czwartek, 19 stycznia 2017

RECENZJA: Aquaman vol. 1 - The Drowning

Od jakiegoś czasu Aquaman jest jednym z moich ulubionych (obok Flasha) bohaterów DC Comics. Muszę też nadmienić, że znam jego losy wyłącznie z komiksów New 52, a wcześniejsze przygody na razie czekają na odkrycie.
Historie o królu Atlantów przypadły mi do gustu przede wszystkim za sprawą opowieści, w jaką się układają. Zmagania z własną przynależnością do obcej rasy, brzemię władzy oraz niesamowita ilość przygód, intryg i komplikacji szybko zdobyła moje serce. To zupełnie inna jakość w dość specyficznym (a nawet hermetycznym), superbohaterskim świecie. I może Aquaman jest też członkiem Ligii Sprawiedliwości, lecz na kartach własnego komiksu jawi się jako ktoś zupełnie inny niż klasyczny heros. Tym chętniej sięgnąłem po pierwszy zbiorczy tomik z nowej serii Rebirth, aby poznać najnowsze losy pół-człowieka, pół-atlanty - Arthura Curry. I nie zawiodłem się.
 
Dan Abnett wymyślił intrygującą fabułę. W nieco Hitchkockowskim stylu już na samym początku sprawił, że zadrżała ziemia, aby następnie intensywnie podkręcać śrubę, aż do wybuchowego (choć wcale nie ostatecznego) finału. Pozwólcie jednak, że nakreślę wszystko od początku.
 
Po powstrzymaniu przez Aquamana wywrotowej atlantydzkiej jednostki zwanej The Deluge (Potop), która zamierzała zaatakować wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, Arthur organizuje spotkanie dla prasy i międzynarodowych agencji w lądowej ambasadzie Atlantydy nazywanej Spindrift w Massachusetts. Wydarzenie to ma na celu zacieśnienie wzajemnych stosunków pomiędzy ludźmi i atlantami. Niestety, Spindrift staje się nieoczekiwanie celem ataku Czarnej Manty, który wciąż nie może pogodzić się ze swoją przeszłością, o którą nieustannie obwinia Aquamana. Po zaciekłej walce przestępca zostaje powstrzymany, lecz policyjna eskorta zostaje zaatakowana w drodze do aresztu przez nieznanych sprawców, którzy transportują Mantę na opuszczone lotnisko w Maine. Tam Manta poznaje jedną z członkiń organizacji - Black Jack, która składa mu ofertę nie do odrzucenia.
Tymczasem rząd USA cofa status suwerenności Spindriftu i do czasu wyjaśnienia sprawy zamyka ambasadę na wyłączność. Aquaman wraz ze swoją narzeczoną Merą nie mają wyjścia i czym prędzej udają się do Waszyngtonu. W Białym Domu spotykają się z szefem sztabu, G. Gantrym, celem wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jednak w tym samym czasie, na Południowym Atlantyku dochodzi do militarnego ataku na statek marynarki wojennej Stanów i jak się wkrótce okazuje, było to dzieło Atlantów. Na nic zdają się zapewnienia Arthura o pomyłce i honorowych intencjach jego ludu. Władca podwodnego ludu zostaje natychmiast aresztowany.
 
 
Kto i dlaczego działa na niekorzyść kruchego sojuszu pomiędzy światem podwodnym  i lądem? Jaka organizacja uprowadziła Czarną Mantę i co jest ich celem? Co zrobi Mera, aby wyswobodzić Aquamana z aresztu? To pytania, na które już nie odpowiem, bo zepsułbym Wam frajdę z czytania.
Zapewnię tylko, że dzieje się tu naprawdę dużo i ciekawie. A to dopiero początek, bo pojawienie się w finale jednego z członków Ligi Sprawiedliwości wróży jeszcze ciekawsze wydarzenia w drugim tomie.

Warto też przez pryzmat tego albumu spojrzeć na samą postać Aquamana. Komiks w ciekawy sposób pokazuje go jako najmniej kochaną postać z Ligi. Poprzez pochodzenie z innego świata, który jest tak bliski naszemu, a zarazem zupełnie nieznany, aż do błędnego odczytania jego motywacji nawet przez przyjaciół z super-zespołu. Sam bohater w pełni zdaje sobie z tego sprawę i ta świadomość jest mu solą w oku.
Za sprawą dobrego scenariusza czytelnik doskonale rozumie wewnętrzne rozterki Arthura, ale otoczenie nie, i to właśnie przez to łatwo jest się z nim zaprzyjaźnić i utożsamić.
 
Strona graficzna albumu stoi na bardzo wysokim poziomie. Artyści Scot Eaton, Oscar Jimenez i Mark Morales stanęli na wysokości zadania. Ich kreska jest dynamiczna, dokładna, a całość cieszy oczy wyrazistymi, żywymi kolorami. To właśnie barwy sprawiają, że świat morza i lądu przedstawia się tak rzeczywiście. To kolejny plus komiksu.

Ostatnie strony wydania to tradycyjne szkice artystów. Dobrze jest móc zapoznać się z pracą grafików od kuchni.

Podsumowując, ciekawa fabuła, wielowątkowość historii, sporo postaci i wysoki poziom grafiki czynią z Aquamana rozrywkę, którą można jak najbardziej polecić. Jeśli ten poziom utrzyma się w kolejnych tomach, Aquaman z pewnością nie przestanie być jednym z moich ulubieńców. Czego i Wam wszystkim życzę.

Moja ocena: 5,5/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz