poniedziałek, 30 stycznia 2017

RECENZJA: Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu - Anna Lange

Powszechne zachwyty nad debiutanckim dziełem Anny Lange zachęciły mnie do życzliwego spojrzenia na historię tytułowego Clovisa LaFay. Książka ta, szumnie zapowiadana jako wiktoriańskie Archiwum X,  z akcją rozgrywającą  się w XIX wieku i opisującą losy uzdolnionego użytkownika mocy magicznych, rozbudzała naprawdę spore nadzieje.
 
Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście strasznie lubię niesamowite historie o duchach, niewyjaśnionych morderstawach, tajemnicach rodzinnych czy zaginionych, magicznych przedmiotach. A tu jeszcze główny bohater miał stać się częścią policyjnego wydziału zajmującego się niewyjaśnionymi i trudnymi do rozwiązania sprawami. Nastawiłem się więc na to wszystko bardzo, i jak już przyszło co do czego, z chęcią zagłębiłem się w lekturę. A to, że owa powieść została napisana przez Polską autorkę (ukrywającą się pod pseudonimem), dodatkowo pobudzało moją ekscytację.
Niestety, nie po raz pierwszy (i zapewne nie ostatni) - jak to często ze mną bywa - to, co tak bardzo podoba się innym, mi przechodzi przez przełyk niezbyt gładko.
 
Krótko pisząc, zawiodłem się tą książką. I nie dość, że nie otrzymałem w niej tego, czego się spodziewałem, to jeszcze sposób w jaki została napisana, pozostawia wg mnie sporo do życzenia.
Czy to jednak znaczy, że nie uświadczyłem tutaj historii o czarach, duchach i morderstwach? Przeciwnie i jak najbardziej, ale nie w taki sposób jakiego oczekiwałem.
 
Przede wszystkim chodzi o to, w jakich ilościach autorka podaje czytelnikowi te niesamowite atrakcje. A serwuje je w porcjach bardzo oszczędnych i wręcz wybiorczych. Kiedy nasz bohater (choć tak naprawdę głównych postaci w powieści mamy aż trzy) wyrusza na spotkanie z duchem, z którego ma wyciągnąć istotne dla śledztwa informacje lub przeprowadzić czar egzorcyzmów, nie uczestniczymy już wraz z nim w tym zabiegu. O jego przebiegu dowiadujemy się później z krótko streszczonej relacji słownej z pozostałymi postaciami. Podczas kolejnego śledztwa nad opętaniem więcej śledzimy rozmów poszczególnych postaci niż dowiadujemy się o samym wydarzeniu. I tak niestety dzieje się tutaj wiele razy. Czy to jest film, gdzie zabrakło funduszy na ukazanie efektów specjalnych? A może coś jest nie tak z wyobraźnią autorki? Nie sądzę. 
 
Druga sprawą (choć bardzo związaną z pierwszą) jest sam ton opowieści, dla którego Anna Lange zrezygnowała z pogrążania nas w tajemnicach na rzecz przedstawiania pozornie zwykłej historii rodzinnej. Mało tego, przez całą lekturę miałem wrażenie, że czytam jakiś obyczajowy romans, zaledwie rozgrywający się w świecie wszechobecnej magii. A to Clovisa i Alicję dręczą niewyznane miłosne fascynacje, to znowu w retrospekcjach śledzimy historię rodzącej się przyjaźni pomiędzy młodym LaFay'em i Johnem Dobsonem w szkole dla magów. Za chwilę z kolei nasz protagonista boryka się z dziedzictwem rodzinnym, które niszczyło jego przeszłość i w destruktywny sposób wpływa na teraźniejszość. I tak dalej, i tak dalej... Taki trochę magiczny Klan.
 
Na niewielki plus wychodzą same czary. O nich na szczęście jest sporo i choć nie dowiadujemy się jak dokładnie działają, to nazwy poszczególnych czarów oraz magicznych profesji szybko zapadają w pamięć. Bohaterowie posługują się i mówią o nich naprawdę często.
 
Warto też wspomnieć o samym języku. Przez zdecydowaną większość lektury autorka buduje zdania wielokrotnie złożone, przez co należy czytać książkę w sporym skupieniu. Nie pomaga to przy poznawaniu historii, która jak mniemam została skierowana raczej dla piękniejszej części czytelniczego świata.
 
Na szczęście, w drugiej połowie Anna Lange rezygnuje z językowych zawiłości, i co najważniejsze, wprowadza więcej dynamicznej akcji. Monotonne wątki rodzinne zaczynają się zacieśniać i wreszcie można cieszyć się lekturą. Na sam koniec dostajemy nawet kilkadziesiąt stron całkiem dobrej lektury.

Magiczne Akta Scotland Yardu przypadną do gustu tym z Was, którzy oprócz mrocznych opowieści lubują się przede wszystkim w historiach obyczajowych. Atutem lektury są ciekawie wykreowane postacie, a także próba ukazania czaru epoki, która wyszła autorce lepiej niż poprawnie.
Lecz jeśli tak jak ja myśleliście, że przeczytacie o przygodach kogoś w stylu Muldera i Scully, niestety obejdziecie się smakiem. Za mało tu tajemnic i mrocznych sekretów, a duchów jest tu jak na lekarstwo.

Moja ocena: 3/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz