niedziela, 9 grudnia 2018

Zabójcze maszyny (2018) jako przykład epickiej, średnio udanej adaptacji


Zabójcze maszyny to jeszcze jedna próba przeniesienia na duży ekran książkowego hitu. Odnoszę dziwne wrażenie, że ostatnimi laty Hollywood nie robi (poza remake'ami i kontynuacjami) praktycznie nic innego. Generalnie nie mam nic przeciwko, pod warunkiem, że owe adaptacje będą trzymać oczekiwany poziom. Powyższy film oparto na cyklu powieści Philipa Reeve'a - Żywe maszyny, a za produkcję oraz scenariusz odpowiedzialność wziął sam Peter Jackson (Władca Pierścieni). Reżyserię powierzono Christianowi Riversowi, który tym tytułem debiutuje jako reżyser (wcześniej pracował wyłącznie jako artysta graficzny przy innych produkcjach). No właśnie... i to niestety widać. Ale po kolei.

Ponad tysiąc lat upłynęło od chwili, gdy znany nam świat został unicestwiony w trakcie tzw. 60-minutowej wojny. Ziemię spotkała straszliwa destrukcja, w wyniku której zmienił się nawet układ kształtu kontynentów. W tak nieprzyjaznym otoczeniu dominują nowe twory odrodzonej cywilizacji - potężne, napędzane parą miasta na kołach. Te większe pochłaniają mniejsze, zdobywając tanią siłę roboczą oraz wszelkie niezbędne surowce. W takim świecie żyje Hester Shaw (Hera Hilmar), dziewczyna, której życie zniszczył osobnik odpowiedzialny za śmierć jej matki. Bezwzględny Thaddeus Valentine (Hugo Weaving) piastuje wysokie stanowisko wśród władz Londynu, jednej z najpotężniejszych maszyn poruszających się po lądzie. Kiedy ruchome miasto pojawia się w pobliżu kryjówki Hester, dziewczyna podejmuje śmiałą próbę zemsty na nieczułym mordercy. Jej plan ostatecznie zawodzi, a ona sama zostaje zmuszona do walki o przetrwanie w towarzystwie nowo poznanego, niechcianego towarzysza. Wspólna wędrówka z Tomem (Robert Sheehan) poprowadzi bohaterkę do odkrycia sekretów, mogących pogrążyć lub uratować istniejący świat.


Do wielu rzeczy w Zabójczych maszynach mogę się przyczepić, ale z pewnością nie do skali tego widowiska. Peter Jackson już dawno temu zrewolucjonizował wizualne aspekty produkcji fantasy, a w tym przypadku, jako nadzorujący kształt filmu producent niewątpliwie zadbał o jakość sygnowanego własnym nazwiskiem tytułu. Wszystko tutaj wygląda wspaniale. Scenografia, efekty specjalne, rekwizyty, stroje czy charakteryzacja robią naprawdę niesamowite wrażenie. Steampunkowy klimat wręcz wylewa się z ekranu, a ja nie dostrzegłem w tak skomponowanej symfonii ani jednej fałszywej nuty. Od pierwszych scen kupiłem ten świat wraz z całym jego dobrodziejstwem inwentarza. Niestety, nie maiłem jeszcze przyjemności poznać dzieła literackiego Reeve'a, ale widzę, że ludzie odpowiedzialni za produkcję należycie przygotowali się do swego zadania. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ten film pod względem wizualizacji świata w pełni dorównuje Avatarowi (2009).

Niestety, wspomniane we wstępie rozczarowanie warsztatem reżysera widać w innych, nie mniej ważnych aspektach filmu. Sama historia angażuje tylko połowicznie. Bardzo spodobał mi się koncept świata, jego historia, koloryt czy wszelkie tajemnice. Trochę żal, ponieważ wyraźna sugestia oparcia pewnej kluczowej tajemnicy filmu o strukturę świata przedstawionego, w połowie drugiego aktu zostaje zastąpiona standardową historią o walce z podstępnym złoczyńcą. To spory zawód, bo zafascynowała mnie ta wizja i chciałem, aby wykorzystano ją bardziej kreatywnie. Bohaterowie są chyba największym minusem Zabójczych maszyn. Choć nie mogę bezpośrednio winić aktorów (ci  w sumie starają się jak mogą), przez większą część filmu nie byłem w stanie zaangażować się w ich niebezpieczne i (w założeniu) fascynujące losy. Uczucie rodzące się pomiędzy Hester i Tomem jest mi tak samo obojętne, jak ich finałowe zmagania, mające przynieść kres niebezpiecznemu tyranowi. Zmarnowano też potencjał postaci drugoplanowych. Choć Anna, Katherine i Bevis wnoszą parę istotnych elementów do opowieści, ich rola nie wybrzmiewa tak, jak mogłem się tego spodziewać po początkowym nakreśleniu scen z ich udziałem.


Nie urzekł mnie również wątek Shrike'a. Z jednej strony był on mechanicznym, opiekującym się małą Hester potworem, tymczasem jego późniejsza zmiana charakteru, a także ostateczne zrozumienie dla uczuć dziewczyny nie zrobiło na mnie właściwego wrażenia. Czuję, że może zabrakło kilku istotnych scen, pokazujących wewnętrzną walkę, którą Shrike toczył sam ze sobą. W filmie dostrzegłem tez kilka inspiracji Gwiezdnymi wojnami. W tym przypadku nie jest to akurat wielki zarzut, po prostu ciekawie było wyłapać je na ekranie. Podniebne miasto bardzo przypominało Bespin, natomiast finałowa walka została mocno zainspirowana szturmem na Gwiazdę Śmierci.

Zabójcze maszyny nie są złym filmem, jednak przez brak doświadczenia reżysera oraz nieco powierzchowny scenariusz druga część filmu zatraciła wszystko to, na co tak mozolnie pracowała pierwsza połowa. Zamiast niezapomnianej, steampunkowej historii w klimacie fantasy, dostałem nieco standardową opowieść o młodych ludziach szukających zemsty i walki o słuszną sprawę. Trochę to słabe, ponieważ podobnych filmów widziałem już na pęczki. Nie zniechęcam Was jednak przed seansem, bo mimo wszystko warto film Riversa obejrzeć. Wymienione powyżej zgrzyty nie muszą przeszkadzać każdemu widzowi, a i sama warstwa wizualna filmu wynagradza wszelkie niedogodności. Tak czy inaczej, przykład tej produkcji pokazuje, że nie zawsze dobre chęci skutkują idealnym rezultatem. W Zabójczych maszynach postawiono na kilka bardzo ważnych elementów, zapominając dopieścić pozostałych. Zrodził się z tego film, którego oglądanie nie boli, ale też nie będziemy go wyliczać wśród najlepszych wielkoekranowych historii z tego roku.



Tytuł: Zabójcze maszyny (Mortal Engines)
Scenariusz: Fran Walch, Peter Jackson, Philippa Boyens
Reżyseria: Christian Rivers
Obsada: Hera Hilmar, Hugo Weaving, Jihae, Robert Sheehan, Stephen Lang, Leila George, Frankie Adams, Patrick Malahide
Wytwórnia: Universal Pictures
Data premiery: 14 grudnia 2018 (USA), 7 grudnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 128 min.

piątek, 7 grudnia 2018

RECENZJA: Ogień i krew, część 1 - George R. R. Martin


George R. R. Martin dał się poznać światu jako twórca najpopularniejszej sagi fantasy od czasów tolkienowskiego Władcy Pierścieni. Za sprawą serialu Gra o tron ludzkość zakochała się i doceniła kunszt pisarski twórcy, którego cykl Pieśń Lodu i Ognia niemal z dnia na dzień stał się jednym z najbardziej znanych tytułów literackich. Wielowątkowa, prawdziwie epicka fabuła, mnogość świetnie wykreowanych postaci oraz niezwykle ekscytujące wydarzenia mające miejsce w fikcyjnym Westeros sprawiły, że czytelnicy zapragnęli wiedzieć więcej o fantastycznym uniwersum wykreowanym przez autora. Tak narodził się tytuł Ogień i krew, opowiadający o jednej z najważniejszych dynastii, rządzącej Siedmioma Królestwami 300 lat przed wydarzeniami opisanymi w Grze o tron.

Zanim księżniczka Daenerys otrzymała w prezencie ślubnym trzy smocze jaja, a Eddard Stark z północy przyjął ofertę objęcia stanowiska królewskiego namiestnika, Aegon, Visenya i Rhaenys Targaryen przybyli ze Smoczej Skały na północny brzeg Czarnego Nurtu. Tak zaczyna się niezwykła, wielowątkowa historia, która ukształtowała znany czytelnikom świat. Spisana przez Martina na podstawie relacji arcymaestera Gyldayna z cytadeli Starego Miasta (jak podaje jedna z pierwszych stron powyższego tomu), jest szczegółową kroniką wszystkich wydarzeń, które przedstawiają narodziny, rozkwit i upadek jednej z najpotężniejszych dynastii w historii Westeros.


Ogień i krew, część 1 to prawdziwie imponująca lektura, lecz... chyba nie dla każdego. Niestety, czytelnicy przyzwyczajeni do tradycyjnego stylu Martina natkną się tu na prawdziwy gąszcz informacji, często spisanych dość skrótowym, kronikarskim językiem. Książka jest prawdziwą kopalnią wiedzy o uniwersum stworzonym przez autora. Nie wiem jak zareaguje na nią czytelnik nie mający wcześniej do czynienia z żadnym z tomów Pieśni Lodu i Ognia, nie sądzę jednak, aby język tej powieści oraz jej treść od razu przypadły mu do gustu. To nieco trudniejsza lektura, mająca na celu opowiedzenie całej masy historii, na które zabrakło miejsca w głównym cyklu. Autor pokazuje tu dobitnie, że na gruncie tworzenia świata przedstawionego nie ma sobie równych.

Jako fan serialu i cyklu literackiego Martina, bardzo cenię sobie pierwszą część Ognia i krwi. To, co z pewnością odstraszy nowicjuszy, mi bezsprzecznie przyniosło wielką frajdę. A wbrew temu, co możecie sobie pomyśleć (szczególnie po tym, co napisałem powyżej), jest ten tytuł za co lubić! Chyba najbardziej widocznym plusem jest niesamowita pomysłowość autora. Już sam główny cykl zdumiewa ilością informacji dotyczących historii Westeros, ale w tym przypadku Martin zdecydowanie poszedł na całość. Losy rodu Targaryenów są tak szczegółowo przemyślane i zaplanowane, że aż dziwię się, że twórca sam nie pogubił się w ilości zaprezentowanych wątków. Kto z kim, kiedy, dlaczego i po co przewija się tu stale, tworząc unikalną (skomplikowaną i fascynującą) strukturę powieści. Tymczasem, kronikarski styl bywa od czasu do czasu łamany przez wprowadzenie nielicznych dialogów, które służą przybliżeniu pewnych kwestii osobistych. Trudne do zapamiętania zasady praw, obowiązków czy sukcesji przeplecione zostały bardziej przyswajalnymi wątkami. Dzięki opisom przygód, anegdot oraz wewnętrznych rozterek Targaryenów, mogłem zbliżyć się do bohaterów, dzieląc z nimi ich codzienne troski i radości.


W nostalgicznej podróży śladem kontrowersyjnych jeźdźców smoków, Martinowi towarzyszy świetny ilustrator Doug Wheatley. Artysta ożywia legendy sprzed lat, unaoczniając najważniejsze wydarzenia, w jakich brały udział historyczne postacie. Na realistycznych, czarno-białych rysunkach możemy podziwiać Rhayenę Targaryen szybującą na Marexes podczas ataku w Dorne, morderczą walkę Orysa Baratheona z Argilakiem Aroganckim podczas bitwy zwanej Ostatnią Burzą, czy króla Jaehaerysa pokazującego lordowi Rogarowi Vermithora karmionego kawałkami wielkiego byka. Jest tego całkiem sporo, dzięki czemu obrazy powstające w mojej wyobraźni mogły przybrać bardziej konkretny kształt. Przyznam, że odzwyczaiłem się od książek z ilustracjami, lecz poniższa pozycja jest pod tym względem wyjątkowa. Kunszt pisarski Martina i precyzja kreski Wheatleya spotykają się w idealnym punkcie, wizjonersko kreując niezwykłą rzeczywistość.

Nie jest łatwo napisać książkę, która zebrałaby tyle istotnych informacji z historii martinowskiego uniwersum, lecz w poniższym przypadku autor osiągnął bezsprzeczny sukces. Pod płaszczem pozorów nudnej kroniki, ukrył niezwykłą historię o władzy, miłości, pożądaniu i przygodzie. Wśród członków dynastii Targaryenów znajdziemy osoby godne naśladowania czy szacunku, ale również takie, które nas przerażą lub wzbudzą pełną pogardę. Dzięki ich przeżyciom zrozumiemy, jak trudnym zadaniem było władanie Westeros, a także pojmiemy grozę niebezpieczeństw czyhających w najbliższym otoczeniu. Najgorliwsi fani serii wyłapią wiele istotnych nawiązań do późniejszych wydarzeń, a kilka zagadek z głównego cyklu znajduje tu wreszcie swe rozwiązanie.

Wierzcie mi na słowo, George R. R. Martin nie traci czasu, zbierając informacje i pisząc wytrwale Wichry zimy (szósty tom Pieśni Lodu i Ognia). Dzięki lekturze Ognia i Krwi, części 1 zrozumiałem jak mozolna i wyczerpująca może to być praca. Dlatego też cieszę się, że dla osłodzenia gorzkiego oczekiwania otrzymałem tę książkę. W czasach, kiedy tak wiele pozycji współczesnej literatury bardzo powierzchownie traktuje budowę fantastycznego świata, dobrze że choć jeden autor przykłada do wyglądu swego uniwersum tak wielką wagę. I choćby za to należy się mu wielka pochwała. Jeśli jesteście sympatykami postaci stworzonych w wyobraźni Martina, polecam Wam niniejszą powieść. Natomiast, jeśli chcecie od niej zacząć swą przygodę z całym cyklem, stanowczo odradzam. Wróćcie do niej, gdy przeczytacie przynajmniej dwa główne tomy. Wtedy być może polubicie ją tak jak ja.



Tytuł: Ogień i krew, część 1
Autor: George R. R. Martin
Ilustracje: Doug Wheatley
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 615
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 59 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


czwartek, 6 grudnia 2018

Dollicious: Tajemnica domu Ginger od Kura & Meago

W słodkim świecie Delisi (Dollicious) stale coś się dzieje. Tym razem Magda "Meago" Kania i Maciek Kur zapraszają nas do rozwikłania pewnej słodkiej zagadki kryminalnej. Kto podjada piernikowy domek Ginger i jakie skutki uboczne występują po czytaniu bajek? 

Przekonacie się o tym na stronie MEAGOLICIOUS.COM, gdzie znajdziecie najnowszy, dwustronicowy komiks w wersji polskiej i angielskiej. :-)



wtorek, 4 grudnia 2018

Czy Grinch (2018) jest faktycznie taki zły?


Chyba każdy z nas zna Grincha. To jeden z bohaterów książeczek dla dzieci autorstwa Dr. Seussa. Nieprzyjemny, zielony stwór jest z nami już jakiś czas, bowiem bajka z jego udziałem ujrzała światło dzienne już w 1957 roku. Grinch mieszka w ponurej jaskini na wielkiej górze i ponad wszystko nie cierpi bożonarodzeniowych świąt. To jego główna cecha, poza którą z łatwością da się wymienić złośliwość, ponuractwo czy wieczne dąsy. Owo stałe niezadowolenie oraz pogarda dla otaczającego go świata, pewnej grudniowej nocy prowadzi Grincha do niecnego planu, polegającego na kradzieży świąt. Wraz ze swym pieskiem Maxem zakrada się więc do położonego w dolinie Ktosiowa i zabiera mieszkańcom wszystko, co może kojarzyć się z Gwiazdką.

Wydawałoby się, że tak prostej bajki nie da się zepsuć w żaden możliwy sposób. Jeśli myślicie tak jak ja, to oczywiście macie rację! Wystarczy iść za ogólnie ustaloną fabułą, aby opowiedzieć jedną z najładniejszych świątecznych historii. I tak też postanowiło studio Illumination, które w tym roku uraczyło nas kolejną odsłoną przygód zielonego paskudnika. Do tej pory moją ulubioną wersją przygód Grincha była ta, opowiedziana przez Rona Howarda i Jima Carreya w kinowym hicie z 2000 roku. Choć w tej kwestii po aktualnym seansie raczej nic się nie zmieni, nie mogę odmówić nowej adaptacji uroku czy niezłego wyczucia, z jakim potraktowano całą opowieść. 


Już na pierwszy rzut oka Grinch przyciąga nas swoimi barwami i animacyjnym przepychem. Z pewnością nie bez znaczenia pozostaje tu kwestia świątecznego okresu, który nawet w rzeczywistości przytłacza nas migoczącymi światłami, kolorami czy słodkimi dekoracjami. Akcja filmu aż iskrzy się od bogatej wizualizacji, co w znaczny sposób pomaga opowiedzieć całą historię. Niestety, zapędziło to też twórców w tzw. kozi róg, ponieważ jaskinia Grincha nie sprawia wrażenia zimnej, brzydkiej ani przygnębiającej. Jest może trochę surowsza w odbiorze, lecz nie czuje się w niej marazmu i nienawiści, która na co dzień przepełnia tytułowego bohatera. Być może przez to sam Grinch nie wydaje się aż tak złośliwy jak powinien. Co prawda dostałem kilka scen, które we właściwy sposób zarysowują jego postać, jednak jest ich zbyt mało, a w drugim i trzecim akcie filmu znacznie złagodzono ich cały wydźwięk.

Fajnie wypadły wszelkie drobiazgi, które odróżniają tą wersję filmu od poprzednich. Na pierwszy plan wysuwa się pełna skrywanej miłości i wzajemnego przywiązania relacja Grincha z Maxem. Drugie skrzypce grają grubaśny renifer Fred oraz urocza postać Pana Bombelbauma. Warto samodzielnie sprawdzić jak wyszło twórcom wykreowanie tych nietypowych bohaterów. W tym miejscu muszę też wspomnieć o sporym nagromadzeniu wszelkich slapstickowych elementów, czyniących z Grincha porządną komedię dla całej rodziny. Najważniejszy jednak pozostaje morał filmu, do uzyskania którego użyto dwóch postaci o pozornie przeciwstawnych interesach. Zarówno Grinch jak i mała Cindy-Lou wydają się różnić od siebie jak noc od dnia, jednak ich dążenia spotykają się ostatecznie w kulminacyjnym momencie filmu. Grinch jest głęboko nieszczęśliwy za sprawą bolesnego incydentu z przeszłości, natomiast Cindy-Lou nie może w pełni cieszyć się Gwiazdką z powodu trosk, których przysparzają jej mamie trudy życia. Dwójka bohaterów okazuje się wzajemnie uzupełniać, a bez łączącej ich relacji nie udałoby się doprowadzić do finału całej historii. I ten element filmu wyszedł autorom doskonale. 

Grinch nie robi więc rewolucji na rynku tegorocznych dziecięcych animacji, ale sprawdza się doskonale jako sprawnie odświeżona historia. Wizualnie  dopieszczony, z przemyślanym pod kątem kilku niespodzianek scenariuszem oraz postaciami (które należycie angażują widza), jest całkiem niezłą i niezobowiązującą rozrywką. Ponadto, skutecznie wprowadza odbiorców w świąteczny nastrój, oferując najmłodszym bezbolesną lekcję tolerancji. A to ważny element, bo jak wiemy, bardzo brakuje jej w dzisiejszym świecie. Szkoda tylko, że Grinch nie jest tak ohydny i radośnie przesadzony, jak miało to miejsce w przypadku kreacji Jima Carrey'a. Rozumiem jednak, że tamta wersja skierowana była do nieco szerszej publiczności. A mój zarzut świadczy tylko o tym, że przypowieść Dr. Seussa jest  w zamierzeniu przeznaczona dla wszystkich. I każde pokolenie powinno otrzymać swoją własną wersję.



Tytuł: Grinch (The Grinch)
Scenariusz: Michael LeSieur, Tommy Swerdlow
Reżyseria: Yarrow Chesney, Scott Mosier
Obsada (dubbing): Benedict Cumberbatch, Cameron Seely, Rashida Jones, Pharrell Williams, Kenan Thompson (Jarosław Boberek, Lila Wassermann, Ewa Prus, Karol Kwiatkowski, Grzegorz Pawlak)
Wytwórnia: Universal Pictures/Illumination Entertainment
Data premiery: 9 listopada 2018 (USA), 30 listopada (Polska)
Czas trwania: 86 min.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

RECENZJA: The Wicked + The Divine, tom 2 - Fandemonium (K. Gillen, J. McKelvie)


Czy jesteście gotowi na powrót bogów do naszego świata? Co dziewięćdziesiąt lat następuje tzw. wznowienie - tajemnicze zdarzenie, na mocy którego bogowie z Panteonu przybierają ciała młodych ludzi. W ten sposób rozpoczyna się dziwna, inspirująca gra, której granice wyznacza śmierć każdego z tych bóstw. Tylko dwa lata, tak krótko dane jest niebiańskim istotom żyć wśród nas. Są niesamowitymi gwiazdami pop, uwielbianymi przez miliony. Choć kochane przez młodych, pozostają niezrozumiane przez resztę społeczeństwa. Działają często w prawdziwie magiczny, wymykający się rozumowemu pojmowaniu sposób. Na koncerty niektórych z nich bardzo ciężko trafić, dotyczy to tak metod zdobycia wejściówek, jak i samych lokalizacji organizowanych przez nich spotkań. Siedemnastoletnia Laura od dawna fascynowała się tym niezwykłym zjawiskiem. Wszystko w jej życiu zmieniło się, gdy podczas jednego z aftershow została uwikłana w sprawę morderstwa na dwóch zamachowcach, dokonanego przez bóstwo zwane Lucyferem. Pragnąc dowieść niewinności Luci, Laura przeniknęła do środowiska bogów, próbując dowiedzieć się nie tylko kim jest prawdziwy morderca, ale także co nim kierowało.

W drugim tomie Laura nadal tropi sprawcę zabójstwa, jednocześnie próbując pogodzić się ze stratą Luci. Usiłuje również zrozumieć tajemnice obleczonych w śmiertelne ciała idoli. Jej nieoczekiwanym przewodnikiem staje się Isztar, bóg-muzyk do złudzenia przypominający pewnego utalentowanego artystę z Minneapolis. Za obopólnym porozumieniem staje się on jej informatorem. Tymczasem na jaw zaczynają wychodzić coraz to nowsze informacje, dotyczące bóstw oraz ich niebezpiecznych sekretów. Pytania prowadzą do przedziwnych odpowiedzi, a cała intryga zmierza w kierunku dość nieoczekiwanego finału. Kto pociąga za sznurki w tej odwiecznej, potężnej grze...?


Od razu trzeba przyznać, że Kieron Gillen w Fandemonium zaprezentował prawdziwą potęgę wymyślonej przez siebie historii. Na scenie pojawiają się nowe postacie, stare nadal potrafią zaskoczyć, a sama fabuła prowadzona jest tak, że w miarę czytania dowiadywałem się coraz więcej o całym wielkim planie istnienia bogów na Ziemi. I to właśnie lubię w takich złożonych scenariuszach. Autor nie bawi się ze mną w kotka i myszkę, podrzucając wyłącznie ochłapy odpowiedzi, tylko konsekwentnie realizuje proces, przybliżający mnie do zrozumienia sensu opowieści. Oczywiście, jak przystało na prawdziwy kryminał, nie mogę wiedzieć wszystkiego. Pewne tajemnice nadal nimi pozostają, jednak najważniejsze kwestie z pierwszego tomu wreszcie stały się jasne. Sporym zaskoczeniem jest także sam finał, który definiuje całą treść na nowo, zostawiając mnie z kolejnymi pytaniami. Nie mogę ich teraz zdradzić, gdyż zapewne uznalibyście czytanie komiksu za bezcelowe. 

The Wicked + The Divine to historia, która opowiedziana została poprzez postacie. To również na nich została zbudowana. Niesamowity koloryt występujących osobowości w znaczny sposób uatrakcyjnia zaprezentowaną treść, płynąc na fali charakterów poszczególnych bóstw. W opozycji do nich Gillen ustawił Laurę i Cassandrę, dwie diametralnie różniące się od siebie dziewczyny, które są naszymi przedstawicielkami w tej magicznej rzeczywistości. Zdarzają się tu jednak chwile, w których jesteśmy z bogami sam na sam. Mamy wtedy okazję zobaczyć wydarzenia ich własnymi oczami. Autor zadbał także o znaczne poszerzenie świata przedstawionego. Poznajemy coroczny festiwal Ragnarock, okoliczności jego organizacji, czy wciąż ewoluujący stosunek mediów do zaistniałego wznowienia. Gillen nie zapomniał też o dodaniu głębi i rozwoju dotychczasowych postaci, a wprowadzając nowe, uatrakcyjnił i należycie rozbudował intrygę całego komiksu.


Rysunki Jamiego McKelviego to nadal klasa sama w sobie. Czytelne, nieco statyczne i choć paradoksalnie bardzo plastyczne, otwierają oczy czytelnika na nowy, niecodzienny świat. Powyższa seria jest sztandarowym przykładem tytułu, który nie istnieje bez rysunków tego konkretnego artysty. Nie umiem wyobrazić sobie innego ilustratora, który przejmuje serię, wypełniając ją odmiennymi, niepasującymi do jej charakteru pracami. Postacie w interpretacji McKelviego zyskują niezwykle plastyczną mimikę, która nie tylko oddaje uczucia, ale również zdradza ich myśli. To chyba dzięki temu odniosłem dziwne wrażenie, że większość przepełnionych tajemnicą bohaterów nie stanowi dla mnie zagadki. Tymczasem, zgodnie z zamysłem Gillena, było zupełnie odwrotnie.

Po lekturze Fandemonium naszła mnie myśl o kruchości życia wielkich gwiazd muzyki. Tak wiele z nich opuściło nas przedwcześnie, pozostawiając z pustką w sercu i niespełnionymi marzeniami o nowej, nigdy nie nagranej muzyce. Na swój sposób The Wicked + The Divine rozwija tą kwestię, proponując pewne pocieszenie, traktujące o boskości artystów. Być może istotnie byli oni idolami przybyłymi na Ziemię na krótką chwilę, dając nam blask inspiracji, która miała dalej kiełkować w nas samych. Czy tak było w istocie, nie dowiemy się chyba nigdy, co nie przeszkadza mieć powyższej myśli na uwadze. Tym bardziej, że być może była ona iskrą pomysłu, który niepostrzeżenie wyrósł w głowach twórców tego komiksu. Przebłysku, oferującego mi niezwykle ciekawą opowieść, na której następny tom będę wyczekiwał z wielką niecierpliwością.



Tytuł: The Wicked + The Divine, tom 2 - Fandemonium
Scenariusz: Kieron Gillen
Rysunki: Jamie McKelvie
Przekład: Piotr Czarnota
Wydawnictwo: Image/Mucha Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 192
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 75 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics.


niedziela, 2 grudnia 2018

Drugie urodziny Skrzydeł Gryfa!


104 tygodnie, 730 dni, 17.520 godzin... Drodzy Czytelnicy, miło mi donieść, że od chwili założenia Skrzydeł Gryfa minęły już dwa lata! Ależ to szybko zleciało, prawda? Powołując stronę do życia, miałem na celu aktywne dzielenie się swymi pasjami z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Fantastyka prezentowana w komiksach, filmach czy książkach stanowiła ten element popkultury, który najbardziej przyciągał moją uwagę. Po cichu liczyłem, że mimo przepełnienia współczesnych mediów podobną tematyką, znajdzie się choć kilka osób, chcących dzielić ze mną wspólne upodobania. I chyba nam się udało, co potwierdza stale rosnąca liczba zainteresowanych fanpage'm bloga na facebooku (ponad 2 tys. osób) oraz średnia liczba odwiedzin witryny w ciągu miesiąca (około 3 tys. wyświetleń).

Przez te dwa lata na Skrzydłach Gryfa pojawiło się ponad 340 wpisów, z czego zdecydowaną większość stanowią moje subiektywne recenzje lub opinie. Udało mi się objąć patronatem trzy niesamowite tytuły wydawnicze (KlauniAberrations. Bestia się budzi i Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista), a co niemniej ważne, nawiązałem stałą współpracę z kilkoma największymi wydawnictwami na naszym rynku (Egmont, Zysk i S-ka, Dom Wydawniczy Rebis, Non Stop Comics, AMEET). To waśnie dzięki tym kontaktom jestem w stanie regularnie przygotowywać dla Was interesujące materiały.

Nie bez znaczenia są również wywiady, których udzielili mi niezwykli pisarze. Wśród autorów, którzy zechcieli zamienić słowo ze Skrzydłami Gryfa znaleźli się Odys J. KorczyńskiGrzegorz Wielgus i Maria Krasowska. Zachęcam Was do przeczytania tych rozmów, jeśli jeszcze nie mieliście ku temu okazji. W miarę możliwości starałem się również relacjonować spotkania ze znanymi osobami (Brandon Sanderson, Magdalena Kania i Maciek Kur) oraz przybliżać ważne, ogólnokrajowe imprezy (Warszawskie Targi Książki i Komiksowa Warszawa 2018).

Kończąc to małe podsumowanie, chciałbym podziękować Wam, że nadal ze mną jesteście. Mam nadzieję dalej rozwijać Skrzydła Gryfa, dostarczając rzetelnej informacji i rozrywki, która jeszcze bardziej scementuje nasze zainteresowania. Nikt dokładnie nie wie co przyniesie przyszłość, ja natomiast jestem pewien, że nadal chcę dla Was pisać. I będę to robił tak długo, jak długo zechcecie to czytać. ;-)

rys. Jim Nelson

A na koniec niespodzianka! W celu należytego uczczenia drugich urodzin bloga, zapraszam Was wszystkich na facebook'owy konkurs, w którym do wygrania są dwa egzemplarze najnowszej powieści George'a R. R. Martina - Ogień i Krew cz. 1. Książki ufundowało zaprzyjaźnione z nami wydawnictwo Zysk i S-ka. Wszelkich informacji szukajcie w poście przypiętym na górze naszej facebook'owej strony. :-)


Ps. Na koniec wielkie podziękowania składam mojej ukochanej żonie Monisi. Bez niej Skrzydła Gryfa nie wyglądałyby tak jak teraz. :-)

sobota, 1 grudnia 2018

Figurki z Kapitan Marvel od Funko

Do premiery filmu Kapitan Marvel (2019) zostały jeszcze całe trzy miesiące, ale Funko już rozpieszcza nas, prezentując całą gamę figurek Pop! z nadchodzącej produkcji. Warto zwrócić uwagę, że niektóre z nich (jak to często bywa) są ekskluzywnymi wersjami, dostępnymi wyłącznie w określonych punktach sprzedaży (Wallmart, Hot Topic). Zdobycie ich może stanowić więc nieco większe wyzwanie, niż tych z tradycyjnej kolekcji. 

  
 

 


Macie już swoją ulubioną? A może w ogóle nie przemawiają do Was produkty spod szyldu Funko? ;-)

czwartek, 29 listopada 2018

RECENZJA: Flash, tom 4 - Ucieczka (J. Williamson, C. D. Giandomenico, H. Porter)


Flash to jeden z najbardziej ikonicznych bohaterów wydawnictwa DC. Porażony przez błyskawicę i oblany chemikaliami z policyjnego laboratorium, detektyw śledczy Barry Allen zyskał w ten sposób tajemną moc, która pozwala mu poruszać się jako najszybszy człowiek świata. Osobiście cenię go sobie nawet bardziej od Batmana, ponieważ z tej dwójki to właśnie Flash zachowuje nieustanną pogodę ducha. Podczas gdy Bruce Wayne pogrąża się w nieustannym mroku, Barry pomimo śmierci swej matki nigdy nie zatracił w sobie jasnej iskry radości. I podobnie jak jego kumpel z Ligi Sprawiedliwości stale rozwiązuje zagadki, które rzuca mu pod nogi złośliwy los. Na kształt Supermana, Flash jest herosem, który dba o wszystkich wokół, niosąc im błysk nadziei...

Dobra, dobra, dość tego wazeliniarstwa, to ma być recenzja, a nie patronacki tekst pochwalny pod adresem jakiegoś gościa w trykocie! Tak jakoś mi się to wszystko napisało, a to dlatego, że naprawdę lubię Flasha. Wróćmy jednak do tematu, którym jest najnowszy tom jego przygód. Po ostatnich wydarzeniach, mających miejsce w Przypince, Barry nie może otrząsnąć się ze stale towarzyszącego mu niepokoju, dotyczącego osoby Eobarda Thawne'a. Nieustannie przesiaduje nad ciałem złoczyńcy w prosektorium, a w myślach towarzyszą mu obrazy Odwrotnego Flasha zabijającego bliskie mu osoby. Nawet przyjęcie urodzinowe, które w tajemnicy wyprawia dla niego Iris, nie jest w stanie odegnać złych myśli. To jednak dopiero początek całej historii, ponieważ na imprezie pojawia się sam Hal Jordan, a Multiplex rozrabia, ściągając na siebie uwagę dwóch superbohaterów. I właśnie wtedy dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanego, ponieważ starającego się zapewnić bezpieczeństwo ciotce Iris, Wally'ego Westa atakuje sam... Eobard Thawne! To, jakim cudem przeżył spotkanie z tajemniczą mocą, oraz co tym razem planuje, zaprowadzi Flasha aż do XXV wieku, gdzie napotkał swojego wroga po raz pierwszy. Tym razem prawda o celach Eobarda zostanie wyjawiona w całości.


I na tym elemencie skupia się w większości fabuła Ucieczki, czwartego tomu Flasha z cyklu DC Odrodzenie. Scenarzysta serii, Joshua Williamson postanowił raz na zawsze wyjaśnić wątek nienawiści Thawne'a, nie zapominając również o relacji Barry'ego z Iris, a także ciążącej pomiędzy nimi tajemnicy. Z pewnością wielu z Was, (podobnie jak ja) podczas lektury odniesie nieodparte wrażenie czerpania wzorców z pamiętnego Telemaniaka (1996). Historia Flasha i Eobarda bazuje bowiem na chorej potrzebie akceptacji, która prowadzi do zawiści, napędzanej fałszywym poczuciem zdrady. Więcej nie napiszę, odkryjcie to sami, ważne jest jednak, jak taki zabieg zadziałał w tym konkretnym przypadku. O dziwo, wszystko wypadło całkiem nieźle, musimy jednak pamiętać, że Odwrotny Flash jest postacią w pełni psychopatyczną, więc w tym przypadku uzasadnienie jego czynów nieźle trzyma się kupy. Williamsonowi udało się nawet wejść na chwilę do umysłu szaleńca, dzięki czemu nieustanne dążenia Eobarda wybrzmiewają w jeszcze bardziej zrozumiały sposób. Jedynym minusem jest chyba sam sposób powrotu Thawne'a do żywych (niby jak on to zrobił, naprawdę prześcignął śmierć?). Jeżeli kupicie ten pomysł, reszta lektury będzie już czystą przyjemnością.

Drugim wątkiem jest tajna tożsamość Barry'ego, którą nasz bohater nie może podzielić się z ukochaną dziewczyną. W rozwiązaniu tej kwestii z pomocą przychodzi podstęp Thawne'a, a czytelnik ma okazję ujrzeć wizję przyszłości, w której dużo starsi Flash i Iris mimo wszystko są razem. Oczywiście, taki układ spraw nie wyczerpuje tematu, dlatego można spodziewać się, że powrócimy do niego w kolejnych tomach. Tym bardziej, że finał czwartego tomu utrzymano w słodko-gorzkim klimacie. Kłopoty ze szczerością w Ucieczce rozjaśnia początkowa akcja Flasha i Green Lanterna, gadających i działających razem, co z pewnością ucieszy czytelników spragnionych bezkompromisowej akcji.


Rysunki do Ucieczki wykonało wielu artystów. I tu niestety tkwi mój drugi problem z tym tomem. Nie mam nic przeciwko, jeśli za ilustracje do każdego zeszytu odpowiada jeden rysownik. Tymczasem, jeśli wydawnictwo miesza w nim prace kilku z nich, nie wygląda, ani nie czyta się tego zbyt dobrze. Pomimo tego zgrzytu nie można odmówić szacie graficznej Flasha różnorodności, a style rysowników (m.in. Carmine Di Giandomenico, Howard Porter, Neil Googe) są na tyle odmienne, że chyba każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Nowa część Flasha to rozrywka niezłej próby, która łączy w sobie akcję, mroczną tajemnicę z przeszłości (przyszłości?) i wewnętrzne rozterki bohatera. Jeśli nie jesteście jego fanami, zapewne nie macie czego tu szukać, natomiast sympatycy sprintera z Central City powinni być usatysfakcjonowani. I ja też jestem, bo Ucieczka daje mi to, co lubię w tej serii najbardziej. Williamson konsekwentnie rozwija historię Barry'ego, nie spiesząc się i dbając, aby każdy tom przynosił coś nowego, interesującego. A ponieważ czytałem też nadchodzące przygody Szkarłatnego Sprintera, wiem że jest na co czekać! Dlatego polecam, jednocześnie zachęcając do sprawdzenia moich recenzji poprzednich tomów, które znajdziecie na blogu.



Tytuł: Flash, tom 4 - Ucieczka
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Carmine Di Giandomenico, Howard Porter, Pop Mhan, Neil Googe
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie komiksy z Flashem z DC Odrodzenie znajdziecie na stronie Egmontu.


środa, 28 listopada 2018

RECENZJA: Tajne wojny (J. Hickman, E. Ribic)


Ech, te crossovery i gigantyczne eventy wielkich wydawnictw komiksowych... Po ostatniej, męczącej lekturze Nieskończonego kryzysu z DC, założyłem sobie, że nieprędko sięgnę po kolejne takie obrazkowe wydarzenie. Chaos, nagromadzenie zbyt wielu wątków oraz nadmiernie patetyczne treści zdołowały mnie na tyle, że na samą myśl o powrocie do tej samej wody miałem odruchy wymiotne. Gdzieś jednak z tyłu głowy ciągle migało mi światełko, że te mega-bijatyki służą czemuś naprawdę ważnemu, a poprzez zmiany zachodzące w ich scenariuszach, przepisują się na nowo całe uniwersa. Dlatego też chcąc być na bieżąco z najważniejszymi zajściami w Marvelu, musiałem sięgnąć po Tajne wojny, autorstwa Jonathana Hickmana i Esada Ribica. Czy była to dobra decyzja?

Od początku istnienia inicjatywy Marvel Now! wypadki prowadziły do nieuniknionych zmian, które miały zatrząść w posadach całym światem superbohaterów. Historie prezentowane ostatnimi laty w seriach Avengers i New Avengers zwiastowały nadejście czegoś potężnego i potencjalnie niebezpiecznego. Tym zjawiskiem były inkursje, czyli destrukcyjne zderzenia całych wszechświatów. Zaplanowanemu przez potężnych Beyonderów kataklizmowi pragnęli przeciwdziałać najwięksi herosi komiksowego świata Marvela. Podczas gdy Doktor Doom wraz z Owenem Reece'm systematycznie niszczyli fragmenty multiwersum celem pokrzyżowania planów złowrogich istot, grupa bohaterów z Ziemi-616, pod dowództwem Reeda Richardsa i Czarnej Pantery budowała specjalny statek-arkę. Ów wynalazek miał zapewnić przetrwanie ludzkości. Tymczasem dzień ostatniej inkursji nadchodził nieubłaganie. Ostatecznie, od łutu szczęścia i niezłomności obdarzonych mocami postaci zależeć ma los dwóch ostatnich Ziemi, na których żyją lubiani superbohaterowie.


Nadrzędnym celem Marvela było uporządkowanie pewnego chaosu, który wdzierał się do wielu serii komiksowych od początku istnienia wydawnictwa. Ponad 60 lat istnienia sporej liczby wymiarów i różnorodnych wersji światów spowodowało pewien zamęt, który był coraz trudniejszy do ogarnięcia przez wielu fanów obrazkowych opowieści. Dlatego też musiało dojść do tak ważnego wydarzenia. Co ciekawe, w konkurencyjnym wydawnictwie DC Comics podobną operację z powodzeniem przeprowadzano już kilkakrotnie (po raz pierwszy w latach 80-tych ubiegłego wieku). Koniec końców, Marvel oddał w nasze ręce Tajne wojny, które rządzą się prawami wielkich destrukcyjnych incydentów. To właśnie tutaj odwiedzimy Bitewny Świat, miejsce które powstało po katastrofalnym zderzeniu obu ostatnich rzeczywistości. Śledząc rozgrywające się na nim wypadki, będziemy świadkami odmiany, jaką przejdzie uniwersum wielkiego komiksowego wydawnictwa.

Posiadając pełen wachlarz sformułowanych powyżej obaw, sięgnąłem po dzieło Hickmana i Ribica. Początek był tragiczny... Po przeczytaniu 1/4 komiksu wstałem z kanapy, mówiąc sobie w myśli: "Cóż za gówno!". Będąc pewnym, że wpadłem w pułapkę jeszcze głębszą od wspomnianego wyżej Nieskończonego kryzysu, z trudem przymusiłem się do kontynuowania lektury. I nagle, o dziwo, gdzieś w okolicach połowy tego dość grubego tomu olśniło mnie! Mój problem z Tajnymi wojnami polegał na braku znajomości prawie wszystkich dzieł (poza New Avengers, tom 1 - Wszystko umiera) prowadzących do opisanych w nich wydarzeń. Dlatego też zacząłem czytać komiks uważnie od początku, bacznie analizując wszystkie rozrzucone w nim informacje. Gdy doszedłem do dość ważnego zwrotu akcji w połowie wydania, czytanie stało się wreszcie czystą przyjemnością.

Tak, Drodzy Czytelnicy, trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Tajne wojny to komiks bardzo udany! Choć dla odbiorcy nie obeznanego z aktualnym uniwersum Marvela może stanowić nie lada wyzwanie, warto po niego sięgnąć, jeśli tylko odrobicie część pracy domowej (czyli przeczytacie poprzedzające go tomy o losach Avengers). W przeciwnym wypadku nieco się wymęczycie, ale ostatecznie, podobnie jak mnie, powinien przypaść Wam do gustu. Trzeba zwrócić należytą uwagę na brak charakterystycznej przesadności samej opowieści, tak boleśnie obecnej w analogicznych dziełach z DC. Komiks skupia się w znacznej mierze na realizacji zamierzonego konceptu, nie męcząc czytelnika nadmiernie rozbuchanymi walkami oraz przesadnym patetyzmem. Parę górnolotnych zdań padnie oczywiście tam i ówdzie, jednak całość czyta się bardzo dobrze, a poszczególne wydarzenia służą samemu opowiedzeniu historii oraz ukazaniu wnętrza kilku bohaterów.


Hickman sprytnie ograniczył ilość występujących w komiksie postaci, dając nam szansę na poznanie i zrozumienie całości wydarzenia ich własnymi oczami. Pomimo skali eventu, nie przytłacza nas on swym ogromem, choć ten aspekt jest i tak wyczuwalny przez cały czas spędzony z lekturą. Walki toczą się tylko tam, gdzie jest to konieczne, a cała intryga oraz sposób jej rozwiązania prowadzone są z wyczuciem, co rusz podrzucając jakiś ciekawy wątek lub informację. Dzięki temu kilka widowiskowych zgonów działa tak jak należy, a my możemy śmiało kibicować bohaterom, na barkach których złożoną całą fabułę. O realistyczną warstwę graficzną także nie trzeba się martwić, ponieważ rysunki Ribica stają mężnie na wysokości zadania. Artysta tworzy szczegółową, bardzo czytelną wersję zdarzeń. Dzięki jego skrupulatnej pracy dane mi było podziwiać szczegóły świata, dynamizm akcji oraz niecodzienne losy bohaterów. Wielkim plusem tej historii jest również to, że ilustrował ją wyłącznie jeden artysta.

Nie sądziłem, że to napiszę, ale Tajne wojny to komiks, który sprawił mi naprawdę sporo frajdy. Jest nie tylko kamieniem milowym w historii uniwersum Marvela, ale przede wszystkim broni się jako w pełni autonomiczna, przemyślana treść. Choć nie polecam go nikomu, kto chciałby zacząć w ten sposób przygodę z tytułami wydawnictwa, warto zainteresować się nim, jeśli uważacie się za sympatyków tego typu pozycji. Warto też zaznaczyć, że nie tylko ten tom traktuje o historii samego crossoveru. Jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę, możecie sięgnąć po inne tytuły, przygotowane z myślą o takiej potrzebie (Amazing Spider-Man, Thorowie, Deadpool, Wojna domowa, Staruszek Logan, Oblężenie). Ich znajomość nie jest istotna w kontekście samych Tajnych wojen, ale można spodziewać się, że sprawią Wam nieco frajdy. Wszystko to jest o tyle ciekawe, że już wkrótce znajdziemy się w nowym, odrestaurowanym świecie Marvela, gdzie wydarzenia będą pokłosiem przygód opisanych w powyższym dziele. Czy Marvel Now! 2.0 będzie godnym następcą swego poprzednika? Pożyjemy, zobaczymy...



Tytuł: Tajne wojny
Scenariusz: Jonathan Hickman
Rysunki: Esad Ribic
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 79,99 zł


Wszystkie komiksy z serii Tajne wojny znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 26 listopada 2018

RECENZJA: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 2 & 3 - Twierdza tyrana & Przyjaciel Jol (J. Christa)


Podróż po gwiazdozbiorze Oriona trwa w najlepsze. Kajtek i Koko, dwaj nierozłączni przyjaciele kontynuują swą niebezpieczną i prawdziwie fascynującą misję. Na ich drodze staną znów wszelkie niebezpieczeństwa, ale również nieoczekiwani sprzymierzeńcy. Tylko poprzez wierność swej przyjaźni i kreatywnemu myśleniu będą w stanie wyjść cało z każdej opresji. Jeśli nie czytaliście mojej recenzji tomu pierwszego, zapraszam Was tutaj. Dowiecie się z niej m.in. o historii tego legendarnego komiksu. Tutaj przypomnę jedynie, że Kajtek i Koko w kosmosie to najdłuższy komiks wydany w kraju nad Wisłą. Pierwotnie publikowany był w Wieczorze Wybrzeża na przestrzeni pięciu (!) lat.

Janusz Christa to jeden z najwybitniejszych twórców polskich historii obrazkowych. W swych dziełach łączył niezaprzeczalnego ducha przygody z pogodnym, niewymuszonym humorem. Jego prace trafiały zarówno do najmłodszych jak i do znacznie starszych odbiorców. I to było największym atutem autora, bowiem niezwykle trudno jest pisać historie, które dają równą frajdę czytelnikom w każdym wieku. Nie epatując przemocą i nigdy nie nudząc czytelnika, Christa tworzył ponadczasowe opowieści (pełne nieszablonowych, pamiętnych postaci), które nieustannie bawią i będą bawić nas wszystkich jeszcze przez wiele nadchodzących lat.


Siadając do pisania tej recenzji ponownie miałem w głowie jedną myśl: Jak godnie zrecenzować takiego klasyka? Bo przecież wiecie dobrze, że jest to dość karkołomne zadanie. Dzieło tak kultowe, prawdziwie niezapomniane, nie jest godne krytycznej analizy ani bezpardonowego rozbierania go na czynniki pierwsze. Puste zachwyty oraz pieśni pochwalne też na nic się tu zdadzą. Dlatego postanowiłem przybliżyć Wam dwie kwestie, które zwróciły moją uwagę podczas czytania drugiego i trzeciego tomu kosmicznego opus magnum Christy. Są nimi humor oraz inspiracje, bo właśnie oba te terminy mocno zaznaczyły swą obecność w wiekopomnej pracy autora.

Rysując i pisząc Kajtka i Koka w kosmosie Christa inspirował się przede wszystkim obecnymi w szeroko rozumianej popkulturze klasycznymi dziełami science fiction (Arthur C. Clarke, Stanisław Lem). Widać to na każdej stronie komiksu, ale jeszcze ciekawsze jest odkrywanie własnych pomysłów, które twórca zręcznie wplatał w fabułę. Jest tego bez liku, toteż wszystkie dotychczasowe tomy serii można nazwać świetnym (i niezwykle kreatywnym) hołdem dla gatunku. Ja w Przyjacielu Jolu zauważyłem także pewne odniesienie do Siedmiu samurajów Kurosawy oraz wstępny pomysł na coś, co wiele lat później (w zupełnie innym wykonaniu) stało się naszą filmową Seksmisją. Lecz takich nawiązań z pewnością jest więcej! Zachęcam Was, abyście sami spróbowali wyłapać choć kilka z nich.


Humor to drugi filar, na którym Mistrz oparł większość swego dzieła. Przygody dwóch marynarzy wprost iskrzą się od zabawnych, niedorzecznych sytuacji. Jak przystało na dzieło dla wszystkich, żarty nie są tu ani trochę obrazoburcze czy wulgarne. U Christy obowiązuje prosta zasada komizmu wynikającego z charakteru postaci, komedii pomyłek oraz klasycznego slapsticku. To sprawdza się świetnie w każdej możliwej sytuacji. Całości dopełniają wspaniałe rysunki, którymi autor udowadnia, że potrafi świetnie odnaleźć się w najbardziej wymyślnej rzeczywistości. Wierzcie mi na słowo, z każdym kolejnym tomem tego komiksu stwierdzam, że wyobraźnia Christy nie miała żadnych możliwych ograniczeń.

Kajtek i Koko w kosmosie to wspaniała epopeja, pełna przygód, celnego dowcipu i niezapomnianych postaci. Bogactwo pomysłów i zrozumienie sedna fantastyki wręcz wylewa się z każdej strony komiksu. Jeśli jeszcze nie znacie powyższego dzieła, zachęcam Was do niezwłocznego zapoznania się z dostępnymi na tę chwilę tomami. Po raz pierwszy otrzymujemy dzieło Christy w całości i w pełnym kolorze, co czyni jego niezapomnianą opowieść jeszcze bardziej wartą przeczytania. Nie da się powiedzieć złego słowa o czymś tak kultowym, toteż nie piszę już ani słowa więcej. Przygody Kajtka i Koka to pozycja obowiązkowa dla każdego fana rodzimej literatury!



Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 2 i 3 - Twierdza tyrana & Przyjaciel Jol
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Przygody Kajtka i Koka oraz inne komiksy J. Christy znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 25 listopada 2018

Jesienne nowości dla najmłodszych od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET nie ustaje w rozpieszczaniu najmłodszych fanów klocków Lego i popularnych serii licencyjnych. Tej jesieni w księgarniach pojawiły się ich cztery nowe tytuły, które z pewnością zadowolą fanów kreatywnej fantastyki, magicznych opowieści oraz pasjonujących zadań. Przyjrzyjmy się dokładniej każdemu z nich.


LEGO® DC SUPER HEROES. JAK ZOSTAĆ SUPERBOHATEREM. MOJE TAJNE ZAPISKI



Któż nie chciałby być superbohaterem? Mieć niesamowite moce, latać ponad chmurami, pomagać słabszym i walczyć z czarnymi charakterami... Teraz już można! Za sprawą tej nowej książeczki Wasza pociecha zaplanuje, sprawdzi i oceni swoje potencjalne możliwości jako potężny obrońca świata. Przygotowano tu wszystko, co może przydać się małemu bohaterowi. Od nadania pseudonimu i mocy, poprzez rysunek zbroi, stworzenie własnej drużyny, ustalenie credo, po najważniejsze zadania oraz projekt magicznej broni. W trakcie zabawy z książeczką bez wątpienia przydadzą się dobre pomysły i chęć rysowania. Jeśli nie posiadacie opisywanego przeze mnie, dość podobnego tytułu - Lego DC Comics Super Heroes. Wstąp do Ligi Sprawiedliwości, ten nada się idealnie. Z okładki uśmiecha się do nas sam Superman, a jego minifigurka jest świetnym dodatkiem, który zawarto w tej książeczce.


LEGO® NINJAGO®. ŚCIGANI



Kolejna publikacja łączy w sobie to, co najlepsze - komiks, opowiadanie, ale przede wszystkim całkiem pokaźną ilość zadań do samodzielnego rozwiązywania. Wszystko jest powiązane tematycznie z wyprawą bohaterów Ninjago do tajemniczej krainy Oni. Czy Kai'owi, Cole'owi, Lloydowi i reszcie uda się pokonać złowrogi gang Synów Garmadona? W tej książeczce, przeznaczonej dla dzieciaków powyżej 7-go roku życia znajdziecie labirynty, logiczne układanki, odnajdywanie różnic, łączenie punktów i znacznie więcej! Nie od dziś wiadomo, że nauka najlepiej wchodzi do głowy przez zabawę, toteż powyższy tytuł bezsprzecznie nadaje się do treningu wszystkich młodych ninja. A na dodatek, pilni adepci sztuk walki ze wschodu staną się posiadaczami wyjątkowej minifigurki Łowcy Smoków. Oj, z tak wyposażonym zestawem raczej nie warto zadzierać, prawda? ;-)  


LEGO® NINJAGO®. POWRÓT GARMADONA



Czy potężny Lord Garmadon naprawdę zniknął? Jeśli tak, to czemu Ninjago City jest stale nękane przez niebezpieczny gang motocyklistów, zwanych Synami Garmadona? Czy to prawda, że szukają oni trzech starożytnych masek, aby uwolnić swego demonicznego władcę? Co zrobią uczniowie legendarnego Mistrza Wu? Odpowiedzi na te pytania możecie szukać w powyższej książce, napisanej przez Kate Howard i Sue Behrent. Przygoda, tajemnica i akcja - znajdziecie tu wszystko! Całość jest bogato i barwnie ilustrowana, a świetne rysunki wiernie oddają ducha zabawek Lego oraz serialu animowanego (na podstawie którego oparte jest to wydanie). Polecam je w szczególności dzieciakom, które w zadowalającym stopniu opanowały już zdolność czytania.


LEGO® NINJAGO®. GARMADON RZĄDZI!



Ostatni tytuł, to chyba najciekawsza (z mojego punktu widzenia) pozycja w dzisiejszym wpisie. Najbardziej okazała (tak treściowo jak i pod względem objętości), stanowi pewnego rodzaju rozszerzenie książeczki opisanej powyżej. Co ciekawe, burzliwe wydarzenia z Ninjago City poznajemy tu poprzez narrację prowadzoną przez jednego z najważniejszych antagonistów serii. Księżniczka Harumi, znana niewielu jako Cisza, skrycie planuje wskrzeszenie swego wielkiego guru. To właśnie ona zbiera drużynę znaną jako Synowie Garmadona, jednocześnie kompletując informacje o trzech tajemniczych maskach. Cisza jest postacią zdeterminowaną i posiadającą swoje racje, pomimo tego, że działa w niegodziwej sprawie. Całość (spisana przez Tracey West w/g pomysłu T. Kalmara i T. Andreasena) utrzymana jest w formie osobistego pamiętnika, co nadaje treści bardzo osobliwy klimat. Znajdziemy tu również wycinki z gazet, plany łotrów działających razem z bohaterką oraz krótkie notatki. To naprawdę ciekawa, bogato ilustrowana pozycja, szkoda tylko, że kończy się w tak nieoczekiwanym momencie. Tą książkę polecam dzieciom nieco starszym, których w trakcie lektury nie wystraszy większa ilość stron.


Dla każdego coś dobrego - tak można w skrócie opisać zawartość zaprezentowanych powyżej wydań. Które z tytułów najbardziej przypadną do gustu Waszym pociechom? Wszystko zależy od tego, czy bardziej lubią logiczne łamigłówki, czy dobrą przygodową opowieść. Jak by na to nie patrzeć, każda warta jest zainteresowania. Mnie pozostaje tylko zazdrościć maluchom, że nie jestem już w ich wieku. Życie przed wejściem w dorosłość jest nie tylko prostsze, ale i znacznie barwniejsze. Zwłaszcza, jeśli ma się do dyspozycji literaturę tak inspirującą jak ta! :-)


Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


środa, 21 listopada 2018

RECENZJA: Giants (C. i M. Valderrama)


Ile już było takich komiksów - postapokaliptycznych wizji, opowiadających o trudach ludzi, którzy pozostawszy przy życiu, muszą mierzyć się z otaczającą ich rzeczywistością? Zmuszonych do odkrywania brutalnej prawdy o sobie samych, popychanych do doświadczania przemian własnych, jak i swoich najbliższych... Walczących z ciągłymi  niebezpieczeństwami, a także starającymi się zachować resztki człowieczeństwa w stale dogasającej cywilizacji... Czy był sens tworzenia kolejnej, na pierwszy rzut oka podobnej opowieści? Trudno powiedzieć, lecz ważniejsze jest nieco inne pytanie: Czy to się udało?

Nasz świat dobiegł końca. Nie wiadomo dokładnie co się stało, niemniej istotne jest, że ludzie zeszli pod ziemię, kryjąc się przed wielkim zimnem i ogromnymi potworami panoszącymi się na powierzchni. W nowym świecie dominują dwie stale ścierające się ze sobą frakcje - Ponure Dranie i Krwawe Wilki. Walczą między sobą o czarny bursztyn, kamienny twór, zapewniający pozory władzy i bezpieczeństwa. W tak zarysowanej rzeczywistości poznajemy Gogiego i Zedo, parę nastoletnich przyjaciół, starających się o zdobycie względów herszta jednej z rządzących grup. Aby zostać jej członkiem, trzeba wykazać się odwagą i zaradnością, przynosząc poszukiwany przez wszystkich kruszec. Zadanie wydaje się łatwe, jednak nic bardziej mylnego. Na śmiałków czyhają liczne niebezpieczeństwa, atakujące z mroźnego świata na powierzchni, jak i wnętrza własnych serc.


Carlos i Miguel Valderrama pochodzą z Hiszpanii, a Giants jest ich debiutem na amerykańskim rynku komiksowym. W swej pierwszej dłuższej formie zawarli wszelkie inspiracje młodości, łącząc je z klasycznym pomysłem ponurej wizji przyszłości. Dlatego tez tak ważne jest pytanie, które sformułowałem we wstępie do tej recenzji. W mim odczuciu można wałkować ograny temat tak długo, jak ma się w nim coś istotnego do powiedzenia. I w tym aspekcie twórcy nie zawiedli mnie. Paradoksalnie ukazali coś, co znam już na pamięć, ale ubrali to w tak zgrabny twór, że nie umiem odmówić mu uroku.

O sile Giants stanowi przede wszystkim jego mocno skondensowana forma. Na zaledwie 120 stronach autorzy zdołali opowiedzieć całą historię, nie poświęcając na nią więcej czasu, niż było to konieczne. Brawo! Dobrze wiemy, że inni twórcy potrafią ciągnąć podobne treści w nieskończoność. Tym, co zwróciło moją uwagę w owym krótkim metrażu jest droga, jaką przechodzą główni bohaterowie. Ponieważ komiks opowiada o upadku przyjaźni i ideałów, wydawać by się mogło, że nie da się tego ukazać za pomocą krótkiej fabuły. Nic bardziej mylnego. Komiks zawiera wszystko, co powinna zawierać tego typu opowieść. Bracia Valderrama świetnie kreują nie tylko parę głównych przyjaciół, sympatią byłem w stanie zapałać również do kilku drugoplanowych postaci. Gogi i Zedo mierzą się z własnymi słabościami oraz brutalną rzeczywistością, która popycha ich do popełniania niewybaczalnych błędów. Co równie ważne, z tych porażek płynie dla nich istotna nauka. Czy z niej skorzystają, zależy już wyłącznie od nich samych.


W powyższej opowieści zyskuje też świat przedstawiony. Nie wiemy dokładnie co spowodowało kataklizm, skąd wzięły się potwory, ani kiedy dokładnie ma miejsce akcja komiksu. Tych elementów możemy się jedynie domyślać na przykładzie luźno rzuconych, zdawkowych informacji. Ciekawym zabiegiem było również ukazanie rzeczywistości bez udziału dorosłych. W Giants nie znajdziemy nikogo, kto przekroczyłby wiek trzydziestu lat. Potwory przypominają klasyczne monstra z dalekowschodnich produkcji science-fiction, toteż bliżej im do Godzilli połączonej z fizjonomią Evengelionów. Wygląda to dobrze, a co ważniejsze, w połączeniu z biologią stworów jest całkiem kreatywne. Wspaniale prezentują się rysunki Miguela, który mocno inspiruje się mangą, choć sceny z dynamiczną akcją czerpią zdecydowanie więcej z płynności anime. Doskonale się to ogląda, tym bardziej że wszystko jest wyraźne, nawet w kadrach noszących pozorne znamiona nieczytelności.

Giants braci Valderrama urzekł mnie sposobem opowiedzenia pełnej historii zamkniętej w zaledwie kilku zeszytach. Świetne zarysowanie ram świata oraz pełnokrwiste postacie potrafiły wypełnić ten komiks akcją, treścią i nauką, której na próżno szukać w ogromnej ilości innych postapokaliptycznych dzieł. Mam świadomość, że jest to opowieść, która może przepaść w olbrzymiej ilości innych tytułów, jednak sądzę, że warto zwrócić na nią uwagę. W dzisiejszych czasach, gdzie niepodzielnie rządzą wielotomowe serie oraz sagi, Giants jawi się jako bardzo udana, krótka i w pełni satysfakcjonująca lektura. Jeśli będziecie chcieli sięgnąć po komiks, który nie wciągnie Was w czytanie nieskończonej ilości tomów, losy Gogiego i Zedo będą w sam raz. I pewnie jeszcze nie raz do nich wrócicie.



Tytuł: Giants
Scenariusz: Carlos Valderrama
Rysunki: Miguel Valderrama
Przekład: Grzegorz Drojewski
Wydawnictwo: Dark Horse Books/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Komiks Giants znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.