poniedziałek, 26 grudnia 2016

RECENZJA: Star Wars Łotr 1, Przewodnik Ilustrowany - Pablo Hidalgo

Zawsze przy okazji premiery nowego filmu ze świata Gwiezdnych Wojen rynek zalewa fala najróżniejszych publikacji, gadgetów, zabawek, magazynów i pamiątek. Wśród tak wielkiej ilości czasem trudno ogarnąć co jest naprawdę wartościowe, a co należy traktować jak zwykłą stratę naszych ciężko zarobionych pieniędzy. I choć zapoznalibyśmy się z wszystkim, co rynek ma do zaoferowania, to i tak opinii byłoby tyle ile osób je wypowiadających.
Dlatego właśnie postanowiłem pomóc w ogarnięciu tematu i przedstawić moim zdaniem najciekawszą pozycję książkową, która właśnie zagościła na księgarskich półkach: album autorstwa Pablo Hidalgo i Kempa Remillarda, Łotr 1 - Przewodnik Ilustrowany.

Album ten jest po prawdzie nieco inną formą wydawanych do tej pory Słowników Obrazkowych, które poprzez zdjęcia przedstawiały postacie, lokacje, ubiory, uzbrojenie, narzędzia, pojazdy i wszelkie inne rzeczy, wypełniające poszczególne filmy ze świata Gwiezdnych Wojen. Tutaj rzecz ma się podobnie, lecz warto odnotować kilka znaczących różnic.

Pierwsza to objętość. Album ma 200 stron i jest to o ponad połowa więcej niż w przypadku Słowników Obrazkowych.
Druga to nowy koncept jakim są przekroje większości pojazdów i statków. Do tej pory przekroje ukazywały się w osobnych wydawnictwach, tym razem zmieszczono je tutaj. I bardzo dobrze. Nie musimy kupować dodatkowych książek aby je zobaczyć. U-Wing, Czołg Szturmowy Imperium, Prom Zeta, Tie Szturmowy, Prom T3C Delta, jest tu wszystko.
Trzecia, ostatnia sprawa to informacje. Są przedstawione w nieco inny sposób niż dotychczas. W Przewodniku Ilustrowanym dowiemy się trochę więcej o wszystkich bohaterach. Biorąc pod uwagę, jak niewiele szczegółów poznaliśmy odnośnie życia Galena i Lyry Erso czy Orsona Krennica, są to dość cenne dodatki. Także w sensie poszerzania fabuły spoza ekranu.

W Przewodniku znajdziecie więc chyba wszystko co chcielibyście wiedzieć o świecie Łotra 1. Ilość informacji jest doprawdy przytłaczająca. Przedstawienie wojsk rebelii, Imperialnych dowódców i ich sił wsparcia, naukowcy z GS-1, opisy planet oraz punktów strategicznych. Oprócz tego miejsca, bohaterowie i sprzęt, o czym wspominałem powyżej.
Na końcu książki znajdziecie też krótki materiał z planu, co jest nowością w tego typu publikacjach. Przyznam, że to bardzo miły dodatek.

Jest jednak mały zgrzyt tego albumu - Tarkin. Prawdopodobnie ze względu na uniknięcie spoilerów przed premierą filmu (co jest dziwne, bo książka ukazała się już po jego premierze), wydawca zdecydował się nie zamieszczać informacji na temat Wielkiego Moffa. Oczywiście, sam Tarkin jest wspomniany w tekście kilka razy, ale opisu postaci już nie uświadczymy. To poważny zarzut, bo skoro w albumie znalazło się miejsce na przedstawienie hełmów pilotów rebelii oraz kolekcji zabawek Jyn, to brak postaci jednego z przywódców Imperium dość mocno kłuje w oczy.
Mimo wszystko publikację bardzo polecam. Oczywiście, to rzecz skierowana raczej do fanów, i to właściwie oni będą mieli frajdę z jej czytania.

Poniżej moje fotki z wnętrza Przewodnika, żebyście zobaczyli z czym dokładnie mamy do czynienia:

 





 
 
Wydawca: Egmont
Rok wydania: 2016, grudzień
Ilość stron: 200
Tekst: Pablo Hidalgo
Ilustracje: Kemp Remillard
Tłumaczenie: Anna Hikiert, Błażej Niedziński, Adrianna Zabrzewska
Wydawca oryginału: Dorling Kindersley Limited (DK)


niedziela, 25 grudnia 2016

Czy można wierzyć filmowym zwiastunom?


Czasy się zmieniają i tak samo zmienia się podejście do spraw promocji, rozgłosu oraz wszelkich sposobów reklamy. Zewsząd atakowani jesteśmy wszelkiego rodzaju wabikami, które mają na celu przyciągnąć nas do oferowanego produktu. I jak to w reklamie bywa, zasadniczo wszystkie chwyty są dozwolone. Tylko czy tak naprawdę my, odbiorcy popkulturalnego przekazu nie zasługujemy na czyste zagrania i szczery przekaz?
Mam tu na myśli głównie zwiastuny filmowe. I w zasadzie nie chodzi mi o tzw. teasery (czyli pierwsze, nie zobowiązujące fabularnie zapowiedzi), bo ich celem jest wyłącznie zasygnalizowanie istnienia danego filmu, ale właściwe trailery, które pojawiają się po to, aby napomknąć o fabule oraz pozwolić ocenić, czy dany obraz jest przeznaczony dokładnie dla nas. Krótko mówiąc, chodzi mi o mylny przekaz jaki coraz więcej z nich (szczególnie w przypadku blockbusterów) prezentuje.
Ile to już razy, oglądając zwiastun mówiliśmy sobie "o, jaki świetny film", "rety, po prostu muszę to obejrzeć!", czy coś w tym stylu. I jest to w sumie włąściwa reakcja. Gorzej, jeśli po tych 2-3 minutach nabieramy błędnego przekonania o charakterze lub nawet całej treści filmu (i nie chodzi mi o to, czy będzie dobry lub słaby). Niestety, ostatnimi czasy praktyki wyprowadzania nas na manowce przez studia filmowe zataczają coraz szersze kręgi.

Pod względem zawartej informacji, postanowiłem podzielić zwiastuny na trzy kategorie:

1. Trailer przedstawiający całkowicie mylący koncept, umyślnie wywołujący euforię oraz przeświadczenie, że film będzie zupełnie inny od tego, który faktycznie zobaczymy. Typowymi przedstawicielami tej kategorii były ostatnio m.in. Suicide Squad, Sekretne Życie Zwierzaków Domowych, Fantastyczne Zwierzęta i Jak Je Znaleźć, Tarzan: Legenda, Avengers: Age of Ultron, Fantastyczna Czwórka.

2. Zwiastun prezentujący wszystkie kluczowe sceny z filmu, w wyniku czego wszystkie najlepsze fragmenty znamy już od dawna, a sam film nie oferuje nam niczego nowego. Czasem sceny ułożone są w nim nieomal w kolejności chronologicznej, lub psują nam kluczowe twisty fabularne. Tych też było wiele: Batman Vs Superman, Warcraft: Początek, Dzień Niepodległości: Odrodzenie, Spectre, X-Men: Apocalypse.

3. Prawdziwy, tematyczny zwiastun, który informuje nas o czym w przybliżeniu będzie film, na jaki rodzaj konwencji mamy się przygotować, a także zostawiający w nas pewne uczucie niedosytu, sprawiające, że koniecznie chcemy poznać daną historię. Przykłady: Deadpool, Star Wars: Rogue One, Sausage Party, Vaiana: Skarb Oceanu.

I tylko ten ostatni stanowi uczciwe podejście do widza. Dodam jeszcze, że czasami elementy z dwóch pierwszych typów mogą się mieszać, czyniąc naszym wyobrażeniom jeszcze większą krzywdę.

Do czego więc zmierzam? Z czego robię problem? Ano z tego, że od ładnych kilku miesięcy przestałem traktować trailery jako wyznacznik oczekiwanych przeze mnie wartości. Zacząłem oglądać je jako przypadkowy zbiór scen z filmu, choć oczywiście walka z przekazem jest na dłuższą metę dość trudna, bo i tak co któryś raz daję się nabrać.
Nie chcę być wprowadzony w błąd. Gdy obserwuję ludzi (np. vloggerów z YouTube'a, lub zwykłych autorów komentarzy), którzy robią sobie nadzieję na podstawie zobaczonej zapowiedzi, to robi mi się ich szkoda. Potem słyszę te gorzkie żale o tym, jak zły lub inny od oczekiwanego efektu był ich wyczekiwany film.
Dlaczego wytwórnie tak nami manipulują? Czy pieniądz i ogłupianie nas musi być nadrzędnym celem? Póki co, świat biznesu rządzi się swoimi prawami, a w tym przypadku widzowie mogą tylko bezczynnie stać i patrzeć.
A jak będzie w nadchodzącym roku? Czy mylących zwiastunów będzie przybywać? 
Piszę to wszystko aby wyrazić swoją opinię i pewien sprzeciw, ale czy to coś w ogóle da?...
Jedyne czego oczekuję, to dyskusja. Zapraszam do niej w komentarzach poniżej. :-)

piątek, 23 grudnia 2016

Infografika Światów Thorgala i nowy album Louve.

Zawsze warto mieć coś ciekawego w zanadrzu, dlatego postanowiłem wszystkim sympatykom Thorgala przypomnieć ile komiksów składających się na Światy Thorgala pozostało nam jeszcze do poznania.
Jak widać poniżej, w następnym, 36 głównym albumie splotą się losy postaci z dwóch cykli pobocznych (Kriss De Valnor i Louve). Młodzieńcze lata nadal będą szły swym własnym torem, bez żadnych interakcji w pozostałe serie.
Trzymam kciuki za pana Grzegorza, żeby oddał w nasze ręce finalną część przed końcem 2018 roku. No i aby wytrwale rysował dalej!
 
 
Jest też bardzo dobra wiadomość! Kolejny, siódmy album cyklu Louve ukaże się już w kwietniu, a zatytułowany będzie Nidhogg. Więcej szczegółów na razie nie ujawniono.
 
 

czwartek, 22 grudnia 2016

RECENZJA: The Exorcist (sezon 1)

Ile razy to już było? Hollywood potrafi tak mocno wydoić dowolny, sprzedający się temat, że z interesującego zagadnienia często nie zostaje już nic, co mogłoby przyciągnąć uwagę choć trochę wymagającego widza. I kiedy już prawie całkiem znudziłem się filmami opisującymi wszelkiego rodzaju opętania, walkę z demonami i egzorcyzmy, zupełnie nieoczekiwanie wyskoczył tegoroczny serial stacji Fox, zatytułowany (a jakże!) Egzorcysta. Kierowany ciekawością wspieraną uwielbieniem pewnej bardzo drogiej mi osoby do filmu Kronika Opętania, postanowiłem że wspólnie spojrzymy na tą 10-cio odcinkową historię. Bo jak będzie słaba, to najwyżej po godzince lub dwóch damy sobie z nią spokój. No i wiecie co? Zostaliśmy do końca.
A wszystko przez podejście do tematyki, jakie twórcy serialu obrali sobie tworząc tę historię. Oczywiście, z jednej strony mamy do czynienia ze sztampową opowieścią o opętaniu, ale nie przez cały czas jest ona w centrum naszej uwagi. Na pewnym etapie schodzi nawet na dalszy plan, ustępując miejsca walce z demonem na zupełnie innej płaszczyźnie. Należy też zaznaczyć, że w przypadku tej historii mamy do czynienia z sequelem znakomitego pierwowzoru Williama Friedkina sprzed lat. Jednak nie zaznajomiony z powyższą wiedzą widz zrozumie ten fakt dopiero w finale piątego odcinka. Wybaczcie zatem ten mały spoiler, sądzę jednak, że nie zepsuje on nikomu frajdy z oglądania, ponieważ zapobiegawczo nie wspomniałem w jakiej konwencji utrzymana została ta kontynuacja.

Najważniejsze to jednak zaznaczyć, dlaczego w ogóle serial ten jest wart obejrzenia. Pozwólcie więc, że wrócę znów do tematu opętania. Stanowi on punkt wyjścia dla zmagań dwóch księży - jednego w trakcie zgłębiania swej drogi wiary i drugiego, który tą wiarę (oraz zdolności) niechybnie traci. Obaj zostają postawieni przed nieuniknionym, będą bowiem musieli zmierzyć się z samą istotą zła. A demon będzie bardzo przewrotny i nie omieszka wykorzystać przeciwko nim każdej, nawet najmniejszej słabości. Jeśli uznacie że to za mało, wkrótce okaże się, że opętanie Casey Rance (swoją drogą, ciekawe czemu diabeł w filmach na swoje ofiary tak często wybiera nastoletnie dziewczyny?) służy siłom zła jako pretekst do osiągnięcia o wiele bardziej złowrogiego celu. Lecz o tym przekonajcie się już sami.
Z nieukrywaną ciekawością obserwujemy tu walkę o miłość i godność rodziny, która targana konfliktami typowo ludzkimi jak i nadprzyrodzonymi, musi podjąć wyzwanie, aby móc powrócić do normalnego życia. Podobnie ma się wątek kościoła. W jego wnętrzu zderzają się dwie strony, jedna pragnąca nieść spokój, oraz druga, skorumpowana, wypaczona i zła. I to właśnie ta ostatnia (we współpracy z organami prawa i porządku) zdaje się pociągać za sznurki rozgrywających się dookoła wydarzeń.


Z odcinka na odcinek (szczególnie w pierwszej połowie serialu) dostajemy pewne fragmenty układanki, która przyciąga nas do przedstawionego świata. Ilość postaci i ich złożoność stanowi ciekawą przeciwwagę dla tytułowego zagadnienia. Choć wątków jest kilka, w końcu prowadzą nas do z góry zaplanowanego finału, a każdy z nich ma swoje uzasadnienie i czas. Większość rzeczy jest tu na swoim miejscu, spełniając postawione przed nimi założenia. Choć serial nie jest w żaden sposób wybitny i niestety nie aż tak straszny jak powinien (to chyba najpoważniejszy wobec niego zarzut), daje niezłą rozrywkę, bez zarzucania nas sztampowymi lub wytartymi rozwiązaniami fabularnymi (nawet jeśli spodziewamy się je zobaczyć). Aktorstwo również spełnia swą powinność, wszystkie role rozpisane i zagrane zostały poprawnie. Szczególnie cenię sobie udział Bena Danielsa jako ojca Marcusa oraz Geeny Davis w roli Angeli Rance.

Mam jednak wrażenie, że  Egzorcysta niekoniecznie przypadnie do gustu osobom, które nie oglądały wcześniej filmów o opętaniach. Swoją kilku-wątkową formą może odstraszyć przeciętnego widza, natomiast komuś takiemu jak ja, znudzonemu powtarzalnością tematu powinien spodobać się znacznie bardziej.
Żywię też nadzieję, że pomimo szerokiego otwarcia furtki na kontynuację, stacja Fox nie pokusi się na drugi sezon. Oczywiście, nie wszystko zostało w serialu wyjaśnione do końca, ale będzie lepiej jeśli te kwestie pozostaną na stałe w sferze niedomówień. Temat wydaje mi się ogólnie wyczerpany, toteż nie powinno się psuć tego, co zostało tu zbudowane. Boję się, że w przypadku ciągu dalszego twórcy nie udźwigną po raz drugi ciężaru zadania, wpadając w przykrą schematyczność gatunkową, o której pisałem powyżej. No, ale to już nie ode mnie zależy.
Tymczasem polecam Wam ten serial.

Moja ocena: 4/6.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rozszerzanie filmowych uniwersów - czy to dobry pomysł?

Ostatnio przeczytałem, jakoby dyrektor generalny HBO, Richard Plepner wraz ze swymi decyzyjnymi poważnie rozważali możliwość powstania tzw. spin-offu serialu Gra o Tron. Oczywiście, szef stacji twierdzi, że najpierw serial musi dobrnąć do finału, a w międzyczasie oni będą zastanawiać się jak jeszcze wykorzystać uniwersum stworzone przez George'a R. R. Martina. Nieoficjalnie mówi się o projekcie, który przedstawi wcześniejsze dzieje Westeros.
Czy to dobry pomysł? Czy warto wchodzić dwa razy do tej samej wody? Ja uważam, że tak. A dlaczego rozpoczynam w ogóle ten temat?

Niestety, od dłuższego czasu boleję nad brakiem oryginalności w filmach i serialach. Od ponad dekady zalewani jesteśmy nadmierną wręcz ilością wszelkich adaptacji, prequeli, sequeli i nowszymi wersjami historii, które widzieliśmy już dziesiątki razy. Nie wiem jak Wy, ale ja przejadłem się tym wszystkim już dawno temu. Tymczasem pomysł na umieszczanie kolejnych filmów w uniwersum danego świata daje dużo więcej kreatywnego potencjału. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nadal będzie to coś zbliżonego, ale możliwości, na które taki zamysł się otwiera są naprawdę nieograniczone. Zresztą, na dobrą sprawę, nie jest to wcale najnowsza koncepcja. Proszę spojrzeć choćby na tzw. Marvel Cinematic Universe, czyli wszystko powiązane z bohaterami Avengers. Filmy z tego cyklu można z całą pewnością nazwać prekursorami tego trendu. Kolejnym przykładem jest serial Fear The Walking Dead (nie najlepszej jakości, wiem...), który wpasował się w początek historii apokalipsy znanej z The Walking Dead. Zakończona po 2 sezonie Agentka Carter była zarazem prequelem i spin-offem Agentów T.A.R.C.Z.Y. Te filmy i seriale w koncepcyjny sposób rozszerzają lubiane światy, co w przypadku Marvela okazało się także wielkim sukcesem finansowym. Jest szansa, że w przyszłości będzie jeszcze ciekawiej, jeśli (wzorem choćby Rogue One, które wojennym klimatem odróżnia się nieco od pozostałych Gwiezdnych Wojen) twórcy sięgną po sposoby, aby poruszać się w tych światach za pomocą bardziej urozmaiconych stylów. I to jest najważniejsza przyczyna, dla której przyklaskuję spin-off'om: Różnorodność. 

Pomyślcie tylko, o ile lepsze mogą być najrozmaitsze historie w kontekście eksploracji danego świata, od bezsensownego tłuczenia kolejnych odsłon tego samego cyklu. Daje to m.in. szansę na znaczną redukcję "rebootowanej franczyzy", zupełnie bezsensownej z punktu widzenia zwykłego widza. Doskonale rozumiem potrzebę przygotowania współczesnej wersji (remake'u) filmu sprzed np. 30-40 lat. Nowe środki wyrazu oraz aktualne spojrzenie często pozwala docenić nowemu pokoleniu niepowtarzalność jakiegoś "archiwalnego" dzieła. Lecz to co zrobiono ze Spider-Manem oraz Fantastyczną Czwórką, to już po prostu jakieś nieporozumienie. I nawet jeśli ten nowy, przyszłoroczny Pajączek będzie świetny, to jakiś niesmak i tak pozostanie.


Z poszerzania uniwersów może wyjść wiele bardzo interesujących rzeczy. Pozwólcie, że na szybko podam kilka własnych przykładów:
Adaptacja Silmarillionu J.R.R. Tolkiena - to, w jaki sposób napisana jest ta książka, a także fakt, że stanowi ona kompletną historię Śródziemia, pozwoliłoby na ukazanie wielu fascynujących epok, a mnogość wieków na przestrzeni których się dzieją, dałoby realizującej ją stacji TV możliwość powstania nawet kilkunastu sezonów serialu. Oczywiście przy nakładach finansowych porównywalnych do Gry o Tron lub Westworldu, z wspomnianego wyżej HBO. 
Dalsze przedstawianie świata z Harry'ego Pottera (nie tylko w serii Fantastyczne Zwierzęta) - średniowieczny świat czarodziei, powstanie szkół magii (z Hogwartem na czele), losy bliższych lub dalszych postaci znanych z kart książek Rowling, szczegółowa historia Voldemorta.
Animowane realia Kung Fu Pandy - naprawdę sporo historii można by tam osadzić, a najciekawsza z nich byłaby oczywiście o mistrzu Oogway'u. Bo, że okrągła panda mogła nauczyć się walczyć, to jeszcze nic. Pytanie, jak dokonał tego ten ogromny żółw?


I choć wiem, że ktoś niechętny może nazwać takie podejście próbą odcinania kuponów lub odgrzewania kotletów, to ja już wolę coś takiego, niż wałkowanie do znudzenia kolejnych wersji znanych opowieści. Nie chcę kolejnego Terminatora, nie potrzebuję następnego Dnia Niepodległości!
Na szczęście Hollywood zdaje się to dostrzegać i przez stopniowe wprowadzanie owego zagadnienia na rynek daje sobie szansę na stworzenie czegoś bardziej kreatywnego. Jest w tym szansa dla nas, widzów nieustannie spragnionych czegoś niepowtarzalnego. Daje możliwość rozwoju w tych dziwnie trudnych dla kreatywności czasach.
Niech więc HBO robi ten spin-off Gry o Tron. Czekam na historię rebelii Roberta, albo opowieści z epoki podboju Targaryenów. Oby w tym temacie działo się dużo i ciekawie.
Teraz kolej na Was. Napiszcie, jakie widzicie w tym szanse? Jakie światy powinien eksplorować film lub serial? A może nie zgadzacie się ze mną i chcecie kolejnej odsłony Underworldu?...
Zapraszam do dyskusji na ten temat.

sobota, 17 grudnia 2016

RECENZJA: Star Wars - Rogue One


Trudne zadanie to było, oj trudne... Wątpiłem, gryzłem pazury, stękałem. Niepotrzebnie. Zupełnie bezpodstawnie. Słowem: sukces. Absolutnie bez przesady. Wszystko zagrało i to w chyba najlepszy ze sposobów.
Nie ma co za dużo pisać o samej fabule, bo każdy kto oglądał i pamięta Epizod IV, zna jego początkowe napisy. To na informacji w nich zawartej zbudowano pomysł na Rogue One. I choć zadanie było cokolwiek karkołomne, szczątkową informację rozbudowano tak, aby powstała nie tylko historia o dzielnych rebeliantach, ale też idealny prequel do Nowej Nadziei.
I dostaliśmy wszystko za co kochamy ten świat. Jest wciągająca, trzymająca na krawędzi fotela akcja (szczególnie w drugiej połowie), są wyraziste, różnorodne postacie (o tym więcej poniżej), jest humor słowny i sytuacyjny, są wspaniałe bitwy, potyczki, pościgi i zasadzki. To są Gwiezdne Wojny w swoim najlepszym wydaniu!
Choć klimat filmu jest nieco inny od znanego z pozostałych epizodów sagi, ani na chwilę nie sprawia odczucia jakbyśmy oglądali jakiś inny film. To prawda, nie ma tu Jedi, jest jednak Moc i w każdym kadrze widać ten nasz ukochany, gwiezdny świat. Ilość nawiązań, spajających Łotra 1 z pozostałymi częściami jest spora i co ciekawe wprowadzona zupełnie nienachalnie. To cząstki filmu, które sprawią wiele frajdy każdemu oddanemu fanowi. W ogóle, cały zamysł przeprowadzono tak, że nie dość że dostaliśmy zupełnie samodzielny film, to jeszcze idealnie komponuje się on z uniwersum, nie niszcząc ani nie podważając niczego, co w tym świecie już było (a nawet wyjaśniając kilka nie do końca zrozumiałych spraw).

Rogue One to film wojenny i jako taki należy go traktować. Jest mroczniejszy od pozostałych i faktycznie (jak wspominają inni recenzenci) przedstawia ideę walki z punktu widzenia zwykłego, szarego żołnierza. To sprawia, że wszystko o co walczą rebelianci jest jeszcze bliższe naszym sercom. Łatwiej też zrozumieć wysokość stawki, o którą toczy się ta walka.


Teraz odniosę się do moich niedawnych rozważań na temat filmu. No i będę też musiał zahaczyć o temat zwiastunów filmowych (może niedługo napiszę o nich jakąś osobną notkę), bo to, co studia robią nam swoimi zapowiedziami naprawdę woła o pomstę do nieba. Otóż Rogue One nie obfituje w nadmiar nowych technologii, sprzętu, zbroi czy ekwipunku, jak pokazano nam to w trailerach. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że w tych zapowiedziach przedstawiono większość odmiennych rzeczy, a już podczas seansu w niewielkim stopniu rzuca się to w ogóle w oczy. I chwała im za to! Na ekranie nadal przeważają klasyczni szturmowcy, imperialne krążowniki i wszelkiego rodzaju machiny kroczące. 
Co do mojej największej obawy - elementu w jaki wątpiłem, a który miał sprawić, że ta historia będzie porywająca, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju, tu też przyszło oczekiwane spełnienie. Co ciekawe, wszystko oparło się na ogniwie, którego zupełnie nie wziąłem pod uwagę - głównych postaciach. Rewelacyjnie zagranych i pomysłowo dobranych. Film jest tak skonstruowany, że choć wiemy jak to wszystko się skończy i podświadomie czujemy los czyhający na rebeliantów, to bohaterowie tak zachodzą nam za skórę, że czujemy coś więcej niż zwykłe przywiązanie widza do postaci. I kiedy dzieje się to, co musi się stać, smutek obezwładnia salę kinową, bo mamy wrażenie, jakbyśmy widzieli na ekranie naszych najbliższych przyjaciół. To, jak mało czasu dostaliśmy z nimi w tej historii i jak bardzo chcemy dowiedzieć się o nich więcej, czyni tę stratę tym bardziej bolesną.

W przypadku Rogue One mamy więc do czynienia z przemyślanym, skrupulatnie zaplanowanym i świetnie zrealizowanym widowiskiem. Oczywiście, to są Gwiezdne Wojny i nie każdy je lubi, ponieważ żądzą się one specyficznym charakterem. Lecz to właśnie on przesądził o tak ogromnym sukcesie cyklu! Jako wielki fan wszystkich części, zapewniam, że Łotr 1 to kolejna porywająca przygoda, która sprawia, że na ponad dwie godziny odlecimy do odległej galaktyki dawno, dawno temu. Czego można chcieć więcej?

Moja ocena: 5,5/6.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

STAR WARS: REBELS - podsumowanie połowy 3 sezonu.


Właśnie dobiegła końca pierwsza połowa 3 sezonu Star Wars Rebels, w związku z czym chciałbym podzielić się z Wami krótkimi spostrzeżeniami odnośnie aktualnej zawartości oraz jakości serialu. 
Od samego początku emisji, Rebelianci wywoływali we mnie różne uczucia, jednak w zdecydowanej większości były to oceny pozytywne. Oczywiście, jego forma rządzi się własnymi prawidłami (jest to serial dla dzieci i młodzieży, ramy chronologii zmuszają twórców do pokazywania wydarzeń w ściśle określonym kontekście, itd.), dlatego też za każdym razem wyznaczam sobie pewien margines tolerancji, w który staram wpasować się przedstawiane na małym ekranie historie. I choć czasami mimo wszystko trudno mi pogodzić się z niektórymi decyzjami fabularnymi (szczególnie z finałowych odcinków 2 sezonu), nowi Rebelianci dostarczają sporo fajnych chwil.
 
Trzeci sezon póki co skupia się na dwóch zasadniczych płaszczyznach. Pierwsza z nich to walka i stopniowe rozrastanie się sojuszu rebeliantów, druga traktuje o mocy i jej zgłębianiu przez Ezrę i Kanana. Obie kwestie funkcjonują w zgodzie ze sobą, na razie nie zazębiając wzajemnych wątków, które realizowane są w poszczególnych odcinkach. 
W tym sezonie otrzymaliśmy nowego, głównego antagonistę (wygląda na to, że to już tradycja i w każdym musi być to inna postać), którym jest admirał Thrawn. Ten sam, którego tysiące fanów książek pokochało niegdyś w trylogii napisanej przez T. Zahna. Co prawda, nieco inaczej umiejscowiono tę postać, jednak cały zamysł wraz z charakterem pozostał zasadniczo bez zmian. Thrawn jest genialnym strategiem, posługującym się wnikliwą zdolnością do analizy swego przeciwnika i jako taki stanowi poważne zagrożenie dla bohaterów. O ile wcześniej o sukcesie rebelii decydowała siła floty lub zdolności w posługiwaniu się mieczem świetlnym, teraz wszyscy muszą posłużyć się nie lada sprytem, aby pokonać tego przeciwnika. Odcinki Hera's Heroes i An Inside Man dobrze obrazują determinację, inteligencję i surową bezwzględność Thrawna. 
Na tle postaci stojących po stronie Imperium kapitalnie rysuje się również postać agenta Kallusa. Po 2 sezonie wiedzieliśmy, że zaczynają zachodzić w nim pewne przemiany, teraz jednak dostrzegamy, że stał się on podwójnym agentem, działającym na niekorzyść swych pracodawców. Po odcinku The Antilles Extraction sądziłem że jego pomoc Sabine była jednorazowa (wynikało to też ze słów bohatera), ucieszyłem się więc bardzo, gdy okazało się, że to on w rzeczywistości jest tzw. Fulcrumem podającym rebeliantom nowe cele i tajne informacje. Bardzo podoba mi się takie prowadzenie postaci Kallusa, bo podnosi to poprzeczkę serialu, a także daje możliwość bardzo interesujących zwrotów akcji w przyszłości. 


Temat mocy również ewoluuje i jest coraz ciekawszy. Jakkolwiek koszmarny był pomysł na wykorzystanie postaci Maula, autorzy nadal wykorzystują jego obecność, pchając Ezrę i Kanana na coraz głębszą wodę poznania istoty siły Jedi i Sith. Oczywiście, wolałbym innego świadomego swej potęgi bohatera, jednak muszę tu przyznać, że twórcy mądrze posługują się tym, kim zabrak jest obecnie w tej historii. Jakkolwiek drażniąca jest jego obecność, to psychologiczna więź z Ezrą daje opowiadanej treści bardzo potrzebny sens. Dopiero teraz tak naprawdę stało się ciekawe, kim stanie się w przyszłości młody Bridger. Niebagatelnie istotna jest tu również obecność Bendu, pradawnej istoty stojącej pomiędzy jasną a ciemną stroną Mocy. Pełni on funkcję zbliżoną do Yody, jednak wiedza, którą ma do zaoferowania jest odmienna od wiekowego mistrza Jedi.

Zatem należy serial pochwalić, bo w bardzo ciekawy sposób zmierza do kwestii, których na próżno szukać w filmach sagi. W Rebeliantach pojęcie Mocy póki co traktowane jest nieszablonowo, nie zakłócając jednocześnie kanonicznych ustaleń cyklu. Wiadomo, że Ezra nie spełni funkcji zarezerwowanej dla Luke'a, a Kanan pójdzie zapewne odmienną ścieżką niż reszta pozostałych przy życiu Jedi. Świadczy o tym właśnie ich aktualne powiązanie z Maulem, a także symboliczne zniszczenie holokronów. Te rzeczy wyraźnie pokazują, że serial wreszcie buduje swe kwestie w oparciu o lepiej przemyślane rozwiązania. 


Jaka była zatem ta pierwsza połowa? W większości naprawdę dobra. Odcinki główno-wątkowe prowadzone są ciekawie, a tzw. wypełniacze (epizody oderwane od głównego nurtu) same w sobie prezentują wysoki poziom. Widzimy stopniowe rozrastanie się rebelii (Iron Squadron, Imperial Super Commandos), wracamy duchem i akcją do prequeli (The Last Battle), a wiele postaci (także drugoplanowych) dostaje szansę na psychologiczny rozwój.
 
Po dobrym, choć mało odważnym sezonie pierwszym i niepotrzebnie przekombinowanym w kilku miejscach drugim, trzeci zaskakująco wybija się na prowadzenie. Muszę to przyznać, że serial wychodzi wreszcie na tory, po których od dawna powinien się poruszać. Zyskuje większą głębię oraz własny charakter, a twórcy zaimponowali mi, że potrafią tak dobrze wykorzystać elementy, które drażniły i wydawały mi się niepotrzebnie wciśnięte w poprzednim.
Przyszłość Rebeliantów rysuje się jeszcze ciekawiej. Sądzę, że tak jak drugi sezon zwiastował nieuniknioną (choć nie do końca potrzebną) konfrontację Ahsoki z Vaderem, tak tutaj ewidentnie dojdzie do spotkania Maula i Ezry z Obi-Wanem. Czekam na to z niecierpliwością, bo będzie interesującym punktem zwrotnym w kontekście do oryginalnej trylogii.
A co jeszcze serial nam przyniesie, dowiemy się za miesiąc, kiedy sezon 3 ruszy z nowymi odcinkami. Póki co, cieszmy się tymi, które już mamy.

Moja ocena: Poczekam na koniec całego sezonu. Nie chcę przedwcześnie zapeszyć. ;-)

piątek, 9 grudnia 2016

Dlaczego Tauriel nie pojawia się we Władcy Pierścieni?

Zrobiłem sobie maraton z Hobbitem i Władcą Pierścieni. W zasadzie po raz pierwszy obejrzałem wszystkie sześć filmów jeden po drugim i muszę przyznać, że były to niezapomniane godziny. Te filmy naprawdę nie zawodzą. Zawsze po takich projekcjach nachodzą mnie najróżniejsze refleksje lub dywagacje. Tym razem kolej przyszła na jedną z ważniejszych postaci drugoplanowych Hobbita - elfkę Tauriel, a konkretniej pytania o jej los po wydarzeniach przedstawionych w Bitwie Pięciu Armii.

Oczywiście, każdy kto widział filmy, wie kim była Tauriel. Elfka niższego rodu, naczelniczka strażników siedziby swych pobratymców z Mrocznej Puszczy, związana przyjaźnią (a może czymś więcej) z synem władcy, Legolasem. Odegrała ważną rolę w ostatniej części Hobbita, kiedy ratowała dzieci Barda w Mieście Na Jeziorze podczas ataku Smauga, a w międzyczasie zapałała ogromną miłością do krasnoluda Kiliego.
Co ciekawe, postać Tauriel nie pojawiła się już w filmach z cyklu Władca Pierścieni. Czemu?

Na sam początek musimy uzmysłowić sobie (a nie każdy musi to wiedzieć), że Tauriel jest postacią wymyśloną wyłącznie przez twórców filmu. Na próżno więc szukać jej obecności na stronach książek Tolkiena. Prawdopodobnie Peter Jackson chciał (podobnie jak w przypadku Arweny) wzbogacić męski świat silną, kobiecą osobowością. Oczywiście, w takim układzie jasnym jest, że skoro Władca Pierścieni kręcony był dużo wcześniej, nie ma prawa być tam miejsca dla naszej szpiczastouchej bohaterki. Ale co w takim razie mogło stać się z nią po wydarzeniach z Hobbita?
I tu zaczynają się spekulacje. Nie jestem wielkim znawcą książkowego Śródziemia, więc nie mogę być w pełni kompetentny do osądzania wszelkich zwyczajów elfów czy możliwości przebiegu ich życiowych dróg. Większość nie do końca zorientowanych powie pewnie: "Tauriel zginęła", "Zajęła się innymi sprawami", lub "Walczyła w innych wojnach w tym samym czasie". No oczywiście, walka z Sauronem rozgrywała się nie tylko pod Minas Tirith i na pewno jego słudzy dotarli także do Mrocznej Puszczy. Jednak po tym co zobaczyłem, muszę skłonić się ku własnej interpretacji.
Aby to szybko wytłumaczyć, trzeba zastanowić się gdzie zostawiliśmy Tauriel w filmie i w jakim stanie emocjonalnym ona była. Otóż właśnie, nasza bohaterka przeżyła potężne załamanie związane ze śmiercią Kiliego, którego nie udało jej się uratować (krasnolud zginął zabity przez Bolga, podczas szturmu na skały, z których Azog dowodził wojskami orków). Wyraźnie pokazano nam, że strata ukochanej osoby odcisnęła olbrzymie piętno na psychice Tauriel. W internecie często pojawiają się gorące dyskusje na temat możliwości zaistnienia więzi uczuciowych pomiędzy krasnoludami a elfami, ja jednak tę kwestię pominę.

Moja hipoteza jest więc taka, że elfka zwyczajnie opuściła Śródziemie, udając się z braćmi i siostrami  do Valinoru. We Władcy Pierścieni wiele razy mówi się nam, że elfy opuszczają swe domostwa, odpływając do innych krain. Moim zdaniem tak właśnie postąpiła Tauriel. Po śmierci Kiliego zapewne jakiś czas przebywała w Śródziemiu, bezskutecznie próbując pogodzić się ze stratą. Jak wielką sprawą była dla elfów miłość do śmiertelnych istot, pokazane zostało dokładnie na przykładzie Arweny i Aragorna. Do Mrocznej Puszczy Tauriel nie miała już wstępu, zakazał jej tego Thranduil, zapewne z tych samych przyczyn nie mogłaby zjawić się na naradzie u Elronda. Ponieważ dla nieśmiertelnych elfów czas upływa inaczej niż dla nas, sądzę, że po kilkudziesięciu latach wsiadła na łódź i pożegnała się ze Śródziemiem na dobre.
Pytanie tylko, czy elfy niższych rodów też opuszczały te ziemie? Zapewne tak, w filmach nie ma o tym wzmianki, a jak wymyślił to Tolkien, już dokładnie nie pamiętam. Jednak, skoro Tauriel to postać filmowa, załóżmy że dotyczą jej wyłącznie prawidła filmowego, a nie literackiego świata.
I choć szkoda, że dzielna wojowniczka nie miała swego udziału w późniejszych wydarzeniach w czasie Wojny o Pierścień, cieszę się że ostatecznie odnalazła spokój.

A co Wy o tym sądzicie? Macie swoją teorię na temat losów Tauriel? Podzielcie się tym ze mną w komentarzach. Serdecznie zapraszam do dyskusji!

rys. werdnako
  

czwartek, 8 grudnia 2016

RECENZJA - Żywe Trupy, tom 24: Życie i Śmierć

Ech, czasami jest tak, że wszystko polepsza się tylko po to, aby za chwilę totalnie się sp...dolić. I to oczywiście wtedy, kiedy ani trochę się tego nie spodziewamy.
Ale proszę nie bójcie się, nie mam tu na myśli serii Żywe Trupy, tylko to, co czuję o losach bohaterów po przeczytaniu tego tomu. Nie chcę też zdradzać żadnego suspensu, dlatego napiszę po kolei w czym rzecz.
Ten album jest troszkę nierówny. I może nie jest to żaden zarzut, bo choć miałem takie myśli po przeczytaniu większej jego części, to w ostatecznym rozrachunku zrozumiałem, że raczej był to zabieg celowy. Obserwacja sielankowego życia większej części bohaterów jest chyba najnudniejszym fragmentem całości (łowienie ryb, przygotowania do festynu, zwykłe radości i troski). Choć muszę przyznać, że w pewnej chwili pomyślałem nawet, że to fajnie, iż wszystko wreszcie się im układa. I choć tu i ówdzie pojawiały się myśli, że to chyba niemożliwe, bo przecież kupiłem Żywe Trupy Kirkmana, to przez pewną chwilę śledziłem ten miły zakątek jakby wyrwany z serialu w telewizji dla pań. Na szczęście, w międzyczasie ma się jakieś przeczucie, że coś niepokojącego czai się tuż za rogiem. A to sprawa zniknięcia Carla, a to znów sytuacja pomiędzy Maggie i Gregory'm, a to z kolei postać Negana, który zdecydowanie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa (ta scena z nim jest naprawdę ciekawa!).
No i właściwie ta pierwsza kwestia, czyli odejście Carla i Lydii z Szeptaczami jest klamrą spinającą cały tom. To jak skąpo autorzy dawkują początkowo ten wątek, doprowadzało mnie do szału. Myślałem: "To na to czekałem te długie miesiące? Pokażcie do licha coś więcej!". Tym bardziej, że są momenty kiedy ta dwójka znika na bardzo wiele stron. Gdy jednak dobrniemy do końca albumu, wszystkie zamysły twórców stają się jasne i prawdziwie szokujące.
I to co dzieje się w finale, pokazuje nam pełen potencjał i wciąż wielkie pole do popisu dla tego cyklu. Sądzę, a wierzcie mi na słowo, że najlepsze jeszcze przed nami.
Ten tom jest jakby celowym spowolnieniem po intrygujących zdarzeniach z dwóch poprzednich. Na pewno to dobrze, bo w każdym cyklu potrzeba chwili oddechu, a to zostało tu wprowadzone i wykorzystane naprawdę ciekawie.
Intrygują też pytania, które rodzą się po lekturze. Czy dewiza Ricka o życiu w godności i wybaczaniu będzie miała prawo bytu? Czy uda się trwać przy tym, co powiedziała do zebranego tłumu Maggie? Czy myślenie Negana będzie miało inny, bardziej praktyczny sens? Kiedy wszystko weźmie w łeb (jak stwierdza pod koniec opowieści jedna z bardziej interesujących postaci)?
Tymczasem wierzcie mi, po przeczytaniu nie będziecie mogli doczekać się następnej części i jeśli ostatnie tomy nie porwały Was aż tak bardzo, wiedzcie, że seria złapała mocny wiatr w żagle. Dlatego ten tom tym bardziej polecam.
 
Moja ocena: 4/6.
 

wtorek, 6 grudnia 2016

DC REBIRTH - Co warto przeczytać?

W świecie komiksów DC wszystko zmieniło się pod koniec maja 2016, kiedy wydawnictwo zaprezentowało czytelnikom pierwszy i zarazem wprowadzający tom do nowej, odświeżonej wersji swego uniwersum. Kilka lat wcześniej DC pokazało czytelnikom serię The New 52, planowaną jako nowy start dla większości serii. Niestety, w ostatecznym rozrachunku nie wszyscy byli zadowoleni. Po pierwotnej euforii szybko okazało się, że odświeżenie całego uniwersum nie przyniosło aż tyle dobrego jak to pierwotnie zakładano. Choć ja nie do końca rozumiem te wszelkie głosy oburzenia (wiele poznanych przeze mnie serii było zwyczajnie bardzo dobrych), które wskazują przede wszystkim na słabe scenariusze, z chęcią sięgnąłem po nowe, tegoroczne komiksy ze świata superhero.
Przy tworzeniu Rebirth nadrzędnym celem DC było utrzymanie fanów, którzy zainteresowali się ich komiksami z The New 52 (tak jak ja) oraz tych, którzy byli z nimi już dużo wcześniej. Specyficzna jest też konstrukcja fabularna opowiadanych historii. Łączą one w sobie nowe i stare tak, że każdy czytelnik może się z łatwością z tym materiałem zapoznać. Nowi czytelnicy nie będą mieli mętliku w głowie, a starzy znajdą w nich to, za co pokochali je przed wielu laty. I okazało się to na tyle dobrą strategią, że wsiąkłem na dobre. A wraz ze mną spore rzesze komiksomaniaków, czego świadectwem są bardzo dobre wyniki sprzedaży.


Postanowiłem podzielić się z Wami tym, co przyciągnęło moją uwagę w DC Rebirth. Oczywiście, komiksów wydawanych przez nich jest bardzo dużo, dlatego przeczytanie wszystkiego zabrałoby mi zbyt wiele czasu. Toteż, w tym felietonie skupię się na tych seriach po które sięgnąłem i po kilku numerach spodobały mi się najbardziej. Nie będzie to zestawienie od "naj" do "najmniej", a po prostu zwykła wyliczanka tego, co warte jest uwagi.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Powrót Żywych Trupów!

Dobrych kilkanaście miesięcy minęło od premiery ostatniego, 23 tomu serii The Walking Dead. Wydawnictwo Taurus dość długo borykało się z pewnymi problemami ze strony wydawcy Amerykańskiego, na szczęście wszystko właśnie dobiegło końca.
Już dziś w sprzedaży pojawił się tom 24 - Życie i Śmierć, a na 24 stycznia przyszłego roku zapowiedziano premierę tomu 25 - Bez Odwrotu.
 
 
Jeszcze w tym tygodniu postaram się zamieścić recenzję najnowszej części. Nie zapomnijcie wpaść i przeczytać!
 
 

niedziela, 4 grudnia 2016

Czy Łotr 1 spełni oczekiwania?

Od wielu miesięcy wszyscy wypatrujemy premiery nowej odsłony gwiezdnej sagi. Ja oczywiście też. Jestem fanem Gwiezdnych Wojen od dziecka, a moja wielka miłość do tej serii rozpoczęła się na dobre w okolicach 1998 roku. I jako każdy fan mam swoje oczekiwania oraz obawy odnośnie najnowszego filmu z cyklu. Pozwólcie, że się nimi z Wami na szybko podzielę.
No, niestety, boję się troszkę o ten film. Jako fan i jako zwykły widz. Dlaczego?
 
Dwie sprawy. Pierwsza to jak to wszystko wygląda w zwiastunach - niby akcja dzieje się chwilę przed Nową Nadzieją, a wygląda jakby miała miejsce pięć lat po Powrocie Jedi. Chodzi mi szczególnie o wygląd i zbroje nowych szturmowców, technologię i niektóre pojazdy. Jeśli jest to wszystko tutaj, to gdzie podziało się w oryginalnej trylogii? Ja rozumiem że w filmie musi być coś nowego, ale wprowadzanie tego do Łotra 1 jest dość ryzykownym krokiem. I nie wiem czy twórcy dadzą radę wyjaśnić to wszystko, i to tak abyśmy to ich wytłumaczenie kupili.
Druga sprawa to scenariusz. Nie chcę być złym prorokiem, ale mam wrażenie że cały film niczym nas nie zaskoczy. Zdanie, że "rebelianci kradną plany gwiazdy śmierci" będzie prawdopodobnie całym streszczeniem filmu. Czy doświadczymy tu jakiegoś twistu fabularnego, który wciśnie nas w kinowy fotel, a bez którego ja nie wyobrażam sobie dobrego kina? Bo, że Vader zabije kilku głównych bohaterów zaraz po tym jak przekażą dalej wykradzione plany, jest sprawą niemal oczywistą. Tak samo jak kwestia ojca głównej bohaterki. Być może związany będzie nim jakiś twist fabularny i kto wie czy nie załatają za sprawą jego obecności jakąś dziurę fabularną (chodzi mi o podejrzenia w kwestii budowy laserów Gwiazdy Śmierci oraz błędu w konstrukcji samej mega-broni), ale czy będzie to aż tak istotne?
 
Zatem nie wiem. Czy humor, ciekawe postacie i klimat wystarczą? Pozostaje mi czekać i mieć nadzieję że moje obawy będą bezpodstawne. Jeśli nie, będzie prawie tak jak w Rebeliantach, gdzie helikopterki z mieczy inkwizytorów i wiecznie żywy (towarzysz) Maul są dowodem na brak kreatywnych pomysłów twórców.
Choć pewnie w ostatecznym rozrachunku wszystko im i tak wybaczę. W końcu to są Gwiezdne Wojny, prawda?
Zatem do zobaczenia w kinie za niecałe dwa tygodnie!

 

sobota, 3 grudnia 2016

Wiedźmin od Funko Pop!

Od kilku ładnych lat jestem zagorzałym fanem przeuroczych figurek firmy Funko. Dzięki ich kreatywności mogliśmy podziwiać (odwzorowane w ten właśnie karykaturalny sposób) postacie z niezliczonej już ilości filmów, seriali i komiksów. Tym bardziej ucieszyłem się na wieść o wprowadzeniu do przyszłorocznej oferty firmy pięciu postaci z gry Wiedźmin: Dziki Gon. Choć sam za Geraltem aż tak nie przepadam (owszem, czytałem dwa tomy, ale nie rzuciły mnie na kolana, a gry to niekoniecznie moja domena), cieszy mnie niezmiernie fakt, że wreszcie ta postać w takiej właśnie formie trafi do rąk kolekcjonerów na całym świecie.
Premiera w styczniu, wypatrujcie w naszych sklepach kolekcjonerskich. Po więcej zapraszam na www.funko.com






RECENZJA - Vaiana: Skarb Oceanu

Na gorących wodach południowego Pacyfiku istnieje niezliczona ilość wysp. Niektóre z nich kiedyś pozostawały zupełnie nieodkryte. Był jednak lud, który przemierzał bezkresne wody w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Domu, gdzie mógłby bezpiecznie żyć. Odkrywcy ci byli przodkami Vaiany - córki wodza jednej z takich wysp, nastoletniej dziewczyny stale odczuwającej zew fal i pragnącej odnaleźć samą siebie poprzez wołającą ją przygodę. To jej pragnienie stale podsycane jest przez opowieści babci, staruszki uparcie snującej historie o dawnych czasach oraz bogach, którzy poprzez swą chciwość narazili bezpieczną przyszłość zwykłych ludzi. I tu zaczyna się nasza historia.
 
Nowa, pełnometrażowa animacja Disney'a, to obraz, który zdecydowanie przypadł mi do gustu, ale nie zawładnął całym sercem. Jest ku temu kilka powodów.

Pierwszy z nich to sam styl opowiadanej historii. Szykując się w zamyśle na niecodzienny film przygodowy, dostałem w sumie bardzo prostą historię. Coś złego dzieje się z wyspą Vaiany, bohaterka postanawia więc wyruszyć wbrew wszelkiemu rozsądkowi w niebezpieczną podróż, mającą na celu odnalezienie pradawnego pół-boga Maui oraz zwrócenie wydartego przez niego kamienia serca Matce Wysp. I tyle. Dziewczyna płynie, po drodze przeżywa dwie, trzy przygody, po czym staje sam na sam (no, prawie) z wielkim niebezpieczeństwem i ratuje cały świat. Jak dla mnie, czegoś tu zabrakło. Jakiegoś twistu fabularnego, zaskoczenia, mnogości wydarzeń tworzących tą historię bardziej wciągającą. Takie elementy działają znacznie lepiej choćby w Krainie Lodu, mega-hicie sprzed kilku lat. Czy nie byłoby lepiej, gdyby np. mały żółwik uratowany przez bohaterkę na początku filmu okazał jej pomocną dłoń (czy raczej płetwę) kilkanaście lat później, w trakcie ucieczki z królestwa wielkiego kraba? Z pewnością tak.

Drugi powód to sama animacja. Oczywiście, jest piękna, co do tego nie ma dwóch zdań. Woda i krajobrazy niezwykle cieszą oko, ale czy bohaterowie muszą wyglądać jak gumowe laleczki? Ja wiem, że pół roku temu zdarzył się Zwierzogród (który był pod każdym względem wspaniały), lecz troszkę więcej realizmu wyszłoby filmowi na dobre.

I jeszcze kwestia wzruszeń. Ja zwyczajnie uwielbiam wzruszać się na filmach Disney'a. To tak jak z prezentami na Gwiazdkę. Po prostu muszą być. A tu... Zabrakło. Naprawdę nie ma ani jednej sceny chwytającej za serce. Są chwile dramatyczne, ekscytujące, ale nie uświadczymy łez. Trochę słabo.
Plusy filmu to niewątpliwie muzyka i piosenki. Są niezwykle melodyjne i wpadają w ucho nawet na wiele godzin po seansie. Już w rodzimej interpretacji brzmią wyśmienicie (Maciej Maleńczuk jako wielki Tamatoa!) i zwyczajnie nie mogę się doczekać kiedy obejrzę film w wersji oryginalnej. Zapewne będzie jeszcze lepiej.

Sama postać Maui jest też jednym z najjaśniejszych punktów Vaiany. Właściwie to oboje głównych bohaterów nakreślonych jest niezwykle starannie. Mają nieszablonowe charaktery, przez co możemy identyfikować się z każdym z nich na różnych poziomach opowieści. A gdy potężny pół-bóg zamienia się za pomocą swego haka w inne stworzenia, jest na przemian wspaniale i zabawnie.

Jest tu też silny wątek walki z własnymi ograniczeniami i nieustępliwym przeznaczeniem. Choć wszyscy starają się wmówić głównej bohaterce co jest jej życiowym celem, one nie poddaje się i uparcie dąży do starcia swej woli z nieodpartym losem życia.
 
Cały akcent komediowy także wypada na plus. Np. kogutek Heihei jest wprost rozbrajający swoją debilnością i choć zakres jego wyczynów staje się w pewnym momencie nieco powtarzalny, ani na chwilę nie przestaje bawić. Niestety, świnka Pua dostała bardzo mało czasu ekranowego. A po cichu była moją faworytką do przejęcia pałeczki po Olafie.
 
Vaiana: Skarb Oceanu, to niewątpliwie dobry film. Nie ma tu elementów psujących wydźwięk całości, co czyni go pozycją jak najbardziej poprawną i w pełni satysfakcjonującą. Gdyby jednak zdarzyło mu się zahaczyć o kwestie wspomniane w powyższym tekście, byłby filmem rewelacyjnym. A tak, jest jak jest i nie ma co płakać. Czas spędzony w kinie na pewno nie będzie stracony. Lecz nie niezapomniany.

Moja ocena: 3,5/6.

 

piątek, 2 grudnia 2016

RECENZJA - Flash: Inwazja Goryli (Tom 3)

Na początku zeszłego miesiąca Egmont zaprezentował kolejną, trzecią odsłonę przygód słynnego superbohatera z DC - Flasha. Jako wielki fan Barry'ego Allena szybko zdobyłem komiks i w ciągu jednego wieczora zaznajomiłem się z jego treścią. Cóż mogę o nim powiedzieć? 
Jest nieźle, choć w ostatecznym rozrachunku mogłoby być jednak znacznie lepiej. Największy minus albumu to chyba sam władca goryli - Grodd, który jako główny przeciwnik sprytnego i szybkiego Flasha nie ma poza zyskaną mocą szybkości zbyt wiele do zaoferowania. Na szczęście miejsce, w którym pozostawił go Barry nie daje mu nadziei na szybki powrót. Korzystnie wypada zakończenie wątków z poprzednich dwóch tomów, oraz suspens, zwiastujący pojawienie się ciekawego i tajemniczego antagonisty. Ostatnia część albumu (choć niestety nie rysowana przez znakomitego Manapula) pozwala rozwinąć się Barry'emu przez pokazanie go w akcji bez swych super-mocy. Tu też pojawia się zagadka, na rozwiązanie której jeszcze trzeba będzie poczekać.
Generalnie, Inwazja Goryli nie czyni nic niebywałego w kanonie DC, ale sama w sobie jest fajną historią, którą czyta się szybko i dość przyjemnie. 
Oczywiście, album należy do kanonu The New 52 znanego u nas jako Nowe DC Comics.

Moja ocena: 4/6.
 

Lego Batman nadchodzi! - UPDATE 1 i 2

Lego to zabawa, pasja, kolekcjonerstwo. Fantastyczne pomysły i wspaniale spędzony czas. Tym bardziej cieszy kolejna pełnoekranowa, klockowa produkcja - The Lego Batman Movie. Właśnie zaprezentowano jej nowy plakat.
Ja na ten film czekam z niecierpliwością - niesamowicie kreatywny, dowcipny The Lego Movie przetarł szlaki dla podobnych, nieszablonowych produkcji. Oby Batman pokazał wszystkim jak z determinacją realizować swe życiowe cele i ubawił nas do upadłego.
Premiera kinowa w naszym kraju odbędzie się 9 lutego 2017 r.


Kilka zdań o Skrzydłach Gryfa

Na swoim blogu wita wszystkich Michał E. Chmielowiec. :-)

Jestem wielkim sympatykiem szeroko pojętej fantastyki. Jeśli Was także interesują wymyślone, nieprawdopodobne historie, opowiedziane w książce, komiksie czy filmie, to znaczy że jesteście w dobrym miejscu.
Co znajdziecie na tym blogu? Recenzje, relacje, wywiady, a ponadto garść informacji o wszelkich nowościach, czy ciekawych kolekcjonerskich gadżetach. I choć ten zakątek internetu ma charakter czysto subiektywny, to gorąco zapraszam Was do wspólnej dyskusji.

Aby  być  na  bieżąco  z  moimi  postami,  polecam  polubić  stronę  Skrzydeł  Gryfa  na  Facebook'u i Instagramie (linki znajdziecie na prawym marginesie). Oprócz wieści o nowych wpisach, będę zamieszczał tam krótsze informacje, na które nie zawsze znajdzie się miejsce na blogu.



Wszelkie propozycje współpracy proszę kierować na e-mail: emmannuel@interia.pl

W zakresie patronackim, recenzenckim oraz promocyjnym Skrzydła Gryfa nawiązały dotąd współpracę z: