niedziela, 24 stycznia 2021

RECENZJA: Star Wars: A Test of Courage (The High Republic) - Justina Ireland


Po absolutnie rewelacyjnym otwarciu cyklu The High Republic, jakim była dla mnie lektura książki Charlesa Soule'a - Star Wars: Light of the Jedi, przyszedł czas na poznanie kolejnej publikacji z tej serii. Druga powieść jaka ukazała się pod wspomnianym szyldem, nosi tytuł Star Wars: A Test of Courage, a napisała ją Justina Ireland, autorka znana z tytułów Dread Nation oraz Star Wars: Spark of the Resistance. Jest to typowa książka dziecięco-młodzieżowa, przedstawiająca wydarzenia rozgrywające się pod koniec tomu inaugurującego inicjatywę. Śledzimy w niej losy piątki młodych bohaterów, podróżujących na otwarcie stacji Starlight Beacon. Podczas sabotażu, w wyniku którego ich krążownik ulega eksplozji, dwójka Jedi, syn ambasadora z planety Dalnan oraz córka wpływowej senator wraz ze swym droidem, jako jedyni ratują się, docierając uszkodzonym wahadłowcem na niezamieszkany księżyc. W nieprzyjaznym, tropikalnym otoczeniu zmuszeni zostają do walki o przeżycie, a poznając własne słabości mierzą się też z tym, co drzemie ukryte w nich samych.    

Star Wars: A Test of Courage to książka, którą każdy fan Gwiezdnych wojen przeczyta w jeden, góra dwa wieczory. Nie posiada ona tak epickiego rozmachu jak wspomniane dzieło Soule'a, lecz doskonale sprawdza się jako historia, za sprawą której młodzi czytelnicy poznają galaktyczne uniwersum. Temu celowi bez wątpienia służą zaprezentowane postacie - piętnastoletnia Jedi Vernestra Rwoh, padawan Imri Cantaros, oraz o kilka lat młodsi Avon Starros i Honesty Weft. Grupa dość przypadkowych młodzików, postawiona w bardzo trudnej sytuacji, w której muszą liczyć na własną siłę charakteru, ale również na siebie nawzajem. I jest to największy plus powieści Ireland. Autorka rozpisała bohaterów tak, aby każdy dzieciak mógł utożsamić się z którymś z nich. Mirialanka Vern jest osobą zdecydowaną, nie podejmującą pochopnych decyzji. Avon to istny wulkan energii - dziewczynka nade wszystko pasjonuje się nauką, każde zagadnienie musi mieć dla niej wyraźną odpowiedź. Imri jest zagubiony i niepewny, a Honesty stara się odnaleźć w świecie, który pod wieloma względami nie odpowiada jego oczekiwaniom. Poprzez tą oczywistą różnorodność, mocne i słabe strony, powieść pomaga młodym odbiorcom zrozumieć samych siebie, ale również uczy tolerancji wobec innych. To samo dotyczy kwestii śmierci ich bliskich. Warto sprawdzić jak rzeczowo tytuł prezentuje tę problematykę. Nie bez znaczenia pozostają też inne dramatyczne sytuacje, w które autorka wikła grupkę nastolatków uwięzioną na tajemniczym księżycu Wevo. 


Oprócz wielkiej przygody i paru ciekawych postaci, książka Ireland dostarcza również przemyślaną ekspozycję świata przedstawionego. Nie prezentuje tych informacji w nadmiarze - autorka wie jak tworzyć powieść, nie przytłaczając nieletniego odbiorcy niepotrzebnymi, nudnymi faktami. Kwestii istotnych do zrozumienia wszechświata (lub postaci) jest tu więc dokładnie tyle, na ile wymaga tego struktura historii. Rozdziały pisane są naprzemiennie z punktu widzenia każdego z bohaterów. Tempo jest niespieszne, mimo to każdy element wybrzmiewa w powieści tak jak należy. Oczywiście, Gwiezdne wojny bez udziału choć jednego charakterystycznego droida nie są tym co lubimy najbardziej, toteż w powieści Ireland dostajemy intrygującą wersję robota J-6. To jednostka pełniąca funkcję niani, objęta dodatkowym oprogramowaniem ochrony młodej Avon. Sprytna dziewczyna dodała jej jeszcze jedną (niekoniecznie dozwoloną) modyfikację, za sprawą której J-6 zachowuje się inaczej niż większość dobrze ułożonych droidów. Ta dwójka to bez wątpienia moi książkowi ulubieńcy. W roli antagonistów w Star Wars: A Test of Courage wystąpili podstępni sabotażyści z Nihil. Nie są to postacie pisane z jakąś szczególną charyzmą - Klinith Da oraz jej towarzysz Gwishi mają na celu porządnie narozrabiać, skutecznie utrudniając losy piątki bohaterów. Nie wyróżniają się jakimiś specjalnymi cechami charakteru, ale w tej krótkiej opowieści i tak spełniają swą rolę. 

Na chwilę obecną, według mojego uznania cykl Star Wars - The High Republic zaczyna się co najmniej obiecująco. Powieść Charlesa Soule'a to naprawdę rewelacyjne Gwiezdne wojny, natomiast książka Ireland spełnia swą rolę jako historia dla młodszych, prezentująca nowe postacie, a także uzupełniająca dany okres w galaktyce. Nie sposób się przy niej nudzić - warsztat autorki pozwala na jednoczesne budowanie napięcia, jak i angażowanie czytelnika w losy poszczególnych postaci. A te warto zapamiętać na dłużej, bo jeszcze tego lata Vernestra oraz Avon powrócą w powieści Star Wars: Out of the Shadows. Fajnie, że na inicjatywę składają się tytuły dla odbiorców w każdym wieku. Dobrze też, że uniwersum nie ogranicza się do wyłącznie jednego medium (w cyklu ukazują się książki, komiksy oraz opowiadania). Częstotliwość publikacji poszczególnych tytułów pozwala na spokojne zapoznanie się z większością z nich, sprytnie zwiększając zainteresowanie oraz ewentualną ekscytację. Nie wiem czy wszyscy fani Gwiezdnych wojen czekali na coś takiego, ja w każdym razie jestem bardzo zadowolony. Na tyle, aby w miarę możliwości przedstawić na Skrzydłach Gryfa większość książkowych tytułów, jakie wejdą w skład The High Republic. Mam nadzieję, że będą tego warte.



Tytuł: Star Wars: A Test of Courage (The High Republic)
Autor: Justina Ireland
Ilustracje: Petur Antonsson
Wydawnictwo: Disney Lucasfilm Press
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 256
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 14,99 $

czwartek, 21 stycznia 2021

RECENZJA: Star Wars: Light of the Jedi (The High Republic) - Charles Soule


Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... A nawet o dwieście lat wcześniej, w czasie Złotej Ery Republiki (The High Republic) z inicjatywy Kanclerz Liny Soh powstaje stacja Starlight Beacon. Ta kosmiczna baza, usytuowana na granicy poznanych szlaków ma nieść nadzieję w odległe rejony wszechświata, będąc wyznacznikiem sprawiedliwości i prosperity, ale także pomocy dla planet oddalonych od jądra galaktyki. Tak zaczyna się wielka literacka przygoda, która za sprawą książki Star Wars: Light of the Jedi wyznacza nowy etap dla wszystkich sympatyków Gwiezdnych wojen. W ten sposób nadarza się też okazja do załagodzenia niezadowolenia fanów z dość powtórkowego charakteru filmowej trylogii sequeli. Projekt jest co najmniej ambitny. Do jego realizacji wyznaczono kilka starannie dobranych nazwisk (J. Ireland, C. Gray, Ch. Soule, C. Scott), które w świecie fanów gwiezdno-wojennej literatury znane są nie od dziś. Ich prace (powieści, komiksy oraz opowiadania) zostały podzielone na trzy etapy (Light of the Jedi, Quest of the Jedi, Trials of the Jedi), które przez kilka najbliższych lat przybliżą nam historie, jakich w uniwersum stworzonym przez George'a Lucasa jeszcze nie czytaliśmy. 

Jak można się domyślić, po Star Wars: Light of the Jedi sięgałem z wielkim zainteresowaniem. Miałem jednak z tyłu głowy pewną dozę nieufności wobec jej pierwszych, mocno rozentuzjazmowanych recenzji. Chyba wszyscy wiemy, jak to jest z tymi tworzonymi na gorąco opiniami, szerzonymi w internecie przez łykających wszystko fanów. Zacząłem więc czytać dzieło Charlesa Soule'a i... już po chwili nie mogłem się od niego oderwać! Jak dowiadujemy się z pierwszych stron książki, jeszcze przed oficjalnym uruchomieniem stacji Starlight Beacon dochodzi do Wielkiej Katastrofy, której skutki odbijają się szerokim echem w odległym systemie Hetzal. Sytuacja wydaje się beznadziejna, fragmenty tajemniczych obiektów z wielką siłą uderzają w powierzchnię planety, zagrażając życiu mieszkańców oraz jej samej. Na rozpaczliwe wezwanie władz w ostatniej chwili odpowiadają Jedi - tajemniczy strażnicy pokoju w galaktyce, władający niezwykłą siłą zwaną Mocą. Wraz z nimi na Hetzal Prime przybywają też siły Republiki. W czasie wielkiej próby nikomu z pokojowo nastawionych mieszkańców galaktyki nie przyjdzie nawet do głowy, że już wkrótce zmierzą się z zaciekłym wrogiem, noszącym nazwę Nihil...   
 

To niestety wszystko co można w miarę bezpiecznie zdradzić z fabuły powieści. Nie zamierzam psuć nikomu zabawy, skupmy się zatem na wszystkich elementach, które czynią ją tak wspaniałą. Soule to autor, który świetnie radzi sobie z wielowątkowymi opowieściami, a na dodatek jak mało kto zna i rozumie świat Gwiezdnych wojen. Po mistrzowsku rozgrywa najważniejsze kwestie ekspozycyjne. Systematycznie ujawnia szczegóły świata przedstawionego (techniczne, przyrodnicze, ekonomiczne jak i dotyczące życia poszczególnych ras oraz postaci), wtrącając je tam, gdzie w danej chwili najbardziej pasują. Nie przytłacza tym czytelnika. Właściwie można śmiało stwierdzić, że Star Wars: Light of the Jedi to książka, po którą śmiało mogą sięgać odbiorcy nieznający uniwersum Gwiezdnych wojen. Autor zachowuje też dobre tempo opowieści. Nie przyspiesza wydarzeń, starając się zainteresować czytelnika każdym, często dość drobnym detalem. Rewelacyjnie buduje historię przy użyciu elementów fabuły o znacznie mniejszej skali. Potrafi zaciekawić losem nawet niezbyt istotnych postaci, prezentując je tak, że stają się w pełni angażujące dla czytelnika. Na niewielkiej ilości stron prezentuje wyczerpująco ich losy, mimo, że nie są one aż tak znaczące dla szerszej perspektywy wydarzeń. Tradycyjnie, jak przystało na Gwiezdne wojny, w finale pojawia się wielka kosmiczna bitwa. W tym przypadku mamy aż dwa miejsca starć, możecie być jednak pewni, że w żadnym z nich wielkich emocji nie zabraknie.

Powieść Soule'a to swoisty koncert epickiej fabuły, w której idealnie wybrzmiewają wszystkie jej fragmenty. Każdy rozdział oferuje nam coś nowego. Nieustannie przemieszczamy się z miejsca na miejsce, obserwujemy konkretne sytuacje oczami innych bohaterów, co znacznie rozszerza perspektywę odbioru i daje poczucie ogromu uniwersum. W Star Wars: Light of the Jedi jak nigdzie indziej czuć klimat Gwiezdnych wojen. Jest tu przygoda, szczypta charakterystycznego humoru, pełne ekscytacji i dynamiki momenty. Są też nowości, których nie znamy z filmów czy książek. Dotyczą one samych Jedi jak i opisywanego okresu w Republice. Dodaje to oczekiwanego powiewu świeżości, tak pożądanego w tym znanym na wylot uniwersum. Autor bardzo kreatywnie opisuje Moc oraz to, jak ona działa i jak posługuje się nią każdy Jedi. Zdumiało mnie jak Soule rozwiązał problem różnorodnego sposobu odczuwania Mocy oraz metod, którymi posługują się tytułowi protagoniści. Jest tu kilka świetnych pomysłów, szczegóły będziecie już musieli odkryć sami. Wśród wielu użytkowników Mocy każdy bez problemu znajdzie swego ulubieńca. Autor zadbał, aby Jedi w jego książce byli tak różnorodni jak tylko się da. Choć utożsamić da się tu z prawie każdym z nich, moimi absolutnymi faworytami zostali Loden Greatstorm, Burryaga oraz Porter Engle.


Kolejną kwestią, która w powieści zyskuje niesamowite znaczenie, jest wspomniana grupa antagonistów, zwana Nihil. To niezwykłe, ale dla mnie na pewnym etapie wyrastają oni na liderów książki. Wierzcie lub nie - losy Nihil śledzi się w pewnym momencie z większym zainteresowaniem niż Jedi. Kim oni w ogóle są? To coś na kształt świetnie zorganizowanej, wielotysięcznej bandy, przypominającej kosmicznych, cyberpunkowych piratów. Być może pomyślicie, że takie indywidua nie mają wielkiej szansy na zagrożenie Republice, ale o ich sile stanowi technologia, struktury organizacyjne oraz reprezentowane wartości. Nihil to naprawdę groźny przeciwnik, nie tylko dla Republiki, ale również dla samych Jedi. Soule z początku pokazuje ich okrucieństwo za pomocą sposobu, w jaki rozprawiają się nie ze swymi ofiarami, ale jak sami wymierzają sobie kary za możliwe niedociągnięcia. Świetny zabieg, potęgujący u czytelnika tzw. pierwsze wrażenie. Oczywiście, żadna grupa bandziorów nie znaczyłaby wiele bez swego herszta. Soule nie zapomniał także o tym, przedstawiając nam Marchiona Ro, Oko wśród Nawałnic, przywódcę niemniej groźnego od swych żądnych krwi i łupów podwładnych. To postać prawdziwie zdeterminowana, gotowa do strasznych i sprytnie rozegranych starć. 

Star Wars: Light of the Jedi to książka przeznaczona dla dojrzałego odbiorcy, mająca wiele cech charakterystycznych dla kategorii "young adult" (typowych młodzieżówek). Wyraża się to w sposobie prowadzenia postaci, dynamiki wydarzeń oraz braku typowego wodolejstwa, tak charakterystycznego dla niektórych nudnych powieści dla dorosłych. Aż podziw bierze, jak wiele dobra potrafił zgromadzić Soule na niespełna czterystu stronach. Inny autorzy potrzebują często aż dwukrotnej objętości, aby opowiedzieć historię o podobnym kształcie czy rozmachu. Cieszę się ogromnie z tych trzech dni, które spędziłem z książką. Czytając ją, czułem się jak małe dziecko, które po raz pierwszy odkrywa niezwykłą, niezapomnianą przygodę. W świetle tych słów, pierwsza odsłona cyklu The High Republic to bez wątpienia jedna z najlepszych powieści ze świata Gwiezdnych wojen, jakie miałem okazję przeczytać. Dla wielu fanów wielką atrakcją będzie nie tylko sama fabuła, przypominająca pod wieloma względami przygodowy thriller kryminalny (na serio!), ale też możliwość zajrzenia w dość odległą historię uniwersum. Wiele pytań, które zawsze chcieliście zadać, ale jakoś nie było okazji, tutaj wreszcie znajdą swe odpowiedzi. Wszystko to zasługa wielkiej pasji autora, którą z powodzeniem przelał na strony swego dzieła. Star Wars: Light of the Jedi jest powieścią, która na powrót czyni Gwiezdne wojny wielkimi, oferując ekscytującą rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie. I choć książka stanowi zamkniętą całość, jest także pierwszą częścią większej całości, którą poznamy w nadchodzącym czasie. Cieszę się na to ogromnie, już zacierając rączki na dalsze przygody poznanych bohaterów. Mam dobre przeczucie, że ta seria mnie nie zawiedzie!



Tytuł: Star Wars: Light of the Jedi (The High Republic)
Autor: Charles Soule
Wydawnictwo: Del Rey
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 400
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 28,99 $

sobota, 16 stycznia 2021

Krótko o 3 sezonie Rozczarowanych (2021)


Wszystko wskazuje na to, że moja sympatia do Rozczarowanych umocniła się wraz z kolejnymi sezonami serialu. W poprzednich recenzjach (choćby tu) często wspominałem o wyboistej drodze, po jakiej porusza się ten tytuł oraz szansie, jaką dla wielu produkcji stają się ich przyszłe odsłony. Niniejszym z ulgą ogłaszam, że Beanie, Luci oraz Elfo wykorzystali wszelkie szanse, jakie dały im ostatnie dwa lata emisji. Dzieje Dreamlandu na pewno nadal można nazywać osobliwym tworem, mocno rozkraczonym pomiędzy komediowym ujęciem gatunku fantasy, a pełną spisków i mrocznych tajemnic historią. Tym niemniej, jest to twór dobrze przemyślany i niezwykle angażujący. Na chwilę obecną to obok pierwszej (i jak na razie jedynej) odsłony Ciemnego Kryształu: Czasu buntu moja ulubiona pozycja na Netflixie.

Drugi sezon pozostawił widzów w okraszonym soczystym suspensem oczekiwaniu na rozwiązanie trzech najbardziej zastanawiających kwestii. Pierwsza wiązała się z postacią Dagmar, druga dotyczyła odwiecznych poszukiwań elfów, natomiast trzecia przykuwała uwagę do Steamlandu. Czy sekrety z finału zostały ostatecznie rozwiązane? Oczywiście, że nie! Na to trzeba będzie poczekać do czwartej odsłony, choć naturalnie wspomniane pytania zostały umiejętnie rozwinięte, jeszcze bardziej rozbudzając moją ciekawość. Dzięki temu zabiegowi produkcja okazała się naprawdę wciągającą (i niegłupią) rozrywką. Niesprawiedliwie byłoby nie wspomnieć w tym miejscu także o ciągle powiększającym się uniwersum Rozczarowanych, rozwoju poszczególnych postaci czy fantastycznym humorze, który jest przecież głównym napędem tej produkcji (choć ten aspekt może akurat nie trafić do wszystkich). Wszystkie te elementy zostały ostatecznie dobrane w odpowiednich proporcjach.   

Matt Groening z dumą może dodać przygody zbuntowanej księżniczki Beanie do swych najbardziej udanych dzieł. Próbując odwołać się do znanych wzorców z anty-bajek oraz popkultury stworzył serial naprawdę udany, angażujący uwagę widza z każdym kolejnym odcinkiem. Jednocześnie taki, po obejrzeniu którego w głowie same tworzą się pytania o dalszy ciąg, natomiast oczekiwanie na jego kolejną odsłonę jest naprawdę trudne do opanowania. No cóż, rok 2021 dopiero się zaczął, ale już dziś wiem, że trzeci sezon Rozczarowanych na pewno będzie jedną z jego najjaśniejszych stron. I trudno się temu dziwić, skoro otrzymałem dzieło śmiałe, śmieszne i niezwykle pomysłowe. A na dodatek takie, które nie nudzi się nawet przy trzecim oglądaniu.



Tytuł: Rozczarowani (Disenchantment)
Scenariusz: Jameel Saleem, Abe Groening, Josh Weinstein, Liz Elverenli
Reżyseria: Brian Sheesley, Edmund Fong, Ira Sherak, Raymie Muzquiz
Aktorzy (dubbing): Abbi Jacobson, Eric Andre, Nat Faxon, John DiMaggio, Billy West, Sharon Horgan, Noel Fielding
Wytwórnia: Netflix
Data premiery: 15 stycznia 2021 (USA/Polska)
Sezon: 3
Ilość odcinków: 10
Czas trwania odcinka: około 30 min.

sobota, 2 stycznia 2021

Osobliwe plakaty promujące 3 sezon Rozczarowanych (Disenchantment)

Trzeci sezon serialu Rozczarowani już za niecałe dwa tygodnie zadebiutuje na Netflixie, tymczasem spójrzcie tylko na plakaty promujące to niesamowite wydarzenie. Wszystkie nawiązują do najróżniejszych osobliwości, jakie niegdyś można było oglądać w cyrkach. Nie wiem jak Wy, ale mi coś się wydaje, że nie jest to jedynie zagranie reklamowe i naszych bohaterów faktycznie czeka podobny los... 








Przy okazji przypominam, że recenzję pierwszego sezonu serialu znajdziecie w tym, a drugiego w trochę innym miejscu. ;-)

piątek, 1 stycznia 2021

WIELKA TRÓJKA 2020 - podsumowanie mojego roku w fantastyce


Od kilkunastu godzin rok 2020 jest już za nami. Czas zatem na coroczne podsumowanie ostatnich miesięcy w filmie, książce i komiksie. Witam Was w trzecim już tego typu zestawieniu, gdzie wyliczam swoje ulubione tytuły z powyższych kategorii. Ponieważ mijający czas był taki jaki był, a o tym co odeszło nie pisze (ani nie mówi) się źle, skupimy się wyłącznie na pozytywach. Bo takie jest też założenie poniższego plebiscytu. Nie koncentruje się on na minusach, gloryfikując jedynie najjaśniejsze aspekty ubiegłych miesięcy. Tyle w kwestii wprowadzenia, lecimy z tematem!  


FILMY


Pandemiczna przypadłość 2020 r. najbardziej odbiła się na świecie filmowym. Zamknięte kina, brak nowości i wstrzymanie prac na planach prawie wszystkich największych wytwórni poskutkowała posuchą, jaką mogą pamiętać jedynie osoby chadzające do kin w dawnych, PRL-owskich czasach. Ja sam w mijającym roku miałem okazję zobaczyć zaledwie dwanaście kinowo-streamingowych nowości i była to ilość, przy której nieomal nie było sensu uruchamiać owego podsumowania. Na szczęście kilka tytułów okazało się być na tyle dobrych, że mogłem wyłonić zwycięzców także i w tej kategorii. Największym zaskoczeniem jest bogata obecność animacji, z których aż dwie stają dziś na moim podium. Trolle 2 oraz Co w duszy gra pokazały, że dobry film dla młodszego widza bez problemu może okazać się też najlepszym filmem roku, szczególnie jeśli włoży się w jego produkcję tyle serca, co w tych dwóch przypadkach. Trolle 2 to doskonały przykład kontynuacji, która pod każdym względem przebija swoją poprzedniczkę, natomiast Co w duszy gra okazuje się być jeszcze jednym opus-magnum od Pixara. Doskonały humor, mądre przesłanie i wspaniała muzyka to elementy wyróżniające te filmy na tle innych. Muzyka odgrywała znaczną rolę również w przypadku Ptaków nocy i fantastycznej emancypacji pewnej Harley Quinn, na szczęście nie był to jedyny element, który wyróżniał go na tle pozostałych. Film o losach mojej ulubionej Świruni okazał się być odważniejszy i bardziej interesujący od innej produkcji z uniwersum, czyli Wonder Woman 1984. Tym samym pokazał, że DC potrafi wyjść poza komiksowe schematy, dając nam błyskotliwy obraz w stylu Tarantino, nie stroniący od szalonej dynamiki i odrobiny wariactwa.


KSIĄŻKI

Książki miały się w 2020 r. znacznie lepiej niż filmy. Jeśli czytacie Skrzydła Gryfa od dłuższego czasu, wiecie doskonale jak mocno cenię sobie książki polskich autorów. Jest to chyba miłość odwzajemniona, bo rodzimi twórcy ponownie nie zawiedli. Tak czy inaczej, znajdziemy tu aż dwie pozycje z naszego podwórka. Artur Urbanowicz kontynuuje swą dobrą passę i po rewelacyjnym Inkubie częstuje nas kolejną powieścią z gatunku grozy, tym razem łącząc w niej elementy thrillera i psychologii. Paradoks to książka osobliwa, oferująca znacznie więcej niż inne z tego gatunku, już choćby za sprawą odważnego i udanego wychodzenia poza schematy. Jeśli jeszcze nie znacie żadnej powieści autora, to może zróbcie sobie małą przerwę od tego zestawienia i zapoznajcie się z jedną z nich. Robert Ziębiński zaskoczył mnie w Dniu Wagarowicza, łącząc zalety klasycznego slashera z historią osadzoną w latach 50. ubiegłego wieku. Ponadto, zaoferował ciekawie rozpisaną, dynamiczną i dość lekką opowieść, w której nie zabrakło fajnie napisanych postaci, kilku świetnych zwrotów akcji oraz mocnych, brutalnych scen. Brandon Sanderson to twórca, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Do gwiazd, pierwsza powieść o losach młodej pilotki Spensy ukazała się w 2019 r. pod patronatem Skrzydeł Gryfa, nic więc dziwnego, że Wśród gwiazd znalazło się w tym zestawieniu. Ciekawsze jest jednak to, że autor na jej łamach stworzył historię znacznie poszerzającą uniwersum, wybijającą się przygodą, humorem oraz elektryzującym napięciem o wiele mocniej, niż w przypadku pierwszego tomu. Miejsce w tym zestawieniu jest zatem więcej niż oczywiste.


KOMIKSY


Z wyborem trzech równie dobrych komiksów miałem największy problem i chyba tylko ja wiem, ile nocy nie przespałem z tego powodu... Oczywiście żartuję, nie było aż tak źle, faktem jest jednak, że wiele z tytułów nad którymi rozpływałem się w 2020 r. na blogu, musiałem usunąć z podium tego zestawienia. Na szczęście pozostali na nim najlepsi, toteż jestem z własnego wyboru więcej niż zadowolony. OKP Dolores i Porcelana to komiksy, których pierwsze tomy (także wydane w tym roku) stanowiły zaledwie wprowadzenie do całych historii. Z niesamowitą siłą zaskoczyły właśnie w swych kontynuacjach, zachwycając postaciami, pomysłami i nieszablonowością fabuły. Jeśli nie dla takich opowieści stworzono obrazkowe medium, to ja chyba naprawdę stoję w opozycji do reszty odbiorców. Jeśli w kolejnych odsłonach dzieła te utrzymają podobny poziom, będziemy mieli do czynienia z tytułami kultowymi, wspominanymi przez kolejne dekady. Nie inaczej powinno być z Kryzysem bohaterów, komiksem nieco kontrowersyjnego Toma Kinga (którego co drugi komiks cieszy się umiarkowanym powodzeniem wśród odbiorców). Historia o Sankruarium, do którego trafiają wymagający pomocy psychologicznej superbohaterowie zaskoczyła swą dramaturgią, zagadką morderstwa oraz kreatywnym poruszaniem się po uniwersum DC przez autora. W tym (jakby nie patrzeć) evencie ujęła mnie jego przyswajalność, która wraz z elementami humoru i napięcia tworzy szczególnie uzależniającą mieszankę. Dla mnie jest to jedna z najbardziej intrygujących rzeczy od DC wydanych w ostatnim czasie.   


Jaki rok - takie wspomnienia, na szczęście w przypadku 2020 r. te ostatnie będą znacznie lepsze od tego, co pozostawiła po sobie rzeczywistość. Raz jeszcze fantastyka w filmie, książce i komiksie pokazała, że jest doskonałą odskocznią od szarości dnia, a także pociechą, której w tych dziwnych i trudnych czasach potrzebujemy najbardziej. Zachęcam Was do dzielenia się swoimi wspomnieniami dotyczącymi dzieł popkultury fantastycznej. Niech to miejsce będzie naszym wspólnym wspomnieniem czasu, który pomimo wszelkich przeciwności warto wspominać pozytywnie. :-)

niedziela, 27 grudnia 2020

Cała prawda o tym, Co w duszy gra (2020)


Joe gra na pianinie, a muzyka to jego wielka pasja od najmłodszych lat. Niestety, nie wszystko w jego życiu poszło tak jak powinno i nasz bohater zamiast grać w jazzowym zespole, odbębnia fuchę nauczyciela muzyki w podstawówce. Znacie to? Tak, chyba każdy z nas po trochu to zna... Prawda życiowa jest taka, że nie zawsze udaje nam się osiągnąć wymarzony cel, szczególnie kiedy ta iskra, która rozpala naszą pasję, zdaje się rozmijać z drogą wymarzonego życia. Dokładnie w tym miejscu tkwi Joe, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności udaje mu się przejść eliminacje do zespołu Dorothei Williams, znanej saksofonistki jazzowej. Pędzi więc do domu, uszczęśliwiony życiową okazją, zupełnie nie zważając na otoczenie. I trochę szkoda, bo w tym przypływie szczęścia nie zauważa otwartego kanału, do którego oczywiście wpada. I wiecie co? Joe umiera. No, może nie tak do końca, bo jego ciało znajduje się w stanie permanentnej śpiączki, ale jego dusza trafia do miejsca lepiej znanego jako zaświaty. I tu zaczyna się historia, która paradoksalnie zmieni życie Joego na zawsze.

Pixar to chyba jedyne studio filmowe, które produkuje filmy animowane, które są w jednakowym stopniu przeznaczone dla dzieci jak i dorosłych. I nie chodzi mi o ogólną tendencję jednania pokoleń podczas seansu, bo ta jest obecna w kinie światowym już od co najmniej dwóch dekad. Jasne, w jej myśl większość animacji przygotowywana jest tak, żeby rodzice wchodzący ze swymi pociechami na seans nie zasnęli z nudów, ale Pixar robi filmy w taki sposób, że dojrzały widz po minucie staje się naturalnym "targetem" opowiadanej historii. Czary czy co? Nie wiem, może oni tworzą te produkcje wyłącznie dla siebie i dzięki temu przelewają na nie całą swą pasję i doświadczenie? Tak czy inaczej, podobnie sprawa ma się z najnowszym dziełem studia Co w duszy gra. To rewelacyjny film skrojony pod widza w każdym wieku. A co najciekawsze - po raz kolejny bawiący, uczący i uwrażliwiający na sprawy, które w pędzie życia mogliśmy niechcący przegapić.

Pierwsze zapowiedzi produkcji sugerowały, że otrzymamy film podobny do W głowie się nie mieści, z tą drobną różnicą, że zamiast do umysłu zajrzymy sobie we wspomniane zaświaty. I jest tak w istocie. Joe trafia na zawieszoną w pustce taśmę, która kieruje odchodzące dusze w stronę olbrzymiej kuli światła. Bohater jest więc o krok od spotkania ze swym stwórcą, jednak przywiązanie do życia (i niezrealizowanych celów) sprawia, że nie może pogodzić się z tą sytuacją. Uciekając przed nieuniknionym spada w nicość, trafiając do czegoś na kształt przedświata. To tu kształtuje się dusze, mające już niebawem zawitać w swych ciałach na Ziemi. To jednak zaledwie początek naszej historii, bo tak naprawdę w tym bezcielesnym otoczeniu nie spędzimy całego filmu. Choć twórcy Co w duszy gra inspirująco pokazują, jak ich zdaniem wygląda i funkcjonuje obszar życia po i przed nim, to zwracają oni uwagę widza na coś jeszcze ważniejszego.


A tym czymś jest właśnie cel życia oraz pasja, która pcha nas do realizacji marzeń. Co decyduje o tym jacy jesteśmy? Dlaczego drogi naszego życia prowadzą w tę, a nie inną stronę? Czemu tak często nie znajdujemy szczęścia w naszych działaniach i czy na pewno osiągnęlibyśmy je, gdyby udało nam się spełnić najskrytsze marzenia? Wierzcie mi, na te pytania film nie da nikomu jednoznacznej odpowiedzi, nie jest to bowiem produkcja brutalnie wciskająca odbiorcy morał do gardła. To tylko punkt wyjściowy do dalszych rozważań, stanowiący jednocześnie idealne połączenie z historią Joego, którą nakreślono jako naprawdę pasjonującą i dość nieprzewidywalną. Z jednej strony Co w duszy gra zachwyca kreatywnością (i przemyślanym sensem) w tworzeniu duchowego świata, natomiast z drugiej prezentuje treść, która naprawdę bawi, angażując naszą uwagę na bardzo poważnych kwestiach. Aby lepiej pokazać drogę głównego bohatera, zderzono jego postać z małą duszyczką o numerze 22, która musi odnaleźć swoją iskrę w przyszłym życiu. To klasyczny przykład poukładanej jednostki, która na swej drodze spotyka osobnika, swym stylem bycia wywracającego do góry nogami ich wspólny świat. Dzięki temu oboje skorzystają na tej znajomości, wynosząc z niej nieznaną wcześniej naukę. I tak za sprawą 22 Joe uzmysłowi sobie, co musi zmienić w swym życiu. No dobrze, ale co z tego, skoro chłopina teoretycznie nie powinien już krążyć wśród żywych? Na to także film odpowiada, nie będę jednak przytaczał tu całej fabuły. Nadmienię jeszcze tylko, że film rozbrzmiewa wspaniałą muzyką i to nie tylko jazzową, co mogłaby sugerować pasja Joego do tego gatunku. 

Co w duszy gra jest kolejnym znakomitym (pomijając sympatyczne, ale absolutnie nie genialne Naprzód) przykładem znajomości rzemiosła filmowego przez speców z Pixara. To film mądry, otwierający oczy, ale przede wszystkim fascynujący na poziomie fabuły, jak i losów głównych postaci. Potrafi zaskoczyć, oferując intrygujące zwroty akcji, ale też często bawić do łez. Zostaje w głowie na długo po seansie, formułując pytania, na które jesteśmy już gotowi szukać odpowiedzi. Bo sposób odbioru tej opowieści w dużej mierze będzie zależał od nas samych. To co daje ona widzowi jest największym osiągnięciem twórców. Prawda jest taka, że nie ma w tym tytule słabych stron. Technicznie animacja jest wspaniała. Detale, światło, kreacja postaci oraz świata (materialnego jak i tego w zaświatach) powoduje prawdziwy opad szczęki, choć akurat do tego twórcy przyzwyczaili nas nie od dziś. Z czystym sercem mogę polecić Co w duszy gra każdemu szukającemu inteligentnej rozrywki widzowi. To film, który oferuje wspaniałą zabawę, pozostając w naszych sercach długo po seansie. Koniec roku nie mógłby być bardziej obiecujący, bo pomimo niewielkiej ilości filmów, które dane nam było zobaczyć, dzieło Pixara jest jednym z tych absolutnie najlepszych. 



Tytuł: Co w duszy gra (Soul)
Scenariusz: Pete Docter, Mike Jones, Kemp Powers
Reżyseria: Pete Docter
Obsada (dubbing): Jamie Foxx, Tina Fey, Graham Norton, Rachel House, Alice Braga, Richard Ayoade, Questlove, Angela Bassett i inni
Wytwórnia: Walt Disney Pictures/Pixar Animation Studios
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 25 grudnia 2020 (Disney+)
Czas trwania:  100 min.

sobota, 26 grudnia 2020

Wonder Woman 1984 (2020) świetnym filmem... minionej dekady?

Trzy lata przyszło nam czekać na kontynuację Wonder Woman, jednego z największych hitów filmowych na podstawie komiksów DC Comics. Od tamtego czasu wiele w kinie superbohaterskim się zmieniło, ważne jest także to, że pomimo sporej popularności wspomniana produkcja już wtedy była dziełem dość bezpiecznym i wykalkulowanym na łatwe osiągnięcie sukcesu. Nie oznacza to oczywiście, że opowieść jaką zaserwowała nam Patty Jenkins była całkowicie bezwartościowym, komercyjnym produkcyjniakiem. Absolutnie nie! Reżyserka Wonder Woman pokazała nam nie tylko ciekawie skonstruowaną bohaterkę, ale również historię bogatą we wzruszenia oraz istotne przesłanie. Dzięki temu film zyskał moją przychylność, stając się jednym z bardziej lubianych widowisk 2017 roku. W Wonder Woman 1984 wracamy do świata naszej ulubionej komiksowej księżniczki, aby wypełnić lukę w jej historii od czasów zakończenia I Wojny Światowej, aż po drugie dziesięciolecie XXI wieku.

W tym celu cofamy się do wspomnianego w tytule roku, będąc świadkami wydarzeń, jakie wkrótce wzbogacą i wstrząsną światem Diany. Zastajemy ją skupioną na wypełnianiu obowiązków wobec szarych obywateli USA, ale także przytłoczoną samotnością, która zdaje się pożerać ją od wewnątrz. Tęsknota za dawnymi czasami, a w szczególności wielką miłością swego życia zdaje się być dla Diany najtrudniejszą do pokonania przeszkodą. Na szczęście, zupełnie niespodziewanie pojawi się coś, co zmieni taki stan rzeczy. Odnaleziony podczas standardowej napaści na sklep jubilerski, starodawny artefakt, w którego posiadanie zapragnie wejść niejaki Maxwell Lord, okaże się mieć pewne potężne właściwości. A będą one na tyle zgubne, że wkrótce jego moc zagrozi bezpieczeństwu całej planety. 

Początkowy zarys fabuły jest jedną z mocniejszych stron filmu Jenkins. Mroczna tajemnica z przeszłości, na spotkanie której wyrusza Diana wraz z doktor Minerwą - swą nowo poznaną koleżanką z wydziału archeologii, czyni z WW84 coś na kształt połączenia filmów o przygodach Indiany Jonesa z typowym superhero. Ten kolaż wychodzi reżyserce bardzo zgrabnie, tak samo zresztą wypada na ekranie trójka głównych bohaterów (Diana Prince, Barbara Minerwa, Max Lord). Najciekawsze jednak jest to, że film nie sili się na posiadanie typowego (a co za tym idzie kreślonego grubą kreską), wszechpotężnego antagonisty (którym był w poprzedniej odsłonie bóg Ares). Zarówno Max Lord, jak i doktor Minerwa są postaciami z krwi i kości, które na pewnym etapie swego życia popełniły zwyczajny grzech chciwości. To sprowadza na nich kłopoty, z których wyplątać będą mogli się jedynie przez zrozumienie prawdziwych wartości życia.


Kolejnymi plusami filmu jest stopniowe tracenie mocy przez naszą tytułową bohaterkę oraz nieoczekiwany powrót Steve'a Trevora. Aby nie psuć niespodzianki podczas seansu, nie zamierzam wchodzić głębiej w szczegóły wyżej wymienionych wypadków. Napiszę więc tylko, że wspomniane kwestie zostały rozwiązane dość pomysłowo, nie wzbudzając niedowierzania czy poczucia zażenowania. Osłabienie mocy Wonder Woman podnosi poprzeczkę dla jej zmagań oraz drogi, którą przechodzi w tej historii, natomiast postać Trevora pomaga umiejscowić uczucia Diany, oferując też kilka lżejszych, bardziej komediowych scen. Przy omawianiu WW84 warto również podkreślić brak natarczywości w eksploracji ekranowej nostalgii, pochodzącej z realiów połowy lat 80. Czas akcji jest jedynie punktem wyjścia dla opowiadanej historii, nieliczne popkulturowe nawiązania nie kłują w oczy aż tak bardzo, jak miało to miejsce choćby w serialu Stranger Things. I to są chyba wszystkie pozytywne aspekty obrazu. Sprawiają one, ze historia opowiadana przez Jenkins jest w stanie zaangażować widza, jednak nie aż na tyle, aby zapamiętał film jako dzieło absolutnie genialne. Przeszkadza w tym bowiem kilka dość istotnych szczegółów.

WW84 jest produkcją tak samo bezpieczną jak pierwsza odsłona przygód Diany. Widać to po sposobie prowadzenia historii, ale też traktowaniu poszczególnych wątków. Wszystkie one są w jakiś sposób przewidywalne, prowadząc widza do spodziewanego i bardzo patetycznego finału. Nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek domysły, morał serwuje się nam z siłą podobną do klasycznych animacji Disney'a, gdzie wypowiadany był on ustami głównych postaci. Przesłodzone, niechciane i niemodne - tak można określić to, co w sferze rozwojowej oferuje nam WW84. Być może, gdyby film powstał jakieś 10-15 lat temu, nie byłoby to aż tak widoczne, ale w dzisiejszych czasach, po tylu produkcjach w stylu superhero widzowie oczekują chyba czegoś bardziej wyszukanego. Kolejna sprawą są sceny akcji oraz sposób poruszania się Diany podczas większości widowiskowych starć. W porównaniu do pierwszej odsłony, szczęśliwie zrezygnowano ze zwolnionego tempa, ale ruchy Wonder Woman są teraz tak udziwnione (stawiając na przesadną lekkość), że odbierają wszystkim chwilom walk oczekiwanej dozy autentyczności czy naturalności. Rozumiem, że w taki sposób może działać lasso prawdy, ale ciało Diany (podatne na prawa fizyki) już chyba nie powinno...

Wonder Woman 1984 nie jest filmem złym. Bawiłem się na nim całkiem dobrze, lecz okazał się być zaledwie poprawną rozrywką, tak samo jak jego poprzednia odsłona. Trochę to mało, biorąc pod uwagę możliwości twórców oraz ogólny rozwój kina gatunkowego, jaki dokonał się w ciągu minionej dekady. Świetnie wypadły najważniejsze postacie tej historii oraz niebanalny pomysł na fabułę, zawiodły sceny akcji, górnolotny morał oraz oczywistość zakończenia poszczególnych wątków. Trochę szkoda, bo podczas gdy Marvel rozwija swój filmowy świat oferując nam seriale i kolejne produkcje starające się nadążyć za oczekiwaniami odbiorcy, DC uparcie stoi w miejscu, oferując widzom zaledwie poprawne produkcje. Trochę mija się to z czasami, w których żyjemy oraz sensem oferowanej rozrywki, która w takim przypadku może służyć wyłącznie chwilowej przyjemności. Czyli takiej, o której zapomnimy dość szybko po seansie. I taki będzie niestety los WW84.


Tytuł: Wonder Woman 1984 (Wonder Woman 1984)
Scenariusz: Patty Jenkins, Geoff Johns, Dave Callaham
Reżyseria: Patty Jenkins
Obsada: Gal Gadot, Kristen Wiig, Pedro Pascal, Chris Pine, Robin Wright, Connie Nielsen, Lilly Aspell, Amr Waked i inni
Wytwórnia: Warner Bros., DC Entertainment
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 25 grudnia 2020 (USA, HBO Max)
Czas trwania: 151 min.

wtorek, 22 grudnia 2020

Powrót Relaxu - Magazynu opowieści rysunkowych!


Dawno, dawno temu, w odległej epoce PRL-u, czyli mrocznych czasach ubiegłego stulecia, istniało pismo odmienne od reszty. Nazywało się Relax i w latach 1976-1981 na swoich łamach zrewolucjonizowało polski rynek komiksowy. Z czasem zaczęło cieszyć się statusem pozycji kultowej, a dziś wywołuje głośne westchnienia nostalgii wśród współczesnego pokolenia pięćdziesięciolatków. Ja sam do poziomu pisma miałem szczęście dorosnąć dopiero bliżej pierwszej połowy lat 80. Poznawałem je więc z egzemplarzy z trudem zdobywanych w antykwariatach lub na nielicznych giełdach i bazarach. To w nim po raz pierwszy odkryłem nowe komiksy Christy, Rosińskiego, Baranowskiego... Oczywiście, nie wszystkie opowieści obrazkowe przypadły mi do gustu. Taka była już bowiem formuła pisma, że publikowało tytuły bardzo różnorodne, skierowane do szerokiego spektrum odbiorców. Jedno było pewne - Relax stał się znakiem swych czasów oraz źródłem czegoś w naszym kraju niespotykanego. 

Tymczasem dziś nastał nowy, lepszy czas i Relax powraca pod strzechy za sprawą wydawnictwa Polish Comic Art. W powiększonym formacie, na lepszym papierze, z okazałą objętością i nowymi, świetnymi historyjkami obrazkowymi! Formuła jest taka sama jak cztery dekady temu - znajdziemy w nim komiksy krótkie, nieco dłuższe oraz takie, które czytać będziemy podzielone na odcinki. Wśród twórców pierwszego numeru znaleźli się R. Recht, M. Zabdyr, P. Dubois, D. Armand, M. Kur, P. Bednarczyk, J. Skrzydlewski, Meago, M. Fijał, S. Kiełbus, Z. Kasprzak, Moebius, Jodorowsky czy A. Ruducha. Niewątpliwie jest w czym wybierać i każdy z łatwością znajdzie w magazynie coś w sam raz dla siebie. Już na pierwszy rzut oka podpasowały mi historyjki Ciekawość (Fijała i Kura), pierwsza część westernu Texas Jack (Duboisa i Armanda) oraz Złote łzy (Jodorowsky'ego i Ladronna). Także tutaj przeczytacie przygody Emilki Sza i Delisi z rysunkami Meago, które niejednokrotnie przedstawiałem na blogu. Pewnym minusem opowieści dzielonych na odcinki jest to, że ich fragmenty są w kilku wypadkach zbyt krótkie. Szczególnie zgrzytało mi to w przypadku Obywatela dopalonego (M. i A. Kmiołka) oraz Pułkownika Domino (Cichonia i Grzędy). Oprócz historii obrazkowych Relax oferuje odrobinę publicystyki. W inauguracyjnym numerze znajdziecie tekst o historii pisma, przegląd polecanych na rynku albumów (m.in. OKP Dolores) oraz artykuł na temat rynku oryginalnej sztuki komiksowej.  

Relax jest na razie kwartalnikiem. Numer 32 ukazał się pod koniec grudnia b.r., a 33 zapowiedziano na drugą połowę marca 2021 r. Trzymam zatem kciuki za redakcję i autorów (szczególnie polskich, oni są tu najważniejsi), gorąco kibicując projektowi. W końcu Relax jest nasz, własny i warto, aby znów odnalazł stałe miejsce na rodzimym rynku wydawniczym. 

Ps. Poniżej przedstawiam prace rysowników zamieszczających swą twórczość w inauguracyjnym numerze. Może dodatkowo zachęcą Was do zakupu pisma. ;-)

rys. G. Rosiński

rys. J. Skrzydlewski

rys. M. Fijał


rys. W. Cichoń

rys. M. Mazur


rys. A. Ruducha


niedziela, 20 grudnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 41 (Kajtek i Koko w kosmosie tom 7, Lucky Luke tom 20 i 70, Czarolina tom 2)

Kosmos, Dziki Zachód i pewna fantastyczna wyspa, na której spotkacie przedziwne zwierzęta... To wszystko czeka na Was w najnowszym wydaniu naszego komiksowego działu. Atrakcji nie zabraknie, najważniejsze jednak aby samemu sięgnąć po opisane przeze mnie tytuły. Wszak nie o pisanie o komiksach tu chodzi, ale ich ciągłe czytanie. Zapraszam! :-)


Kajtek i Koko w kosmosie, tom 7 - Bogini moczarów

Najwspanialsza kosmiczna podróż czasów PRL-u właśnie dobiegła końca! Przez prawie pięć lat w dzienniku Wieczór Wybrzeża, a teraz na ponad sześćset siedemdziesięciu stronach w siedmiu albumach Kajtek i Koko wreszcie wracają na Ziemię. Bogini moczarów to ostatni z tomów nowej, kolorowej wersji kultowej historii Janusza Christy Kajtek i Koko w kosmosie. Pierwotnie publikowana w latach 1968-1972, a później wznawiana kilkakrotnie na przestrzeni lat, nigdy nie miała okazji zaprezentować się fanom tak jak teraz. Dwa i pół roku zajęło Egmontowi wydanie jej w całości, ale i tak warto było skrupulatnie zbierać kolejne tomiki, co kilka miesięcy dokładając je do domowej biblioteczki. Dlaczego? Na to pytanie chyba nie trzeba odpowiadać, ale jeśli ktoś jeszcze nie wie, Kajtek i Koko w kosmosie to nie tylko jeden z najlepszych polskich komiksów wszech czasów, ale też rewelacyjna historia science-fiction. To właśnie w niej Christa pokazał swój wielki talent do opowiadania niezwykłych (i bardzo długich) przygód, ale też znajomość wielu podgatunków fantastyki, w których poruszał się z niezwykłą gracją i niespotykanym wręcz znawstwem.

W Bogini moczarów para naszych tytułowych przyjaciół powoli szykuje się do powrotu na Ziemię. Zanim to jednak nastąpi, będą musieli rozwikłać zagadkę tożsamości boginki Mbaali oraz zmierzyć się z buntem robotów na pokładzie rakiety, do której doprowadzą ich Orionidzi. A to jeszcze nie wszystko, bowiem po przybyciu do domu znajdą się w krzyżowym ogniu oskarżeń mieszkańców dwóch zwaśnionych wiosek. W finale kosmicznej serii dzieje się więc sporo, a wszystkiemu towarzyszy jak zawsze niezawodny humor autora. Christa posiadał naturalny dar polegający na przekazaniu lekkości wymyślonej przez siebie historii. Akcja Kajtka i Koka w kosmosie co rusz przenosi się z miejsca na miejsce, jednak czytelnik ani przez chwilę nie czuje się przytłoczony ogromem wydarzeń czy ciężarem narracji. Obok pięknych rysunków to niewątpliwie największy atut komiksu, sprawiający przy okazji, że ponadczasowość stworzonej przez Christę opowieści broni się bez zarzutu do dziś. To właśnie dlatego stale zyskuje ona sympatię nowych czytelników. Z pełną odpowiedzialnością mogę więc polecić Boginię moczarów wszystkim fanom dobrego, lekkiego science-fiction. To pełna zgrabnego dystansu opowieść, czyniąca z innych, poważniejszych dzieł gatunku napuszone tomiszcza, wywołujące wrzody żołądka już przy pierwszym czytaniu. Jeśli jednak sądzicie, że stworzyć coś tak epickiego, świeżego i w pełni przyswajalnego w gatunku fantastyki naukowej jest łatwo, oznacza to, że nie zgłębiliście należycie tematu. Tym bardziej powinniście przeczytać Kajtka i Koka w kosmosie, aby nadrobić zaległości i poczuć świetną zabawę, którą ten komiks przynosi. To jeden z najważniejszych tytułów, jakie ukazały się w 2020 roku. 

Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 7 - Bogini moczarów
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Lucky Luke, tom 20 - Billy Kid
Lucky Luke, tom 70 - Legenda Zachodu


Lucky Luke to jeden z tych tytułów, który pomimo śmierci swych oryginalnych twórców po dziś dzień zachowuje świeżość, humor i zadziorność niczym za dawnych, niezapomnianych lat. Słuszności tych słów bezsprzecznie dowodzą tomy Billy Kid i Legenda Zachodu, które właśnie ukazały się na naszym rynku. Choć oba zostały narysowane przez ojca cyklu - Morrisa, za scenariusz pierwszego odpowiada niezapomniany Rene Goscinny, a drugiego Patrick Nordmann. I choć stylistyka pisania tych autorów różni się nieco od siebie, oba tytuły świetnie wpisują się w klasyczne ujęcie przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu. A jeszcze fajniejsze jest to, że wykorzystany został w nich motyw postaci, które w tamtych czasach istniały naprawdę. Pierwszą z nich jest osławiony Billy Kid, chłopak, który pod koniec XIX w. zastraszył sporą część kraju, a zastrzelony został w wieku zaledwie 22 lat. Smutna i dramatyczna to historia, na szczęście Goscinny rozprawia się z Kidem w swoim niepowtarzalnym, bardzo żartobliwym stylu. Billy przedstawiony został tu jako rozkapryszony podrostek, któremu w smak jest wszelka nieprawość i rozbój, lecz w głębi duszy nadal pozostaje zwykłym smarkaczem, potrzebującym silnej i zdecydowanej ręki. I tu na scenę wkracza Lucky Luke, który za cel stawia sobie utemperowanie gnojka oraz szybkie posłanie go do paki. Nie będzie mu jednak łatwo, bo Kid zastraszył mieszkańców miasteczka Fort Weakling tak bardzo, że ci panicznie boją się wystąpić przeciw niemu. Oczywiście, Luke nie byłby sobą, gdyby nie znalazł sposobu na smarkacza, ale o podstępie jaki na niego zaplanuje przeczytacie już sobie sami. Jedno jest pewne - śmiechu i brawurowych akcji z napadami z bronią w ręku nie zabraknie! 

Kolejny tom, czyli Legenda Zachodu rozprawia się z mitem legendarnych przedstawień Wild West Show, które w teatralny i dość spaczony sposób przedstawiały historię Dzikiego Zachodu. Ich organizatorem i pomysłodawcą był od 1883 r. niejaki pułkownik William Cody, lepiej znany jako Buffalo Bill. Dzień, w którym zapragnął on przedstawić ubarwioną historię braci Daltonów był dla niego niewątpliwie niezapomnianą chwilą... Nordmann świetnie bawi się historią słynnych przedstawień, sprytnie nawiązując tematami prezentowanymi w komiksie do realiów dzisiejszej popkultury. Mamy więc prezentację ceny sławy, kaprysy gwiazd i bolesne zetknięcie z rzeczywistością, gdy złowieszcze plany braci okazują się iść w niezaplanowanym przez nich kierunku. Trudno powiedzieć, który komiks zrobił na mnie większe wrażenie. Powstanie obu dzieli równo czterdzieści lat, ale każdy z nich tryska taką świeżością i pomysłami, że wybieranie faworyta byłoby oczywistym brakiem szacunku wobec autorów. Rysunki Morrisa nie zmieniły się na przestrzeni czterech dekad w jakiś specjalnie zauważalny sposób. W Legendzie Zachodu nadal prezentują ten sam, mocno humorystyczny styl, do którego ilustrator przyzwyczaił nas wiele lat temu. No, może tylko trochę brakuje kultowego papierosa w ustach Luke'a... Poprawność polityczna i walka ze sprzedażą tytoniu także tu wyryła swoje dostrzegalne piętno. Jeśli więc nie musicie - nie wybierajcie pomiędzy Billy Kidem i Legendą Zachodu. Oba komiksy są bezsprzecznie warte Waszej uwagi. Zresztą, nie wierzcie mi na słowo. Po prostu weźcie je do ręki i przekonajcie się sami! 

Tytuł: Billy Kid/Legenda Zachodu
Scenariusz: Rene Goscinny/Patrick Nordmann
Rysunki: Morris
Przekład: Marek Puszczewicz/Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Czarolina, tom 2 - Dziewczynka, która kochała zwierzołaki

Niespełna kwartał temu zachwycałem się pierwszym tomem serii Czarlina, autorstwa utalentowanych Sylvii Douye i Paoli Antisty. Urzekł mnie on bogatym światem oraz intrygującą zagadką, jaką niosła ze sobą fabuła tej opowieści. W swej opinii zwracałem też uwagę na skojarzenia ze słynną czarodziejską serią J. K. Rowling. Nie mogłem przemilczeć faktu, że Czarlina, jak wiele innych tytułów wydanych w ciągu ostatniej dekady, mocno inspirował się przygodami Harry'ego Pottera. Na szczęście, po pierwszym, częściowym skojarzeniu owo wrażenie skryło się za fasadą w pełni samodzielnej opowieści, zaprezentowanej przez autorki. W kolejnym tomie - Dziewczynka, która kochała zwierzołaki z tego podobieństwa został już tylko sam aspekt inspiracji, a fabuła prawie wcale nie przypomina swego konkurencyjnego dzieła. Tak czy inaczej, nadal pozostajemy na wyspie Vorn, gdzie znajduje się uczelnia profesora Balzara, będącego wybitnym znawcą tzw. kryptyd (nieistniejących gatunków zwierząt). Niewielka grupa zaproszonych przez niego nastolatków, na czele z naszą tytułową Czaroliną, w dalszym ciągu poszukiwać będzie odpowiedzi na niepokojącą zagadkę, dotyczącą zamiany uczestników szkolenia w szklane posągi. 

W Dziewczynce, która kochała zwierzołaki najbardziej wyróżniają się dwa elementy, czyniące ten młodzieżowy komiks tak zajmującym. Pierwszym z nich jest zagadka, występująca w aż trzech różnorodnych aspektach. Trzon fabuły Czaroliny jest historią opartą na tajemnicy, której rozwiązanie stanowi podstawowy magnes na czytelnika. Z jednej strony nasza bohaterka mierzy się z kwestią ustalenia tożsamości napastnika zmieniającego swe ofiary w szkło, a z drugiej coraz więcej dowiaduje się o sobie samej oraz sekrecie, który nieświadomie skrywa. Na okrasę tego wszystkiego otrzymujemy kolejne dochodzenie, mające na celu wyjaśnienie dziwnego zachowania ważkowców, bezpodstawnie atakujących młode smoki. Mało? Jeśli jeszcze nie poczuliście się przytłoczeni, miejcie świadomość, że Douye i Antista zbombardują waszą wyobraźnię wspaniale wykreowanym (i przemyślanym) światem, który jest kolejnym elementem, za sprawą którego Czarlina zasługuje na wszelkie pochwały. Obie części komiksu zostały w 2019 r. nagrodzone Grand Prix francuskiego magazynu Le Journal de Mickey i trzeba otwarcie przyznać, że było to wyróżnienie w pełni zasłużone. Czarolina jest oczywiście tytułem przeznaczonym dla młodszego czytelnika (a w szczególności nastoletnich dziewczyn), na szczęście traktuje docelowego odbiorcę bardzo poważnie, oferując kompleksowo przemyślaną historię, godną jednoczesnego zainteresowania wśród starszych czytelników. Rozwiązania zagadek nie sposób się domyślić, a jednak ich wyjaśnienia są w pełni sensowne, a co ważniejsze, uzasadnione zasadami świata, w którym ma miejsce akcja. Dodatkowym plusem Czaroliny są ilustracje Antisty, czyniące uniwersum Vorn tak atrakcyjnym wizualnie. Jeśli macie więc młodszą siostrę, która nie dorosła jeszcze do przygód Batmana, podsuńcie jej Dziewczynkę, która kochała zwierzołaki. Na pewno bardzo jej się spodoba, a być może reszta rodziny także przysiądzie się do lektury. Przy komiksie tak dobrym jak ten, nie będzie to nic dziwnego. 
 
Tytuł: Czarolina, tom 2 - Dziewczynka, która kochała zwierzołaki
Scenariusz: Sylvia Douye
Rysunki: Paola Antista
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 34,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy bez problemu znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 19 grudnia 2020

RECENZJA: Mandalorianin (The Mandalorian) - sezon 2


Niespełna rok temu, pisząc o serialach dominujących w ostatnich miesiącach 2019 roku (sprawdźcie tu), trochę narzekałem sobie na pierwszy sezon Mandalorianina. Z jednej strony doceniałem ciekawą postać tytułowego protagonisty (który prowadzony był tam bez zastrzeżeń) oraz liczne nawiązania do pozostałych produkcji z gwiezdnego cyklu. Z drugiej jednak, skarżyłem się na mało angażującą fabułę, wytykając twórcom bezpieczne prowadzenie akcji od jednego punktu do drugiego. Spory problem miałem też z ogólnym kształtem historii, która została niepotrzebnie rozwleczona na potrzeby kilkuodcinkowej adaptacji. Być może za taki stan rzeczy w jakiś sposób odpowiadał serial Watchmen, który na tle Mandalorianina oraz Wiedźmina wyróżniał się jako dzieło prawdziwie zjawiskowe. Szczęśliwie dla Disney'a, w tym roku wspomniany tytuł nie powrócił, a ja po raz kolejny przypomniałem sobie cały pierwszy sezon przygód Dina Djarina i jego małego podopiecznego. Z lepszym nastawieniem, a także nieco mniejszymi oczekiwaniami usiadłem, aby z końcem października poznać ich nowe przygody. I wiecie co? Bardzo miło rozczarowało mnie to, co ostatecznie zobaczyłem. Bo Moc w Mandalorianinie jest teraz naprawdę bardzo silna.  

Oczywiście, we właściwej ocenie pomogła mi zeszłoroczna znajomość formuły serialu, która w drugim sezonie nie przeszła jakiejś specjalnej transformacji. Mandalorianin w nowej odsłonie nadal podąża spokojną drogą od jednego zdarzenia do drugiego, tymczasem na szczególną uwagę zasługuje tu skala wydarzeń oraz większe zaangażowanie widza poszczególnymi wątkami. Wątkami, które oczywiście zdążył już dobrze poznać i w jakiś sposób się z nimi utożsamić.  Nie obyło się też bez zakłócania głównej linii fabularnej tzw. "zadaniami tygodnia" (czyli przygodami odbywanymi nieco "na boku", co miało na celu utrzymanie uwagi odbiorcy aż do kolejnego odcinka). To wciąż pewien minus produkcji, zaczynam jednak rozumieć, że z takim stanem rzeczy muszę się zwyczajnie pogodzić. Najwyraźniej w tym tytule Disney postawił na prostotę opowieści, bez żadnych udziwnień, mogących w jakikolwiek sposób utrudnić tym mniej kumatym zrozumienie treści serialu. Na tym jednak zakończę swe narzekania, skupiając się już wyłącznie na pozytywach. Bo prawdę mówiąc, tych było w drugim sezonie bez liku, czyniąc z przygód Dina jedną z najlepszych produkcji, jaką miałem przyjemność oglądać w tym roku. 


Jak wspomniałem, znacznie zwiększyła się skala widowiska. Widać to było już przy okazji pierwszego odcinka, który aż po sam finał pozostał chyba jednym z najlepszych fragmentów Mandalorianina. Była to oczywiście historia poboczna, ale tak samo jak inne w serialu, oprócz dostarczenia świetnej zabawy oferowała rozwój wewnętrzny bohatera. Nie zawiodły tu smaczki dla wiernych fanów (m.in. powrót na Tatooine czy olbrzymi smok krayt), efekty specjalne ani dynamiczna, świetnie poprowadzona akcja. Podobnie było w kolejnych odsłonach sezonu, gdzie Din mierzył się z wielkimi pająkami, eskortował żabią przedstawicielkę obcej rasy z jej nienarodzonym potomstwem, lub kiedy pomagał dawnym sojusznikom w likwidacji imperialnej bazy na Nevarro. Wszystko utrzymano w przepięknym, iście westernowym stylu, gdzie nasz tytułowy bohater jawił się jako samotny kowboj przemierzający prerię, co rusz natykając się na licznych przeciwników czy niebezpieczne wyzwania. Widać było to w realizacji starć oraz pojedynków, a także licznych pościgów. Nie wierzycie? Spójrzcie tylko na odcinek The Believer (gdzie mamy do czynienia z czymś na kształt pościgu bandytów za dyliżansem przewożącym dynamit, oraz ucieczki z fortu nieprzyjacielskiej kawalerii), albo The Jedi, w którym Din, niczym prawdziwy kowboj staje do pojedynku z prawą ręką kobiety zarządzającej miastem. 

W drugim sezonie nie obyło się też bez kilku nawiązań (a nawet hołdów) do klasycznych filmów z przeszłości, takich jak Obcy czy Terminator. Najciekawszym w kontekście zwiększania rozmiarów produkcji okazały się gościnne role postaci znanych z innych tytułów uniwersum. Były tym, co wywoływało oczywisty efekt zachwytu, ale również w znaczącym stopniu pomogły wpłynąć na rozwój fabuły. Wszystkich fanów najbardziej chyba ucieszył tryumfalny powrót Boby Fetta, ale nawet przez chwilę nie zawiodły też odcinki z Ahsoką (Star Wars: The Clone Wars) czy Bo-Katan Kryze (Star Wars Rebels). W mniejszych lub większych rolach powróciły też postacie z pierwszego sezonu, z czego moją największą uwagę przyciągnęła Cara Dune oraz Mayfeld, który okazał się być postacią znacznie głębszą niż mogliśmy sądzić po pierwszym z nim spotkaniu.


To wszystko wpływało pozytywnie na główny wątek Mandalorianina, czyli drogę Dina i jego małego podopiecznego. Dowiedzieliśmy się, że malec ma na imię Grogu, ale najważniejsza pozostała więź, łącząca tę dwójkę. Ich wzajemna relacja, bazująca na typowo ojcowskich uczuciach Dina była prowadzona po prostu wspaniale. Od poczucia obowiązku i misji nakreślonej w pierwszym sezonie, po wzajemne zrozumienie, rodzinne uczucia i przynależność - serial prowadził nas ściśle ustaloną drogą aż do samego finału. Niemałą rolę odegrał w tym wszystkim główny antagonista serii, czyli Moff Gideon, za wszelką cenę pragnący pochwycić Grogu w sobie tylko zrozumiałych celach. Zagrożenie, jakie reprezentował, pomogło tytułowemu bohaterowi odnaleźć własny cel i powołanie. Postać dawnego imperialnego watażki miała także na celu przybliżenie nas do filmów z głównego cyklu Gwiezdnych wojen. Finał wspólnej podróży Mandalorianina i czułego na Moc malca został rozegrany po mistrzowsku. Nie obyło się bez prawdziwych wzruszeń, podbudowanych wielkim zaskoczeniem, jakim było pojawienie się Luke'a Skywalkera. Choć sam myślałem, że historia skłoni się ku nierozłączności głównej pary bohaterów, rozsądnym wydaje się być to, co zaoferowali nam twórcy. W końcu w życiu każdego rodzica nadchodzi taki moment, że musi pozwolić swej pociesze rozpocząć nowy, samodzielny etap życia. I do tej chwili Din dorósł jako człowiek i opiekun, czego kwintesencją było ukazanie własnej twarzy Grogu. Nasz bohater zaczął wreszcie kwestionować narzucone sobie sztywne zasady, zmieniając się na lepsze jako najemnik oraz przybrany rodzic. 

Disney stanął na wysokości zadania, w drugim sezonie oferując nam serial znacznie lepiej przygotowany pod kątem widowiskowości samej opowieści oraz postaci, za pomocą których ją budował. Mandalorianin stał się w tym roku prawdziwą wizualną ucztą, której żaden fan Gwiezdnych wojen nie chciałby przegapić. Biorąc pod uwagę zapowiedzi studia na najbliższe lata, także warto poznać tę historię, ponieważ już wkrótce dołączą do niej inne, znacznie rozszerzające prezentowany w niej okres czasu (Rangers of the New Republic, The Book of Boba Fett). Mocno zastanawiający jest też sam finał drugiego sezonu. Z jednej strony dobitnie zakończono w nim opowieść o wspólnych losach Dina i Grogu, lecz z drugiej wiele wydarzyło się w kontekście przejęcia władzy wśród Mandalorian czy dziedzictwa pożądanego przez Bo-Katan. Mam wielką nadzieję na rozwinięcie tych wątków, jednak obawiam się, że bez małego Grogu serial nie będzie miał już tej siły przebicia co dotychczas. Chyba, że twórcy znajdą kolejny mocny punkt zaczepienia, wobec którego nasz bohater na nowo ułoży swoją historię. Wątpię, czy wyrwany z rąk Moffa Gideona Dark Saber (i związane z nim dziedzictwo) będzie w stanie sprostać wyzwaniu, ale jeszcze zobaczymy. Tak czy inaczej, teraz, za sprawą tak dobrego drugiego sezonu Mandalorianina oraz licznym zapowiedziom na platformie Disney+ dobrze jest być fanem Star Wars. Od wielu lat nie było tak obiecującego okresu, cieszmy się wiec nim póki możemy. Dlaczego? Bo tak każe obyczaj!



Tytuł: Mandalorianin (The Mandalorian)
Scenariusz: Jon Favreau, Dave Filoni, Rick Famuyiwa
Reżyseria: Dave Filoni, Bryce Dallas Howard, Rick Famuyiwa, Robert Rodriguez
Obsada: Pedro Pascal, Gina Carano, Giancarlo Esposito, Temuera Morrison, Ming-Na Wen, Bill Burr, Dee Bradley Baker, Rosario Dawson, Katee Sackhoff i inni
Wytwórnia: Walt Disney Company
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 30 października 2020 (Disney+)
Sezon: 2
Ilość odcinków: 8
Czas trwania odcinka: około 40 min.

środa, 9 grudnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 40 (Ultimate X-Men tom 1, Invincible tom 9, DCEased. Nieumarli w świecie DC)

Czas leci, rok powoli się kończy, a my już po raz czterdziesty spotykamy się w naszym komiksowym dziale... Tym razem przyjrzymy się trzem nowościom obrazkowym z popularnego nurtu superhero. Coś w sam raz dla siebie znajdą więc fani Marvela, DC oraz Image. A zatem czytajcie, dyskutujcie i decydujcie, które z tych tytułów przemawiają do Was najbardziej. Zapraszam. 


Ultimate X-Men - tom 1

Są takie komiksy, które niczym najlepsze powieści skutecznie opierają się upływowi czasu. Co ciekawe, do tej grupy rzadziej zaliczają się tytuły z gatunku superhero. Być może decyduje o tym sama ich formuła, często służąca wyłącznemu ukazywaniu poszczególnych etapów rozwoju uniwersum. Trudno orzec jednoznacznie, tym niemniej cieszy mnie, że właśnie wydany pierwszy tom serii Ultimate X-Men można śmiało zaliczyć do tej kategorii. Sam cykl Ultimate powstał prawie dwie dekady temu. Wydawnictwo Marvel zapragnęło wówczas, aby ich komiksy zaczęły przyciągać uwagę nowych, nieobeznanych z kontinuum czasowym czytelników. Zaoferowało im więc swoisty restart większości popularnych historii. Tak właśnie narodziła się supergrupa Ultimates (dawniejsi Avengers), nowe przygody otrzymał Spider-Man i Fantastyczna Czwórka, a także lubiani mutanci z drużyny Profesora X. Pisanie scenariuszy powierzono utalentowanym autorom (m.in. Brian Michael Bendis, Mark Millar) i być może także w tym należy dopatrywać się sukcesu tych serii. Dziś wspomniane uniwersum już nie istnieje. Zostało "wchłonięte" do nowej, lepszej rzeczywistości podczas jednego z ważniejszych eventów (Tajne wojny), stając się częścią inicjatywy Marvel Now 2.0. Dlatego też fajnie się stało, że po przygodach Pająka Egmont zdecydował się zapoznać polskich czytelników z tak świetnym i wciągającym komiksem.

Lektura pierwszego tomu autorstwa Marka Millara przeniosła mnie w czasie o jakieś dwadzieścia lat wstecz - do chwili, gdy w sali kinowej obejrzałem pierwszą odsłonę losów X-Men'ów (w reżyserii Bryana Singera). Powyższy komiks powstał co prawda już po premierze filmu, ale nawet po pierwszym czytaniu da się spostrzec, jak wiele idei zaczerpnięto z tamtej historii. Millar nie przytłacza nas przydługim wprowadzaniem ogromu postaci z uniwersum. Do głównych bohaterów, oczywiście oprócz samego Profesora zaliczyć możemy Cyclopsa, Marvel Girl (Jean Grey), Storm, Beasta, Colossusa, Icemana oraz dołączającego do nich nieco później Wolverine'a. Wszyscy oni są pisani niezwykle lekko, z miejsca stając się naszymi faworytami. Ich przygody zawiązują dynamiczną akcję, skutkując licznymi, świetnie poprowadzonymi wątkami. Scenariusz niemalże cały czas krąży wokół tematu odmienności, tolerancji oraz prawa do bycia tym, kim zostaliśmy stworzeni. To najważniejszy element, od zawsze obecny w komiksach o mutantach i trzeba przyznać, że Millar prowadzi go naprawdę po mistrzowsku. Temat jest nadal aktualny w naszym codziennym życiu (rzekłbym nawet, że teraz bardziej niż dotychczas), toteż moje dywagacje o ponadczasowości tytułu zyskują dodatkowe poparcie. Ultimate X-Men oprócz sporej dawki doskonale przyswajalnego dydaktyzmu jest po prostu świetną historią superbohaterską, gdzie grupa przyjaciół (prowadzona przez mądrego i przenikliwego mentora) stawia czoła licznym przeciwnościom losu. Pomimo sporej objętości komiks czyta się bardzo szybko. Spora w tym zasługa dobrze napisanych dialogów oraz dynamicznych kadrów, częściowo wzorowanych ilustracjach z lat 90. ubiegłego wieku. Choć przy pracy nad komiksem przyłożyło się wielu rysowników, ich prace nie odbiegają od siebie stylistycznie. Pozostaje mi więc polecić pierwszą odsłonę losów X-Menów, czekając z niecierpliwością na kolejną. Na pewno będzie równie udana. 

Tytuł: Ultimate X-Men - tom 1
Scenariusz: Mark Millar
Rysunki: Adam Kubert, Andy Kubert, Tom Raney, Tom Derenick
Przekład: Marcin Roszkowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 324
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Invincible - tom 9

Invincible
to seria, w której Robert Kirkman pokazuje, że nie trzeba całego sztabu artystów ani szeregu tytułów, aby stworzyć dobrze funkcjonujące uniwersum superhero. I w zasadzie na tym stwierdzeniu mógłbym zakończyć tę recenzję. Bo cóż jeszcze można dodać do charakterystyki gotowego dzieła, skoro tak nakreślone zdanie idealnie je opisuje? Oczywiście, zdarzały się w cyklu o przygodach Marka Greysona chwile słabsze (czego najlepszym dowodem jest tom 6), ale dziś, po czasie jaki minął od ich publikacji, nawet ten chwilowy spadek formy uznaję za wielce użyteczny. Szczególnie wobec ciągłego kształtowania fabuły, czyli procesu, który Kirkman opanował do perfekcji. Autor scenariusza w najnowszej odsłonie dzieli się z nami prawdziwą wielowątkowością oraz intrygującymi pomysłami, wynikającymi z przedstawionych wcześniej zdarzeń. W związku z tym dziewiąty tom nie ma jakiejś głównej, najważniejszej osi fabularnej. To raczej sieć splecionych ze sobą motywów, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób związanych z Invinciblem. Każdy z nich Kirkman rozgrywa z należytą uwagą, poświęcając mu tyle czasu, ile w danym momencie potrzeba. Należy też pamiętać, że Invincible pierwotnie ukazywał się w formie pojedynczych zeszytów (których na ten tom przypada aż dwanaście), toteż coś, co wcześniej zdawało się planem na jedną przygodę, tutaj dołącza do wielu tematów, które musi śledzić czytelnik.   

Powrót mocy Marka, szalony plan Dinosaurusa, rola Nolana w społeczności Viltrumian czy kolejne wejście Ansgstroma Levy'ego to tylko niektóre kwestie poruszane w komiksie. Warto też po raz enty zaznaczyć, że Kirkman po mistrzowsku ogarnia istotne kwestie obyczajowo-emocjonalne. Dzięki temu Invincible, podobnie jak opisywani powyżej Ultimate X-Men posiadają tą samą dawkę przyziemności, która sprawia, że czytelnik może z łatwością odnieść się do kwestii poruszanych w fabule. Rysunki Ryana Ottleya posiadają tak wielką dozę unikalności, że nie sposób pomylić dzieła artysty z jakąś inną pozycją. Jeśli lubicie jego styl, ostatnie strony tomu jak zawsze będą dla Was nie lada atrakcją. Zgromadzono na nich pokaźną ilość szkiców okładek oraz okolicznościowych ilustracji wraz z komentarzami obu autorów. Prawdziwa uczta dla oczu oraz interesujące wejrzenie w świat pracy twórców. Do końca serii pozostały jeszcze trzy tomy, tymczasem akcja pędzi do przodu w najlepsze. Mam nadzieję, że Invincible przyciągnie wreszcie należytą uwagę nadwiślanych sympatyków obrazkowej popkultury i doczekamy się również wydania tomików z seriami pobocznymi uniwersum Niezwyciężonego. Naprawdę szkoda byłoby to przegapić.

Tytuł: Invincible - tom 9
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 320
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


DCEased. Nieumarli w świecie DC

Save the best for last
- jak śpiewała przed laty pewna piękna pieśniarka, toteż na koniec tego spotkania zostawiłem prawdziwą petardę. DCEased. Nieumarli w świecie DC to nowy projekt Toma Taylora, artysty odpowiedzialnego m. in. za tegoroczne przygody Suicide Squadu (po moje wrażenia z lektury zapraszam na Instargram). Utalentowany scenarzysta z pasją godną prawdziwego zombie rzuca się teraz na całe uniwersum DC Comics i robi to z nieoczekiwaną dosłownością. Czy zastanawialiście się, co byłoby, gdyby świat Ligi Sprawiedliwości został zaatakowany przez kosmiczną plagę zmieniającą wszystkich w żywe trupy? Jeśli tak, z pewnością będziecie wniebowzięci. Oto Darkseid, który został powstrzymany przez Ligę przy okazji napaści na Ziemię, za pomocą uprowadzonego Cyborga źle dobiera składniki mające na celu zapanowanie nad równaniem Antyżycia. Skażona wirusem energia dociera wraz z Victorem na naszą planetę, poprzez urządzenia elektryczne oraz krew dostając się do ludzkich organizmów. Kilkaset milionów ludzi, w tym nawet liczni superbohaterowie zostają narażeni na błyskawiczną i nieodwracalną przemianę. Ulice wypełniają się monstrami łaknącymi świeżego ciała oraz ciepłej krwi. Nikt nie jest już bezpieczny.

Pomysł z komiksowym uniwersum superbohaterów opanowanym przez żywe trupy nie jest nowy. Kilkanaście lat temu podobnego konceptu użyło konkurencyjne wydawnictwo, tworząc swą pamiętną serię Marvel Zombies. Różnica pomiędzy tym klasycznym już przedsięwzięciem, a nowym tytułem od DC jest taka, że tam obserwowaliśmy apokalipsę oczami przemienionych w zombie herosów, a w DCEased. Nieumarli w świecie DC Taylor oferuje nam w pełni kompleksowy blockbuster, pokazany z perspektywy końca świata dotykającego nie tylko ludzi, ale także niezwyciężonych (do tej pory) bohaterów. Na tym jednak różnice się nie kończą. O ile dzieło Marvela cechowała niczym nieskrępowana zabawa formą i nieźle zakręcony, czarny humor, w swym nowym dziele Taylor wydaje się być na wielkim placu zabaw, który daje mu możliwość dowalenia wszystkim herosom z uniwersum. Tu nie ma żadnej świętości, nikt nie jest bezpieczny i każdy może zmienić się w wygłodniałe monstrum. Najciekawsze w DCEased. Nieumarli w świecie DC okazuje się być ukazanie zagrożenia wynikające z zarażenia konkretnych bohaterów. Autor scenariusza zaskakuje nas rozwiązaniami, w których ofiarą wirusa padają także najsilniejsi z nich. Nie chcę psuć nikomu zabawy, ale naprawdę warto sprawdzić co stanie się, gdy w zombiaka przemieni się Superman czy Flash. Powyższy komiks cechuje niezwykła sprawność Taylora do pisania wielowątkowych fabuł, przy umiejętnym zgraniu wszystkich pomysłów w spójną, nierozwleczoną całość. Czyta się to świetnie i naprawdę trudno oderwać oczy od komiksu. Z powodzeniem mogą go poznać także odbiorcy, którym nie jest po drodze z kontinuum świata DC (oczywiście pod warunkiem, że choć z grubsza wiedzą kim jest np. taki Batman czy Green Arrow). Rysunkowo jest całkiem OK, artyści kładący kreskę na stronach tego eventu dysponują nieco szkicowym, brudnym stylem, który w przypadku historii o żywych trupach sprawdza się doskonale. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić tę wspaniałą, obrazoburczą ucztę zniszczenia wszystkim fanom komiksów superhero. Warto ją poznać, ponieważ na horyzoncie majaczą już kolejne odsłony wydarzenia. Na tym już kończę. Podobało mi się tak bardzo, że idę poczytać sobie to wszystko trzeci raz. ;-)    

Tytuł: DCEased. Nieumarli w świecie DC
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Trevor Hairsine, Stefano Gaudiano, Richard Friend, Laura Braga
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 232
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.