środa, 4 stycznia 2017

RECENZJA: Krew Stracharza - Joseph Delaney

Po raz dziesiąty Joseph Delaney zaprosił mnie do świata magii, grozy oraz nieustannej walki z nieznanym. Serię o Tomie Wardzie, uczniu stracharza Gregory'ego czytam już od jakiegoś czasu. Sięgnąłem po nią wkrótce po obejrzeniu wysoce nieudanego filmu na jej podstawie, który był zaledwie cieniem owego cyklu. Szkoda, ale przynajmniej dzięki niemu zajrzałem do źródła. I nie żałuję.
Seria o stracharzu jest w zamyśle kierowana do młodzieży, ale jednym z jej wielu atutów jest to, że z powodzeniem może czytać ją odbiorca w dowolnym wieku. Nawet ktoś taki jak ja, kto młodzieżą nie może mienić się od bez mała dwóch dekad.
 
Co więc spotka czytelnika w dziesiątym tomie historii zmagań z Mrokiem? Ano, wreszcie wracamy do narracji głównego bohatera, Toma (w dziewiątej części przewodnią postacią była wiedźma Grimalkin) i niemal od razu rzuceni zostajemy w intensywny wir zdarzeń. Choć do Chipenden wrócił pokój, możemy być pewni, że dla naszych bohaterów czas relaksu jest jeszcze odległy. Do odbudowującego wspólny dom stracharza i ucznia, docierają wieści od niejakiej jejmości Fresque, która zaprasza ich do swej posiadłości w Todmorden, celem sprzedaży ksiąg do spalonej biblioteki. Jak ważna jest zapisana wiedza dla walczących z Mrokiem, tego sympatykom cyklu wyjaśniać nie trzeba. Tak więc, po bardzo istotnej wyprawie Toma i Alice do Wieży Malkinów, chłopak wraz z Mistrzem wyruszają na umówione spotkanie z kobietą. Nie wiedzą jeszcze, że za sprawą intrygi, w którą wciągnięty został także Judd Brinscall, dawny uczeń Gregory'ego, przyjdzie im zmierzyć się nie tylko z narastającym Mrokiem, ale też grozą przychodzącą spoza granic Hrabstwa.
 
J. Delaney znów sprawnie prowadzi wszystkie zaplanowane wątki. Co ciekawe, również w tej części kolejny raz otrzymujemy coś nowego. Tematem przewodnim jest nadal walka z Mrokiem i samym Złym, jednak autor umiejętnie dorzuca nowe wątki, czyniąc historię pełniejszą, a zarazem jeszcze ciekawszą. Oprócz zwyczajowych utarczek z czarownicami, odsłania się przed nami (czy raczej przed bohaterami) niebagatelne zagrożenie ze strony krwiopijczych istot z Rumuni.
Mocną stroną książki jest również rozwój postaci. Stracharz jest oczywiście coraz starszy, nie może więc radzić sobie z walką jak za dawnych lat. Tom natomiast, z każdym rokiem terminu zdobywa wiedzę i umiejętności, które powoli czynią go coraz silniejszym. Młodzian poznaje coraz więcej sposobów na pokonanie zła, a do wielu z nich dochodzi sam (lub za sprawą sprzymierzeńców). Jest to niewątpliwym atutem cyklu. To właśnie z pomocą narracji i stopniowego odkrywania kart poprzez główną postać, czytelnik ma możliwość stopniowego wnikania w przedstawiony, fantastyczny świat.
 
Cóż tu więcej pisać? Jestem fanem książek o stracharzu. Choć najmniej podobało mi się Starcie Demonów, w finałowych tomach dostrzegam znów tendencję zwyżkową (najbardziej lubię trzy pierwsze części). I choć elementów składowych opowieści jest naprawdę sporo, napisana została tak, że nikt z pewnością się w tym wszystkim nie pogubi.
 
Zatem, kto jeszcze nie czytał, niech dłużej nie zwleka. Krew Stracharza to naprawdę dobra, wciągająca lektura. Oczywiście, nie polecam zaczynać od niej przygody z tym cyklem, lecz jeśli nie macie pod ręką poprzednich części, możecie spróbować. Sporo spraw z poprzednich części jest tu przystępnie wyjaśnionych.
Aha, i może faktycznie uważajcie - chwilami jest strasznie i krwawo. Lepiej czytajcie tą książkę za dnia. Po północy może potrzebny być stracharz...
 
Moja ocena: 5/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz