niedziela, 12 lutego 2017

RECENZJA: Scooby Apocalypse vol. 1

Któż z nas nie zna zwariowanego psa o imieniu Scooby oraz trójki jego ludzkich towarzyszy z vana zwanego Wehikułem Tajemnic? Filmy animowane z ich udziałem bawiły już co najmniej trzy pokolenia odbiorców i nie zanosi się na to, aby ta sytuacja miała się kiedyś zmienić. Dlatego też dobrze się stało, że wydawnictwo DC postanowiło trochę odwrócić sytuację, sprawdzając, czy ta ponadczasowa dziecięca formuła (czytelna dla widzów w każdym wieku) ma szansę na pewnego rodzaju odświeżenie. I dlatego właśnie w zeszłym roku powołany został do życia projekt mający na celu stworzenie serii komiksów, skierowanych do nieco starszego czytelnika.

Za projekt odpowiedzialni zostali rysownik Jim Lee (który stworzył nowe koncepcje graficzne bohaterów) wraz z Keithem Giffenem piszącym całą historię od nowa. Do pracy nad komiksem dołączyli również Howard Porter i J. M. Dematties. Tak utalentowany zespół wespół zabrał się do pracy, czego efektem jest kilkanaście (wydawanych w comiesięcznym cyklu) zeszytów, oraz jeden tomik zbiorczy. To właśnie o nim napiszę Wam dziś kilka słów.
Czy wspomnianym wyżej autorom udało się oddać ducha animacji przy jednoczesnym osiągnięciu zamierzonych celów?
Zanim przejdę do konkretów, tytułem wyjaśnienia zarysuję całą fabułę opowieści.

Akcja części pierwszej rozpoczyna się na Festiwalu Płonącego Człowieka odbywającego się na pustyni w Nevadzie, gdzie wśród tłumu rozbawionych ludzi poznajemy Daphne Blake i Freda Jonesa, niezbyt docenianych autorów sensacyjnego programu Tajemnicze Tajemnice. Na coroczną imprezę ściągnęła ich wiadomość od nieznanego informatora, który ma przekazać im ściśle tajne wieści. W tłumie rozbawionych imprezowiczów kręci się też dziwny (choć nie tak cudaczny jak reszta uczestników), brodaty gość, któremu towarzyszy pies rasy dog. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wspomniany pies mówi ludzkim głosem oraz przepada za pizzą czy hot-dogami. Na dodatek, na głowie ma zainstalowaną parę emotigogli (technologicznego ustrojstwa, ukazującego emotki z jego nastrojami).
Kiedy wreszcie dochodzi do spotkania Daphne i Freda z informatorem, na jaw wychodzi, że pod ziemią na terenie festiwalu znajduje się tajemna baza badawcza, gdzie od dłuższego czasu prowadzony był w sekrecie pewien kluczowy dla ludzkości eksperyment. Nosi on nazwę Elizjum. Wtyką dziennikarzy okazuje się być niejaka Velma Dinkley, pracująca z innymi naukowcami nad tym właśnie przedsięwzięciem. Co ciekawe, brodaty koleżka z psem zdają się dobrze znać ową Velmę. Pracownica stacji wyjaśnia ekipie, że celem projektu było wyeliminowanie negatywnych cech ludzkiej osobowości, lecz w czasie pracy odkryła, że za szczytną ideą może czaić się ukryte drugie dno. I właśnie w chwili, kiedy Velma miała zamiar zdemaskować swoich pracodawców, Projekt Elizjum zostaje nieoczekiwanie wprowadzony w życie. Trójka młodych ludzi wraz gadającym czworonogiem (który okazał się być uczestnikiem programu rozszerzania inteligencji u psów), oraz jego zatrudnionym w placówce opiekunem, Kudłatym, zostaje zamknięta w bunkrze. Tymczasem, na powierzchni dochodzi do aktywacji rozprowadzonego dużo wcześniej specyfiku, który nieoczekiwanie zmienia większość ludzi w przerażające monstra. Od tej pory, grupa bohaterów będzie musiała znaleźć wyjście z laboratorium, jednocześnie nie dając się pożreć dziesiątkom wygłodniałych potworów.

Tak to wszystko się zaczyna, a warto w tym miejscu zaznaczyć, że każdy z zeszytów opowiada ciągłą historię, toteż tom pierwszy w żaden sposób nie wyjaśnia wszystkich tajemnic komiksu.

Uważam, że sam scenariusz jest ciekawy, dodatkowo mocno różniąc się od pomysłów wykorzystywanych w serialu. Jesteśmy świadkami poznania się bohaterów, oraz ich powolnego docierania się między sobą.
Zasadniczej zmianie uległo też sedno finału każdego prezentowanego w TV odcinka. Tu potwory są prawdziwe.
Scooby i spółka muszą nauczyć się współpracować ze sobą, co jest trudne nie tylko w zaistniałej sytuacji. Okazuje się, że Daphne nie ufa i nie lubi Velmy, a reszta bohaterów nie czuje (jeszcze) ze sobą tak ciepłej więzi jak w animacji (poza Kudłatym i Scoobym oczywiście). Sam Scooby, choć nieco tchórzliwy, często potrafi być waleczny. Bez namysłu spieszy z pomocą, gdy ktoś z grupy znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kudłaty ma nieco więcej oleju w głowie, choć nadal jest uroczym lekkoduchem i niepoprawnym obżartuchem. Najmniej inteligentnym członkiem zespołu zostaje Fred, którego główną cechą są częste oświadczyny Daphne, kończące się bolesnym fiaskiem.

Pewnym minusem tomu pierwszego jest duża ilość dialogów, które odbywają się kosztem płynności akcji. Mam jednak nadzieję, że w drugiej części twórcy zrezygnują ze zbyt częstych dyskusji na temat położenia bohaterów, mocno dynamizując tempo wydarzeń.
Szkoda też, że zabrakło tu miejsca na nieco więcej humoru. W dość posępnej rzeczywistości stanowiłoby to ciekawą przeciwwagę dla zmagań drużyny, co było przecież znakiem rozpoznawczym serialu.

Plusem tego tomiku są dwie historie (częściowo) poboczne. Pierwsza opowiada o poznaniu Kudłatego ze Scoobym, druga traktuje o dzieciństwie i karierze Velmy. Te elementy działają bardzo korzystnie, dodając interesujących informacji na temat postaci. Spodziewam się ich więcej w kolejnych odsłonach.


Graficznie album prezentuje się bardzo ciekawie. Oczywiście, nie wszystkim czytelnikom przypadną do gustu nowatorskie kreacje bohaterów, jednak są one znakiem rozpoznawczym serii i moim zdaniem wyszły artystom całkiem fajnie. Kreska jest bardziej realistyczna niż w serialu. Jednocześnie przez cały czas wiemy, że czytamy Scooby'ego, a nie nowego Batmana. Dzieje się tak również z powodu zastosowania szerokiej palety ciepłych barw.

Eksperyment z komiksowym unowocześnieniem serialu wypadł więc nad wyraz udanie. Teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że po takim starcie twórcy ostro ruszą z wydarzeniami do przodu, nie zapominając o humorze i nieco krótszych dywagacjach naszych protagonistów. Bo dalej może być tylko lepiej, a już jest nawet bardziej niż ciekawie.

Moja ocena: 5/6.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz