wtorek, 21 sierpnia 2018

Bestia się budzi z serii Aberracje pod patronatem Skrzydeł Gryfa!

Nie minęło wiele czasu odkąd ogłosiłem patronat nad nową książką Maćka Kura (Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista), a już spieszę donieść o kolejnej powieści, które Skrzydła Gryfa biorą pod swoją opiekę. Jest mi niezmiernie miło oznajmić, że tym razem będzie to najnowsze dzieło Josepha Delaney'a - Bestia się budzi, z cyklu Aberracje

Tych z Was, którzy podobnie jak ja uwielbiają poprzednie serie tego autora (Kroniki Wardstone oraz Kroniki Gwiezdnej Klingi) na pewno ucieszy fakt, że akcja książki rozgrywa się tym samym uniwersum, co dotychczasowe przygody Toma Warda. Premiera powieści została zapowiedziana na połowę września.


Oczywistym jest, że oprócz recenzji tej niesamowitej powieści, Skrzydła Gryfa wraz z wydawnictwem Jaguar zorganizują wkrótce fantastyczny konkurs, w którym do wygrania będzie kilka egzemplarzy Bestia się budzi! Szczegóły podam wkrótce na naszym facebook'owym profilu.

BESTIA SIĘ BUDZI

Odkąd Szol ogarnął część hrabstwa Lancashire, w której mieszka Sprytek, chłopiec ukrywał się wraz z braćmi w piwnicy. Teraz bracia nie żyją, zaklęcia ochronne przestają działać i Sprytek musi na zawsze opuścić rodzinny dom. Trafia na zamek i po przejściu próby zostaje jednym z czerwi, pomagających badać tajemniczy Szol - plamę mroku, która rozlewa się coraz szerzej, a każda żywa istota w jej granicach ginie bądź zostaje koszmarnie odmieniona. To już nie ludzie ani zwierzęta - to aberracje, morderczo groźne i złaknione krwi...


sobota, 18 sierpnia 2018

Emocje i poszukiwania nostalgii w filmie Krzysiu, gdzie jesteś? (2018)


Kubuś, ach ten Kubuś... Czy to za sprawą ponadczasowej serii książek A. A. Milne'a, czy animowanych filmów Disney'a, prawie każdy z nas kiedyś zetknął się z tym uroczym misiem. Pozornie beztroskie, wypełnione bajkowymi przygodami opowieści niosły ze sobą niezwykły przekaz i mądrość, która podświadomie ukształtowała całe pokolenia czytelników. Najważniejsi jednak pozostali bohaterowie. Prości, szczerzy, a co najważniejsze, prawdziwie autentyczni. To właśnie ich obecność pozwoliła przejść tym wszystkim historiom do legendy.

Dziś, kiedy cały świat pędzi przed siebie w niepohamowanym biegu, Marc Forster zabiera nas do Stuwiekowego Lasu, na poszukiwania osoby, która dla całej tej zgrai pluszowych przyjaciół jest kimś prawdziwie najważniejszym. W filmie Krzysiu, gdzie jesteś? jako punkt wyjścia, wybrano okres dorosłości Krzysztofa Robina (Ewan McGrogor). Dawno minęły już te dni, kiedy mały Krzyś biegał po lesie, bawiąc się swoimi pluszakami.... Inne czasy i odrębna rzeczywistość idealnie nadają się do ukazania, w jaki sposób nasz tytułowy bohater zapomniał o tym, co w młodości było dla niego najważniejsze. I tak jak my, zagubiony pośród tej szarości, duży Krzysztof coraz bardziej pogrąża się w górze zawodowych obowiązków, tracąc cenny czas, który mógłby poświęcić swojej rodzinie. 

Próby ukazania dorosłych wersji ponadczasowych bohaterów nie zawsze wypadały korzystnie (kojarzy ktoś Hook?). Trudno bowiem zmierzyć się z prawdziwą legendą, a do tego ukazać ją w nowym, często niespodziewanym otoczeniu. Trzeba mieć naprawdę dobry pomysł, aby taka wycieczka nie wypadła sztucznie, nie odzierając naszych wspomnień z rozkosznej, nostalgicznej mgiełki. Czy Forsterowi udał się ten wyczyn? Moim zdaniem, jak najbardziej. Nie tylko nie naruszył żadnej świętości, ale też udało mu się ubrać całość w nowe szaty, nie pozostając w sprzeczności z tym, czym Kubuś Puchatek jest dla większości z nas.


Krzysiu, gdzie jesteś? to pełna tęsknoty, miejscami dość smutna podróż. Podczas seansu zastanawiałem się często, do kogo jest skierowany ten film. Zbyt ponury i nudny dla dzieci, chwilami za bardzo poważny dla oczekujących zwyczajnej rozrywki dorosłych. Prawda jest jednak taka, że to niezwykła baśń dla niestrudzonych marzycieli. Tych, którzy nadal w głębi serca pozostali dziećmi i potrafią znaleźć w szarej rzeczywistości radość oraz niegasnącą iskierkę zabawy. Idealnie wyważono tu wydźwięk ukrytej w książkach mądrości, przekuwając je w nową opowieść, obrazującą późniejsze losy tytułowego bohatera.

Niestety, czasem nie da się idealnie wyważyć wszystkich elementów. Przedstawienie drogi Krzysia ku odzyskaniu wspomnień, nie obyło się bez pewnych dłużyzn. Nie widzę jednak możliwości, jak przy takiej konstrukcji filmu dałoby się zrobić to inaczej. W przypadku skrócenia wydźwięku niektórych scen, przemiana bohatera mogłaby wypaść niezbyt autentycznie. Pozostaje więc cieszyć się tymi chwilami, ponieważ niosą w sobie naprawdę wiele emocji oraz niewymuszonego uroku. Tymczasem druga połowa opowieści szybko nabiera właściwego tempa, zaskakując m.in. ciekawym (choć jak najbardziej oczekiwanym) rozwiązaniem problemów naszego bohatera.

Ukazanie pluszowych przyjaciół Krzysia to klasa sama w sobie. Kubuś, Prosiaczek, Kłapouchy, Tygrys i cała reszta są tak rzeczywiści, jak tylko było to możliwe. W ich animacji nie czuć ani odrobiny fałszu, a interakcje pluszaków z ludźmi i otoczeniem wypadają bardzo przekonująco. Ta dbałość o szczegóły w wielkiej mierze decyduje o wydźwięku całego filmu. Tylko w przypadku naszej wiary w obecność tych postaci na ekranie, jesteśmy w stanie odebrać wszystkie emocje tak, jak zaplanowali to sobie twórcy. Oczywiście, tej historii nie byłoby również bez odtwórcy roli Krzysia. Ewan McGregor idealnie wpasował się w swoją rolę. Jako aktor potrafi być poważny, a do tego w jego twarzy da się wychwycić ten chłopięcy, niesforny urok. Bez problemu udźwignął na swoich barkach znaczny ciężar filmu.

Krzysiu, gdzie jesteś? zabrał mnie w pełną ciepła, prawdziwie melancholijną podróż. Wraz z bohaterami dotarłem do takich miejsc w moim sercu, których nie zwykłem odwiedzać na co dzień. Jestem im wdzięczny za tę wyprawę, bo w dzisiejszych czasach, jak chyba każdy, potrzebuję małego przypomnienia, co tak naprawdę jest w życiu ważne. A także za naukę, że "z nicnierobienia wychodzą czasem najlepsze cosie". Wierzcie lub nie, ale tylko z taką świadomością można dokonać czegoś nowego. I ja się właśnie za to biorę!



Tytuł: Krzysiu, gdzie jesteś? (Christopher Robin)
Scenariusz: Alex Ross Perry, Tom McCarthy
Reżyseria: Marc Forster
Aktorzy: Ewan McGregor, Hayley Atwell, Bronte Carmichael, Mark Gatiss, Oliver Ford Davies
Wytwórnia: Disney
Data premiery: 3 sierpnia 2018 (USA), 17 sierpnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 104 min.

czwartek, 16 sierpnia 2018

RECENZJA: Superman. Odrodzony (D. Jurgens, P. J. Tomasi, D. Mahnke, J. Mendoza)


Po trzech tomach Supermana i Action Comics (wydawanych w ramach DC Odrodzenie), nadszedł wreszcie czas, aby wyjaśnić pewną dręczącą czytelników zagadkę. Kim jest Clark Kent nie będący Supermanem, a jednocześnie posiadający nieomal identyczne wspomnienia co Ostatni Syn Kryptona? Jak pokazały poprzednie odsłony, w zachowaniu oraz przeszłości tajemniczego mężczyzny nie ma ani odrobiny fałszu (co udowodniły skrupulatne badania w fortecy Supermana), niemniej jednak niemożliwym jest, aby na Ziemi istniały obie wersje ten samej osoby. Dan Jurgens wraz z Peterem J. Tomasim biorą wreszcie na warsztat tą palącą kwestię, ostatecznie wyjawiając jedną z najciekawszych zawiłości komiksowego uniwersum.

Fabularnie treść w Odrodzonym podzielono na dwa segmenty. Jednym jest oczywiście zagadka Kenta, natomiast drugi traktuje o złym stanie zdrowia Lany Lang, czyli Superwoman. Niestety, ten drugi element wypada w moich oczach niezbyt przekonująco. Nie dość, że poświęcono mu bardzo mało czasu, to jeszcze połączono całość z próbą infiltracji jednej z fortec Supermana przez nieznaną, groźną organizację. Rozumiem, że podobny zamysł wynika w głównej mierze z cyklu, w jakim wydawane są komiksy w USA. Wydaje mi się jednak, że autorzy mogli na razie całkowicie pominąć tą kwestię, wracając do niej dopiero w kolejnych odsłonach serii. Nie wnosi ona nic ważnego do fabuły, co niestety najbardziej rzuca się w oczy właśnie w tym zbiorczym wydaniu (które z racji swego kształtu ma o wiele bardziej jednolity charakter, niż poszczególne, wydawane co dwa tygodnie zeszyty).


Na szczęście główny wątek tego tomu poprowadzony został nad wyraz sprawnie, dając czytelnikowi tyle samo satysfakcji, co twórcom jego tworzenie. Widać tu bowiem wyraźnie, że Jurgens i Tomasi mieli nie lada zabawę przy wymyślaniu poniższej historii. Nie dość, że sięgnęli w niej do czasów z przeszłości Człowieka ze Stali (jeszcze sprzed ery The New 52/Nowe DC Comics), to dodatkowo połączyli ten element z obecną sytuacją rodzinną bohatera. Nie bez znaczenia jest też pełna wizualnej rozkoszy podróż po świecie głównego antagonisty! Kto nim jest, oczywiście nie zdradzę. Tymczasem na tym etapie pewnym staje się, że Clark Kent nie będący Supermanem, nie ma do końca czystych intencji. Kwestia motywacji oraz osobistej wendetty złoczyńcy jest tu kluczowa dla całego tomu, świetnie łącząc dawne wydarzenia z nowymi, a jednocześnie prostując kilka wypadków z historii uniwersum. Z kolei rola rodzinnych więzów familii Supermana wybrzmiewa bardzo dojrzale, pokazując, jak za sprawą siły miłości oraz kreatywnego zmysłu autorów można sprawnie i ciekawie poprowadzić akcję opowieści.

Za ilustracje w albumie odpowiada wielu artystów i choć ich prace same w sobie stoją na bardzo wysokim poziomie, to już ich różnorodność mocno kłuje mnie w oczy. Na miejscu wydawcy dobrałbym rysowników według bardziej zbliżonego stylu, ponieważ wymieszanie zdolności Patcha Zirchera, Patricka Gleasona, Douga Mahnke'a czy Iana Churchilla zbyt mocno rozbiło album na poziomie wizualnym. Tym bardziej, że w Odrodzonym mamy do czynienia z bardzo ważną historią, która powinna być przedstawiona w dość jednolity sposób. Niestety, nie zawsze udaje się w DC uzyskać należyty balans pomiędzy scenariuszem, a obrazem. Trochę szkoda, bo przez to tomik przypomina nieco katalog artystów tworzących dla wydawnictwa.

Odrodzony to ważny element komiksowej układanki z Supermanem w roli głównej. W odróżnieniu od innych części cyklu, niewiele tu walk i ogólnego zbawiania świata. Znaczną część historii wypełniają istotne wyjaśnienia i emocjonalne starcie zamieszanych w intrygę bohaterów. Oczywiście, nie rozwiązano tu wszystkich zagadek (tożsamość tajemniczego Oza nadal pozostaje niejasna), a niefortunne rozpoczęcie wątku choroby Superwoman z pewnością znajdzie swój finał w kolejnych odsłonach cyklu. Tak czy inaczej, ten tom stanowi dla mnie kawał dobrej rozrywki, przygotowanej na bardzo fajnym poziomie. Kreatywność i pomysłowość twórców zaowocowała emocjonalnym wydźwiękiem finału, który usatysfakcjonował tą cząstkę mnie, która lubuje się w podobnych rozwiązaniach. Odrodzony jest z pewnością komiksem niezbędnym dla wszystkich fanów Supermana, sądzę też, że może zainteresować nowych czytelników. I kto wie, może zostaną oni z serią na dłużej?



Tytuł: Superman. Odrodzony
Scenariusz: Dan Jurgens, Peter J. Tomasi, Patrick Gleason
Rysunki: Doug Mahnke, Jaime Mendoza, Ian Churchill, Trevor Scott, Mick Gray, Patrick Gleason
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Najnowsze przygody Supermana znajdziecie na stronie Egmontu.


wtorek, 14 sierpnia 2018

RECENZJA: Kroniki Gwiezdnej Klingi. Nowy Mrok. Tom 1 - Joseph Delaney


Siadając do pisania tej recenzji, uświadomiłem sobie, jak wiele czasu minęło od mojej ostatniej podróży do fantastycznego świata wykreowanego przez Josepha Delaney'a. Tak, tak, to już prawie dziesięć miesięcy, odkąd recenzowałem dla Was Zemstę Stracharza. Tym bardziej warto było uszczuplić moją stertę nieprzeczytanych książek i sięgnąć po Nowy Mrok. Jak wypadło moje kolejne spotkanie z lubianymi postaciami i ich nowymi przygodami?

Zemsta Stracharza zamknęła 13-tomowy cykl Kronik Wardstone, dopinając wszelkie wątki i najważniejsze kwestie. Zły został ostatecznie pokonany, mistrz Gregory przypłacił tą walkę własnym życiem, a Tom ostatecznie dostąpił prawa używania tytułu stracharza. Choć nie do końca wyszkolony, na domiar złego tracąc ukochaną Alice, chłopak dzielnie postanowił kontynuować fach, do którego został powołany. W takiej sytuacji, z pewnością przychodzą Wam na myśl dwa pytania: Czy powrót do Chippenden miał jakiś większy sens i czy autorowi pozostało coś godnego i ciekawego do przekazania?

Ucieszę Was, twierdząc, że tak. Delaney nie tylko dokładnie zaplanował ciąg dalszy, ale też dopracował nowy cykl w taki sposób, aby łączył to co znane i lubiane, z czymś oryginalnym i świeżym. Nowy Mrok nadal opowiada historię Toma Warda. Pod tym względem nic się w serii nie zmieniło i jeśli przygody oraz narracja tej śmiałej postaci do tej pory przyciągały Was do książek autora, to i tym razem nie zostaniecie zawiedzeni. Warto tu zaznaczyć, że nie da się tworzyć interesujących historii, nie oferując czytelnikowi czegoś, czego jeszcze nie doświadczał. Choć historia rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zostawiliśmy bohaterów w finałowej odsłonie, jest to sprytnie obrany punkt wyjścia. Jednym z dwóch najważniejszych elementów uczynił Delaney przyjęcie przez Toma nowego ucznia. Może nie byłoby w tym nic rewolucyjnego (w końcu stracharze od lat pilnie szkolą swych następców), gdyby nie fakt, że nasz bohater do terminu przyjmuje dziewczynę. Jeśli czytaliście ostatni to poprzedniego cyklu, być może nie będzie to dla Was aż taką nowością (w końcu autor zostawił tam furtkę, zwiastującą podobne wydarzenia). Kolejnym ważnym wydarzeniem jest powrót wiedźmy Grimalkin, która za sprawą wydarzeń będących udziałem Toma i Jenny (nowa uczennica) powraca z dalekiej północy, gdzie śledziła poczynania groźnego ludu Kobalosów.

I tu zaczyna się zabawa autora z kontynuowaniem opowieści. Już od dziewiątego tomu Kronik Wardstone (Jestem Grimalkin) dało się wyczuć, że Dealney miał zamiar sukcesywnie powiększać stworzone przez siebie uniwersum. Wraz z poszczególnymi postaciami odwiedzaliśmy nowe miejsca, poznawaliśmy nieznane rasy i zagrożenia, stale dowiadując się kluczowych informacji o tajemnicach Mroku. Kroniki Gwiezdnej Klingi rozwijają zaprezentowaną tematykę, dając nam to, czego pisarz nie mógł zmieścić w poprzedniej serii. Zaskakujące jest, jak dobrze autor dobrał wszystkie składniki najnowszej przygody. W tym tomie przede wszystkim zaimponował mi sposób łączenia wspomnianej tradycji z nieszablonowością. W większości wydarzeń nadal czuć rozpoznawalny klimat, ale wprowadzone postacie i wydarzenia czynią tą część prawdziwie kreatywną (nawet bardziej niż przełomowy Wijec).

Jenny budzi sympatię swoją bezpośredniością (jako siódma córka siódmej córki, posiada pewne bardzo interesujące zdolności), postawa Toma jest daleka od niepotrzebnego przeinaczania charakteru tej postaci, a Grimalkin wciąż błyszczy swoją niezłomnością i uporem. Mając taki komplet bohaterów, autor zabrał mnie w ekscytującą podróż w częściowo nieznane rejony (i to dosłownie!). A jeśli dodamy do tego absolutnie zaskakujący finał książki, otrzymamy dzieło, do którego poznania nie będę musiał Was już dłużej namawiać. Zdradzę jeszcze tylko, że aby podjąć fabularną decyzję z finału powieści, Delaney musiał mieć jaja wielkości dołu do więzienia bogina. Jeśli czytaliście już powieść, przyznacie, że nie każdy autor zdecydowałby się na podobny krok. I nie dość, że wszystko kończy się trudnym do zniesienia suspensem (wcześniej w tym cyklu nie prezentowanym), to na dodatek mam teraz pełną świadomość, że kolejna część pchnie serię na jeszcze ciekawsze tory.

Kroniki Gwiezdnej Klingi, podobnie jak Kroniki Wardstone pokazują, jak ważne w życiu są sojusze. Upieranie się przy raz obranej decyzji często zatrzymuje nas w rozwoju. To dlatego tak ważne jest pokonywanie wewnętrznych ograniczeń, a za sprawą wychodzenia z własnej strefy komfortu możemy odnaleźć to, czego tak bardzo potrzebujemy. Otwarcie Toma na nowe ewentualności oraz stały szacunek wobec nauk mistrza Gregory'ego, stanowi o sile i potencjale rozwoju tej postaci (podobnie jest w przypadku jego nowej uczennicy). To jeden z najważniejszych wątków obu literackich cykli, a jego prowadzenie jest wyrazem niezwykłej przenikliwości autora.

Nowy Mrok jest więc znakomitą kontynuacją historii o młodym stracharzu, gdzie to co znamy, miesza się z ciekawymi, nowymi pomysłami. Choć Delaney podjął w trakcie pisania wiele niebezpiecznych decyzji, niczym bohater swojej powieści wyszedł z tej potyczki obronną ręką. Jeśli lubicie książki dla młodzieży, łączące grozę z przygodą, obfitujące w ciekawie wykreowane postacie, będzie to lektura w sam raz dla Was. A dla czytelników, chcących jeszcze wnikliwiej zgłębić świat stracharza, na końcu tomu zamieszczono Glosariusz świata Kobalosów, dzięki któremu poznają więcej szczegółów na temat tych tajemniczych, niebezpiecznych magów.


Tytuł: Kroniki Gwiezdnej Klingi. Nowy Mrok. Tom 1.
Autor: Joseph Delaney
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 344
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 34,90 zł

sobota, 11 sierpnia 2018

Czy w dzisiejszym świecie popkultury, klasyczna animacja Młodzi Tytani: Akcja! Film (2018) ma prawo bytu?


Dziś nie robi się już takich filmów. No, prawie. Czasem ktoś z wytwórni wpada na pomysł, aby przenieść popularną kreskówkę z TV na wielki ekran. I wychodzi to różnie, jednak w przypadku serialu Młodzi Tytani: Akcja! sprawa ma się troszkę inaczej. To serial bazujący na postaciach z uniwersum DC, w dodatku będący swoistym autopastiszem czy też świadomą autoparodią. W sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie kinowe produkcje DC, pomysł przeniesienia sympatycznej grupki młodych superbohaterów był równie odważny, co i ryzykowny.

Powiedzmy to sobie od razu: Niektóre filmy z tego uniwersum są uważane (przez większość widzów) za parodię samą w sobie. Po co więc kręcić coś, co jest kpiną już z samego założenia? Ano, może po to, że jeśli zrobi się to dobrze, wówczas końcowy efekt pozostanie bez zarzutu. Tym bardziej, jeśli serial, którego produkcja ma być rozszerzeniem, cieszy się sporą popularnością wśród dzieciaków. I to się w Młodych Tytanach: Akcja! Film udało. Podobnie jak w przypadku serialowego pierwowzoru, powstała produkcja ciesząca tak samo dużych, jak i małych fanów drużyny.

Robin, Gwiazdka, Bestia, Cyborg i Raven nie mają szczęścia cieszyć się poważaniem ludzkości. Jako grupa superbohaterska są wciąż niezbyt efektywni, a do tego nieustannie ograniczani przez nadęte ego Robina. To właśnie sprawia, że nie mogą stać się drużyną numer jeden w uniwersum DC. Wyjście jest oczywiste: Każdy heros musi mieć swego głównego antagonistę. A zatem, Młodzi Tytani muszą znaleźć sobie kogoś na swoją miarę. Wówczas poszczęści się im, a studio nakręci o nich film. Czy taki obrót spraw jest jednak możliwy...?


Animacja w reżyserii Aarona Horvatha i Petera Ridy Michaila jest dziełem samoświadomym, inteligentnym, choć chwilami nieco schematycznym. Łamiąc czwartą ścianę, twórcy robią to bez nadmiernej przesady, łagodnie balansując groteskę większości scen, nie czyniąc ich zbyt przesyconymi dla przeciętnego widza. Jest w tym pewien spryt, wyznaczany przez ilość smaczków, które wyłapią fani mniej lub bardziej obeznani z komiksowym (czy też filmowym) uniwersum. Bo Młodzi Tytani: Akcja! Film to obraz typowo komediowy, lecz szczęśliwie unikający zmęczenia materiału swym nadmiernym przerysowaniem.

Film niesie istotne przesłanie dla młodych odbiorców, niestety jest to myśl eksploatowana w kinie tak często, że chyba tylko najmłodsi widzowie będą w stanie skorzystać z podobnie poprowadzonej lekcji (kto nie ma jeszcze  dość tematu przyjaźni i przełamywania własnego egoizmu?). Sama fabuła, choć do pewnego stopnia przewidywalna, ukazana została tak, że nie razi w oczy swą oczywistością. Pomaga przy tym stylistyka całej produkcji, bazująca na nieustannych żartach oraz celowej parodii. Dzięki temu otrzymałem dość strawne połączenie starego z nowym. Nic, co przeszkadzałoby w odbiorze, lecz jestem w stanie znaleźć tu również pewien powiew świeżości (przynajmniej dla mnie, bo serialu w TV niestety nie oglądałem).

Animacyjnie Młodzi Tytani: Akcja! Film stoją za dobrym, oczekiwanym poziomie. Jest to klasyczna animacja 2D, która w dużej mierze stawia na dynamikę akcji oraz sprawną realizację. I pod tym względem wypada nadzwyczaj dobrze. W kilku scenach styl animacji ulega krótkiej zmianie (jest to podyktowane narracją filmu), przez co prezentuje się dość pomysłowo. Świetnie wypadają piosenki i sam dubbing. O ile twórcy polskiej wersji nie mieli tak łatwego zadania, jak w przypadku produkcji Disney'a, należy pochwalić wszelkie próby przeniesienia werbalnego świata Młodych Tytanów na nasz grunt.

Czy zatem Młodzi Tytani: Akcja! Film to produkcja, która ma prawo bytu? Oczywiście, że tak! Nie jest to może najlepsza animacja dekady, ale stabilnie stoi na własnych nogach, zapewniając kilka kwadransów niezobowiązującej (przepełnionej specyficznym humorem) zabawy. Fanów uniwersum przyciągnie licznymi nawiązaniami i smaczkami, a u reszty nie wywoła bólu głowy nadmiarem atrakcji, tak często spotykanych w przypadku krótkich produkcji telewizyjnych. Najnowsze dzieło Warner Bros. pozwoliło mi odetchnąć od bałaganu niektórych aktorskich tworów tej wytwórni. Teraz czekam na jeszcze bardziej udane podejście do tej franczyzy. Naprawdę, najwyższy już czas. 



Tytuł: Młodzi Tytani: Akcja! Film (Teen Titans Go! To the Movies)
Scenariusz: Michael Jelenic, Aaron Horvath
Reżyseria: Aaron Horvath, Peter Rida Michail
Aktorzy (dubbing): Scott Menville, Will Arnett, Tara Strong, Greg Cipies (Grzegorz Drojewski, Jacek Król, Kamil Pruban, Izabella Bukowska-Chądzyńska)
Wytwórnia: Warner Bros./DC Entertainment
Data premiery: 27 czerwca 2018 (USA), 10 sierpnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 84 min.

piątek, 10 sierpnia 2018

Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista pod patronatem Skrzydeł Gryfa!

Nadszedł czas ogłosić kolejny patronat Skrzydeł Gryfa! Najnowsza książka Maćka Kura z ilustracjami Ewy Kossowskiej p.t. Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista, to świetna opowieść dla tych z Was, którzy uwielbiają dobre, humorystyczne historie fantasy. I to niezależnie od wieku!

Książka ukaże się już pod koniec sierpnia nakładem wydawnictwa Beelive Publishing. Miło mi też ogłosić, że w ramach współpracy z autorem oraz wydawcą, na naszym facebookowym fanpage'u wkrótce ogłoszę konkurs, w którym do wygrania będzie kilka egzemplarzy przygód Sylwii. :-)



SYLWIA SYLWESTER JEST NIECAŁOPEŁNISTA

Sylwia Sylwester uwielbia wszelakie cudactwa. Nic dziwnego – Jest w końcu Cudodziejką, czyli taką wróżką, która czyni cuda. Żyje pośród łąk w ogromnym dworku, ze swoimi koleżankami: Śmieszynką, Termilką, Niezapominajką, Samowierzką, Speszką czy też Lucyferetką (wróżką z wymiany z krainy wróżek mroku). Pewnego dnia Sylwia odkrywa przerażający sekret, który staje się początkiem zawikłanego śledztwa…

Bądźcie z nami! Przygoda z Sylwią dopiero się zaczyna! :-)


wtorek, 7 sierpnia 2018

RECENZJA: Flash, tom 3 - Łotrzy - reaktywacja (Joshua Williamson, Carmine Di Giandomenico)


Barry Allen nie ma łatwego życia. Jako policyjny śledczy musi stale mierzyć się z trudnymi sprawami, jednocześnie starając się ułożyć sobie życie u boku Iris West. Natomiast jako Flash nieustannie walczy o bezpieczeństwo świata wraz z Ligą Sprawiedliwości, działając również solo w Central City. Liczne niebezpieczeństwa oraz uparci wrogowie sprawiają, że nasz bohater często nie wie, w co ma włożyć ręce. A co stanie się, jeśli wśród tych wszystkich trudnych do ogarnięcia wyzwań, jedna z najniebezpieczniejszych grup przestępczych, z którą nieraz walczył Flash, zaplanuje swoją najlepiej przygotowaną akcję?

Łotrzy realizują swój największy skok. Żeby wszystko potoczyło się po ich myśli, muszą sprawić, żeby Flash nie utrudniał im zadania. Wciągają więc sprintera w małą zasadzkę, podczas gdy sami rozpoczynają wdrażanie sekretnego planu. Myliłby się jednak ten, kto założyłby, że utrapienia z drużyną Kapitana Chłoda będą jedynym zmartwieniem Barry'ego. Nasz bohater wraz z siostrzeńcem Iris, Wallym (aka Kid Flash) udadzą się w sekrecie do Belle Reve, aby odnaleźć Daniela Westa, ojca chłopaka. A jeszcze później Iris, posługując się swym dziennikarskim przeczuciem, trafi na trop Czarnej Dziury, organizacji odpowiedzialnej za powstanie Burzy Mocy Prędkości, która była odpowiedzialna za wydarzenia opisane w pierwszym tomie serii.

Nie wiem, czy myśleliście kiedyś o tym w ten sposób, ale Flash jest dość podobny do Batmana. Tak jak Mroczny Rycerz stracił w dzieciństwie kogoś bliskiego, co to do dziś wyznacza jego misję niesienia pomocy innym. Barry, nie inaczej niż Bruce używa głowy do wyjaśnienia wszelkich zagadek. Nie ma co prawda Bat-jaskini oraz całego wypasionego sprzętu Nietoperza, ale za to korzysta z Mocy Prędkości. Czyni go ona najszybszym człowiekiem na Ziemi. A to, oraz jego nieustannie pozytywne myślenie sprawia, że lubię go bardziej niż posępnego kolegę z Gotham. W Łotrzy - reaktywacja najlepiej widać, jakim detektywem jest nasz tytułowy bohater. Od samego początku Barry idzie tropem Łotrów, przesłuchując wszystkich, którzy kiedyś mieli z nimi kontakt. Nawet później, kiedy mierzy się ze swoją pomyłką, staje do walki z meta-bandytami używając przede wszystkim głowy (no dobra, prędkości też, w końcu to Flash!). Warto zwrócić na to uwagę.


Nowy tom Flasha wypełniają również kwestie osobistych wyborów Barry'ego. Wyprawa do Belle Reve odsłania bolesne prawdy o przeszłości Flasha i Kid Flasha. Niestety, nie po raz pierwszy nasz protagonista, chcąc uchylić nieba bliskim skazuje się na ich niezrozumienie i gniew. Niczym w powiedzonku o tych, co mają miękkie serce, Flash zbiera cięgi za swoją nadmierną ostrożność i stałą troskę o bezpieczeństwo najbliższych. Autorom komiksu udaje się wpleść to umiejętnie w przepełnioną akcją fabułę, jednocześnie pokazując zdolności Flasha jako sprintera, oraz błędy Barry'ego jako życiowego nieudacznika.

Niestety, jest też w Łotrzy - reaktywacja kilka zawodów. O ile cała fabuła wykorzystująca powrót Łotrów do Central City została rozpisana przez Joshuę Williamsona bardzo pomysłowo, to już jej zakończenie było dość kiepskim pójściem na łatwiznę. Scenarzysta niepotrzebnie przyspieszył zakończenie całego wątku, pozwalając Flashowi zwyciężyć za pomocą idiotycznego przypadku. Błędna decyzja, bo można było zmienić to i owo, pokazując, że Barry to (do samego końca) nie tylko szybki, ale też łebski facet. Na osobne cięgi zasługuje wątek zaginionej w końcówce tomu pierwszego Meeny Dhawan. Bardzo nie lubię, gdy jako czytelnik kojarzę oczywiste fakty lepiej niż twórcy. Nie mogę więc zrozumieć, czemu Barry w jednej scenie mówi, że ciało zabitej przez Godspeeda Meeny zostało wraz z jej kombinezonem przekazane Star Labs, kiedy w Piorun uderza dwa razy pokazano mi wyraźnie, że kobieta zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Kolejną sprawą jest tłumaczenie ksywek Łotrów. Czemu Captain Cold został Kapitanem Chłodem, a Golden Glider Złotą Lotną, kiedy Heat Wave i Weather Wizard noszą nadal swoje oryginalne przydomki? Wymóg wydawnictwa czy nieznane uwarunkowania tłumacza? Nie pojmuję...

Łotrzy - reaktywacja, to pomimo powyższych zgrzytów kawał fajnego komiksu, ciekawie zilustrowanego przez trzech artystów. Carmine Di Giandomenico, Jesus Merino oraz Neil Googe tchnęli w opowieść swój niepowtarzalny styl, a mimo sporej różnicy w kreowaniu flashowego świata, każde z tych podejść warte jest Waszej czytelniczej uwagi. Komiks Williamsona stara się pchać historię Flasha na nowe tory, wykorzystując elementy, które czytelnicy polubili i pokochali na przestrzeni wielu lat. To dobrze wróży serii, a dodatkowym bodźcem do poznania kontynuacji będzie z pewnością uwolnienie się z więzienia jednej z postaci, która w przeszłości nieźle namieszała w życiu tytułowego bohatera. Jeśli chcecie dowiedzieć się o co chodzi, zajrzyjcie tutaj. Tylko ostrzegam, zanim sięgniecie po The button, przeczytajcie omawiany w tej recenzji tom. Dzięki temu lepiej wczujecie się w całą nadchodzącą historię. A w przypadku Flasha najlepiej zrobić to jak najszybciej!



Tytuł: Flash, tom 3 - Łotrzy - reaktywacja
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Carmine Di Giandomenico, Jesus Merino, Neil Googe
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie przygody Flasha znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

RECENZJA: Głębia, tom 3 - Wybrzeże gasnącego światła (Rick Remender, Greg Tocchini)


Czy w postapokaliptycznym świecie, przepełnionym walką o przetrwanie pośród wszelkich wynaturzeń, zła i podłości, jest jeszcze szansa na nadzieję? Choć odpowiedź wydaje się nader jasna, Stel, bohaterka Głębi, nigdy nie przestała wierzyć. Wewnętrzne przekonanie o słuszności swoich decyzji utrzymuje pomimo trudności, jakie zsyła na nią los. Lata temu jej rodzina została brutalnie rozdzielona, tymczasem ona nieustannie snuła plany na ponowne zjednoczenie z kochanymi osobami. Teraz, płynąc z prądem dotychczasowych wydarzeń, nie zamierza ugiąć się ani trochę. Jakaś dziwna opatrzność daje jej nieokiełznaną siłę, aby stale przeć do przodu. Czy jednak to samo można powiedzieć o jej córkach?

Rick Remender to utalentowany scenarzysta, który potrafi stworzyć nie tylko wciągające historie i nieznane światy, ale też umiejętnie kreuje postacie wypełniające stronice swych komiksów. Trzeci tom Głębi, zatytułowany Wybrzeże gasnącego światła, dobitnie pokazuje, że w tej materii autor nie ma sobie równych. Nie jest mu obcy rozwój bohaterów (patrz seria X-Force), a zmyślnie dobieranymi zwrotami akcji ułatwia sobie poruszanie się w obranej konwencji. To naprawdę wyjątkowy dar, bo tam gdzie inny scenarzysta poległby z kretesem, Remender czuje się jak ryba w wodzie. I przyciąga tym uwagę czytelnika.

Wybory oraz ukryte zamierzenia bohaterów są najmocniejszą stroną nowego tomu serii. Mając w pamięci dwie pierwsze odsłony cyklu, spodziewałem się pewnych standardowych rozwiązań, tak charakterystycznych dla opowieści tworzonych w podobnym klimacie. Na szczęście nic z tego! Nie będę zdradzał najciekawszych fragmentów fabuły, bądźcie jednak świadomi, że odkryjecie nowy tok postępowania niektórych postaci, co całkowicie zmieni tor, jakim będzie podążać ta historia. A to uczyni ją też niezwykle przewrotną! W klasycznych opowieściach wiara często wypełnia wszystkich pozytywnych bohaterów, natomiast tutaj nie jest to już takie oczywiste. Nadzieja to myśl kreująca pozytywne emocje, ale również ból i głębokie pragnienie zemsty.


Głębia kładzie również kres czytelniczym przyzwyczajeniom w kwestii nietykalności najważniejszych bohaterów. Koniec z kultem świętych krów, tu każdy może tu zginąć (George R. R. Martin z pewnością byłby dumny)! Choć obserwujemy niezwykle kreatywny, fantastyczny świat, żniwo śmierci jest tu jak najbardziej realne. A skoro jestem już przy samym uniwersum, muszę pochwalić wszystko, co Remender stworzył w nim do tej pory. Wygląd oraz zasady rządzące światem przedstawionym, niecodzienne rasy i stworzenia zamieszkujące głębię i powierzchnię, kultura oraz technologia przyszłości - wszystko potrafi tu przyciągać uwagę nie mniej, niż intensywny rozwój wydarzeń. Świadczy to tylko o umiejętności panowania autora nad epicką strukturą opowieści. 

Oczywiście, nie byłoby Głębi bez rysunków Grega Tucchini. Mocno szkicowa kreska, niejednokrotnie wymagająca dłuższego przypatrywania się poszczególnym kadrom, stała się już znakiem firmowym tej serii. Pomimo pozornej niedbałości, artysta potrafi oddać należne emocje, a rozrysowana dynamika wydarzeń oraz surowy klimat otoczenia, idealnie uzupełniają wyobraźnię Remendera. Warto przekonać się do tych grafik, bo waz z treścią tworzą coś naprawdę unikalnego.

Wybrzeże gasnącego światła ugruntowało moje przekonanie o wysokiej jakości Głębi. To naprawdę niesamowity komiks, w którym zaskakują nie tylko wybory postaci, ale też ogólny wydźwięk całości. Pesymizm wylewający się z kart opowieści jest skutecznie gaszony przez upór głównej bohaterki oraz emocje, jakie wywołują jej przygody. Nadzieja ma tu różne wymiary, przez co komiks nie wpada w pułapkę stawania się kopią samego siebie. To w dzisiejszym świecie literatury fantastycznej pewna rzadkość, dlatego polecam zapoznać się z tym cyklem. Potrafi on skutecznie podnieść na duchu, udowadniając, że opowieści obrazkowe mogą być pisane naprawdę interesująco.



Tytuł: Głębia, tom 3 - Wybrzeże gasnącego światła
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Greg Tocchini
Kolory: Dave McCaig
Przekład: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Image/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Komiksy z serii Głębia znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.  


piątek, 3 sierpnia 2018

Filmowy Marvel nie zawsze idealny, czyli moje rozczarowanie Ant-Manem i Osą


Oj, rozpuścił mnie ten Marvel swoimi filmami, rozpuścił... Co roku dwie, trzy wielkie produkcje, a każda jakby lepsza, wnosząca coś nowego, znacznie okazalsza. Aż tu nagle pojawia się taki Ant-Man z Osą i... wychodzę z kina bez wypieków na twarzy. Co się dzieje? Gdzie podziała się monumentalna akcja, wielkie emocje, niezwykli bohaterowie? Ano, takie elementy były poprzednim razem, a teraz przyszedł czas czas na coś mniejszego. Bardziej kameralnego. No tak, w końcu określenie "człowiek-mrówka" zobowiązuje. Lecz jak mam teraz żyć, skoro nie czuję się jakbym zobaczył klasyczny film Marvela?

Pozwólcie, że ujmę to od razu: Ant-Man i Osa (2018) to nie jest zły film. Wręcz przeciwnie, obiektywnie ujmując, to bardzo dobry film. Wszystko gra w nim jak należy. Mamy moc dynamicznych postaci, dobrze skrojoną akcję, sporo emocjonalnych i wesołych momentów. Co zatem nie wyszło? Dwa elementy. Za mało tu pary tytułowych bohaterów, a stawka ma poprzeczkę ustawioną o wiele za nisko. Dziwne, prawda? Niestety, takie są moje odczucia od razu po wyjściu z kina. Być może takie było zamierzenie scenarzystów (Chris McKenna, Erik Sommers) oraz reżysera (Peyton Reed). Niewykluczone, że chcieli oni pokazać mniejszą historię, lecz skroić ją tak, jak dotychczasowe produkcje studia. Niestety, to podejście zawiodło. Na ekranie dzieje się czasem za dużo, a para filmowych protagonistów często jest spychana na dalszy plan, głównie za sprawą mnogości wydarzeń oraz postaci towarzyszących.

Przez ten tłum na ekranie druga odsłona przygód Ant-Mana przypomina niezbyt lubiany przeze mnie podgatunek heist movie. Oczywiście, pierwszy film z cyklu też miał podobne korzenie, jednak tam charakterystyczne elementy przysłaniała wysoka stawka, mocno korespondująca ze stylistyką uniwersum Marvela. W nowym filmie tego zabrakło. Głównym motywem uczyniono tym razem wyprawę po Janet Van Dyne (Michelle Pfeiffer) oraz zagrożenie ze strony cierpiącej na pewne (związane z wymiarem kwantowym), schorzenie Avy (aka Ghost). Na szczęście twórcy nie pogubili się w ilości wątków i ogląda się to dobrze, ale nie tego oczekiwałem po filmie.


Na zasłużone uznanie zasługuje Paul Rudd. Jego Scotty jest chwilami lepszy od postaci wykreowanej poprzednim razem. Lekkość i naturalność, z jaką aktor wciela się w najbardziej przyziemnego z superbohaterów, jest naprawdę godna podziwu. Osobne oklaski otrzymuje Michael Pena. Jeśli śmieszył Was jego Luis, tym razem też nie będziecie zawiedzeni. Dzięki tej parze aktorów, filmy z cyklu mają typowo ludzki (i komiczny) pierwiastek, nieczęsto spotykany w niesamowitym świecie Marvela. Tylko tu w jednej scenie zgłębimy niebezpieczne sytuacje z groźnymi przeciwnikami, martwiąc się jednocześnie o zaginione szkolne buty Cassie. Natomiast Evangeline Lilly i Michaelowi Douglasowi nie udało się wyjść poza przeciętność. Grają swoje role na podobnej nucie jak poprzednio, szkoda jednak, że Lilly nie dodała kreacji Hope Van Dyne czegoś więcej niż ostatnim razem. 

Widzowie uwielbiający zabawy z powiększaniem i pomniejszaniem, z pewnością będą mieli na czym zawiesić oko. Niestety, ja wszystkich tych atrakcji dostałem za dużo, a brak określonych praw fizyki (i ogólnych zasad używania technologii Pyma) sprawił, że twórcy zaczęli posługiwać się nimi bez umiaru. Szkoda, bo lepsze określenie reguł mogłoby znacznie podnieść emocje w trakcie bardziej emocjonujących zdarzeń.

Ant-Man i Osa zostawili mnie z uczuciem niedosytu oraz mętliku w głowie, nie pozwalającemu cieszyć się filmem tak, jak planowałem. Z pewnością znajdą się widzowie, którzy docenią zaprezentowane w nim rozwiązania, jednak ja do nich nie należę. Być może po drugim seansie (już w domowym zaciszu, gdzieś za pół roku) inaczej odbiorę tą produkcję. Na razie mogę pochwalić jedynie role aktorskie oraz kreatywne podejście do tematu superhero. Niestety, paradoksalnie jest ono również przyczyną, dla której film mocno mnie rozczarował. No cóż, czasami tak bywa. Nie umniejsza to jednak różnorodności filmowego uniwersum, a wręcz czyni bardziej przestronnym. Wybierzcie się więc do kina i sami oceńcie, czy Ant-Man i Osa spodobają się Wam bardziej niż mnie.



Tytuł: Ant-Man i Osa (Ant-Man and the Wasp)
Scenariusz: Chris McKenna, Erik Sommers
Reżyseria: Peyton Reed
Aktorzy: Paul Rudd, Evangeline Lilly, Michael Pena, Hannah John-Kamen, Michael Douglas, Laurence Fishburne
Wytwórnia: Disney/Marvel
Data premiery: 7 lipca 2018 (USA), 03 sierpnia 2018 (Polska) 
Czas trwania: 118 min.

środa, 1 sierpnia 2018

Emilka Sza - Do you speak NIEMY?

Pamiętacie komiks Duuuuuch! autorstwa Magdaleny Kani i Maćka Kura? Tego lata nasza urocza bohaterka powraca z nową historyjką, opowiadającą o trudach porozumienia pomiędzy ludźmi i mimami. Wpadajcie na stronę autorki - Meagolicious.com i poznajcie ją jako pierwsi! :-)


poniedziałek, 30 lipca 2018

RECENZJA: Batman, tom 3 - Jestem Bane (Tom King, David Finch)


Po wyprawie na wyspę Santa Prisca i udanej próbie odbicia Psychopirata, Batman musi ponieść konsekwencje swoich czynów. Bane zmierza do Gotham i jest gotów zrobić wszystko, aby odebrać należną własność. Czy Bruce jest gotów na to spotkanie? Tym razem nie będzie taryfy ulgowej, a dla Nietoperza nadchodzące spotkanie okaże się ostateczną walką o wszystko. Tom King w trzeciej odsłonie swej opowieści kontynuuje wątki rozpoczęte w Jestem Gotham. Po całkiem niezłym otwarciu i nieznacznym spadku formy w Jestem samobójcą, Jestem Bane zamyka pewien etap w życiu Mrocznego Rycerza. Jak wypadło to ostateczne stracie zaciekłych wrogów?

Po pierwsze, King ma własną wizję Batmana i nie boi się jej przedstawiać. Wszystkie wydarzenia od startu tytułu w ramach DC Odrodzenie prowadziły do ponownego spotkania Nietoperza z Bane'm. Czytając komiks nie dostrzegłem zbyt wielu luźnych wątków, natomiast te, którym autor poświęcił najwięcej czasu, wreszcie znalazły swój oczekiwany finał. Po drugie, nie każdemu wizja Kinga musi przypaść do gustu. Scenarzysta ma też specyficzny sposób prowadzenia dialogów. Ponadto, w dość charakterystyczny sposób tworzy całą fabułę i narrację. Batman Kinga balansuje więc na granicy psychologicznego thrillera, przeplatanego mroczną historią akcji.


Najciekawszym elementem Jestem Bane jest oczywiście stracie dwóch bohaterów. Rozwiązano je w bardzo pomysłowy sposób. Choć Bane jest jednym z najsilniejszych i najbardziej zajadłych przeciwników Nietoperza, autorom udało się uniknąć bezsensownej nawalanki, pokazując psychologiczne podłoże ich zmagań. Aby wyjść zwycięsko z pojedynku, Bruce Wayne musi sięgnąć w głąb swej podświadomości i przypomnieć sobie dlaczego (i w jakich okolicznościach) stał się Batmanem. Czytelnikowi jest dane obserwować tą podróż na przemian z równie mroczną genezą Bane'a. Okazało się, że źródłem wybranej drogi obu postaci był głęboki związek uczuciowy z matkami. Fantastycznie rozrysowane sceny walk przeplatają się tu więc z głęboko ukrywanymi wspomnieniami zdeterminowanych bohaterów.

Tom King ciekawie przedstawił otoczenie Batmana. Najlepiej widać to podczas sceny w restauracji, gdzie Bruce spotyka swoich podopiecznych. Okazuje się, że Damian, Dick i Jason pomimo długiego czasu spędzonego pod opieką Nietoperza, nie przesiąkli mrokiem oraz strachem przed normalnym życiem, jak ich mentor. To nadal zwykli, oddani sprawie chłopcy, którzy we własnym towarzystwie zachowują się tak samo jak reszta młodych ludzi. Z kolei ostatnia rozmowa Batmana z Gotham Girl ujawnia jego ułomność w wielu typowo ludzkich aspektach. To przenosi nas do sceny finałowej, w której Bruce zadaje Selinie Kyle pytanie decydujące o ich wspólnej przyszłości. Emocje, pytania i niepewność, ale również nadzieja - w takim świecie żyje w tej chwili Batman. Dzięki sprawnej narracji klimat całości udziela się również bardziej wrażliwemu czytelnikowi.


Słabszym ogniwem albumu są niestety dwie, zamieszczone na końcowych stronach historie. O ile Dobry piesek broni się ostatecznie jako krótka, nieco lżejsza w odbiorze forma, to Odważni i spróchniali są chyba jakąś pomyłką. Niepotrzebna, mało ciekawa i nie prowadząca do niczego konkretnego opowieść o śledztwie, w którym Batmana wspomaga Potwór z Bagien, prezentuje mało ciekawy finał, a na dodatek zapomina się o niej równie szybko, jak się ją czyta.

Rysunki Davida Fincha są absolutnym mistrzostwem. Powaga historii, wspomagana dynamiką i precyzją jego kreski, nie mają sobie równych. Artysta idealnie współgra swymi pracami z narracją scenarzysty, uzupełniając ją o wyrazistą stronę wizualną, która nadaje się do tego celu najlepiej. Szczególnie w scenach pełnych mroku Finch błyszczy najbardziej, niestety gorzej wychodzi mu pokazywanie ludzkiego oblicza bohaterów w bardziej przyziemnych sytuacjach.

W moim odczuciu Jestem Bane to świetne zwieńczenie dotychczasowej historii Batmana. Tom King stworzył w tym komiksie bardzo specyficzną, choć nie do końca łatwą w odbiorze historię. Ponadto, jednym interesującym zabiegiem otworzył możliwość ciągu dalszego i jak można się spodziewać, będzie on jeszcze ciekawszy niż to, co autor pokazał nam dotychczas. Trzeci tom przygód Mrocznego Rycerza tworzy nowy sposób opowiadania historii o tym bohaterze, a jeśli podejdziecie do niego z otwartą głową, ma szansę spodobać się i Wam. Niestety, na dalszy rozwój wypadków przyjdzie nam czekać cierpliwie aż do piątego tomu, ponieważ w kolejnym udamy się na tajemniczą wojnę żartów z zagadkami.



Tytuł: Batman, tom 3 - Jestem Bane
Scenariusz: Tom King
Rysunki: David Finch
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie aktualne komiksy z Batmanem znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 29 lipca 2018

RECENZJA: Star Wars™: Propaganda - Pablo Hidalgo


Aż trudno uwierzyć, że Gwiezdne wojny są z nami już od ponad czterech dekad. Na przestrzeni tych dziesięcioleci doczekaliśmy się nie tylko wspaniałych filmów i seriali, ale również szeregu publikacji poszerzających to fantastyczne uniwersum. Na porządku dziennym są oczywiście książki i komiksy, ale od czasu do czasu twórcy związani z Lucasfilm oddają w nasze ręce o wiele bardziej specjalistyczne publikacje. Jedną z nich jest wydany niedawno album Star Wars™: Propaganda. I choć może się Wam wydać dziwne samo zastosowanie zawartego w tytule określenia, wiedzcie, że wydawnictwo to wyróżnia się znacznie na tle innych, związanych z tematem opracowań.

Z początku sam nie byłem bardzo przekonany do powyższego albumu. Dziwny, pozornie niezwiązany z uniwersum tytuł, a także liczne grafiki (opatrzone niezbyt długim tekstem), robiły dobre, choć niekoniecznie imponujące wrażenie. Dałem jednak owemu tworowi szansę i wkrótce przekonałem się, co mógłbym stracić. Star Wars™: Propaganda okazał się zapisem historii odległej galaktyki, ujętym w bardzo kreatywny oraz niespotykany dotychczas sposób.


Dzieło Pablo Hidalgo, wieloletniego znawcy i eksperta świata Gwiezdnych wojen, przybliża nam opowieści znane z dużego ekranu, tak pod kątem zmian polityczno-społecznych, jak i sposobu kreatywnego wyrażania pragnień i nastrojów obywateli, uczestniczących w życiu galaktyki. Zabrzmiało dziwnie? Może trochę, lecz zapewniam Was, że cała książka jest po prostu zapisem filmowych dziejów, przygotowanym w dość unikalny sposób. Podzielony na poszczególne epoki album, opowiada o wydarzeniach, decyzjach i wojnach, ilustrując każde wydarzenie pracą fikcyjnego, zaangażowanego w los świata artysty.

Nawoływania Separatystów do uwolnienia się spod przytłaczającego wpływu ograniczającej swobody Republiki, obrazoburcze lub bałwochwalne wizerunki galaktycznych przywódców i liderów, pełne oburzenia oraz zaciekłości nakazy Imperium, czy pacyfistyczne ideologie nowo powstających sojuszy - wszystko to zilustrowane i wyjaśnione w prosty, zrozumiały, a co najważniejsze, niezwykle wciągający sposób. Star Wars™: Propaganda jest w istocie niesamowitą gratką dla każdego oddanego, gwiezdnowojennego fana. To archiwum wielkich filmowych wydarzeń i swoisty zapis historii rozpoczętych Mrocznym widmem, a zakończonych Przebudzeniem mocy.


Książka Hidalgo jest również niezwykle plastycznym pamiętnikiem, wspominającym wydarzenia, którymi na przestrzeni dziesięcioleci żyła galaktyka George'a Lucasa. Mając na względzie, jak często opisywano historie ze świata Star Wars, godnym pochwały jest sposób, w jaki autor podszedł do tego, zdawałoby się, wyczerpanego tematu. Jego spojrzenie jest świeże, wciągające i niecodzienne. Warto również zaznaczyć, że dzięki tej książce niejedna osoba (niezadowolona z kształtu trylogii prequeli), będzie mogła docenić próbę Lucasa w ukazaniu wydarzeń, prowadzących do powstania Imperium. Album Star Wars™: Propaganda pokazuje jasno, jak trudne było opowiadanie historii znanych postaci, przy jednoczesnym ukazaniu rozpadu Republiki.

Dzieło Pablo Hidalgo jest zbiorem wspaniałych, kreatywnych ilustracji, rozwijających filmowy świat w sposób, jakiego jeszcze nie widziałem. Całość urzeka pomysłem, wielką znajomością tematu i formą realizacji, jakich w publikacjach ze świata Star Wars nie dane mi było doświadczyć. Należy jednak pamiętać, że jest to wydanie skierowane raczej do grupy oddanych fanów, którzy o swojej ulubionej serii wiedzą już niejedno. Tylko oni w pełni docenią mozolne starania autora w przedstawianiu losów galaktyki. Reszcie odbiorców z pewnością przypadną do gustu przepiękne grafiki, lecz treść merytoryczna raczej nie zdoła poruszyć ich serc. Natomiast dla wszystkich wielką atrakcją będzie 10 kolekcjonerskich plakatów, dołączonych do tego albumu.



Tytuł: Star Wars™: Propaganda
Autor: Pablo Hidalgo
Przekład: Anna Hikiert-Bereza
Wydawnictwo: AMEET
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 69,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 26 lipca 2018

Lego 71043 - Hogwarts Castle nadchodzi!

Fani Lego i Harry'ego Pottera mają w tym roku wiele powodów do radości. W listopadzie do kin trafi kolejna odsłona Fantastycznych zwierząt, a półki sklepowe zaczynają powoli zapełniać kolekcjonerskie minifigurki wraz z tematycznymi zestawami Lego. A to jeszcze nic, ponieważ już 1 września w ręce sympatyków czarodziejskiego świata J. K. Rowling, wpadnie niesamowity, ogromny zestaw Lego - 71043 Hogwarts Castle!


Hogwarts Castle (Zamek Hogwart) to imponująca budowla, składająca się z ponad 6.000 klocków Lego! Jak widać na zamieszczonych zdjęciach, projektanci duńskiej firmy nie zapomnieli o klasycznym wyglądzie budowli, a także charakterystycznych elementach wnętrza tego legendarnego zamku. Z pewnością odnajdziecie tu pomieszczenia, przejścia oraz sale, w których rozgrywała się większość kultowych scen z książek i filmów. Dodatkową atrakcją jest zestaw pięciu łodzi, bijąca wierzba (z miniaturką auta), chatka Hagrida oraz bardzo groźny smok. Do pełnego szczęścia należy jeszcze dodać 27 mikrofigurek przedstawiających wielu bohaterów.


Fanów, którzy mogą poczuć się zawiedzeni wykonaniem zamku w mniejszej od dotychczasowej skali, z pewnością pocieszy fakt obecności czterech klasycznych minifigurek w tym zestawie. Dzięki temu, do rąk sympatyków Lego trafią po raz pierwszy legendarni założyciele szkoły Hogwartu: Godric Gryffindor, Helga Hufflepuff, Salazar Slytherin oraz Rowena Ravenclaw.


Zestaw będziecie mogli wkrótce zamawiać w tym miejscu. Zwróćcie jednak uwagę na cenę, ponieważ możliwość stałego obcowania z tym klockowym dziełem wyceniono na 1850 zł...

środa, 25 lipca 2018

RECENZJA: Uncanny X-Force - Sposób na Apocalypse'a, tom 1 / Era Arachangela, tom 2 (Rick Remender)


Wśród fanów komiksów (i nie tylko) chyba na próżno szukać kogoś, kto nie słyszał o drużynie X-Men. Marvelowscy mutanci od wielu dekad władają wyobraźnią fanów fantastyki, zapewniając masę rozrywki (tak na papierze jak i w kinie), ale również poruszając ważne kwestie tolerancji, odmienności czy samoakceptacji. Z pewnością można stwierdzić, że lektura przygód wychowanków prof. Xaviera jest połączeniem przyjemnego z pożytecznym, a mnogość postaci pojawiających się w uniwersum daje możliwość obcowania z całą gamą niecodziennych charakterów. O ile jednak sami X-Meni są ogólnie dość dobrze znani, inaczej sprawa przedstawia się w przypadku drużyny X- Force.

Czym zatem jest ta mało znana grupa? Otóż X-Force to zespół mutantów, zdolnych do działania przy użyciu dość drastycznych metod, prowadzących swe operacje w sekrecie przed resztą świata. Zostali powołani do życia przez Wolverine'a, a w ich skład wchodzą Deadpool, Psylocke, Fantomex oraz Archangel. I to właśnie ten ostatni jest najważniejszym elementem serii Uncanny X-Force, pisanej przez Ricka Remendera. Jeśli czytacie regularnie X-Men, zapewne wiecie, że Angel został swojego czasu uprowadzony przez potężnego Apocalypse'a, któremu udało się zmienić jego strukturę genetyczną. Dzięki temu Warren (bo tak brzmi ludzkie imię Archangela) miał zostać jednym z jego mitycznych Jeźdźców. Na szczęście Angel zdołał wyzwolić się z mentalnej kontroli, jaką roztaczał nad nim złowrogi mutant. Najważniejsze pytanie brzmi: na jak długo?


W albumach Sposób na Apocalypse'a oraz Era Archangela, drużyna X-Force stawi czoła fanatykom kultu Akkaba, którzy dysponują młodym, odrodzonym wcieleniem Apocalypse'a. Zadanie Wolverine'a i reszty będzie o tyle trudniejsze, ponieważ w duszy Archangela wciąż tli się zaprogramowana struktura, jaką został obdarzony wbrew własnej woli. Nawet jeśli mutanci zwyciężą niebezpiecznych przeciwników, zdrada może nadejść z wnętrza ich niewielkiej drużyny. A to jeszcze nie koniec, bowiem X-Force staną także naprzeciw inwazji Deathloków. Co ciekawe, grupa, z którą przyjdzie im walczyć, łączyć będzie w sobie umiejętności i wygląd najbardziej rozpoznawalnych postaci Marvela. Najcięższą próbą okaże się jednak wyprawa po Ziarno Życia, jako jedyne będące w stanie zapobiec trwałej przemianie Warrena. We wszechświecie równoległym X-Force spotkają zarówno oddanych sprzymierzeńców, jak i najmniej oczekiwanych przeciwników.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko co napisałem powyżej, może wydać się nowemu czytelnikowi równie zachęcające, jak i odrzucające. Sam nie jestem wybitnym znawcą Marvela, lecz w najważniejszych kwestiach połapałem się dzięki dobrze przygotowanemu wprowadzeniu. Poznałem w nim najważniejsze informacje o wszystkich bohaterach, a także wydarzeniach poprzedzających powstanie drużyny. W kwestii wyjaśnień nic nie pozostawiono przypadkowemu działaniu, natomiast klarownie prowadzona fabuła pozwoliła mi stopniowo zagłębiać się w losy grupy X-Force. Sama struktura komiksów sprawiła, że z każdym kolejnym rozdziałem bawiłem się coraz lepiej, bardziej doceniając poszczególne postacie.


Jeśli chodzi o bohaterów, to są oni główną siłą napędową obu albumów. Muszę to napisać wprost, ale nie do końca przekonały mnie wszelkie potyczki, walki czy zmagania X-Force z ich licznymi antagonistami. Oczywiście rozumiem, że taka jest często struktura komiksów superhero, lecz widząc jak sprawnie autor rozpisał główne postacie, żałuję, że nie pokusił się o zmniejszenie akcji na rzecz dopieszczenia samej fabuły. Niestety, pomimo kilku dość ciekawie wykreowanych przeciwników, zbyt częste starcia znacznie obniżają moją ocenę tych tytułów. Na szczęście zapałałem głęboką sympatią do Psylocke i Archangela, często frapował mnie dziwny sposób bycia Fantomexa, a sam Deadpool nie był aż tak denerwujący, jak w dotychczas czytanych przeze mnie komiksach.

Co ciekawe, Rick Remender dość oszczędnie ukazał postać mojego ukochanego Wolverine'a. Śmiem twierdzić, że obok Deadpoola przeszedł on chyba najmniej dostrzegalną drogę (nawet w świetle spotkania kogoś, kto w jego własnym świecie znaczył dla niego bardzo wiele). Trochę szkoda, jednak pewnym pocieszeniem jest głęboki związek uczuciowy pomiędzy Elizabeth Braddock i Warrenem Worthingtonem. Ich miłość, wzajemne poświęcenie oraz głęboki szacunek, mocno wyryły mi się w pamięci. To chyba najlepsza komiksowa para, jaką dane mi było poznać w ostatnim czasie. Jedna z ich ostatnich scen w Erze Archangela naprawdę zaszkliła mi oczy. Jako dość świeżemu czytelnikowi opowieści z uniwersum Marvela, bardzo przypadł mi do gustu pojazd X-Force, tworzony przez układ nerwowy (tzw. EVA) Fantomexa. No powiedzcie sami, czy nie byłoby wspaniale, móc kreować coś podobnego wyłącznie za sprawą siły umysłu i woli?


Rysunki w obu albumach są naprawdę doskonałe. Choć pracowało nad nimi wielu artystów, każdy zdołał dorzucić coś znamiennego od siebie. Dynamika walk, zbliżenia twarzy, piękne tła i kolory skutecznie przyciągały moją uwagę. I choć czasami tych atrakcji było może nazbyt wiele, nie mogę nie docenić ogromu pracy, jaki rysownicy włożyli w powstanie poszczególnych kadrów. To także dzięki nim mocno udzieliła mi się dość pesymistyczna nuta wszystkich historii, a ciemniejsze tonacje barw podkreśliły powagę tych typowo rozrywkowych opowieści.

Sposób na Apocalypse'a i Era Archangela to dwa bardzo zajmujące komiksy, które zapewniają godziwą rozrywkę, ale też wydobywają pewne skrywane wewnątrz nas uczucia. Ten ostatni element, jest w moim pojęciu ich główną zaletą. Natłok licznych scen akcji przypadnie do gustu tym czytelnikom, którzy lubią mniej wysublimowane atrakcje, a głębsze interakcje pomiędzy bohaterami zadowolą tych z Was, którzy gustują w bardziej przemyślanej fabule. Wizualna strona dostarcza najwyższych wrażeń, dochodzę więc do wniosku, że każdy znajdzie w dziełach Remendera i spółki coś dla siebie. Oczywiście, pod warunkiem, że lubicie gatunek superhero. Bez tego przecież ani rusz!



Tytuł: Sposób na Apocalypse'a / Era Archangela
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Leonardo Manco, Jerome Opena, Rafael Albuquerque, Esad Ribic, Billy Tan, Rich Elson, Mark Brooks, Scott Eaton
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Marvel/Mucha Comics
Rok wydania: 2017/2018
Ilość stron: 224/288
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79 zł/89 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics.