środa, 26 lutego 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 24 (OKP Dolores tom 1, Lucky Luke tom 2 i 63, Smerfy tom 2)

W poniższym wydaniu Kiosku z komiksami całkowicie porzucamy tematykę superhero. Jesienią ubiegłego roku robiłem na facebook'u ankietę, z której wynikało, że większość z Was woli jednak nieco inne historie. Skrzydła Gryfa z założenia mają być miejscem dla wszystkich fanów fantastyki, toteż dziś w całości przychylam się do tamtej prośby. Zapraszam na międzygwiezdną podróż pirackim statkiem Dolores, na bardzo dziki zachód, oraz do ukrytej w lesie wioski pewnych uroczych, niebieskich stworków... ;-)


OKP Dolores, tom 1 - Ścieżka nowych pionierów

Państwo Tarquin (znani m.in. z cyklu przygód Lanfeusta z Troy) zapraszają nas w podróż do bardzo odległej galaktyki. Możecie być pewni, że będzie to wyprawa pełna pościgów, tajemnic, potyczek i bezpretensjonalnego humoru. Jak to zwykle bywa w komiksach frankofońskich, ogólny klimat opowieści przypomni sympatykom europejskiej fantastyki, za co tak bardzo lubią serie tego typu. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, pierwszy tom OKP Dolores opowiada historię młodej Mony, która jako sierota wychowywana była przez zakonnice z Kościoła Nowych Pionierów. Nadszedł jednak czas, aby nasza bohaterka wyruszyła samodzielnie w świat. Opuszcza więc klasztorne mury, wyposażona jedynie w torbę, którą w spadku pozostawili na stopniach świątyni jej domniemani rodzice. Wkrótce okaże się, co skrywa umieszczona w torbie karta dostępu oraz notka o treści "Opiekuj się Dolores". Jedno jest pewne - Mony wybierze się w podróż, która daleka będzie od planowanej przez nią kościelnej misji niesienia pomocy biedakom.

Ścieżka nowych pionierów to komiks, który błyszczy przede wszystkim ilustracjami. Dotychczasowi sympatycy twórczości Didiera Tarquina po raz kolejny będą mogli zatopić się w rewelacyjnych rysunkach wykonanych przez tego utalentowanego artystę. Dynamika, bogate szczegóły i lekki, awanturniczy styl to niewątpliwe atuty wizualne powyższego tytułu. Wszystko zaprasza tu do wspólnej zabawy, oferując wrażenia godne prawdziwej, międzygwiezdnej przygody. Nieco inaczej ma się sprawa ze scenariuszem pisanym przez Lysę Tarquin wraz z naszym zasłużonym ilustratorem. Nie zrozumcie mnie źle, OKP Dolores jest naprawdę bardzo udanym komiksem, niestety w warstwie fabularnej nie oferuje czytelnikowi zbyt wiele nowego. Pomimo wszelkich starań album nie wybija się specjalnie ponad wszystko, co czytaliśmy już w dziesiątkach bliźniaczo podobnych historii. Komiks tworzony jest w sposób ciągły, przez co po przeczytaniu pierwszego tomu miałem wrażenie poznania zaledwie wstępu do tej długiej i zawiłej historii. Nie zaoferowano mi żadnej (nawet w niewielkim stopniu) zamkniętej treści, przez co musiałem trochę obejść się smakiem. Pochwalić natomiast muszę dynamikę opowieści - tu naprawdę nie sposób się nudzić! Atrakcją tego kosmicznego westernu są z założenia liczne tajemnice, dotyczące zarówno przeszłości Mony, jak i kilku towarzyszących jej postaci. W mojej ocenie sekrety te są jednak zbyt przewidywalne. Mam cichą nadzieję, że wbrew pierwszemu wrażeniu, para autorów mocno zaskoczy mnie w kolejnych odsłonach. Pomimo tych kilku zgrzytów polecam Ścieżkę nowych pionierów. Jestem wielkim fanem komiksów tego typu, nie mogę więc zmarnować okazji, aby zachęcić Was do przeczytania powyższego tytułu.

Ps. Podobnie jak w innych komiksach Tarquina, tu także pojawiają się pewne smaczki lub zagadki. Prześledźcie dokładnie stronę 24 aby odszukać jedną z nich, a potem uważnie wypatrujcie odpowiedzi! ;-)

Tytuł: OKP Dolores, tom 1 - Ścieżka nowych pionierów
Scenariusz: Lyse Tarquin, Didier Tarquin
Rysunki: Didier Tarquin, Lyse Tarquin
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska/Glenat
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,99 zł


Lucky Luke, tom 2 - Rodeo
Lucky Luke, tom 63 - Most na Missisipi


Czy komiksy z serii Lucky Luke pasują do bloga o tematyce fantastycznej? Oczywiście, że tak! Przecież sam Lucky Luke jest postacią jak najbardziej fikcyjną, a wiele z jego przygód (choć osadzonych w realiach dzikiego zachodu) ma charakter czysto zmyślony. Do tego występująca w nich masa niezwykłych postaci drugoplanowych oraz sam fakt rozmów Luke'a ze swoim własnym wierzchowcem - sprawa jest więc jasna jak słońce. Kowboj, który strzela szybciej od swojego cienia ma swoje miejsce na Skrzydłach Gryfa. Pomysłodawcą postaci Lucky Luke'a jest Morris (Maurice de Bevere), belgijski scenarzysta i rysownik. Seria zyskała największy rozgłos, kiedy do samodzielnie tworzącego komiksy Morrisa dołączył Rene Goscinny, znany każdemu z tworzenia przygód Asteriksa. Razem przedstawili światu dwadzieścia dziewięć albumów o samotnym kowboju, a po śmierci Goscinnego Morrisa wspierali inni autorzy. Fenomen Lucky Luke'a jest nie do przecenienia, a jego niezwykłe losy do dziś opowiadane są przez młodsze pokolenie artystów. Seria cieszy się nieustanną popularnością wśród czytelników lubiących luźne, doprawione porządną porcją humoru historie z dzikiego zachodu.

Rodeo i Most na Missisipi pokazują jak rozwinęła się kreska Morrisa od początków jego kariery. Ponadto, zwracają naszą uwagę na umiejętność odnalezienia się w źródłowym materiale przez nowych scenarzystów. Czas powstania obu albumów rozdzielają aż cztery dekady, ale poza zmianą kreski Morrisa oraz nastawionym na bardziej rozbudowaną historię scenariuszu Fauche'a i Leturgie'a nie znajdziemy tu więcej różnic. To nadal bardzo wesoła, kowbojska historia skupiająca uwagę odbiorcy na przygodach tytułowej postaci. Lucky Luke może i jest najszybszym koltem na dzikim zachodzie, ale tym co sprawia, że jest tak ciekawą personą, jest głównie jego spryt. Czy to w trakcie rywalizacji na rodeo z niejakim Kaktusem Kidem, czy chroniąc Desperado City przed zakusami braci Pistol, Luke zawsze wykazuje się nie lada pomysłowością i czysto kreatywnym myśleniem. Jego przenikliwość osiąga wyżyny w trakcie nadzorowania budowy mostu według projektu Jamesa Eadsa (jednocześnie wywołując liczne salwy śmiechu u czytelników). Lucky Luke to komiks, w którym przemoc jest praktycznie nieobecna, co czyni go idealną lekturą dla każdego. Ktoś kiedyś powiedział, że klasyki nie powinno się oceniać, w związku z czym nie zamierzam podważać zasług oraz ponadczasowego oddziaływania tak kultowego, powstającego od ponad siedmiu dekad komiku. Dzięki Egmontowi, który regularnie wydaje kolejne tomy z tej serii, już wkrótce na naszych półkach znajdzie się każdy z 82 albumów. Jeśli jeszcze nie macie choć jednego z nich, postarajcie się szybko to zmienić. Tego tytułu zwyczajnie nie wypada nie mieć.

Tytuł: Rodeo/Most na Missisipi
Scenariusz: Morris/ Xavier Fauche i Jean Leturgie
Rysunki: Morris
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 64/48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Smerfy, tom 2 - Smerf Naczelnik

Chyba można pokusić się o stwierdzenie, że Smerfy, to zaraz po McDonaldzie, Coca-Coli i Michaelu Jacksonie najbardziej rozpoznawalna marka na świecie. Niewiele jest na tej planecie dzieciaków, które dorastałyby, nie znając przygód tych sympatycznych leśnych skrzatów. Co ciekawe, nie każdy jednak wie, że ci błękitni podopieczni Papy Smerfa rozpoczęli swój żywot nie w serialu telewizyjnym (produkowanym przez studio Hanna-Barbera), ale na stronach kolorowych komiksowych historii. Ich debiut w tej materii przypadł na tytuł Johan & Pirlouit, którego autorem był Peyo, utalentowany belgijski ilustrator. Jak to często bywa, twór poboczny zyskał większą popularność niż oryginalne dzieło, a Smerfy nie tylko szybko stały się bohaterami własnej serii, ale wkrótce opanowały dosłownie cały świat. Jednym z najlepszych albumów o Smerfach jest Smerf Naczelnik, drugi w kolejności w/g oryginalnej publikacji. Co jest takiego niezwykłego w tej pozornie niczym nie wyróżniającej się historii z cyklu "gdy kota nie ma, myszy harcują"? Ano, jest i to nie byle co!

Wszystko zaczyna się, gdy Papa Smerf opuszcza smerfową wioskę, wyruszając na poszukiwania pewnego ważnego ziela. Pozostawione same sobie Smerfy szybko stwierdzają, że w zaistniałej sytuacji należy wybrać nieodzowne zastępstwo. Tak zaczynają się bezowocne dyskusje na temat najlepszych kandydatów, a od konceptu wolnych wyborów czy publicznego głosowania szybko przechodzimy do ukazania koncepcji państwa totalitarnego. Zdziwieni? A to jeszcze nie wszystko! Kampanie i debaty przedwyborcze, głosowanie, podział ról w nowo przyjętym smerfnym ustroju, więźniowie polityczni, ruch oporu, wzrastanie napięć, propaganda przeciw władzy, czy ostatecznie bezpardonowa wojna domowa - wspomniane elementy naprawdę pojawiają się w tym komiksie. Lecz nie obawiajcie się, to nadal uroczo radosna historia dla dzieci, tylko skonstruowana tak, aby dać bezbolesną lekcję najmłodszym, nie zapominając o bawieniu dorosłych. W ten właśnie sposób objawia się prawdziwy twórczy geniusz Peya i Yvana Delporte'a, którzy pokazują klasę pisania ponadczasowych, silnie wybrzmiewających treści. Kolejną historyjką zawartą w Smerfie Naczelniku jest Smerfosymfonia, opowiadająca o mozolnym dążeniu do samorealizacji. Choć nie daje ona aż tak wiele frajdy jak pierwsza opowieść, i tak należy uznać ją za bardzo satysfakcjonującą. Powyższy tomik bawi czytelnika, jednocześnie ucząc poprzez zadawanie ważnych pytań: Co jestem gotów poświęcić, aby zyskać coś, o czym najbardziej marzę? Jak działa władza i co należy zrobić aby ją utrzymać? Do czego prowadzą manipulacje jednostki? Sam fakt ich bytu w tej publikacji z pewnością zaskoczy wielu dorosłych, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że powyższy tom Smerfów jest lekturą wskazaną dla każdego.        

Tytuł: Smerfy, tom 2 - Smerf Naczelnik
Scenariusz: Peyo, Yvan Delporte
Rysunki: Peyo
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 64
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 19,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 16 lutego 2020

40 lat Imperium kontratakuje od Funko

W tym roku mija dokładnie czterdzieści lat od premiery drugiego filmu z cyklu Gwiezdne wojny. Chodzi oczywiście o Epizod V - Imperium kontratakuje, czyli obraz, który przez wielu fanów jest uważany za najlepszą część filmowej sagi. Trudno nie zgodzić się z tą opinią, szczególnie kiedy zrozumiemy jak bardzo dzieło to pogłębiło sens fantastycznego cyklu, pokazując, że Gwiezdne wojny to coś więcej niż pełna efektów specjalnych, infantylna przygoda w galaktyce.

Fakt ten zdaje się doceniać również firma Funko, która wypuściła na rynek serię figurek Pop! poświęconą tej niezapomnianej i mądrej produkcji. Wśród najbardziej ikonicznych postaci znajdziemy Mistrza Yodę (wraz z jego chatką na Hoth), Luke'a Skywalkera na tauntaunie czy Hana Solo zamrożonego w karbonicie. A wszystkie te statuetki wykonano w charakterystyczny, bardzo słodki i karykaturalny sposób, co sprawia, że nie da się przejść obok nich obojętnie. Które z nich podobają się Wam najbardziej? A może będziecie chcieli skompletować wszystkie? :-)






sobota, 15 lutego 2020

RECENZJA: Coś - John W. Campbell


Któż w nas nie pamięta The Thing (1982) - kultowego dzieła fantastyki filmowej w reżyserii Johna Carpentera? To jedno z tych dzieł, które podobnie jak Obcy: Ósmy pasażer Nostromo (1979) czy Mucha (1986) ugruntowały silną pozycję horroru science-fiction w dzisiejszej popkulturze. I podobnie jak ostatnie dwa tytuły, ten również świetnie oparł się upływowi czasu, z bardzo niewielkimi zastrzeżeniami rewelacyjnie strasząc i niepokojąc do dziś. Nie każdy jednak wie, że wspomniane dzieło grozy oparto na opowiadaniu Johna W. Campbella, które adaptowano pierwotnie w 1951 roku jako obraz Istota z innego świata. I choć mocno dziś archaiczny twór Christiana Nyby'ego oraz Howarda Hawksa bardzo różni się od interpretacji Carpentera, warto sięgnąć po tekst, który zainspirował wspomnianych twórców do ukazania historii potwornej istoty z kosmosu na wielkim ekranie. Tym bardziej, że w przypadku aktualnego wydania Coś mamy do czynienia z pełnym tekstem, odnalezionym po latach i udostępnionemu czytelnikowi w niezwykle dopieszczonej formie.

Książka Campbella pierwotnie ukazała się w 1938 roku jako opowiadanie Kim jesteś? opublikowane w magazynie Astounding Science Fiction. Czytając przedmowę do Coś (pióra Aleca Nevala-Lee i Roberta Silverberga) zrozumiecie, jakie problemy natury twórczej piętrzyły się przed Campbellem podczas pisania owej historii. Aby lepiej oddać naturę rzeczy, autor zrezygnował z długiego wstępu, porzucając kilka pierwszych rozdziałów na rzecz zainteresowania odbiorcy sednem właściwych wydarzeń. Dopiero możliwość poznania owych zaginionych wcześniej fragmentów prozy, daje nam możliwość przyjrzenia się fabule Coś w jej pierwotnej (choć niekoniecznie zgodnej z wolą twórcy) formie. Od razu zaznaczam - to treść pod wieloma względami inna od tej, jaką znacie z ekranowej adaptacji The Thing. Carpenter potraktował spuściznę Campbella po swojemu, przenosząc na taśmę filmową tylko te elementy, które interesowały go najbardziej (i bardzo słusznie, w końcu o to chodzi w adaptacjach!). 

Coś jest dziełem dość krótkim. Nie ma powodu aby się się temu dziwić, w końcu jest to tekst przygotowany do pisma fantastycznego. Warto jednak zaznaczyć, że odnaleziony początek buduje fabułę zupełnie inaczej niż oryginalnie opublikowany utwór. Dla nieznających tematu wyjaśnię w tym miejscu, że powieść traktuje o grupie badaczy z bieguna północnego, zmuszonych do stawienia czoła destrukcyjnej istocie z kosmosu, zdolnej imitować dowolny organizm. W pierwszych rozdziałach książki znajdziemy wiele aspektów technicznych. Chyba celowo pozbawiono je mocy grozy, przez co wydają się dość płaskie, odrzucając przeciętnego odbiorcę silnie reprezentowaną stroną naukową. Ciąg dalszy książki (czyli jej pierwotny początek) przynosi właściwą akcję, niestety tutaj również wdziera się styl pisarski, skierowany wyłącznie do sympatyków fantastyczno-naukowej maniery. Jakby tego było mało, akcja nieustannie pędzi z miejsca na miejsce (choć w przypadku odciętej od świata stacji badawczej na Antarktydzie nie możemy przecież mówić o zbyt wielkich obszarach), dość łatwo jest pogubić się też w coraz to nowszych czynnościach wykonywanych przez poszczególne postacie. Powieści kompletnie brakuje lekkości, nie znajdziemy tu również fragmentów, które pozwolą nam w jakikolwiek sposób zbliżyć się do bohaterów. Język autora szczęśliwie zaskakuje formą, która bezboleśnie zniosła próbę czasu. Nawet przez chwilę nie ma się wrażenia, że od powstania tekstu minęło aż osiem dekad (z pewnością jest to również zasługa tłumacza).

Niestety, powyższe kwestie sprawiają, że Coś stanowiło dla mnie zjawisko interesujące wyłącznie w kategorii poznania tekstu, będącego inspiracją dla jednego z ulubionych filmów. Odniosłem wrażenie, że książka została pozbawiona ducha i charakterystycznego wyrazu, tak dobrze znanego mi z dzieła Carpentera. To oczywiście pewnego rodzaju paradoks, ponieważ znajomość obu utworów pokazuje, jak wiele może zmienić się w dziele w przypadku niczym niezakłóconego, w pełni twórczego podejścia. Brak mocnych scen grozy (zdecydowanie kluczowych w adaptacji) nie pozwala mi zakwalifikować tej powieści jako klasycznego horroru, pozostawiając z wrażeniem obcowania z niepokojącą historią science fiction. Bardzo ciekawym dodatkiem w Coś jest fragment nieopublikowanego utworu, będącego kontynuacją Kim jesteś?. Materiału tego jest co prawda niewiele, ale bez wątpienia warto poznać go, aby lepiej wyrobić sobie zdanie o tak skompletowanej całości. Kolejną gratką dla czytelników będą bez wątpienia fenomenalne ilustracje Macieja Kamudy, ozdabiające finał każdego rozdziału książki. Coś mogę więc polecić odbiorcom, pragnącym zgłębić historię gatunku, lub tak jak ja, chcącym poddać się niezbyt przystępnemu kształtowi oryginału, celem zrozumienia jego wpływu na późniejsze dzieła. Jako samodzielna kompozycja, książka Campbella jest utworem słabo rozwiniętym, nie dającym pełni czytelniczej satysfakcji. Co jednocześnie nie wyklucza bycia przez nią istotnym wkładem w rozwój fantastyki, godnym poznania z wymienionych wyżej powodów.


Tytuł: Coś
Autor: John W. Campbell
Przekład: Tomasz Chyrzyński
Ilustracje: Maciej Kamuda
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 244
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 35,90 zł

niedziela, 9 lutego 2020

Ptaki Nocy i całkiem udany film o pewnej Harley Quinn (2020)


Harley Quinn to obok Flasha, Aquamana i Supermana jedna z moich ulubionych postaci z panteonu gwiazd DC. Całkowicie odjechana, nieumiejąca kontrolować swych szalonych fantazji Świrunia, posiadająca jednak sporą dawkę empatii, szczególnie kiedy w grę wchodzą sprawy osób dla niej istotnych. Margot Robbie, która wcieliła się w tę postać kilka lat temu w filmie Legion Samobójców (2016) całkiem znośnie przedstawiła jej niecodzienne oblicze. Jednak ze względu na ogólną jakość tej produkcji (która dziś służyć może jedynie jako swoiste guilty pleasure) oraz zaprezentowany w nim rodzaj bohatera zbiorowego, nie można było w pełni docenić pracy, jaką aktorka włożyła w urzeczywistnienie postaci byłej pani psycholog. Taka okazja szczęśliwie nadarzyła się właśnie teraz, ponieważ Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn właśnie trafiły na ekrany kin całego świata. Jak wypada najnowszy obraz na wyboistej drodze filmowego uniwersum DC i czy jest to film godny polecenia widzom niezbyt obeznanym z komiksowym światem Batmana? Zapraszam na moje przemyślenia spisane bezpośrednio po seansie.

O samej fabule Ptaków Nocy nie ma sensu pisać zbyt wiele, jest ona prosta jak konstrukcja cepa. Otóż pewien gangster z Gotham pragnie zdobyć niezwykle cenny diament, który nosi w sobie informacje o majątku zamordowanej przed laty, prominentnej rodziny. Przedmiot trafia w posiadanie małoletniej złodziejki, do odszukania której bandzior wynajmuje (oczywiście pod pewnym przymusem) naszą uroczą Harley. Na skutek wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji do tytułowej bohaterki dołączają trzy dziewczyny, z którymi przyjdzie jej zawiązać dość nietypowy sojusz. Tak niekonwencjonalnej drużynie przyjdzie zmierzyć się z najgorszymi wśród najgorszych w mieście. Jak możecie zorientować się po powyższym zarysie wydarzeń, film wręcz pęka w szwach od dynamicznych scen akcji, pościgów czy wbijających w fotel eksplozji. Jest tak w istocie, na szczęście strona realizacyjna filmu oraz podstawa, którą w takich przypadkach są sami aktorzy, stoją także na najwyższym poziomie, uzupełniając ten akcyjniak o naprawdę wielkie serce i duch kobiecej niezależności.


W centrum Ptaków Nocy stoi niepodzielnie Harley Quinn. Teraz wiem już na pewno, że Margot Robbie świetnie odtwarza tę postać, łącząc w niej wszystkie cechy, które sprawiły, że lata temu zakochałem się w jej komiksowej wersji. Jeśli myślicie, że Harley jest łatwa do zagrania, pomyślcie jeszcze raz, albo znów wybierzcie się do kina. Rola Robbie to tylko pozornie głupie uśmieszki i ganianie po ulicach z kijem do baseballa. Wejście w buty Harley wymagało od aktorki niezłego wczucia się w złożoną sytuację emocjonalną postaci, której życiowa droga nie była przecież usłana różami (jeśli nie znacie tej historii, nie martwcie się, we wszystko wprowadzi Was urocza animacja otwierająca film). Reszta obsady także spisała się na medal. Choć szalona pani doktor niepodzielnie bryluje na ekranie, w opowieści znalazł się także czas na pokazanie (i przedstawienie) reszty jej dziwacznego zespołu. Szczególnie dobrze wypada tu postać Black Canary (Jurnee Smollett-Bell), dziewczyny, która wbrew sobie znalazła się w tym brutalnym, zwariowanym świecie gangsterów. Aktorsko świetnie sprawdził się jak zawsze Evan McGregor, odtwarzający rolę Romana Sionisa (Czarnej Maski). Dzięki świetnemu wyczuciu reżyserki (Cathy Yan) jego postać jest w kilku scenach naprawdę przerażająca, co tworzy dobry kontrast z ogólnym, mocno kreskówkowym i ekspresyjnym stylem historii. W licznych wariacjach McGregora dzielnie wspiera Chris Messina, wcielający się w rolę psychopaty Victora Zsasza.

Ptaki Nocy mocno czerpią z metod realizacyjnych znanych z niepowtarzalnego Deadpoola. Jest tu więc sporo jajcarskiej jazdy bez trzymanki, przeplatanej częstymi dziwnymi napisami na ekranie, niechronologicznym opowiadaniem historii, czy rozbijaniem tzw. czwartej ściany. Na szczęście wpleciono to wszystko w film na tyle umiejętnie, że nie czuje się nachalnego efektu kalki, a jedynie słuszną i (w tym wypadku jak najbardziej) potrzebną inspirację. Niestety, humor jest elementem, który uwierał mnie podczas seansu najbardziej. Nie twierdzę bynajmniej, że Ptaki Nocy to film całkowicie pozbawiony żartów, w końcu przez cały seans uśmiech praktycznie nie schodził mi z twarzy, lecz zabrakło w nim gagów z prawdziwego zdarzenia czy dowcipów słownych, które można by powtarzać do znudzenia po wyjściu z kina. Szkoda, lecz rozumiem też, że w innym przypadku film zbyt mocno zbliżyłby się do wspomnianego powyżej obrazu Marvela. 

Tak czy inaczej, Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn to świetny, bardzo dynamiczny i całkiem błyskotliwy film, który sprawia, że uniwersum DC nie musi już bać się dominacji kinowych hitów Marvela. Produkcja błyszczy licznymi (choć ani trochę nie przynudzającymi) scenami akcji i kilkoma rewelacyjnymi aktorskimi rolami, dając widzowi spektakl godny spędzenia dwóch udanych godzin w kinie. Opowieść o Harley i jej nowej drużynie bez problemu zjedna sobie starych wyjadaczy oraz nowicjuszy komiksowych tematów. Z pewnością nie zmieni przy tym niczyjego świata, ale przecież nie to było zadaniem tego filmu. Jeśli szukacie świetnej, niezobowiązującej rozrywki na chłodniejsze dni, nie mogliście trafić lepiej. A ja dodam jeszcze od siebie, że po dzisiejszym seansie inaczej będę patrzył na hieny. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale kudłaty Bruce był naprawdę przesłodki... ;-) 



Tytuł: Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn (Birds of Prey and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)
Scenariusz: Christina Hodson
Reżyseria: Cathy Yan
Obsada: Margot Robbie, Rosie Perez, Jurnee Smollett-Bell, Mary Elizabeth Winstead, Evan McGregor, Ella Jay Basco, Chris Messina, Ali Wong i inni
Wytwórnia: Warner Bros. Pictures/DC Entertainment
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 7 lutego 2020 (USA), 7 lutego 2020 (Polska)
Czas trwania: 109 min.

piątek, 7 lutego 2020

71 lat Świata Młodych i Tajemnicza sprawa... Kleksa!

Znacie harcerski magazyn nastolatków czyli Świat Młodych? Jeśli macie ponad trzydzieści lat, to zakładam, że raczej tak. Ta niezwykła, ukazująca się trzy razy w tygodniu (we wtorki, czwartki i soboty) gazeta jeszcze za czasów swego istnienia stała się tytułem prawdziwie kultowym. A było tak głównie za sprawą publikowanych w niej komiksów w odcinkach, umieszczanych na ostatniej, ósmej stronie każdego numeru. Dla mnie wspomnienie Świata Młodych ma wartość szczególnie sentymentalną, ponieważ to właśnie dzięki niemu poznałem przygody bohaterów takich jak Kleks, Kajko i Kokosz, czy Tytus, Romek i A'tomek. To były pierwsze komiksy, które przeczytałem mając sześć, czy siedem lat. 


Tymczasem, właśnie dziś mija 71 rocznica ukazania się pierwszego numeru czasopisma! Dokładnie 7 lutego 1949 roku Świat Młodych po raz pierwszy pojawił się w kioskach na terenie całej Polski (choć nie gościły w nim jeszcze wtedy komiksy). Warto też odnotować, że w 1984 roku magazyn hucznie obchodził swoje 35 urodziny, i z tej właśnie okazji ukazał się wówczas specjalny, jubileuszowy numer. Numer prawdziwie niecodzienny, bo po brzegi wypełniony historyjkami obrazkowymi. To właśnie z niego pochodzi krótki komiks Tajemnicza sprawa... (autorstwa niezapomnianej Szarloty Pawel) z Jonką, Jonkiem i Kleksem w rolach głównych. Podziwiajcie. :-)  


Grafiki zostały zaczerpnięte z profilu Świata Młodych na facebooku

czwartek, 6 lutego 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 23 (Superman. Czerwony Syn, Kajtek i Koko w kosmosie tom 5, Liga Sprawiedliwości tom 2, Mister Miracle)

Kolejny miesiąc, kolejny komiks... A w tym przypadku aż cztery! Bez zbędnego przedłużania zapraszam Was więc do czytania. Sprawdźcie po jakie tytuły warto sięgnąć tym razem i dlaczego. :-)


Superman. Czerwony Syn

Mark Millar to wielce utalentowany człowiek. Spod jego ręki wyszło wiele cenionych komiksowych tytułów (wystarczy, że wspomnę tu choćby Kick-Ass'a, Wojnę domową Marvela czy opisywane już na blogu Reborn). Twórca ten niewątpliwie zaskoczy nas jeszcze niejedną świetną historią w przyszłości, tymczasem dziś przyjrzyjmy się jednemu z najbardziej uznanych komiksów według jego pomysłu, powstałemu dobrą dekadę temu. Mowa tu oczywiście o Supermanie. Czerwonym Synu, czyli alternatywnej wersji opowieści o najsłynniejszym superbohaterze świata. Czy zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby kapsuła niosąca potomka Jor-Ela rozbiła się nie na terenie USA, ale w dalekich kołchozach Związku Radzieckiego? Podobna idea już sama w sobie rodzi najróżniejsze wyobrażenia, a co tu dopiero mówić o wspaniałym komiksie, który ją dokumentuje! Przyznam, że jakimś dziwnym trafem powyższy tytuł wcześniej mnie ominął, toteż bardzo ucieszyłem się na wieść, że Egmont Polska na początku tego roku zamierza wznowić go na naszym rynku. 

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że po Supermanie. Czerwonym Synu spodziewałem się zupełnie innej historii. Sądziłem, że Millar skupi się na jakimś fragmencie życia Człowieka ze Stali, snując zamkniętą fabułę dotyczącą bardzo konkretnych wydarzeń. Pomyliłem się, jednak na szczęście to co przeczytałem, zupełnie nie odstaje od tego, co powinno składać się na rewelacyjną historię. W komiksie tym mamy po prostu do czynienia z kompletną historią życia i losów Supermana. Nie wiem czy Millar bał się, że ktoś później podkradnie mu pomysł i postanowił podejść do swej pracy niezwykle kompleksowo, czy też taki obszerny był jego pierwotny zamysł. W sumie opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, ponieważ już po przeczytaniu pierwszych stron widać, jak wiele serca włożył autor w dogłębne (czy wręcz epickie) przedstawienie swej opowieści. Całość dzieli się na trzy części, z których pierwsza rozgrywa się w latach pięćdziesiątych, druga pod koniec siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a ostatnia na samym początku nowego stulecia. Warto w tym momencie zaznaczyć, że Superman. Czerwony Syn to komiks, który działa świetnie na dwa fronty. Z jednej strony przyciąga czytelnika doskonałym obrazowaniem dwóch politycznych systemów (w przystępny sposób pokazując różnice pomiędzy kapitalizmem a komunizmem), natomiast z drugiej jest niesamowicie kreatywnych hołdem dla przebogatej historii głównej postaci. Ilość smaczków i odniesień do oryginalnych komiksów z Supermanem wręcz powala! Co ciekawe, nie powinno być to przeszkodą dla czytelników nie obeznanych z jego dziedzictwem, ponieważ wspomniane skojarzenia działają niejako na marginesie głównej historii. Pomimo częściowego dotykania dość trudnego tematu, Superman. Czerwony Syn to komiks raczej lekki, pisany trochę na styl kroniki lub pamiętnika (co przy takim ogromie wydarzeń jest w sumie nieuniknione). Świetne rysunki pomagają odpowiednio zdystansować się do zaprezentowanej treści, stale przypominając, że to co czytamy, jest tak naprawdę tzw. elseworldem (a w przypadku DC Ziemią nr 30), czyli alternatywną wersją wielu znanych wydarzeń. Mnie w każdym razie opowieść Millara urzekła i przeczytałem ją dosłownie jednym tchem. Jeśli jesteście fanami Supermana lub lubujecie się w poznawaniu odmiennych wersji wypadków (czy czegoś na styl Strażników Alana Moore'a), powyższy komiks z pewnością Was zachwyci.

Tytuł: Superman. Czerwony Syn
Scenariusz: Mark Millar
Rysunki: Dave Johnson, Kilian Plunket
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 168
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 84,99 zł


Kajtek i Koko w kosmosie, tom 5 - Obce świadomości

Gdy w późnych latach 80. dowiedziałem się, że komiksy Janusza Christy były drukowane w Wieczorze Wybrzeża, natychmiast pożałowałem tego, że od urodzenia mieszkałem w stolicy. To oczywiście spore uproszczenie, ponieważ w tamtych czasach Mistrz od dawna rysował komiksy dla Świata Młodych (który był dostępny w całym kraju), a na dodatek na przełomie lat 60. i 70. zwyczajnie nie było mnie jeszcze na świecie. Tak czy inaczej, to właśnie wtedy w rodzimym obrazkowym świecie pojawiła się historia, dziś określana jako najdłuższy polski komiks. Kajtek i Koko w kosmosie, bo to o niego właśnie tu chodzi, drukowany był w pomorskiej gazecie przez prawie pięć długich lat (czas płynął wtedy wolniej, jeśli mi nie wierzycie, zapytajcie swoich rodziców). Wielkie to osiągnięcie, szczególnie kiedy pod uwagę weźmiemy pokaźną ilość pomysłów, jakie Christa musiał wykrzesać w swojej głowie, co dzień dostarczając czytelnikom czteroobrazkowy pasek komiksu. Wysyłając dwójkę swych sztandarowych bohaterów w pełną niebezpieczeństw i przygód kosmiczną podróż, sam chyba nie wiedział na co w istocie się porywa. Na szczęście autor Kajtka i Koka nie bez powodu uznawany jest za jednego z największych obrazkowych twórców w naszym kraju, toteż z zaplanowanego zadania wywiązał się wręcz koncertowo.

Obce świadomości to już piąty tom jego wspaniałej międzygwiezdnej epopei. A w nim para dzielnych przyjaciół musi naprzemiennie ratować się z coraz to nowszych kłopotów. Najpierw Kajtek stara się zawrócić Koka z drogi występku wśród uwielbiających przemoc Burbli, a już za moment to Koko musi zmierzyć się z podstępnym przeniesieniem świadomości kumpla w ciało przedziwnego kosmity. Czyta się to jak zawsze świetnie, Christa jest wszak mistrzem snucia historii oraz prawdziwie niepowtarzalnego, rozbrajającego humoru (najlepsza scena - metoda używania najbardziej strachliwego woja do pozyskiwania owoców). Widać też, jak dobrze czuł się autor w prezentowanych tu, średniowiecznych klimatach. Na dość długo przenosi on parę przyjaciół na planetę pełną rycerzy i rolników, co jak sądzę nie pozostało bez znaczenia dla jego dalszej twórczości. Fani twórczości Mistrza będą mieli w tej części okazję do odnotowania, jak czasem przenosił on swe pomysły do późniejszych przygód Kajka i Kokosza. Sceny, gdzie banda Burbli wpada w zastawione na nich sidła bardzo przypomina nauczki, jakie w Dniu Śmiechały otrzymali wycinający las Zbójcerze. Z kolei ta część komiksu, kiedy Kajtek i Koko szykują dla namiestnika Apodyktusa eliksir odwagi, kojarzy się mocno z pierwszym tomem przygód Asteriksa. To wszystko są jednak wyłącznie smaczki, dzięki którym czytanie tego tomu jest jeszcze większą przyjemnością. Tym większą, że po raz pierwszy w historii otrzymujemy powyższy tytuł w pełnym, kolorowym wydaniu. Ale nawet i bez tego jest to rzecz, którą każdy szanujący się fan Polskiego komiksu powinien mieć na półce.

Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 5 - Obce świadomości
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Liga Sprawiedliwości, tom 2 - Cmentarzysko Bogów

Są takie serie komiksowe, których pisanie sprawia autorom niesamowicie wiele frajdy. Niestety, nie zawsze czytelnicy mogą powiedzieć to samo o dziele, które ostatecznie trafia do ich rąk. I tak właśnie jest z nową wersją Ligi Sprawiedliwości, pisaną przez Scotta Snydera i Jamesa Tyniona IV. Pomysły, które obaj panowie przemycają w swej historii, podczas wspólnego planowania czy pisania scenariusza zapewne wydawały się świetne. Tymczasem na papierze, w połączeniu z wizualną stroną przedsięwzięcia otrzymałem coś, co cieszyć może wyłącznie osoby, które powołały to kuriozum do życia. Było tak w przypadku poprzedniego tomu serii - Totalności, na szczęście kolejna część przygód czołowych bohaterów DC bazuje na mitologii oraz losach Aquamana, czyli postaci czerpiącej pełnymi garściami z fantastycznych opowieści przygodowych. I dzięki temu od razu widać poprawę! Na tyle dobrą, że Cmentarzysko Bogów jest nie tylko naprawdę ciekawą opowieścią superbohaterską, ale również jednym z bardzo niewielu crossoverów, które przypadły mi do gustu.

Zamieszczona w nowym tomie historia była już w większej części opisywana na blogu ponad pół roku temu, kiedy to cały event pojawił się w komiksie Drowned Earth (KzK nr 11). Całość spodobała mi się na tyle, że postanowiłem zerknąć, jak wypada wydanie poświęcone całej Lidze, a nie tylko wydarzeniom rozgrywającym się z punktu widzenia Aquamana. Generalnie jest to dokładnie ta sama opowieść (za sprawą niecnych knowań Legionu Zagłady na Ziemię przybywają żądni zemsty Władcy Mórz), różnicę stanowią tu wyłącznie dwa otwierające tom rozdziały (inaczej zeszyty), poświęcone Lidze Sprawiedliwości. To z nich dowiadujemy się jak Legion uknuł całą intrygę przeciw naszej planecie, jesteśmy także świadkami kilku mniej istotnych wydarzeń i rozmów pomiędzy bohaterami (wyjątkiem jest intrygująca scena pomiędzy Lexem Luthorem, a Batmanem Który Się Śmieje, zapowiadająca przyszłe, dramatyczne wydarzenia związane z potężnym bytem zwanym Perpetuą). Pomimo moich narzekań na pierwszą część cyklu, Cmentarzysko Bogów dostarcza należytej rozrywki, godnej prawdziwego fana Aquamana i reszty Ligi Sprawiedliwości. Jest tu szybka akcja, większość postaci dostaje swoje pięć minut, a całość czyta się praktycznie jednym tchem. Aby jednak w pełni zrozumieć sens wszystkich omawianych tu wydarzeń, trzeba przebić się przez grafomaństwo Totalności. Jeśli to zrobicie, będziecie już na dobrej drodze.

Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 2 - Cmentarzysko Bogów
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV
Rysunki: Francis Manapul, Howard Porter, Jorge Jimenez
Przekład: Maciej Nowak-Kreyer 
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 204
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 59,99 zł


Mister Miracle

Tom King to utalentowany scenarzysta komiksowy, który w zeszłym roku zdobył moje uznanie za sprawą własnej wersji losów Visiona. Oprócz tego niezwykle interesującego tytułu dla Marvela, King tworzy również u konkurencji, czego najlepszym dowodem jest Batman z serii wydawniczej DC Odrodzenie. Choć tu zdarzają się mu lepsze i gorsze tomy, z pewnością twórca ten dowiódł swej klasy, umiejętnie kształtując losy znanych postaci, oznaczając je piętnem swego niepowtarzalnego stylu. Tym niemniej ciekawiło mnie jak King podejdzie do historii dość mało znanego herosa DC, niejakiego Mister Miracle, lepiej znanego jako wielkiego mistrza ucieczek. Mister Miracle to tak naprawdę Scott Free, choć to imię zawdzięcza trudom najwcześniejszych lat swej młodości. Wychowywany w podziemiach planety Apokolips jako przybrany syn potężnego Darkseida, Scott spędza swe życie pomiędzy kosmicznym domem a Ziemią, gdzie oprócz wykonywania zawodu iluzjonisty jest także mężem wojowniczki zwanej Big Bardą. Jeśli to co przeczytaliście brzmi ciekawie, być może jeszcze bardziej przypadnie Wam do gustu to, co King wraz z rysownikiem Mitchem Geradsem poczynili z tą nietuzinkową postacią.

Mister Miracle to komiks, który w niezwykle kreatywny i pomysłowy sposób łączy specyfikę kosmicznej historii superhero, ze stylizowaną na w pełni obyczajową narrację. Nasz tytułowy bohater mierzy się tu bowiem ze swym nieuniknionym przeznaczeniem, jednocześnie poświęcając czas swej rodzinie. Czy jednak tematyka wielkich międzyplanetarnych wojen Nowej Genezy wraz z planowaniem remontu mieszkania lub spędzania czasu na zwykłych, przyziemnych rozrywkach ma w ogóle prawo bytu? U innego twórcy z pewnością nie, lecz Tom King już w Visionie pokazał, że w takiej konwencji czuje się jak ryba w wodzie. Mister Miracle to niewątpliwie odważne i niezmiernie ciekawe odświeżenie stylistyki wielkich bohaterów, lecz mnie osobiście komiks ten przekonał do siebie zaledwie połowicznie. Doceniam oczywiście pomysł oraz zaprezentowany klimat całości, lecz w przeciwieństwie do wspomnianego powyżej tytułu Marvela zabrakło mi tu czegoś, co naprawdę rzuciłoby mnie na kolana. Pomysły przeplatania niepewności zwykłego życia wraz ze zmaganiami wojennymi na wielką skalę są super (tak za sprawą rysunków Geradsa jak i pojawiającego się tu i ówdzie humoru), szkoda tylko, że King nie postarał się o jakiś wbijający w fotel zwrot akcji lub zagadkę, która byłaby motywem przewodnim całego przedsięwzięcia. Dzięki umiejętnemu pisaniu dialogów cały ten gruby tom przeczytałem w zaledwie jeden wieczór. W tej kwestii na pewno nie bez znaczenia jest też dość prosty zabieg graficzny, polegający na ułożeniu na każdej planszy po dziewięć jednakowej wielkości kadrów (coś na kształt Strażników Alana Moore'a). Dało to możliwość interesującego zaprezentowania talentu Geradsa, wliczając w to również kilka graficznych niespodzianek. Mister Miracle bezsprzecznie mogę polecić tym z Was, którzy do bólu znudzili się ogólnie przyjętą konwencją komiksów o superbohaterach, ostrzegam jednak, że oprócz świeżego konceptu i wykonania Mister Miracle może zaoferować Wam niewiele ponad to (ale może to wystarczy, kto wie?). Nie jest to również tytuł przeznaczony dla początkujących sympatyków komiksów. Chwilkę lub dwie zajmuje przyzwyczajenie się do zastosowanej w nim stylistyki narracyjnej. Mimo wszystko warto go przeczytać, bo w tej tematyce nieczęsto zdarzają się aż tak kreatywne efekty.   

Tytuł: Mister Miracle
Scenariusz: Tom King
Rysunki: Mitch Gerads
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 320
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 119,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

RECENZJA: Obcy - Alan Dean Foster


Wśród filmów grozy na chyba próżno szukać tytułu bardziej inspirującego niż Obcy - 8 pasażer Nostromo (1979). To nie tylko jeden z najlepszych kosmicznych horrorów wszech czasów, ale także genialnie rozplanowane i skuteczne studium strachu. Co jednak najciekawsze, dziś po ponad czterdziestu latach od premiery, film nadal posiada niezwykłą moc straszenia odbiorców. Pozostaje przy tym rozrywką najwyższej próby, nieustannie zarażając młodych widzów fascynacją stylistyką science-fiction. Jakkolwiek o Obcym powiedziano już chyba wszystko, wciąż nie do przecenienia jest wpływ filmu na całą współczesną popkulturę. Będąc zjawiskiem odpowiedzialnym za powstanie całej filmowej serii, tytuł otworzył wrota także dla innych, mniej lub bardziej inspirowanych nim kreacji. Jak każde niezapomniane dzieło, twór przeniesiony przez Ridleya Scotta na wielki ekran rozpoczął swój żywot na kartach scenariusza. Oryginalny tekst, napisany przez Dana O'Bannona przy twórczej współpracy z Ronaldem Shusettem od swej pierwszej formy przeszedł naturalną metamorfozę, stając się ostatecznie tym, co po dziś dzień podziwiają miliony. Tym niemniej, dobrze jest poznać literacką wersję owego klasyka, przenoszącą większość tego, co znamy z ekranu na papierowe stronice książki.

Na temat fabuły Obcego nie ma chyba potrzeby pisać zbyt wile. Każdy z nas zna przecież historię załogi międzygwiezdnego transportowca Nostromo, zmuszonej do infiltracji nieznanego, kosmicznego sygnału. Pomińmy więc ten element, skupiając się na temacie książki. Pracę nad adaptacją powierzono Alanowi Deanowi Fosterowi, autorowi znanemu m.in. z licznych publikacji osadzonych w uniwersum Gwiezdnych wojen. Takie nazwisko mogło zagwarantować należyty poziom publikacji, choć przyznam szczerze, że osobiście nie zetknąłem się ze zbyt wieloma tytułami będącymi godnymi przeróbkami kinowych hitów. Czy więc starania twórcy, aby w odpowiedni sposób stworzyć godną lekturę z dzieła tak genialnego jak Obcy - 8 pasażer Nostromo miały jakikolwiek sens? No cóż, okazuje się, że tak. Co prawda, będąc zwolennikiem tezy o stałej wyższości oryginału, nie mogę ocenić książki Fostera wyżej od filmu Scotta. Przyznam jednak, że powrót na pokład Nostromo odbył się bez większych zakłóceń. W interpretacji Fostera opowieść zyskuje swojego rodzaju trójwymiarowy kształt, czego na próżno szukać w większości scenariuszowych adaptacji. Widać wyraźnie, że na przestrzeni wielu lat pracy autor posiadł niewątpliwy talent wypełniania kwestii nieobecnych w filmie. Dodatkowo, potrafi on świetnie uwypuklić charakterologię bohaterów, sprawnie uzupełniając także wszelkie informacje natury technicznej, z pewnych przyczyn nie poznanych w filmie. Dzięki temu książka zyskuje charakterystyczny sznyt rasowej fantastyki naukowej, nie pędząc z akcją za wszelką cenę. Widać to szczególnie w pierwszej połowie książki, choć warto tu zauważyć, że Obcy nie jest i  nigdy nie maił być filmem czy też opowieścią akcji. Produkcja (podobnie jak jej papierowa wersja) stawia przede wszystkim na klimat i grozę, a nie swoisty pęd wydarzeń.

Czytanie książki bazującej na tak znanym filmie odkryło przede mną kilka interesujących elementów. Oczywiście, jak przystało na rasowy thriller, którym również po części jest Obcy, sporo frajdy miałem ze śledzenia fabuły za sprawą wiedzy o prawdziwej naturze Asha. Posiadanie informacji na temat jego ukrytych zamiarów pomogło mi w wewnętrznym rozbudowaniu niuansów książki, pozwalając być o dwa kroki przed resztą bohaterów. Świetnie czyta się te fragmenty, które wyraźnie sugerują, jaka jest prawdziwa rola oficera naukowego na pokładzie. W tym przypadku znajomość jednego z istotnych zwrotów akcji zupełnie nie przeszkadza w odbiorze powieści (a wręcz go wzbogaca). Równie interesujący okazał się być także fragment, który z pewnych przyczyn nie znalazł się w filmowej wersji opowieści. Chodzi tu o scenę, w której Ripley odkrywa na jednym z doków olbrzymi kokon, w którym uwięziony został kapitan Dallas. Scena nie jest zbyt długa, ale ujawnia pewne istotne fakty z biologii obcego stwora, które widzom oglądającym Obcego w latach 70. przyszło poznać dopiero później, przy okazji premiery słynnej kontynuacji (w brawurowej reżyserii Jamesa Camerona). Inne zmiany lektury względem obrazu są niewielkie, trzeba naprawdę znać film Scotta na wyrywki, aby móc dostrzec je wszystkie. Jest jednak coś, czego brak w książce zdziwił mnie niesamowicie. Chodzi tu o niezwykle ważną w kwestii mitologii cyklu o Obcym scenę, czyli odkrycie tzw. space jockeya na pokładzie nieznanego statku. Nie ma jej w wersji Fostera, a przyczyny tej nieobecności nie zostały wyjaśnione nawet w posłowiu Piotra Goćka. Co stało za takim obrotem spraw? Zapewne na razie pozostanie to zagadką, podobną do tej, skąd naprawdę wzięła się nieznana forma życia na pokładzie kosmicznego okrętu. 

Obcy to książka, która nie istnieje bez filmu, jednak może być spokojnie czytana bez jego wcześniejszej znajomości (choć czy jest wśród Was ktoś, kto jeszcze nie zna tej produkcji?). Za sprawą talentu autora oraz jego umiejętnego podejścia do materiału źródłowego otrzymujemy w pełni funkcjonalną lekturę, która choć nieco różni się od swej wersji ekranowej, to jednak spełnia wszelkie powierzone jej zadania. Bez swego wizualnego kuzyna nie miałaby naturalnego prawa bytu (przynajmniej w takim jak ten kształcie), co oprócz niezłej jakości czyni z niej jeden z wielu istotnych elementów dziedzictwa marki we współczesnej kulturze rozrywkowej. W swym posłowiu (Studium w terrorze) Piotr Bociek wyjaśnia za sprawą jakich elementów filmowy Obcy - 8 pasażer Nostromo spotkał się z tak entuzjastycznym przyjęciem i czemu stanowi tak świetnie skonstruowaną historię. Minimalizm tworzący otwarte, inspirujące uniwersum, strach w swej najczystszej formie pozostający w kontraście do świetnie nakreślonej rzeczywistości, bliscy widzowi (czy w tym przypadku - czytelnikowi) bohaterowie, będący zwykłymi ludźmi postawionymi w obliczu walki o przetrwanie oraz rewelacyjnie wykreowany obcy - to elementy które pomogły zrodzić kult tytułu, który trwa nieprzerwanie do dziś. I będzie trwał jeszcze dłużej, bo kwestie strachu, naszej naturalnej woli przetrwania i odkrywania tajemnic pozostaną z nami na zawsze. Czego książka Fostera jest również najlepszym dowodem.


Tytuł: Obcy
Autor: Alan Dean Foster
Pomysł i scenariusz: Dan O'Bannon, Ronald Shusett
Przekład: Piotr Cholewa
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 316
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,90 zł

czwartek, 23 stycznia 2020

Nadciąga 750 zeszyt Flasha!


Barry Allen, czyli superbohater znany wszystkim lepiej jako Flash, już za miesiąc będzie miał nie lada powód do świętowania. 26 lutego b.r. ukaże się bowiem 750 numer komiksu z jego przygodami (tym samym seria powróci do oryginalnej numeracji - w marcu zamiast 89 zeszytu otrzymamy 751). Aby uczcić tę wiekopomną chwilę, wydawnictwo DC Comics przygotowało aż osiem okładek, narysowanych przez wybitnych twórców związanych z Flashem na przestrzeni lat. 

Wśród artystów dostępujących zaszczytu sportretowania Flasha znaleźli się Jim Lee, Francis Manapul, Francesco Mattina, Gabrielle Dell'Otto, Jose Luis Garcia-Lopez, Alex Sinclair, Nick Derington, Gary Frank oraz Nicola Scott. Poniżej możecie podziwiać ich prace, które ozdobią alternatywne wersje okładek tego jubileuszowego, specjalnego numeru.  











niedziela, 19 stycznia 2020

Doktor Dolittle (2020), czyli satysfakcjonujący spektakl dla młodszej widowni


Doktor John Dolittle to bohater serii kilkunastu książeczek dla dzieci, pisanych przez Hugha Loftinga na przestrzeni czterech dekad ubiegłego wieku (pierwsza z nich ukazała się w 1920 roku). Proza adaptowana była przez Hollywood już kilkakrotnie (wystarczy wymienić wersję z 1967 roku z Rexem Harrisonem, czy kilkuczęściowe, uwspółcześnione okropieństwo z Eddiem Murphym), co niewątpliwie oznacza, że temat umiejącego rozmawiać ze zwierzętami lekarza jest wciąż atrakcyjny dla filmowców. W tym roku, reżyser Stephen Gaghan oraz odtwarzający główną rolę Robert Downey Jr. zabierają nas ponownie w ten interesujący, baśniowy świat. Czy jednak nowa wersja losów Doktora Dolittle'a jest czymś, czego tak naprawdę potrzebowaliśmy? Odpowiedź jak zawsze zależy od indywidualnych preferencji, tymczasem ja twierdzę, że każda opowieść ma swoje miejsce i czas, pod warunkiem że umiejętnie i z wizją potraktuje się oryginalny pomysł.

Doktor Dolittle pomimo możliwości bycia czymś naprawdę niezwykłym, okazuje się być bardzo zwyczajnym filmem. Takim, który ma swoje lepsze momenty, ale generalnie adresowany jest do zdecydowanie młodszej publiczności (w przedziale wiekowym 5-10 lat). I wcale nie jest to zarzut, w końcu dzieciaki także potrzebują typowej dla siebie produkcji, jednak rodzice, którzy wybiorą się z nimi na seans, raczej nie znajdą w jego trakcie nic, co byłoby adresowane bezpośrednio do nich. Niestety, nie udało się twórcom podążyć przykładem wytwórni Disney'a, przygotowując film będący swoistym łącznikiem pokoleń tak poprzez fabułę, jak i za sprawą samego przekazu. Widać to już w samym pomyśle na obraz (osadzonym na wzór pierwowzoru w pierwszej połowie XIX wieku). Opowiada on dość prostą historię wyprawy słynnego doktora, której celem jest odnalezienie niezwykle rzadkiej rośliny, mogącej uratować życie angielskiej królowej. Fakt, jest tu drobna tajemnica, podstępny antagonista, a także rozterki głównego bohatera, ale wszystko to zostało ubrane w szaty poprawnego dzieła dla najmłodszych.


Efekty specjalne, dzięki którym powołano do życia całą bandę zwierzaków towarzyszących Johnowi Dolittle nie są może kolejnym kamieniem milowym kinematografii, lecz bez problemu spełniają swoje zadanie. Kaczka, pies, goryl, niedźwiedź, struś czy wiewiórka świetnie dopełniają postaci tytułowego doktorka, pokazując jak wiele zawdzięczają też aktorom użyczającym im głosów. Każdy zwierzak ma swoją określoną osobowość, a niektóre z nich miewają nawet całkiem poważne problemy natury psychicznej. Z treścią nieźle koresponduje także obecność młodego Tommy'ego, który pragnie szkolić się u boku Dolittle'a. Niestety, chwilami bywa to trudne, ponieważ tytułowy bohater nie zawsze bywa postacią łatwą do naśladowania. Z tym zachowaniem wiąże się oczywiście droga, jaką musi przejść główny protagonista każdej dobrej opowieści. Dzięki temu sprawnie wypełnia się przesłanie filmu, mówiące o tym, że próbując pomóc innym, często pomagamy samym sobie.

Doktor Dolittle to film, którego z pewnością nie będę wspominał z rozrzewnieniem za kilka ładnych lat, ale w chwili, podczas której doświadczyłem przyjemności oglądania go na sali kinowej, bez problemu spełnił swoją funkcję. Aktorsko nie popadał w samouwielbienie i pewnego rodzaju przeszarżowanie, a głupkowate dowcipy skierowane do najmłodszej widowni nie były w nim aż tak dosadne. Poprzez szybką akcję nie pozwalał się nudzić nawet przez minutkę, lecz co najważniejsze, dość pomysłowo wyłożył morał, który dla podstawowej grupy odbiorców powinien być naprawdę wychowawczy. Kto wie, może kiedyś doczekam się filmu o doktorze Dolittle skierowanego do nieco starszego odbiorcy, tymczasem cieszę się, że miałem okazję zobaczyć tę produkcję. Produkcję przepełnioną duchem przygody, która w jakiś sposób kojarzyła mi się z losami Ambrożego Kleksa czy karkołomną wyprawą Phileasa Fogga (W osiemdziesiąt dni dookoła świata). Dzięki temu znów poczułem się trochę jak dzieciak. A jeśli współczesne kino daje nam szansę na drobny powrót do lat młodości, to chyba dobrze, prawda? ;-)



Tytuł: Doktor Dolittle (Dolittle)
Scenariusz: Stephen Gaghan, Dan Gregor
Reżyseria: Stephen Gaghan
Obsada: Robert Downey Jr., Antonio Banderas, Michael Sheen, Emma Thompson, Rami Malek, John Cena, Octavia Spencer, Tom Holland, Craig Robinson, Ralph Fiennes
Wytwórnia: Universal Pictures
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 17 stycznia 2020 (USA), 17 stycznia 2020 (Polska)
Czas trwania: 101 min.

sobota, 18 stycznia 2020

Czarna Wdowa od Funko i Lego

Czarna Wdowa (2020) w kinach już za cztery miesiące, nic zatem dziwnego, że firmy systematycznie raczące nas wszelkiego rodzaju gadżetami znów przygotowały coś interesującego. Funko proponuje aż 8 figurek w stylu Pop!, natomiast Lego przedstawia średniej wielkości zestaw 76162 Black Widow's Helicopter Chase. W jego skład wejdą trzy minifigurki i 271 elementów, a cena wyniesie 30 €. W sprzedaży pojawi się już 1 marca b.r. Co z tej oferty bardziej Was przekonuje? Figurki czy helikopter?





środa, 15 stycznia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 22 (Batman - Szalona miłość, Invincible tom 6, Aquaman tom 1, Doomsday Clock, Harleen tomy 1-3)

Dzień dobry, Drodzy Komiksomaniacy! Przed Wami najdłuższe w historii wydanie Kiosku z komiksami. Niezamierzenie w całości poświęcone jest ono tytułom z gatunku superhero, zakładam jednak, że różnorodność pozycji sprawi, że nawet osoby stroniące od tej stylistyki znajdą tu coś dla siebie. Nie przedłużam zatem, tekstu zebrało się sporo, zapraszam wszystkich do czytania! :-)


Batman - Szalona miłość i inne opowieści

Szalona miłość to komiks, którego genezy należy upatrywać w popularnym serialu Batman - The Animated Series. Niestety, dla mnie produkcja ta pozostaje jak dotąd nieznana, bowiem w latach 90., kiedy emitowała ją telewizja, byłem już "zbyt dorosły" aby śledzić kolorowe kreskówki. Teraz, kiedy wreszcie stałem się stary i zdziecinniały, z pewnością przydałoby się odświeżyć temat... Kto wie, może za jakiś czas nadarzy się ku temu okazja. Tak czy inaczej, to właśnie w tym dziś już kultowym dziele Paula Diniego i Bruce'a Timma po raz pierwszy pojawiła się znakomita Harley Quinn. Szybko zdobyła popularność wśród widzów, a kiedy tylko nadarzyła się okazja, twórcy przenieśli ją na kolorowe strony opowieści obrazkowych. Szalona miłość była jej znakomitym debiutem. Debiutem, utrzymanym stylistycznie w klimacie serialu, co dodatkowo podkreśla klasę twórców. To właśnie tutaj doświadczamy toksycznej miłości, jaka wiąże Harley z jej "pączusiem" Jokerem. Nadpobudliwość, obsesja i przemożna chęć zaimponowania swemu ukochanemu, pcha zakręconą panią doktor w ramiona głębokiego szaleństwa, z którego pozornie nie ma ucieczki. A czytelnik korzysta z tego jak prosię w korycie, głównie za sprawą lekkości i dowcipu całej historii. Komiks ten jest bowiem rozrywką najwyższej próby. Pozornie niezobowiązującą, ale jednak zmuszającą do myślenia. Tak trochę z przymrużeniem oka, bo przecież wszyscy i tak popełnimy lub popełniliśmy kiedyś te same błędy co Świrunia. Niestety, uczucie nie wybiera...

Szalona miłość to nie jedyny komiks, który znajdziemy w tym zbiorze. Choć wydawać by się mogło, że jest to tytuł poświęcony losom Harley i Jokera, nie tylko oni są jego bohaterami. Nad każdą historyjką rozpościera się mroczny cień Batmana, który przedstawia nam swoich licznych wrogów. W takich okolicznościach przyrody spotykamy więc Stracha na Wróble, Dwie Twarze, Scareface'a czy Ra's Al-Ghula. Swoje pięć minut mają też sojusznicy Nietoperza - Batgirl czy komisarz Gordon. Co ciekawe, wszystkie historyjki układają się w zgrabną, całkiem przemyślaną całość, której głównym atutem jest klimat nawiązujący do popularnej kreskówki. Niewiele tu tekstu, całość czyta się bardzo szybko, ale co najważniejsze, treść nie wylatuje z głowy w chwili, gdy odłożymy komiks na półkę. Moją ulubioną historyjką jest Teatrzyk kukiełek. To dość krótkie i bardzo intrygujące ujęcie obłędu. Mocno zapadło mi w pamięć. Szaloną miłość i inne opowieści bez wątpienia można polecić każdemu fanowi Batmana (lub Harley Quinn!). Świetnie sprawdzi się też jako zapoznanie nowych czytelników z tymi postaciami. Najważniejsze jednak, że jest to naprawdę przyjemna i luzacka lektura, która nie przytłacza udziwnionymi rysunkami, a fabuła zapewnia niegłupią zabawę. Polecam każdemu, na każdą okazję.

Tytuł: Batman - Szalona miłość i inne opowieści
Scenariusz: Paul Dini
Rysunki: Bruce Timm, Dan DeCarlo, Rich Burchett, John Byrne
Przekład: Paulina Braiter, Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 208
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 89,99 zł


Invincible - tom 6


Ależ ten czas zasuwa! Ledwie kilkanaście miesięcy temu ukazał się pierwszy tom Invincible'a, a Egmont już poczęstował nas szóstym, jak zawsze dość grubaśnym tomem przygód Marka Greysona. Tym, co od samego początku zachwycało mnie w tym tytule, była niezwykła umiejętność zaprezentowania pełnego superbohaterskiego uniwersum, doprawionego wielowątkową historią, w której równorzędne znaczenie miały potyczki jak i świetnie rozpisane relacje pomiędzy postaciami. Robert Kirkman przy pracy nad tym tytułem po raz kolejny udowodnił, że jak mało kto potrafi pisać tak złożone i bardzo angażujące historie. Tymczasem okazuje się, że każdy twórca ma pewien limit swego potencjału, czego przykładem jest najnowszy tom Invincible'a. Naszego utalentowanego scenarzystę dosięgnął chyba mały kryzys twórczy, ponieważ poza kilkoma udanymi wątkami odniosłem wrażenie, że czytam zupełnie inny komiks. Strasznie dużo tu nawalanki, epickie starcia i pojedynki wyskakują jak przysłowiowe króliki z kapelusza, a co najgorsze, bardzo mało w nich treści. Dialogi które przy tej okazji czytamy, są tak słabe, jak mogą być tylko teksty sprzed dwóch dekad, prezentowane w najbardziej sztampowych komiksach o superbohaterach. Przykre jest też, że zabrakło tu tego charakterystycznego elementu ludzkiego i uczuciowego, który stanowił o sile tytułu w interpretacji autora.

Na szczęście nie wszystko jest w szóstym tomie Invincible'a złe. Mark przechodzi transformację, która pcha go do bardzo brutalnych czynów, a związek z Atom Eve rozwija się na kolejnych etapach, które związane są bezpośrednio z zagrożeniem płynącym ze strony Viltrumian. Wypada to ciekawie, choć jest to jedyny z rozwojowych, typowo psychologicznych wątków komiksu. Ważnym, choć nieco nużącym elementem tej części jest misja ojca naszego bohatera i Aliena Allena, którzy starają się przeciwdziałać nadchodzącemu ataku na Ziemię przez agresywnych pobratymców Nolana. W przyszłych tomach wybrzmi to na pewno bardziej konkretnie, jednak na razie troszkę znudziły mnie te dwa rozdziały opowieści. Walka z Conquestem wypadła rewelacyjnie i jest to jedyny akt z mordobiciem w tle, który w pełni mnie zaangażował (czego nie mogę powiedzieć o starciu z mózgonogami czy Universą). Ciekawie zapowiadają się też zmiany w strukturze biologii Eve, które ujawniły się w po walce z potężnym Viltrumianinem. Troszkę narzekam na tę część, ale przecież mam do tego pełne prawo. W końcu pan Kirkman dotychczas przyzwyczaił mnie do zupełnie innego poziomu. Mam jednak nadzieję na szybką poprawę, tym bardziej, że po aktualnym rozstawieniu pionków powinno być już tylko lepiej. Zobaczymy jak to wyjdzie, siódma odsłona Invincible'a zapowiedziana została na marzec.

Tytuł: Invincible - tom 6
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley, Cory Walker
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 336
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Aquaman, tom 1 - Uspoken Water

Nie wiem jak Wy, ale ja strasznie lubię, gdy komiksy o superbohaterach wykraczają poza sztywne ramy gatunku. Nie zrozumcie mnie źle, oglądanie zmyślnych potyczek z wielkimi łotrami czy ratowanie świata przez potężnym zagrożeniem z kosmosu ma swój urok... lecz wszystko do czasu. To co powtarzalne może szybko spowszednieć, toteż cenię sobie próby takie jak ta w Visionie, gdzie rozstaliśmy się z podstawowymi motywami marki, śledząc historię odmienną, wprowadzającą nieoczekiwany powiew świeżości. Z podobnych powodów od kilku ładnych lat zachwycam się przygodami Aquamana. To jeden z nielicznych bohaterów DC Comics, któremu bliżej do stylistyki epickiego komiksu przygodowego niż tradycyjnej superbohaterszczyzny. Chwała za to Geoffi Johnsowi, który restartując historię Arthura Curry'ego w The New 52 ustalił ścieżkę, którą ten bohater miał odtąd podążać. Szczęśliwie kolejni twórcy wciąż trzymają się tych zasad, dzięki czemu losy władcy Atlantydy nieustannie przemawiają do mojego gustu. Nie inaczej jest w najnowszym tomie, który rozpoczyna kolejny ekscytujący rozdział w życiu naszego herosa.

Unspoken Water rozgrywa się w następstwie wątków z eventu Drowned Earth, w którym Aquaman poświęcił się, ratując naszą planetę przed zakusami Władców Mórz. Teraz, straciwszy wiedzę o tym kim jest i gdzie dokładnie się znalazł, Andy (bo tak nazywany jest przez dających mu schronienie ludzi) próbuje znaleźć odpowiedź na najbardziej palące pytania. A nie będzie łatwo, bo miejsce w którym przyszło mu żyć, kryje pewną potężną tajemnicę. Mieszkańcy wioski Milczące Wody od pewnego czasu skarżą się na potworne zasolenie morskich wód, otaczających całe skalne wybrzeże. Jak się wkrótce okaże, z całą sytuacją może mieć coś wspólnego kobieta o imieniu Namma, którą przed laty wygnano za bunt przeciw oddawaniu należnej czci morzu. Jedyną nadzieją na jej obłaskawienie może być sprowadzenie do niej córki, enigmatycznej dziewczyny o imieniu Caille. Oczywiście, zadanie te postanawia wypełnić dotknięty amnezją Arthur. W zamian zostaje mu obiecany sposób na przywrócenie pamięci. Jak można się domyślić, wyprawa odsłoni przed naszym bohaterem fakty, o których istnieniu nawet nie odważył się pomyśleć. Przejmująca serię Kelly Sue DeConnick zrywa w tym tomie ze wszystkim, co było istotne w poprzednich odsłonach Aquamana. Przedstawia nam opowieść pełną magii, legend i wierzeń, w których zwykły człowiek jest zaledwie trybikiem w nieodgadnionej maszynerii bogów. Unspoken Water to dobrze przemyślana historia, sprytnie przenosząca prawdziwe epickie wydarzenia do zgrabnej mikroskali. Nie każdemu ma szansę przypaść to do gustu, ja podczas lektury bawiłem się znakomicie. Autorka świetnie wykorzystuje pewne naturalne cechy Arthura, które wcześniej mogły być przyczyną swoistego niedoceniania tej postaci. I dobrze, bo dzięki temu udaje się w konkretny i ciekawy sposób poprowadzić serię dalej. Mam nadzieję, że reszta odbiorców doceni to tak samo jak ja. A naprawdę warto.

Tytuł: Aquaman, tom 1 - Unspoken Water
Scenariusz: Kelly Sue DeConnick
Rysunki: Robson Rocha
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 17,99 $


Doomsday Clock

Trudne zadanie miał przed sobą Geoff Johns, kiedy zdecydował się zostać architektem niecodziennego eventu oraz rozwiązania największej zagadki wydawnictwa DC Comics. Połączenie świata legendarnych Strażników (Watchmen) wraz z wieloletnią tradycją komiksowego uniwersum Supermana było wyczynem odważnym jak i czysto karkołomnym. Od rozpoczęcia cyklu Odrodzenie (Rebirth) oczywistym było, że jakaś tajemnicza siła stoi za skrywaniem prawd na temat niezwykle istotnych, przeszłych wydarzeń. Aby zebrać w logiczną całość ogrom informacji zawartych w poszczególnych komiksach, trzeba było nie tylko wysilić mózgownicę, ale też znać się na języku obrazkowego uniwersum. Johns podjął rękawicę, nie mając nawet świadomości, że realizacja projektu nazwanego Doomsday Clock zajmie mu dwa razy więcej czasu niż pierwotnie planował. W końcu, po ponad dwóch latach wydawania otrzymaliśmy komplet dwunastu zeszytów, tworzących tę dość ambitną i niezwykle kreatywną opowieść. Autor oparł ją na dwóch fabularnych filarach. Pierwszy z nich opowiada o tym, co na przestrzeni sześciu lat wydarzyło się w świecie Strażników. Dowiadujemy się tu o fiasku wielkiego planu Ozymandiasza, którego demaskacja doprowadziła do prawdziwie destrukcyjnego światowego konfliktu. W celu ratowania swej rzeczywistości, Adrian Weidt montuje ekipę, z którą (za pomocą krętactw i szantażu) wyrusza do miejsca, gdzie według jego rozumienia ukrywa się Dr. Manhattan. Tak przenosimy się do Gotham, które podobnie jak Metropolis i inne miasta tego uniwersum wstrząsane jest niepokojami wywołanymi ujawnieniem tzw. Teorii Supermana. Według niej rząd USA odpowiada za tajną współpracę z niektórymi superbohaterami oraz wcześniejsze aktywowanie u nich metagenu wyzwalającego nadludzkie moce. Ozymandiasz przystępuje do planu odnalezienia Jona, na samym początku kierując się do najmądrzejszego człowieka tego świata - Lexa Luthora. Sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót, kiedy na jego drodze stanie bohater, który w świecie Adriana od dawna uważany jest za zmarłego...

Tak zaczyna się niesamowita komiksowa jazda bez trzymanki, która zapewniła mi kilka godzin bezpretensjonalnej rozrywki. Jestem pełen uznania dla Johnsa, który w tak trudnej materii potrafił opowiedzieć historię, która ciekawie połączyła oba uniwersa, ale też popchnęła je na nową, obiecującą drogę. Choć nie ma pewności czy faktycznie Doomsday Clock zostanie na stałe przypisany do kanonu, w pełni doceniam ogrom pracy jego twórców. Rysunki Gary'ego Franka wpasowują się idealnie w klimat opowieści, zachowując identyczny układ jak ten prezentowany w oryginalnych Strażnikach. Johns potrafi zaciekawić, co raz wychodząc z nowym pomysłem, starając się też nie zapominać o rozpoczętych wcześniej wątkach. W takim gąszczu tematów spodziewane są drobne wpadki, toteż nie zdziwcie się, kiedy nie znajdziecie tu decydującego rozwiązania zagadki przypinki Komedianta (to chyba największa wpadka twórców). Tymczasem nowe postacie zachwycają pomysłem oraz przemyślaną genezą. Marionetka, Mim oraz nowy Rorschach to bohaterowie, którzy przyciągali moją uwagę nie mniej niż Superman, Batman czy Firestorm. Doomsday Clock jest komiksem niezwykle narracyjnym, i choć w wielu momentach nie żałuje nam dynamicznej akcji, sporo istotnych informacji dostarczają nam przemyślenia poszczególnych postaci. Radykalni fani Strażników z pewnością będą pluli na to dzieło, lecz to już ich problem. Komiksy nie są po to, aby budować czyjś idealny wewnętrzny świat, ale by bawić, wzruszać i wywoływać dyskusje. A to powyższy tytuł robi z pełnym powodzeniem. Nie polecam go jedynie czytelnikom niezbyt zorientowanym z uniwersum DC czy Watchmen. Spora ilość informacji może dość szybko zniechęcić Was do czytania, ale jeśli chcecie, spróbujcie. Może zachęci Was do poznania innych przygód tych bohaterów.

Tytuł: Doomsday Clock (zeszyty 1-12)
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Gary Frank
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2017/2019
Ilość zeszytów: 12
Ilość stron zeszytu: 32
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 4,99 $


Harleen, tomy 1-3

To wydanie KzK rozpoczęliśmy od Harley, wypada więc zakończyć je z... Harleen. DC Black Label to inicjatywa pozwalająca uznanym twórcom na przedstawianie treści, które rozgrywają się w pewnym oddaleniu od głównego uniwersum. Mogą tu opowiadać własne wersje znanych historii lub opisywać wydarzenia z zupełnie innego punktu widzenia. Możliwości są nieograniczone, jednak tytuły z tej serii przeznaczone są raczej dla dojrzalszego czytelnika. W tym momencie trzeba również pochylić się nad komiksowym uniwersum Batmana, które jak żadne inne swój sukces zawdzięcza niezwykle plastycznej otoczce świata, w którym żyje i działa ten bohater. Tu całe Gotham oraz zamieszkujące go indywidua stanowią o kształcie i wydźwięku poszczególnych historii. Batman jak chyba żadna z postaci poszczycić może się galerią przeciwników, których charakter można analizować i przetwarzać na wiele sposobów. Nie zastanawiając się długo, w tym kontekście można wymienić choćby Jokera, Pingwina, Bane'a czy Dwie Twarze, ale również Harley, której psychopatyczna osobowość może służyć jako punkt wyjścia do wielu interesujących interpretacji.

Takiego właśnie zadania podjął się utalentowany rysownik Stjepan Sejic (znany m.in. z Aquamana i Rat Queens), starając się w dość poważnym stylu opowiedzieć historię oraz genezę oddanej kochanicy Jokera. Ku mojemu zaskoczeniu wyszło mu to nad wyraz świetnie. Nie zawsze zdolni plastycy potrafią samodzielnie stworzyć przemyślany scenariusz, ale na kartach Haleen Sejic opanował tę sztukę do perfekcji. Nie tylko pokazał pełny portret psychologiczny doktor psychiatrii jako osoby nieświadomie poddającej się szaleństwu, ale też udowodnił, że czuje i rozumie uniwersum Batmana jak mało który ze współczesnych twórców. Wykorzystując klasyczne elementy świata oraz występujące w nim postacie, poprowadził czytelnika tajemniczymi ścieżkami szpitala Arkham, od pierwszego pojawienia się w nim Harleen, aż do wypadków, które uczyniły z niej znaną do dziś wspólniczkę Jokera. Oczywiście Mr. Jay odgrywa w komiksie Sejica niezwykle ważną rolę (jego relacja z Harleen bardzo przypomina tę znaną z filmu Milczenie Owiec). Joker nie jest tu szalonym klaunem strzelającym do kogo popadnie, tylko skupionym, świadomym swej psychologicznej przewagi drapieżnikiem. Nieoczekiwanie na placu boju pojawia także się prokurator Harvey Dent. Późniejszy Dwie Twarze wypada tu intrygująco (i złowrogo) w kontekście bycia swoistą drugą stroną monety, tak podczas przemiany własnej, jak i tytułowej bohaterki. W tle wszelkich wydarzeń pojawia się oczywiście sam Batman. Choć Mroczny Rycerz pełni tu nieco mniejszą rolę, jego udział w wypadkach jest nie do przecenienia. Harleen to komiks gruntownie przemyślany, napisany z wielką pasją, ale przede wszystkim dostarczający rozrywki na najwyższym poziomie. Od samego początku do końca wszystkie zaprezentowane w nim elementy prowadzą nas do szokującego (choć jak najbardziej oczekiwanego) finału. Nie o samo zakończenie tu jednak chodzi, ale o drogę do niego prowadzącą. A tu wszystkie składniki okazują się spełniać swoją konkretną rolę. Jeśli czujecie się już trochę zmęczeni przygodami Batmana lub Harley Quinn, koniecznie dajcie sobie jeszcze jedną szansę i sięgnijcie po ten tytuł. Na mnie podziałał prawdziwie odświeżająco, pokazując, że w temacie Gacka i Świruni wciąż można pisać naprawdę ciekawe, prawdziwie "mięsiste" historie. A jeśli dodamy do tego wspaniałe, pełne emocji i klimatu rysunki Sejica, jasnym będzie, że mamy do czynienia z dziełem prawdziwie niepowtarzalnym.

Tytuł: Harleen (tomy 1-3)
Scenariusz i rysunki: Stjepan Sejic
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość tomów: 3
Ilość stron tomu: 64
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 7,99 $


Komiksy Batman - Szalona miłość oraz Invincible znajdziecie na stronie Egmontu.