czwartek, 8 grudnia 2016

RECENZJA - Żywe Trupy, tom 24: Życie i Śmierć

Ech, czasami jest tak, że wszystko polepsza się tylko po to, aby za chwilę totalnie się sp...dolić. I to oczywiście wtedy, kiedy ani trochę się tego nie spodziewamy.
Ale proszę nie bójcie się, nie mam tu na myśli serii Żywe Trupy, tylko to, co czuję o losach bohaterów po przeczytaniu tego tomu. Nie chcę też zdradzać żadnego suspensu, dlatego napiszę po kolei w czym rzecz.
Ten album jest troszkę nierówny. I może nie jest to żaden zarzut, bo choć miałem takie myśli po przeczytaniu większej jego części, to w ostatecznym rozrachunku zrozumiałem, że raczej był to zabieg celowy. Obserwacja sielankowego życia większej części bohaterów jest chyba najnudniejszym fragmentem całości (łowienie ryb, przygotowania do festynu, zwykłe radości i troski). Choć muszę przyznać, że w pewnej chwili pomyślałem nawet, że to fajnie, iż wszystko wreszcie się im układa. I choć tu i ówdzie pojawiały się myśli, że to chyba niemożliwe, bo przecież kupiłem Żywe Trupy Kirkmana, to przez pewną chwilę śledziłem ten miły zakątek jakby wyrwany z serialu w telewizji dla pań. Na szczęście, w międzyczasie ma się jakieś przeczucie, że coś niepokojącego czai się tuż za rogiem. A to sprawa zniknięcia Carla, a to znów sytuacja pomiędzy Maggie i Gregory'm, a to z kolei postać Negana, który zdecydowanie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa (ta scena z nim jest naprawdę ciekawa!).
No i właściwie ta pierwsza kwestia, czyli odejście Carla i Lydii z Szeptaczami jest klamrą spinającą cały tom. To jak skąpo autorzy dawkują początkowo ten wątek, doprowadzało mnie do szału. Myślałem: "To na to czekałem te długie miesiące? Pokażcie do licha coś więcej!". Tym bardziej, że są momenty kiedy ta dwójka znika na bardzo wiele stron. Gdy jednak dobrniemy do końca albumu, wszystkie zamysły twórców stają się jasne i prawdziwie szokujące.
I to co dzieje się w finale, pokazuje nam pełen potencjał i wciąż wielkie pole do popisu dla tego cyklu. Sądzę, a wierzcie mi na słowo, że najlepsze jeszcze przed nami.
Ten tom jest jakby celowym spowolnieniem po intrygujących zdarzeniach z dwóch poprzednich. Na pewno to dobrze, bo w każdym cyklu potrzeba chwili oddechu, a to zostało tu wprowadzone i wykorzystane naprawdę ciekawie.
Intrygują też pytania, które rodzą się po lekturze. Czy dewiza Ricka o życiu w godności i wybaczaniu będzie miała prawo bytu? Czy uda się trwać przy tym, co powiedziała do zebranego tłumu Maggie? Czy myślenie Negana będzie miało inny, bardziej praktyczny sens? Kiedy wszystko weźmie w łeb (jak stwierdza pod koniec opowieści jedna z bardziej interesujących postaci)?
Tymczasem wierzcie mi, po przeczytaniu nie będziecie mogli doczekać się następnej części i jeśli ostatnie tomy nie porwały Was aż tak bardzo, wiedzcie, że seria złapała mocny wiatr w żagle. Dlatego ten tom tym bardziej polecam.
 
Moja ocena: 4/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz