niedziela, 1 stycznia 2017

RECENZJA: Czarownica - Bajka Ludowa z Nowej Anglii

Różne bywają filmy grozy, tak samo jak różne są historie przez nie opowiadane. Czasami, aby przestraszyć lub wytworzyć pełną niepewności atmosferę nie trzeba wcale epatować wodospadami krwi lub setkami robaczywych truposzy wyskakujących bez ustanku z szafy. Wystarczy posłużyć się niedopowiedzeniem, klimatem oraz stylem narracji, który uśpi naszą świadomość, bezwolnie prowadząc nas w nieznane.
 
Z takim właśnie filmem mamy do czynienia w przypadku Czarownicy. Napisana i wyreżyserowana przez Roberta Eggersa, opowiada historię rodziny wypędzonej z nowoangielskiej osady, która zmuszona jest zamieszkać na odludziu, nieopodal lasu. William z Katherine oraz ich piątka dzieci muszą odtąd radzić sobie sami, żyjąc z dala od innych ludzi oraz cierpiąc wszelkie trudy owego losu. Ich ostoją zdaje się być wiara i to właśnie jej powierzają nieomal całkowicie swój nędzny los. A ten wkrótce doświadcza ich surowo, ponieważ w dziwnych i trudnych do zinterpretowania okolicznościach ginie im najmłodszy synek. Choć rodzina tłumaczy sobie, że śmierć dziecka była zapewne przyczyną ataku wilka, z upływem czasu i pewnych wydarzeń, winą za całe zajście obarczona zostaje najstarsza, dorastająca już córka, Thomasin. Niepewności dopełnia też istota obecności niejednokrotnie wspominanej czarownicy, rzekomo mieszkającej w głębi lasu.
 
Film Eggersa od samego początku operuje swoistą symboliką, zwodząc nas w różnych kierunkach, a żaden fakt nie zostaje podany bezpośrednio na tacy. Nie jestem do końca przekonany o słuszności takiego wyboru twórców, bo osobiście lubię filmy z większą ekspozycją czasu, postaci i miejsc, w których dzieje się akcja. Daje mi to możliwość głębszego wczucia w sytuację bohaterów.
Poetyka, którą operuje reżyser jest z jednej strony bardzo unikalna, ale też mocno balansuje na granicy realności. Klimatyczna, w kilku momentach niepokojąca muzyka, światło, zdjęcia i naturalistyczna gra aktorów stopniowo prowadzą nas w nieuniknione objęcia grozy. Choć tak naprawdę tej nie ma tu fizycznie zbyt wiele, sama wrażliwość widza ustali, jak silnie jest podany ten przekaz. Sądzę, że interpretacji tego filmu będzie tyle, ile osób go oglądających. Celowo nie napisałem więcej o fabule (choć bardzo bym chciał), bo tak naprawdę o treści tego filmu nie powinno się pisać zupełnie nic, albo zdradzać wszystko.
 
 
Z jednej strony Czarownica jest potężną krytyką bezwarunkowej, czy wręcz obezwładniającej wiary, z drugiej opowieścią o bezsilności ludzi wobec nieokiełznanych i niepokojących sił natury. Niejednokrotnie podczas seansu zastanawiałem się, co sam zrobiłbym w podobnej sytuacji, ciesząc się podświadomie, że na szczęście siedzę wygodnie w fotelu przed ekranem telewizora. Reżyser w dość jasny sposób pokazuje jak wyniszczające mogło być niegdyś osamotnienie oraz fanatyczna religijność.
Sam film straszy nas nie tylko gęstym klimatem opowieści, ale też sprytnie rozegraną symboliką, wziętą rodem z ludowych podań. Te aspekty obrazu przypadły mi do gustu najbardziej.
 
Po seansie Czarownicy zastanawiałem się długo jak właściwie ocenić ten film. Brać go takim jakim jest, czy doszukiwać się drugiego, ukrytego dna. I w sumie nadal nie wiem. Sądzę, że każde podejście jest dobre, a to, że film daje tak mocno do myślenia czyni go dziełem niecodziennym i nadzwyczaj ciekawym.
 
Moja ocena: 5,5/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz