poniedziałek, 20 lutego 2017

Dlaczego w Polsce nie kręci się fantastyki?

Męczy mnie taka właśnie tytułowa kwestia. Od najwcześniejszych lat ukochałem sobie zmyślone, wyssane z palca historie. Mądrzy ludzie dumnie nazwali je fantastyką. Ba, byli nawet tak sprytni, że podzielili ten termin na kilka innych, pomniejszych. Tak narodziło się science-fiction, fantasy i horror. A nawet te gatunki dzielą się na podgatunki. Wiecie o tym Wy, wiem o tym ja. Lecz nie w tym dziś rzecz.

Jestem zaspokojony w mojej miłości. Oglądam filmy, czytam komiksy, książki, lubuję się w gadżetach. Podobno jestem jakimś geekiem (tak to nazywają). Prowadzę bloga. Napisałem książkę fantasy Cienie Stalodrzewa (choć jak na razie nie wydaną). Czy czegoś mi brakuje? Nie! Chwilę, a może jednak?...
W porządku, przyznaję się, brakuje. Cierpię na niedosyt Polskich filmów fantastycznych. Snując się po mieście oglądam plakaty coraz to nowszych komedii romantycznych, filmów biograficznych, wojennych i kryminalnych. A gdzie w tym kraju podziała się fantastyka?

Pan Kleks

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Zacznijmy od najważniejszego. Czego szukam w literaturze i filmie? Rzeczy, których nigdy nie doświadczę w prawdziwym życiu. Oczywiście, chcę aby problemy i wyzwania bohaterów były w jakiś sposób odzwierciedleniem moich własnych, jednak sama otoczka czy świat musi być... po prostu nie z tego świata. A tego rodzime kino od dłuższego czasu mi nie dostarcza.

Fakt, są Legendy Polskie Tomasza Bagińskiego. Oceniam je bardzo wysoko. Dobry scenariusz, świetni aktorzy, efekty specjalne na standardowym, światowym poziomie. Jest tylko jeden szkopuł. To miniatury, kilkunastominutowe krótkie formy i choć ciepło przyjmowane przez widzów, są jak przysłowiowa jaskółka. Wiosny nie czynią.

Kołysanka
A kiedyś bywało lepiej. Robiliśmy fantastykę. Filmy o Panu Kleksie Gradowskiego, Seksmisja, Hydrozagadka, Przyjaciel Wesołego Diabła, Kołysanka, nawet ten cały Wiedźmin... Było tego sporo. A ostatnio? Dla dzieciaków pojawił się chyba tylko Za Niebieskimi Drzwiami. Cóż za dramatyczna posucha.

Wszystko rozbija się o sytuację ekonomiczną, podpartą spojrzeniem producentów i twórców.
Nie mamy rynku zbytu na nasze produkcje. Fantastyka kosztuje. I to nie tylko efekty specjalne. To często także stroje, dekoracje, lokacje. Nie są niezbędne, oczywiście można napisać scenariusz bez kosmitów, czarów czy gigantycznych robotów. To mogłaby być choćby historia o ataku sobowtórów. Komu jednak sprzedalibyśmy taką (czy jakąkolwiek) produkcję? Amerykanom? Francuzom? Nie żartujmy. Może Rumunom (w końcu mają nasze drobne)? Nie da rady. Za duże pieniądze czy nie, jesteśmy zbyt małym rynkiem, ze słabą siłą przebicia.
To, że czasem mówi się o Polsce w kategoriach artystycznych, wynika z czegoś innego. Okazjonalne nominacje do Oscarów pojawiają się tylko w kategorii film nieanglojęzyczny. W końcu jakieś muszą tam wybierać, prawda? Statuetka dla Wajdy za całokształt to z kolei odrębne zjawisko.
Nie istniejemy więc w szerszej skali w umysłach świata jako kraj wielu dobrych filmów. Jakichkolwiek.

W końcu każde studio filmowe wydaje na produkcje pieniądze i zawsze na początku zadaje sobie pytanie: "Po co ryzykować pójście w inną formułę, skoro ludzie i tak lecą jak szaleni na komedie romantyczne lub biografie. Zarobiliśmy na nich raz, zarobimy po raz drugi." W ten sposób odgrzewają to samo raz za razem. W ten sposób kasa się zgadza i miejsca w kinach są wypełnione.

Wiedźmin
A filmy animowane? To z kolei drugi temat. U sąsiadów je robią, wychodzi jak wychodzi, ale przynajmniej coś jest. My nie robimy. Nie na skalę komercyjną Chyba rok czy dwa lata temu było coś o nowej, kinowej (jeśli się nie mylę) wersji Misia Uszatka. Od tamtej pory cisza. Jak nie ma Uszatka, to ja sobie tu marzę o smokach czy kosmitach?...

I co mam biedny począć? Nic. Nadal cierpliwie czekać, wymyślając oryginalne wykręty, kiedy ludzie wokół dziwią się: "Nie idziesz na Bogów?", "Dlaczego nie chcesz zobaczyć Wołynia?", "Sztuki Kochania nie obejrzysz?". Nie obejrzę, bo to nie mój temat. Nie moje zainteresowania. Mam do tego prawo. I mam prawo narzekać. I tylko to mi zostaje, bo jak to mówią wyżej d... nie podskoczysz.
Mam jednak nadzieję. W końcu tylko ona jest za friko.
A może kiedyś przyjdzie taki wyśniony czas, kiedy kupię bilet i będę pokazywał go dumnie wszystkim, których spotkam, mówiąc: " Kupiłem bilet na Polską fantastykę. To już trzeci raz w tym miesiącu". Możliwe? Kto wie, a jak fajnie już brzmi, prawda?

Zapraszam do dyskusji.

7 komentarzy:

  1. W międzyczasie wyszły jeszcze "Córki Dancingu", które dodatkowo odniosły sukces artystyczny i komercyjny. Oczywiście możesz też nie zerkać na główny nurt kina i poszperać wśród amatorów. np. w Poznaniu, w ramach zajęć na UAM powstało coś takiego: https://www.youtube.com/watch?v=3awg_KnDV6A Film chyba nie jest publiczny, autorzy byli średnio zadowoleni czy coś. Ja dostałam link koleżeńsko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś kręcono też multum seriali młodzieżowych (nierzadko z elementami fantastyki!), a teraz...? Chociaż w zeszłym roku mieliśmy "Niebieskie drzwi" (co ja się namęczyłam, żeby w ogóle znaleźć tytuł tego filmu, pamiętałam tylko, że widziałam w zeszłym roku plakat) ale mam wrażenie, że nikt go nie widział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Może ktoś się tym artykułem zainspiruje i zrobi coś w tym kierunku ;-) tymczasem trzeba czekać, też chętnie zobaczyłbym coś takiego. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszyscy narzekają i śmieją się z serialowego Wiedźmina. Ale jako adaptacja; w porównaniu z tym co sie aktualnie wyrabia w polskim kinie i telewizji wypada naprawdę dobrze. Jeśli chodzi o wymienione tytuły postaram sie nadrobić te co jeszcze nie widziałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, jedyną dobrą rzeczą jaką zapamiętałem z Wiedźmina był Żebrowski w tej roli. Wcielił się w tą postać aktorsko i wizualnie. Resztę dyplomatycznie przemilczę. Jednak nieustannie czekam na porządną ekranizację prozy Sapkowskiego. :-)

      Usuń