworzyła wielce zajmującą historię, z przemyślanym i wciągającym scenariuszem oraz angażującym rozwojem głównej postaci. Teraz pozostaje tylko czekać na kolejną odsłonę Wbrew naturze, mając nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej. A wtedy może zobaczymy jak w tej wersji bajki zakończy się starcie wilka ze świnką... ;-)


Wbrew naturze zostało wydane przez Non Stop Comics


czwartek, 7 czerwca 2018

RECENZJA: Harley Quinn, tom 2 - Joker Kocha Harley

Z recenzjami komiksów o Harley Quinn jest ten sam kłopot, co z seriami, które w każdym tomie prezentują zbliżony poziom. Jest łatwiej, kiedy w kwestii scenariusza potrafią wnieść coś interesującego, lecz jeśli z tomu na tom jakość nie ulega znaczącym zmianom, wówczas oceniający ma nie lada problem. No bo jak napisać wtedy coś nowego? Czym zainteresować potencjalnego czytelnika? Podobnych kłopotów spodziewałem się, sięgając po drugi komiks o Świruni z cyklu DC Odrodzenie. Na szczęście szybko okazało się, że moje obawy były co najmniej przedwczesne.

Joker kocha Harley to (jak i w poprzednich przypadkach) wspólne dzieło Jimmy'ego Palmiotti i Amandy Conner. Nad graficznym sznytem całości czuwał (nie po raz pierwszy) utalentowany John Timms. Ci z Was, którzy śledzą losy Harley w wydawanych od kilku lat seriach, z pewnością odnajdą się również w najnowszej historii. Znajdziemy tu opowieść o wakacyjnym wypadzie pani psycholog wraz z Poison Ivy na Bahamy, podstępną próbę powrotu Jokera do życia naszej bohaterki oraz (zupełnie niepasującą do obecnego, letniego klimatu) opowiastkę o próbie ratowania Świętego Mikołaja przed mroczną stroną jego osobowości.

Co więc jest w tym wszystkim nowego? Ano właśnie, oprócz parady wielu nieszablonowych i zwariowanych przygód tytułowej bohaterki, dostaniemy w Joker kocha Harley lepsze spojrzenie na psychikę i wewnętrzne zmagania naszej protagonistki. Wierzcie lub nie, ale ten tom obnaża wreszcie to, co najbardziej pokochałem w Harley od samego początku. Zawsze przedstawiana była jako osoba nieokiełznana, bezwzględna i niebezpieczna, jednak w całym galimatiasie uczuć, jakie ją wypełniały, zawsze znajdowała miejsce na lojalność, oddanie i poświęcenie. Tak, tak, moi drodzy, Świrunia jak nikt inny dba o swoich najbliższych i jest gotowa stanąć w ich obronie (lub zemście) przeciw całemu światu. Jeśli dostrzegliście to tak jak ja, na pewno spodoba się Wam podejście scenarzystów do jej aktualnych problemów.

Joker kocha Harley jak żaden z dotychczasowych tomów serii pokazuje, z czym musi zmagać się nasza bohaterka. Od niespełnionego romansu z Pioson Ivy, toksyczny związek z Jokerem, aż po wszelkie próby bycia gotową na poświęcenia dla wszystkich swych ziomków z kamienicy. To oddanie wyczerpuje ją psychicznie, a Harley, jak każda istota ludzka, potrzebuje wyłącznika, który pozwoli jej odciąć się od wszystkich problemów. Dobrze więc, że wreszcie dostaliśmy część historii o takim wydźwięku. Interesujące jest także to, że większość jej obaw widzimy w postaci mocno zakręconych snów. Wierzcie mi na słowo, ale miło widzieć w Harley nie tylko uosobienie cech postaci z Looney Tunes, lecz także realną osobę z krwi i kości. Zresztą sprawdźcie sami, scena z pizzą na przedostatniej stronie drugiego zeszytu mówi chyba sama za siebie (i jest moją ulubioną z tego tomiku).

Sympatycy zwariowanych perypetii Harley też znajdą tu coś dla siebie. Na pewno ucieszą Was sposoby zadawania bólu Jokerowi, krótki powrót do wrotkarskiego kręgu czy wyprawa z Red Toolem do podziemi. Istota, która je zamieszkuje, z pewnością sprawi, że zastanowicie się dwa razy zanim wejdziecie do ciemnej piwnicy.

Ilustracyjnie jest super, zresztą John Timms nie raz już pokazał, że potrafi nadać drapieżny, seksowny urok naszej nieprzewidywalnej klaunicy. Jego grafiki mają ten dynamiczny, szkicowy klimat, który świetnie sprawdza się także po nałożeniu kolorów. W ostatniej historii zastąpili go m. in. Brandon Peterson, Inaki Miranda i Andrew Robinson. Każdy z tych artystów wywiązał się ze swej pracy znakomicie.

Najnowszy tom przygód Harley to solidna porcja niezobowiązującej rozrywki, która wreszcie pozwala ujrzeć głębię głównej bohaterki. Pomysłowy scenariusz łączy tu wszystkie lubiane przeze mnie elementy, a ilustracje pozwalają utrzymać nieszablonowy styl całej serii. Jeśli dotychczas nudziła Was zwariowana stylistyka historii o Harley, sięgnijcie po ten tom. Może wreszcie znajdziecie tu coś, czego szukaliście od dawna?


Komiksy o Harley z Nowego DC Comics i Odrodzenia znajdziecie na stronie Egmontu


środa, 6 czerwca 2018

RECENZJA: Wirus - Graham Masterton

Graham Masterton jest pisarzem, który miał wielki wpływ na moją młodość. Kiedy we wczesnych latach 90-tych nasze granice otworzyły się na wszelką literaturę z zachodu, książki tego niegdysiejszego redaktora Mayfair zawładnęły świadomością wielu młodych ludzi nad Wisłą (oprócz niego tryumfy święcił także Stephen King, lecz to już zupełnie inna historia). Za sprawą stale rosnącej popularności nowego wydawnictwa Amber Horror, miałem okazję poznać szereg niesamowitych powieści z gatunku grozy. Wśród tych pochłanianych bez opamiętania, z pamięci mogę wymienić doskonałego Manitou, Wojowników nocy, Tengu czy Kostnicę. To były niesamowite, pełne mrocznych wrażeń czasy. Mając te kilkanaście lat, po raz pierwszy przekonałem się, że strach można odnaleźć nie tylko na kinowej sali, ale również na kartach zwykłych książek.

Kiedy dziś, po tak wielu latach, nadarzyła się okazja na ponowne wejście do niepokojącego umysłu pisarza, nie zastanawiałem się ani chwili. Niezwłocznie sięgnąłem po jego najnowszą powieść, aby sprawdzić, czy podobnie jak dawniej, zostanę pochłonięty przez czytaną historię. I już teraz przyznam, że Wirus zdecydowanie dał radę! Nie jest to może powieść idealna (znalazłem w trakcie czytania kilka małych wpadek), jednak jako całość wypada ciekawie i świeżo, tak pod względem klimatu jak i zaprezentowanej historii.

Wirus eksploruje obszary nieczęsto prezentowane w horrorach. Ogólna fabuła powieści może wywołać uśmiech politowania u nie zainteresowanych tematem, bowiem nie każdy przejdzie obojętnie obok książki, w której głównym złoczyńcą są części garderoby. Tak, to prawda! Bohaterowie Mastertona - Jeremy Pardoe oraz sierżant Dżamila Patel prowadzą śledztwo dotyczące morderstw, w których udział mogły mieć części ubrań, pozyskane przez sprawców w second-handach. Obcowanie z dziwną tkaniną skutkuje u zabójców kontaktem z pewną formą ducha, który nakłania ich do najbardziej bestialskich czynów. Niezwykle trudne śledztwo prowadzi parę detektywów ku coraz to nowszym odkryciom, lecz żadne z nich nie przeczuwa, jaki będzie tego finał.

Wirus to książka działająca doskonale na polu opowiadanej historii jak i stale rosnącego uczucia grozy. Pamiętam, że kiedy czytałem wcześniejsze dzieła Mastertona, moją uwagę przyciągały niezwykle sugestywne opisy krwawych scen. Po latach stwierdziłem, że za taki odbiór najprawdopodobniej odpowiadał mój młody wiek (lub mocno rozbudzona wyobraźnia). Niestety, nic z tych rzeczy! W Wirusie odnalazłem dokładnie taki sam sposób narracji oraz sceny, które za sprawą swej dosadności wyryją się w mojej pamięci na długo. Jeśli więc jesteście czytelnikami o słabych nerwach, raczej unikajcie tej książki. Niektóre rozdziały dedykowane są wyłącznie sympatykom bardzo mocnej rozrywki.

Fabuła powieści zaplanowana została tak, aby odkrywać wszystkie karty tuż przed oczami czytelnika, toteż podczas lektury nie wiedziałem więcej, niż obserwowani bohaterowie. Zagadka rozwija się dynamicznie, a autor sukcesywnie podrzuca nowe elementy układanki. Ponadto, w drugiej połowie książki Masterton zastosował nieoczekiwany zwrot akcji, co zupełnie wybiło mnie z rozważania nad źródłem plagi ubrań. Jak się jednak okazało, był to zabieg celowy, mocno podbijający stawkę.

Za minus uznałbym jedną lub dwie sceny, które potwierdzają bardzo denerwujące założenie, że główny bohater zawsze musi wyjść z opresji cało, jak i słabo zarysowany wątek międzyludzki. W Wirusie bohaterowie służą autorowi wyłącznie za nośnik wszelkich wydarzeń. O ich życiu osobistym i wewnętrznym dowiadujemy się niewiele i w sumie szkoda, bo lepsze pogłębienie tych elementów pozwoliłoby znacznie lepiej wypełnić powieść emocjami.

Wirus jest powieścią, którą powinni przeczytać wszyscy wielbiciele horrorów oraz osoby, które znudziły się pewną powtarzalnością w historiach grozy. Znajdziemy tu dość odważny i pomysłowo zrealizowany zamysł, więcej niż kilka mocnych, brutalnych scen, a także historię, która porwie nas od samego początku. Nieoczekiwane zakończenie także nie pozostawi nikogo obojętnym, sprawiając, że trudno będzie nie rozmyślać o przeczytanych wydarzeniach. I to chyba najważniejsze, czego można oczekiwać po dobrej powieści. Jeśli zostaje z nami na dłużej, to jest to rekomendacją samą w sobie.


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis


wtorek, 5 czerwca 2018

Lego Harry Potter (Wizarding World) 2018

Wszystko wskazuje na to, że Harry Potter stał się serią, która przetrwała próbę czasu. Młodzież wciąż sięga do książek J. K. Rowling, telewizyjne powtórki filmowych adaptacji przyciągają przed małe ekrany rzesze widzów, a firmy produkujące zabawki raz na jakiś czas przypominają nam o dochodowej franczyzie, zapełniając sklepowe półki prawdziwie czarodziejskimi towarami. 

Zbliżająca się wielkimi krokami druga część Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć, była najwyraźniej sporym impulsem dla firmy Lego, która postanowiła uraczyć nas zestawami z kultowego dzieła J. K. Rowling. I to jakimi zestawami! Choć produkty zaprezentowane na tą chwilę, skupiają się wyłącznie na fabule trzech pierwszych powieści o Harrym, to muszę przyznać, że wyglądają naprawdę niesamowicie. Wszystkie charakteryzują niezwykle precyzyjne projekty, spora funkcjonalność, a co najważniejsze - idealne odwzorowanie klasycznych już scen. Zresztą, popatrzcie sami i spróbujcie nie zachwycić się Hogwartem, meczem Quidditcha, Bijącą Wierzbą czy dworcem kolejowym. :-)










Wszystkie te zestawy (oraz kilka innych, na obecną chwilę jeszcze nie ujawnionych) pojawią się w sprzedaży już w te wakacje. Rozbijajcie więc skarbonki, szykujcie miejsca na biurkach i stołach, bo magiczny świat wraca w najlepszej zabawkowo-kolekcjonerskiej formie od lat!

poniedziałek, 4 czerwca 2018

RECENZJA: Vei, tom 1 (S. B. Elfgren, K. Johnsson)

Mitologia nordycka inspiruje autorów komiksów nie od dziś. Za przykład niech służą choćby przygody Thorgala czy superbohaterskie zmagania Thora, od wielu dekad publikowane w Marvelu. Czy zatem osadzona w podobnych klimatach, historia autorstwa Sary B. Elfgren i Karla Johnssona jest w stanie dać współczesnemu czytelnikowi coś nowego? Oczywiście, że tak! Jeśli tylko zrozumiemy, że wszelkiego rodzaju mity i legendy mogą być interpretowane na różne sposoby, a potraktowane z polotem oraz fantazją są w stanie przerodzić się w coś nowego, wówczas przed naszymi oczami odsłoni się jeszcze nieznana, a co najważniejsze, ich bardzo kreatywna wersja. Z czymś takim mamy do czynienia właśnie w przypadku pierwszego tomu Vei, komiksu, który pokazuje jak z pomysłowo można mierzyć się z prastarymi przekazami.

Vei opowiada historię wojowniczki Ran z zastępu boga Veidara, porzuconej na pełnym morzu i odnalezionej przez statek wikingów poszukujących granic Jotunheimu. Dziewczyna od wielu lat szkolona była do walki w Meisarileikir - cieszącym się wielkim poważaniem tajemniczym turnieju. Wraz z Dalem, sługą młodego księcia ludzi z północy, Vei dociera do brzegów krainy olbrzymów. Nasza bohaterka nie wie jeszcze, w jaką intrygę zostanie wplątana, a walka, którą podejmie w organizowanym raz na kilka stuleci wydarzeniu, będzie miała kolosalne znaczenie dla przyszłości świata ludzi, olbrzymów i asów. Zadanie wojowniczki będzie jeszcze trudniejsze za sprawą spisków uknutych wśród bogów oraz miłości rodzącej się pomiędzy nią a Dalem...

Gdybym miał opisać Vei jednym zdaniem, stwierdziłbym, że jest to pełna przygód opowieść, w której mitologia miesza się z fantastyką oraz dynamiczną akcją, a rysunki w przepiękny sposób oddają jej epicki ogrom. I tyle. Ale przecież nie tylko o to chodzi. Muszę Was bowiem zapewnić, że komiks na podstawie scenariusza Karla Johnssona to pozycja, którą może i czyta się bardzo szybko, ale mimo wszystko pozostaje w pamięci. Mamy tu ciekawą bohaterkę, którą jesteśmy w stanie polubić w miarę rozwoju historii (ja przekonałem się do Vei w intymnej scenie z Dalem, która rozgrywa się w jej rodzinnej wiosce - sami sprawdźcie o co chodzi), a co najważniejsze, uwagę zwraca pomysłowe podejście do klasycznych mitów z północy.

Ten ostatni element potraktowałbym jako główną siłę komiksu, ponieważ stanowi nie tylko tło do prezentowanych wydarzeń, lecz w oparciu o niego rozgrywa cała przygoda oraz intryga historii. Nic nie jest tu takie, jak moglibyśmy się spodziewać. Jeśli znaliście Odyna jako sprawiedliwego władcę Asgardu, przemyślcie to sobie od początku. Jeśli zawsze myśleliście o mieszkańcach Jotunheimu jak o bezmyślnych, gwałtownych kolosach, rozważcie to ponownie. A jeśli sądziliście, że wszystko w dawnych podaniach było najczęściej czarno-białe, zastanówcie się nad tym jeszcze raz. Vei zaoferowało mi zupełnie inną opowieść, pełną wydarzeń i emocji, o których musicie przekonać się już sami. Ja ze swej strony zapewnię tylko, że jest to podróż pozbawiona wszelkiego nadęcia, oferująca niezapomnianego ducha przygody.

I choć możecie nie zgodzić się ze mną przy powyższym, po przeczytaniu komiksu z pewnością przyznacie, jak wspaniałą robotę wykonała tu Sara B. Elfgren. Jej rysunki idealnie oddają monumentalność historii, która w pełni zasługiwała na wizualne piękno, jakim ją obdarzono. Jeśli miałbym wskazać jakiś charakterystyczny element pracy artystki, zwróciłbym uwagę na dość przerysowaną mimikę postaci oraz kobiecy styl, który Elfgren nadaje bardzo wielu bohaterom. Nie każdemu musi przypaść on do gustu, lecz sądzę, że zwyczajnie trzeba się do tego przyzwyczaić. Technika, barwy, bliskie i dalsze plany oraz cały ilustracyjny rozmach (widoczny szczególnie przy opowieści o początkach świata) tworzą niezaprzeczalny urok tego komiksu.

Vei jest tytułem, który docenią sympatycy historii z klimatu fantasy, gdzie główni bohaterowie muszą odnaleźć w sobie moc i odwagę, aby sprzeciwić się swemu przeznaczeniu. Przy tym wszystkim komiks oferuje znakomite grafiki, przekonującą bohaterkę i całkiem sporo akcji. Szkoda tylko, że ta opowieść składać się będzie wyłącznie z dwóch tomów, bo po lekturze pierwszej części czuję, że jest tu potencjał na co najmniej cztery kolejne. No cóż, trudno. Przynajmniej mam pewność, że opowieść o Vei i Dalu będzie spójna i przemyślana, unikając bezsensownych pomysłów i dłużyzn, które na siłę zapychałyby fabułę.


Komiks Vei znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics


piątek, 1 czerwca 2018

WYWIAD: Maria Krasowska (autorka Bandy Niematerialnych Szaleńców)

Wśród niezliczonych atrakcji dostępnych w czasie Warszawskich Targów Książki 2018, moją uwagę przyciągnęła okładka pewnej powieści. Jak się wkrótce okazało, ilustracja na froncie Bandy niematerialnych szaleńców nie była jedynym atutem owej publikacji. Najnowsza książka Marii Krasowskiej to porcja doskonałej fantastyki, o czym mogliście przekonać się w mojej recenzji. Równie ciekawe było moje spotkanie z samą autorką, która okazała się niezwykle otwartą i miłą osobą. Tym bardziej ucieszyło mnie, kiedy zgodziła się przyjąć moje zaproszenie do rozmowy.
Zapraszam Was na wywiad z Marią Krasowską.


czwartek, 31 maja 2018

RECENZJA: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 2 - Światło w Butelce

Odrodzenie DC zapoczątkowało wiele interesujących historii, lecz chyba żadna z nich nie jest aż tak charakterystyczna jak Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni. Tak za sprawą niezwykle bogatych ilustracji, jak i pełnego rozmachu scenariusza, seria autorstwa Roberta Venditti mocno zapada w pamięć, a ci z czytelników, którzy postanowią dać jej szansę, na pewno nie spotka zawód.

Korpus Zielonych Latarni nie ma łatwego życia. Wymordowani niemal do cna, z trudem wracają na kosmiczną arenę. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że od teraz w szeregach obrońców kosmosu zapanuje błoga sielanka. Nowe niebezpieczeństwa okazują się czyhać z każdej strony, a kto jak kto, ale strażnicy wszechświata nie mogą pozwolić sobie na bezczynność. Nie dość, że zostają zmuszeni do konfrontacji z Żółtymi Latarnikami pod wodzą Soranik, to jeszcze Larfleeze, awatar pomarańczowego światła chciwości, zastawia zasadzkę na nowo odrodzony skład naszych bohaterów. Współpracując ze zniewoloną wersją Brainiaca 2.0 zawłaszcza miasto z planety Xudar wraz ze znajdującymi się na jego powierzchni obrońcami. Kłopoty nieufających sobie Zielonych i Żółtych Latarni będą wymagały wspólnego działania, tym niemniej potrzebnego, podczas gdy najpotężniejszy z nich - Hal Jordan zniknął po starciu ze złowrogim Sinestro.

Światło w butelce jest bezpośrednią kontynuacją Prawa Sinestro, który przedstawił okoliczności wykucia pierścienia woli przez Hala oraz zmagań Korpusu z Żółtymi Latarnikami. Jeśli miałbym wybrać jedną rzecz, która charakteryzuje drugi tom tej serii, byłaby nim o wiele większa przystępność historii. Choć pozornie można byłoby odnieść odmienne wrażenie, ta część pomimo kilku rozgrywających się jednocześnie wątków, jest zdecydowanie prostsza w odbiorze. Oczywiście, bez znajomości poprzednich przygód Latarników ani rusz, jednak pewna hermetyczność poprzedniej opowieści ustępuje w tym tomie pod naporem większego luzu i znacznej plastyczności scenariusza. Choć bohaterowie komiksu nadal prowadzą grę o najwyższą stawkę, znikła z kart tomu mocno wyczuwalna zawiłość relacji pomiędzy postaciami, czy ogólnie cięższy wydźwięk całości. I choć Prawo Sinestro nie było jakimś przesadnie ciężkim komiksem, a wszelkie niejasności klarowały się w trakcie czytania, to jednak ta część ma w sobie coś, co znacznie ułatwia jej odbiór.

A tym czymś są przede wszystkim postacie. Cały bagaż fabularny dźwiga na swych barkach trójka bohaterów i to z ich punktu widzenia obserwujemy rozgrywające się w opowieści wydarzenia. Hal Jordan, który zaginął w tajemniczym świecie po starciu z Sinestro i próbujący odszukać drogę do rzeczywistości, John Stewart stojący na czele Latarników i borykający się z wszelkimi decyzjami, oraz Guy Gardner, pyskaty przedstawiciel obrońców, próbujący na swój sposób odnaleźć się w nowej rzeczywistości - właśnie za ich sprawą Światło w butelce jest tak interesującym doświadczeniem. Powyżsi bohaterowie nakreśleni zostali w bardzo ciekawy i przystępny sposób, co w kontraście do niezwykłej epickości całej historii czyni lekturę niezwykle łatwą i satysfakcjonującą w odbiorze.

Pomagają też ilustracje Ethana Van Scivera i Rafy Sandovala. Artyści wyraźnie zrezygnowali z przytłaczającego charakteru swym poprzednich prac, dzięki czemu większość kadrów jest mniej przepełniona, dając więcej luzu oczom przeciętnego czytelnika. Oczywiście, w dynamicznych, zbiorowych scenach akcji nadal jest tłoczno i duszno, lecz ową manierę należy chyba potraktować jako domenę nowych odsłon przygód Latarników. Postacie kreowane przez obu artystów mają bogatą mimikę, ze szczególnym uwzględnieniem nieprzejednania, jakie często maluje się na ich twarzach.

Światło w butelce zamyka krótka historia opowiedziana z perspektywy Somar, wiekowej mieszkanki Xudaru. To poprzez opowieść, jaką raczy swe wnuczki poznajemy zarys przyszłych wydarzeń, jednocześnie zbliżając się do swojskiego klimatu tej kosmicznej historii. Taki zabieg scenarzysty pozwolił mi na lepsze wczucie się w fabułę, a co najważniejsze, przybliżył rolę Zielonych Latarni mojemu sercu. Bo nic nie wpływa na odbiór epickich potyczek tak bardzo, jak pokazanie ich z perspektywy zwykłych istot, które często pozostają bezsilne w ich niszczycielskim obliczu. A jeśli to da im motywację do działania na większą skalę, to przecież tym lepiej.

Druga odsłona Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni jest godna polecenia tym z Was, którym tak jak mi, podobał się pierwszy tom, lecz z wymienionych wyżej powodów czuli po jego lekturze pewien niedosyt. Znajdziecie tu lepiej poprowadzoną historię, bohaterowie wydadzą się Wam znacznie bliżsi, a całość z pewnością uznacie za satysfakcjonującą na polu wszelkich zmagań, jak i ciekawej, pełnej przygód, kosmicznej opowieści. Z niecierpliwością wypatruję więc dalszych tomów Latarników, gdzie z pewnością dowiem się jak potoczą się ich nowe sojusze oraz wszelkie ekscytujące zagrożenia, jakie będą na nich czekały.


Przygody Hala Jordana i reszty Latarników znajdziecie na stronie Egmontu



wtorek, 29 maja 2018

RECENZJA: Marvel Avengers - Kompletny Przewodnik (S. Beatty, A. Cowsill, A. Dougal i M. Scott)

Avengers. Mściciele. Obrońcy Ziemi i zamieszkującej ją ludzkości. Ponadprzeciętni bohaterowie, obdarzeni zdolnościami i możliwościami wykraczającymi poza granice dostępne dla zwykłych ludzi. Od połowy lat 60-tych rozpalają wyobraźnię sympatyków komiksów superbohaterskich, stawiając czoła najróżniejszym wyzwaniom oraz niebezpieczeństwom. Opowieści o zmaganiach supergrupy było tak dużo, że zapewne każdy fan marzył o czymś w rodzaju encyklopedii, zbierającej wszystko co jest godne odnotowania, w jednym, porządnie zredagowanym miejscu.
I takie życzenia spełniają się właśnie dziś, ponieważ przewodnik pod wspólną redakcją Scotta Beatty'ego, Alana Cowsilla, Alastaira Dougalla i Melanii Scott gromadzi niezbędną wiedzę dla nowych, jak i stałych fanów komiksów Marvela.

Avengers - kompletny przewodnik, to imponujące dzieło zbiorcze, ukazujące ogrom powstającej od prawie sześciu dekad serii obrazkowej. Znajduje się tu wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie dla historii Avengers - całej grupy, jak i poszczególnych jej członków. Bogato ilustrowany, a co najważniejsze, przygotowany w przejrzysty i sprzyjający szybkiemu wyszukiwaniu właściwych informacji sposób, jest swoistym niezbędnikiem dla współczesnego sympatyka światowej popkultury.

Całość przewodnika podzielono na kilka sekcji. Znajdziemy tu referencje do istotnych wydarzeń w poszczególnych dekadach, opisy postaci i członków drużyny, najważniejsze terminy i miejsca, znaczące eventy, a także opisy wrogów i przeciwników Mścicieli. Wszystko poukładano chronologicznie, także nawet bez spoglądania do spisu treści, z łatwością można odszukać każdą interesującą nas rzecz. Od najwcześniejszych, aż do współczesnych przygód bohaterów - jest tu chyba wszystko. Co ważne, publikacja zawiera nawet wydarzenia nie znane jeszcze polskiemu czytelnikowi. Pierwsze starcie z Lokim, które połączyło siły pierwszego składu Avengers (Thor, Iron Man, Hulk, Ant-Man i Wasp), prowadzi nas przez liczne zmiany składu grupy, wyniszczające wojny i niebezpieczne starcia z licznymi wrogami, aż do Tajnego Imperium, które na pewno nie będzie finałem przygód Mścicieli.


Nie jestem zaawansowanym znawcą historii Marvela, ale sądzę, że powyższy przewodnik nada się świetnie dla każdego, kto choć trochę pragnie poszerzyć swą wiedzę z zakresu amerykańskiej komiksologii. Jego przyciągająca wzrok forma sprawdzi się zarówno jako niezobowiązująca pozycja do przeglądania przy filiżance kawy, jak i bogate źródło wiedzy dla bardziej wymagających czytelników (umieszczony na końcu publikacji indeks, pozwoli każdemu jeszcze szybciej dotrzeć do oczekiwanych treści).


Nie mogę więc nie polecić Wam tego wydawnictwa. Jego forma i treść bezsprzecznie przykuwają uwagę, a za sprawą zawartości należy zaliczyć go do niezbędnego wyposażenia wszystkich sympatyków superbohaterszczyzny. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy komiksy coraz bardziej stają się ważną częścią rozrywkowego świata, a filmy pokroju Avengers: Wojna bez granic, czy Thor: Ragnarok przyciągają do kin miliony spragnionych dynamicznej rozrywki widzów. Jeśli więc klimaty tego typu fantastyki są Wam nieobce, zachęcam do włączenia przewodnika do swojej kolekcji. Będzie świetnie wyglądał obok przygód Spider-Mana, Daredevila i Kapitana Ameryki.


Recenzowany przewodnik oraz inne publikacje Marvela znajdziecie na stronie Egmontu.