niedziela, 8 stycznia 2017

RECENZJA: Autopsja Jane Doe

Autopsja Jane Doe to film, który w akademicki sposób pokazuje, jak operując zapożyczeniami, kliszami i wytartymi schematami można zniszczyć dobrze zapowiadający się koncept filmowy. Te wątpliwe w swej treści i przesłaniu dzieło popełnił norweski reżyser, Andre Ovredal. W rolach głównych wystąpili Brian Cox oraz Emile Hirsh.
 
O czym zatem opowiada ten tak zbesztany przeze mnie film? Otóż szeryf wezwany na miejsce domowego morderstwa, odkrywa w piwnicy na wpół odkopane ciało młodej dziewczyny. Czym prędzej zawozi znalezisko (którego w żaden sposób nie udaje się mu samodzielnie zidentyfikować) do siedziby koronera, aby ten przeprowadził sekcję, zdobywając odpowiedzi na klasyczne pytania z cyklu: kto, jak, czym i kiedy. Zależy mu na czasie, toteż koroner wraz ze swoim synem od razu zabierają się do pracy.
I tu zaczyna się robić ciekawie. Zamglone źrenice dziewczyny świadczą o tym, że zmarła cztery dni temu, jednak jej ciało jest giętkie i nie zdradza śladów pośmiertnego odrętwienia. Płuca wykazują efekt spalenia, lecz skóra denatki jest nienaruszona. Nadgarstki ofiary zostały złamane, a język ucięty. Dodatkowo w jej nosie zalęgła się mucha. Wszystko to bardzo mocno nie pasuje do siebie, a takich dziwnych, niewyjaśnionych odkryć jest jeszcze wiele. Fajny to pomysł, bo potęguje zaciekawienie, na dodatek prawie sto procent akcji dzieje się w podziemnej kostnicy, więc klimat praktycznie powinien robić się sam.
 
Niestety wkrótce (tak mniej-więcej w połowie) wszystko stopniowo bierze w łeb. Oczywiście, tej nocy, kiedy przeprowadzana jest autopsja szaleje bardzo złowroga burza (jakżeby inaczej). Radio emituje dziwne dźwięki, a w najmniej oczekiwanym (choć i tak spodziewanym) momencie wysiada prąd. Nie można dostać się windą na górę, a złamane przez wichurę drzewo przywala dodatkowe wyjście z piwnicy. I to właśnie jest początkiem całej masy klisz i powtórzeń, które każdy fan filmów grozy widział już dziesiątki razy. Nie chcę już więcej spojlerować fabuły, ale wszystkie te przypadki umiejętnie zabijają pierwotny, całkiem ciekawy pomysł. Do tego dochodzi zachowanie bohaterów. Odkąd gaśnie światło, ich umysły przestają racjonalnie funkcjonować. Nienaturalne reakcje bohaterów na wszystko co dzieje się wokół, jeszcze bardziej kontrastują z zagadką tożsamości dziewczyny, którą mimo wszystko dziwnym trafem udaje się im rozwiązać w trzecim akcie filmu. Niestety, jak to bywa w horrorach, na ratunek jest już oczywiście za późno.
 
 
Smutne to wszystko, bo przecież wystarczyło posłużyć się niedopowiedzeniem, tak jak choćby w recenzowanej przeze mnie niedawno Czarownicy, aby uzyskać ciekawy, pełen wątpliwości klimat. Poza tym, twórcy filmu chyba zapomnieli, że najbardziej straszy to, czego tak naprawdę nie widać. Po co więc prezentują skrzypiące, otwierające się drzwi, kiedy mogli pokazać, że jakimś dziwnym trafem już stoją otworem?
 
Niestety, Autopsja Jane Doe marnuje potencjał, który w niej drzemał. To mógł być naprawdę niezapomniany film,  eksplorujący interesujące obszary z dawnych, nie do końca poznanych czasów. Tymczasem, postanowiłem zakopać go głęboko w swojej pamięci, aby nie wrócił nawiedzać mnie, jak tytułowa bohaterka dwóch bogu ducha winnych koronerów.
 
Moja ocena: 2/6. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz