sobota, 28 stycznia 2017

RECENZJA: Justice League Vs Suicide Squad (DC Rebirth)

Pierwszy cykl, łączący postacie z kilku osobnych serii komiksowych  od czasu inauguracji DC pod inicjatywą Rebirth rozpoczął się w grudniu zeszłego roku i doprowadził do konfrontacji dwóch najbardziej znanych drużyn z kart wydawnictwa. Oczywiście chodzi tu o Ligę Sprawiedliwości (Batman, Superman, Flash, Wonder Woman, Cyborg, Aquaman i Green Lanterns)  oraz Legion Samobójców (Deadshot, Harley Quinn, Killer Croc, Captain Boomerang, Enchantress, Killer Frost oraz El Diablo.
 
Jak to w ogóle się stało, że te tak różniące się supergrupy weszły ze sobą w szranki i co z tego wynikło? Nie chcę psuć Wam radości z samodzielnego odkrywania tej historii, napiszę więc tylko tyle, że niejaki Maxwell Lord włamał się do tajnej bazy Death Valey w Kaliforni, skąd uwolnił kilku najbardziej groźnych super-złoczyńców (m.in. Lobo, Doctor Polaris, Rustam). Jaki był jego cel? Otóż Max, który posiada możliwość kontrolowania i wpływania na myśli innych osób, postanowił z pomocą oswobodzonych skazańców zdobyć tajną broń, za pomocą której zaprowadzi ład i porządek na świecie. Tymczasem Batman, zaniepokojony odkryciem nieoficjalnej jednostki Task Force X (kierowanej przez Amandę Waller), zbiera Ligę Sprawiedliwości celem dyskusji nad rozwiązaniem zaistniałego problemu. I tu zaczyna się właściwa historia, rozpisana na sześć głównych zeszytów i kilka wątków pobocznych, zilustrowanych w 2 osobnych seriach (5 zeszytach) o supergrupach (tzw. tie-inach).
 
No cóż, muszę napisać że jako podstawowa całość, ten crossover prezentuje się zaledwie średnio. Tak jak przeładowane graficznie były główne wersje okładek serii, podobnie jest z samą zawartością komiksów. Jeśli ktoś lubi długotrwałą nawalankę pomiędzy superbohaterami lub wymyślane na szybko rozwiązania problemów, to będzie opowieść dla niego. Reszta, oczekująca ciekawej, nieco zaskakującej i głębszej historii niestety obejdzie się smakiem. Nie uświadczymy tu zbyt wielkiego nakreślenia charakterów pojedynczych postaci i choć rozumiem, że jest to trudne przy aż tylu bohaterach, Joshua Williamson nie postarał się o to prawie wcale. Prawie, bo są trzy lub cztery momenty, kiedy indywidualny pomysł jednostki błyszczy, ale dość szybko niknie to w gąszczu intensywnej i jak dla mnie, nie zawsze wciągającej akcji. A przy tej ilości stron (i papieru) to chyba troszkę za mało.
 
 
Tymczasem zupełnie inaczej ma się sprawa z wątkami w tie-inach. Zarówno wprowadzenie Killer Frost, historia pierwszego Suicide Squadu czy epilog historii (ukazujący gorzką prawdę o Amandzie Waller) są w sumie ciekawsze niż główny wątek. I nawet historyjka o Stevie Trevorze, który zmaga się z niebezpieczną rzeczywistością podczas działania diamentu Eclipso, dość fajnie pokazuje to, co dzieje się podczas takiego kryzysu w życiu zwykłych ludzi.
 
Mam też niestety wrażenie, że cały crossover powstał głównie po to, aby wprowadzić na rynek nową serię o superherosach (Justice League of America) oraz rozwinąć postacie Lobo i Killer Frost. I właśnie kwestia Lobo. Niestety, nie znam komiksów z tą postacią, ale słyszałem kiedyś, że to taki typ wesołka, który kozaczy, choćby nie wiem co się działo (Deadpool?). No, tutaj nie do końca odniosłem takie wrażenie i to właśnie za sprawą zbyt krótkiego czasu który dostają poszczególne postacie. Może, gdyby seria liczyła o dwa zeszyty więcej, wyszłoby jej to na lepsze? Choć z drugiej strony są wydarzenia, które z satysfakcjonującą nutą wybrzmiewają na łamach zaledwie trzech lub czterech wydań.
 
Każdą z części zilustrował inny grafik. Mamy tu więc (mojego ulubionego) Jasona Faboka, Tony S. Daniela, Jesusa Merino, Fernando Pasarina, Howarda Portera i Robsona Rochę. Każdy z artystów stworzył spójną z ideologią scenarzysty wizualizację, jednocześnie zachowując charakterystyczne cechy własnej twórczości. I jest to rzecz godna pochwały. Rysunki w tej serii to zdecydowany plus całości.
  
 
Pozostaje zatem mieć nadzieję, że JLA będzie fajniejsza niż stworzony specjalnie dla niej prolog. Prolog, który jest w jakimś sensie satysfakcjonujący, ale na pewno mógł być dużo, dużo lepszy. 
  
JL vs SS to komiks średni, który ratują świetne ilustracje oraz wątki poboczne, które w znaczny sposób wspomagają opowiadaną historię. I właśnie za to daję nieco wyższą ocenę całości. 
Jeśli więc lubicie wybuchowe historie, gdzie dzieje się dużo i kolorowo, to pozycja dla Was. Gdy jednak szukacie czegoś bardziej intrygującego i wciągającego, nie musicie bardzo spieszyć się z czytaniem.
 
Moja ocena: 4/6. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz