czwartek, 30 marca 2017

Czy aktorskie adaptacje klasyki Disney'a mają sens?

Czarownica, Kopciuszek, Księga Dżungli, a teraz także Piękna i Bestia. Disney wyraźnie polubił odświeżać swoje największe przeboje, przekładając je na bardziej realny, wyrażony przez pracę kamery i grę  aktorską  obraz. Czy jednak jest to dobry pomysł? Oczywiście, wyniki finansowe tych filmów pokazują że tak,  tymczasem  w poniższym tekście chciałbym  przedstawić Wam moje indywidualne podejście do tematu. Skupię się w nim przede wszystkim na najnowszym filmie z wytwórni, który od kilkunastu dni przyciąga do kin całe rzesze widzów.


Już na samym początku należy podkreślić, że żyjemy obecnie w mocno zaoranej dekadzie wszelkich remake'ów, sequeli, prequeli oraz adaptacji. Taki znak czasów lub niemocy twórczej Hollywood - wybierzcie co chcecie. Bytności owych filmów w kinach nie warto teraz  analizować, to temat na zupełnie inną dyskusję.

Nieco inaczej ma się sprawa z odgrzewaniem dziedzictwa Disney'a. Moją pierwszą podstawową zasadą na jaką zwracam uwagę podczas planowania wypadów do kina na tego typu filmy jest: Co nowego pokaże mi odświeżona wersja? I tu właśnie zaczyna się cała zabawa.

Przy Czarownicy (2014) nie było problemu. Legendarna bajka (Śpiąca Królewna - 1959), zostałą opowiedziana poprzez pokazanie wydarzeń z punktu widzenia głównej antagonistki. Zmuszała do weryfikacji założeń, a także pozwalała zrozumieć osobę, którą kiedyś już na wstępie odrzuciliśmy, bo była przedstawiona jako "ta zła". Znakomita realizacja oraz fajnie zagrana rola główna (Angelina Jolie) zrobiły resztę. Czarownicę łyknąłem prawie bezboleśnie i całość, jako odwrócona wersja klasycznej opowieści bezsprzecznie dała radę.

 
Teraz przyznam się bez bicia - Kopciuszka (2015) jeszcze nie oglądałem (obiecuję, że nadrobię), natomiast zeszłoroczna Księga Dżungli to już zupełnie inna bajka. Klasyk powstał pół wieku temu (1967), więc podobnie jak przy dwóch poprzednich (oryginalny Kopciuszek - 1950), sens pokazania tych historii rozumiał się już poprzez sam upływ czasu. Choć animacje Disney'a są często obecne w TV, każda nowa wersja ma słuszną okazję odświeżyć temat, aby był on lepiej zrozumiały dla aktualnego pokolenia. I choć bajki są z zasady ponadczasowe, język filmu wciąż ewoluuje. Unowocześnienia są więc czasem potrzebne.

W Księdze Dżungli niby nie było nic innego niż w oryginale - parę nowych scen, kilka wydarzeń pokazanych inaczej niż w klasycznej animacji, ale film mimo wszystko działał bez zarzutu, a historia wciągała jak najbardziej przepastne bagno. Dlaczego?
Powodem było CGI. To jak w tym filmie pokazano faunę i florę, to po prostu mistrzostwo świata. Biedny Neel Sethi (Mowgli) musiał nie lada natrudzić się, grając na planie z nieistniejącymi zwierzakami i przez prawie cały film będąc w zasadzie jedynym aktorem w całym przedsięwzięciu. Dopiero później, gdy głosów stworzonym na ekranie komputera bestiom użyczyli aktorzy, produkcja nabrała charakteru i magii, którą mogliśmy podziwiać na dużym ekranie.
Księga Dżungli wyszła po prostu wspaniale. Komputerowe postacie z krwi i kości, fantastyczne udźwiękowienie i precyzyjna ręka reżysera (Jon Favreau) tchnęła w tę historię życie, jakiego nie spodziewałem się w najśmielszych snach.


Wreszcie, w tym roku przyszła kolej na dumny klasyk z 1991 roku (historię z tych wszystkich najmłodszą) - Piękną i Bestię. I nie tylko z powodu "świeżości tematu" miałem pewne obawy przed seansem. Pierwsze recenzje zdradzały, że jest to nic innego, jak wierne przełożenie klasycznej animacji. Ci, którzy film widzieli, prześcigali się w porównaniach oraz dywagacjach co zrobiono inaczej, często kręcąc nosem na to, jak wybrzmiały na ekranie poszczególne wątki. Zdawało mi się, że takie podejście skutecznie zabija frajdę z oglądania tej opowieści. Pomimo dodatkowego niesmaku powodowanego oklepanym podejściem, cieszyłem się, bo w sumie oryginalną wersję pamiętałem dość słabo.
Wiedziałem (jak prawie każdy) o czym jest ta historia, jak wyglądają jej bohaterowie, kojarzyłem ich imiona, rozpoznawałem najważniejsze sceny. Tylko, lub aż tyle. To jednak wystarczyło, choć właściwie nie było wcale potrzebne. Film obronił się sam. Dzięki temu bawiłem się wspaniale, bo nie musiałem co chwila porównywać oryginalnych scen z nowymi.

Co mogę zatem powiedzieć o Pięknej i Bestii? Na szczęście, moje długie wyczekiwanie na film opłaciło się z nawiązką.
To wspaniała, przepełniona niezwykłymi efektami specjalnymi,  scenografią  oraz charakteryzacją historia. Aktorzy spisali się na medal. Szczególnie błyszczą Luke Evans (Gaston), Josh Gad (Le Fou) oraz Kevin Kline (Maurycy). Ten ostatni nadał zresztą najbardziej zwyczajną, ludzką nutę odtwarzanej przez siebie postaci.
Każdy element opowieści ma czas aby wybrzmieć na ekranie, motywacje postaci są jasne, cała historia (poza jedną małą scenką) ma sens, a film oparto na mocnym podłożu fabularnym, które daje możliwość  zastanawiania się nad strukturą świata jeszcze długo po wyjściu z kina.

Nie obyło się bez minusów - piosenki zdawały mi się nie aż tak melodyjne, a niektóre komiczne sceny można było zrobić bardziej na luzie, dając ponieść się jeszcze bardziej żartobliwej nucie. No, ale wiadomo, tu obowiązuje swoista Disney'owska forma - oglądamy film familijny, więc musi być bezpiecznie, a pewien rodzaj nieco luźniejszych żartów jest ściśle zakazany.

Tym, co najbardziej chwyciło mnie za serce była dosłowna teatralność opowieści. Tak naprawdę czułem się jakbym nie był w kinie, lecz na najwspanialszym przedstawieniu z żywymi aktorami. To coś, czego na sali filmowej mam okazję doświadczać niezwykle rzadko.
Zatem po raz trzeci wyszedłem z seansu zadowolony i z przeczuciem, że zobaczyłem coś, co już niby kiedyś widziałem, ale tym razem doświadczyłem tego nieco inaczej. I o to chyba w tym wszystkim chodziło.


I tu przechodzimy do konkluzji. Czy warto robić takie filmy?

Z mojego punktu widzenia - tak!
Piękna i Bestia, wbrew pozorom najlepiej odpowiada na moje tytułowe pytanie. Nie zawsze coś musi być znacząco inne od pierwowzoru. Jeśli z szacunkiem potraktuje się źródło i dobrze opowie daną historię, ów charakterystyczny przepis powinien wyklarować się sam. Warto dać Disney'owi szansę. Jak na razie radzą sobie bardzo dobrze.
W pełni rozumiem, że każdego z Was odpowiedź będzie na pewno inna, bo zależy to od tego, czego od owych produkcji oczekujecie. Jeśli chcecie nowatorskiego podejścia, nie zawsze je otrzymacie, jeśli chcecie dokładnego przełożenia obrazu z treścią, czasem i to się zdarzy. Ważną rolę gra tu nie tylko chęć ponownego zobrazowania klasyki, ale też oczywista nuta nostalgii. Dla radykałów pielęgnujących raz poznane odczucia raczej nieczęsto znajdzie się tu miejsce do satysfakcji. Natomiast osoby otwarte i wrażliwe na pewno dostrzegą coś, do czego będzie można przywiązać uwagę.
Sądzę więc, że jeśli tylko studio nadal będzie z podobną troską podchodzić do własnego materiału, wszyscy możemy spać spokojnie.

Tymczasem za rogiem czai się już podobno Mulan i Alladyn. Ja czekam jeszcze na Króla Lwa, i akurat w przypadku tej adaptacji, kupię bez pytania każdą zaproponowaną wersję.

Co o tym sądzicie? Jakie są Wasze wrażenia po Pięknej i Bestii oraz oczekiwania wobec aktorskich adaptacji Disney'a? Piszcie śmiało!
 

niedziela, 26 marca 2017

RECENZJA: Batgirl vol. 1 - Beyond Burnside

Wcześniej z Batgirl miałem przyjemność obcować tylko w pierwszym zbiorczym tomiku z New 52 - The Darkest Reflection (który bardzo mi się podobał), toteż z tym większym zainteresowaniem  postanowiłem poznać zawartość właśnie wydanego, debiutanckiego tomiku tej bohaterki w cyklu Rebirth.
 
Beyond Burnside (Poza Burnside) rzuca nas daleko od mrocznej strefy Gotham, bo aż do odległej  Japonii. To właśnie tam przybywa Barbara Gordon, a celem jej wędrówki jest nic innego jak zwyczajny odpoczynek. No, może nie tylko odpoczynek, bo dziewczyna bardzo chce spotkać się z niejaką Fruit Bat, pogromczynią zła w tej części świata, działającą od zamierzchłych lat 40-tych ubiegłego wieku. Pomimo 104 lat na karku, niegdysiejsza bohaterka nadal żyje, a poszukująca inspiracji Barbara zamierza przeprowadzić z nią wywiad. Jak to często bywa, skrupulatne plany biorą w łeb, ponieważ dziewczyna spotyka w hostelu swojego dawnego kolegę, Kaia. Powraca dawna fascynacja, a wspólnie spędzony czas z Kaiem i  panią Chiyo (Fruit Bat) na paradzie w Okinawie przerywa atak wojowniczki ubranej w dziwny strój uczennicy. Barbara próbuje udaremnić atak na kolegę, tymczasem do akcji włącza się wiekowa mścicielka, która w brawurowy sposób odpędza napastniczkę.

I tu zaczyna robić się ciekawie. Dlaczego Kai został zaatakowany i o jaką formułę pytała go uczennica? Co miała na myśli Fruit Bat mówiąc Batgirl o konieczności odszukania niejakiego nauczyciela? Te zagwozdki poprowadzą Barbarę do śledztwa, w czasie którego odkryje nie tylko drugą stronę dawnej sympatii, ale też niemałą aferę, której głównym elementem jest pewien groźny specyfik oraz machinacje pewnej organizacji, która zagraża bezpieczeństwu młodych ludzi.

Fabularnie Beyond Burnside ogólnie daje radę, minusem scenariusza (Hope Larson) jest nadmierna łatwość przewidywania i przypadkowość dedukcji głównej bohaterki. Tropy jakimi podąża Batgirl są pisane są jak na mój gust zbyt cienkimi nićmi i pomimo komiksowej formy opowieści da się je z łatwością wychwycić. Poza tym, akcja posuwa się do przodu wartko, a relacje pomiędzy Barbarą a Kaiem są napisane ciekawie, nie przesładzając niepotrzebnie treści albumu. Mamy tu więc akcję, sprawę do rozwiązania oraz intersującą, młodą bohaterkę której nie sposób odmówić swoistego uroku.

Ilustracje Rafaela Albuquerque są dość specyficzne. Ich nadmierna szkicowość nie do końca przemówiła do mojego gustu, natomiast trzeba przyznać, że grafik bardzo umiejętnie przedstawia mimikę postaci. W trafny sposób uzupełnia to rys psychologiczny postaci (o ile możemy w tym przypadku mówić o czymś takim -  to w końcu czysto rozrywkowy komiks). Stonowana nuta barw Dave'a McCaig'a nie razi oczu, pozwalając chłonąć historię bez nadmiernego zmęczenia wzroku. Szczególnie korzystnie wypada to w scenach walk lub akcji.

Na samym końcu albumu otrzymujemy bardzo fajną historię, która rozgrywa się podczas powrotu Batgirl do USA. Nieświadoma niczego Barbara nie miała pojęcia, że na pokładzie samolotu znajdowała się Poison Ivy, która przewoziła w luku bagażowym pewną niecodzienną, prehistoryczną roślinę. Turbulencja w czasie lotu sprawia, że owa roślina wybudza się z letargu, powodując poważne zagrożenie dla wszystkich pasażerów. Batgirl i Ivy muszą więc połączyć siły ratując siebie i innych, a także zrobić co w ich mocy, aby wylądować na miejscu w jednym kawałku.

Pierwsza część Batgirl z DC Rebirth wypada więc dość pomyślnie. Album ma swoje oczywiste plusy i minusy, jednak wciąż zapewnia sporo niezobowiązującej rozrywki. Dla osób chcących czytać tylko wybitne historie, nie będzie godny polecenia, natomiast jako lekka i łatwa opowieść z postacią z rodziny Batmana, zdecydowanie daje radę.

Moja ocena: 4/6.
 

sobota, 25 marca 2017

RECENZJA: Wyrok Nocy - Mateusz Dydyna

Jak działa nasza wyobraźnia? Czy możemy otwarcie powiedzieć, że to, co dzieje się na jawie jest prawdziwsze od tego, czego doświadczamy śniąc? Co byśmy zrobili, gdyby obie te rzeczywistości zaczęły nawzajem zajmować swe miejsca?
Takie właśnie pytania przychodzą mi do głowy po lekturze najnowszej powieści Mateusza Dydyny - Wyrok Nocy (pierwszy tom cyklu Pętla Czasu). I choć są one niezwykle inspirujące, każdy z nas inaczej odpowie na nie po zapoznaniu się z treścią tej książki.
 
Przygoda rozgrywa się tu na dwóch płaszczyznach. Franek, zwykły licealista podczas wakacji odnajduje swą dawną, szczenięcą miłość, Anastazję. Co ciekawe, z jakiegoś dziwnego powodu z początku zupełnie nie może przypomnieć sobie tej dziewczyny. W miarę jak ich odnowiona znajomość rozkwita, a zwykła sympatia daje nadzieję na stanie się czymś więcej, chłopak zaczyna doświadczać coraz dziwniejszych snów. To właśnie w nich, pod przewodnictwem Anastazji przenoszą się do niezwykłego, surrealistycznego świata, w którym jedynym ograniczeniem jest ich własna wyobraźnia. Niestety, na skutek pewnych działań, w tej świadomości Anastazja zostaje największym wrogiem Franka. Niestety, po przebudzeniu chłopak nic z tych wydarzeń nie pamięta. Te niesamowite potyczki to zaledwie początek podróży, w jaką autor zabiera bohaterów oraz samego czytelnika.
 
A dzieje się tu naprawdę wiele! Inne światy, zakrzywione rzeczywistości, niezwykłe, rządzące się swoimi prawami fizyki, kształtu i czasu planety, gdzie to co znane okazuje się być czymś zupełnie innym. Zarówno postacie jak i czytelnik nie będą narzekać nawet na chwilę nudy. Wszystko to poprowadzi nas do niesamowitego, jeszcze bardziej zakręconego finału, gdzie tylko umysł podpowie nam jak to wszystko poukładać.
 
Niczym nieskrępowana wyobraźnia autora często korzystała z oczywistych inspiracji i warto tu dodać, że czerpała zachłannie oraz pełnymi garściami. Da się tu wyczuć olbrzymie zamiłowanie do gier komputerowych, bo pod czym innym może kryć się ta niezliczona ilość światów i wariacji, których doświadczają bohaterowie? Mateusz Dydyna korzysta jednak ze swoich inspiracji umiejętnie, wybierając dla siebie to co istotne i mieszając wszystko z własnymi składnikami, aby otrzymać wywar doskonały.
 
Być może to tylko ja, ale w powieści wyczuwam też pobrzmiewającą pewną nutę filmu Sucker Punch. W tamtej historii grupa bohaterek próbuje mentalnie i fizycznie uciec z nadzorowanego zakładu, wspólnie tworząc sugestywne wizje oraz światy. Tu jest na pewien sposób podobnie, a samo zakończenie mówi nam o sprawach, które z siebie wypieramy oraz poświęceniu zdolnym zmienić bieg naszego losu.
Niczym w Alicji wędrującej po Krainie Czarów oraz uwięzionej Po Drugiej Stronie Lustra przemierzamy zakątki umysłów postaci, czekając, co też spotka nas za kolejnym rogiem. To opowieść, w której rzeczywistość przedstawiona jest w sposób nieszablonowy, zmuszający do otwarcia tej części wyobraźni, o której być może nie wiedzieliśmy że istnieje.
 
Pomimo tego co piszę, Wyrok Nocy niestety do gustu nie przypadł mi prawie wcale. Rzeczywistość głównego bohatera pomimo swej zwyczajności potraktowana jest tu bardzo powierzchownie, a fantastyczne światy snu przepełnione są tak bardzo, że raz po raz tonąłem w gęstwinie wyobrażeń, zdań oraz pomysłów. Rozumiem, że taki był plan i choć podziwiam zamysł autora, sama realizacja odbiega od standardów do jakich jestem przyzwyczajony, i które lubię najbardziej.
Powieść czyta się szybko, choć podczas fragmentów ze snów odniosłem wrażenie, że zgłębiając poszczególne rzeczywistości, autor za bardzo przesycił je treściami. Bardziej do gustu przypadłaby mi forma kilku opowieści w jednej, uzasadniona nieco spokojniejszą nutą wydarzeń lub sytuacji. Tu jakoś też dziwnie czułem, że pomysły były czasem wprowadzane na gorąco, tak aby pasowały do aktualnej opowieści, niekoniecznie będąc gruntownie przemyślanymi od początku.
Pomimo pytań, które wymieniałem na początku, powieść nie pozostawiła w mojej pamięci elementów które mógłbym docenić na dłużej. Nietypowa treść zwyczajnie nie pokryła się z moim indywidualnym sposobem odbioru literatury.
 
Wyrok Nocy na pewno znajdzie swoich sympatyków, bo pomimo rozczarowania doceniam niezwykłą pracę włożoną w powstanie tej historii. To opowieść o miłości, przeznaczeniu i sile kreatywności, która wymyka się wytartym śladom literatury fantastycznej. Należy sięgnąć po nią samodzielnie i subiektywnie ocenić jak taka forma wyobraźni odnajdzie się w naszej własnej. Może wtedy zauważycie w niej coś cennego, czego mi niestety dostrzec się nie udało.
 
Moja ocena: 2/6.
 
Za udostepnienie powieści do recenzji dziękuję autorowi oraz wydawnictwu Psychoskok.

 

wtorek, 21 marca 2017

RECENZJA: Wybór Robinii - Elena Kedros

Ech, a mogło być tak pięknie. Chociaż w sumie źle też nie było...
Pierwszy tom przygód tytułowej bohaterki, chłopaków i reszty podobał mi się bardzo. Jasne, Legenda Robinii to prościutka, szybka w czytaniu powieść dla młodzieży, ale sama konstrukcja książki, fabuła oraz postacie sprawiły, że lektura pochłonęła mnie bez reszty. A w drugim tomie... No, jakby czegoś zabrakło.
 
I nawet wiem czego. Dobrze przemyślanego od początku do końca pomysłu. Nie zrozumcie mnie źle, koncepcja wydarzeń układa się nawet fajnie, ale przez pierwsze kilkadziesiąt stron mamy tu do czynienia z niezbyt udanym epilogiem pierwszej części. Dowiadujemy się jak potoczyły się losy przyjaciół, co planuje Robinia, ale w świetle tego, co przygotowała dla nas autorka na później, przedstawione wydarzenia odbiera się bez większej iskry i polotu. Dopiero gdy pewne wybrzmiewające w międzyczasie kwestie nabiorą swego znaczenia, zaczyna się właściwa historia. Pozornie prosta, ale umiejętnie przedstawiona przez autorkę, która zręcznie żongluje informacjami i wydarzeniami. Sprawia to, że dopiero od tego momentu z coraz większą ciekawością zaczynamy pochłaniać strony.
 
Wybór Robinii można podzielić fabularnie na trzy segmenty.
Pierwszy (niestety nieco mniej interesujący), to tytułowa zagwozdka głównej bohaterki, dotycząca jej życia osobistego. Nie będę za dużo zdradzał, napomknę jedynie, że chodzi tu m.in. o sprawy związane z bratem Robinii, Philipem. Na szczęście, w skutek wydarzeń rozgrywających się w tym tomie bohaterka odnajdzie wreszcie samą siebie, podejmując trwałą decyzję o kształcie dalszego życia. 
Drugi segment jest kluczowy dla całej fabuły, a co najciekawsze dotyczy miłości Braelyn i Muda. Jeśli sądzicie, że przyjaźń pomiędzy Robinią i Robertem wejdzie w kolejny etap bliskości, jesteście w błędzie. Nie o tym traktuje ta historia.
To, w jakiej sytuacji znaleźli się Mud, Braelyn oraz Drogo po wydarzeniach z pierwszego tomu, napędza całą oś zdarzeń i spisków, które wkrótce staną się udziałem reszty bohaterów. I znów nie napiszę o co chodzi, lecz trzeba Wam wiedzieć, że miłość nigdy nie jest łatwa, jeśli w grę wchodzą kwestie sprawowania władzy oraz wszelkie układy polityczne.
Trzeci segment to sprawa Królestwa i jego rozwoju oraz problematyka rozrastania się grupy zamieszkującej las. Poprzez wprowadzenie kolejnych, drugoplanowych postaci autorka odpowiada na pytania czy przyjmowanie nowych ludzi do społeczności jest dobrym pomysłem i jakie są tego dobre lub złe strony.

Tak jak w pierwszym tomie, w Wyborze Robinii również pojawiają się czarne charaktery. Elena Kedros umie w prosty, przystępny sposób zbudować postacie, które z natury są złe do szpiku kości. Lecz nie tylko one stanowić będą atrakcję książki. Poznamy też bohaterów, dla których pozostaje jeszcze cień nadziei. To, jak zostali wmanewrowani w sieć niecnych knowań jest również ciekawym aspektem lektury. O kogo chodzi? Przekonajcie się sami.
 
Ogólnie Wybór Robinii to nadal fajne czytadło dla dzieciaków, które z łatwością przełkną również starsi, spragnieni ducha przygody czytelnicy. Minusem jest powolne i nieco niezręczne zawiązanie osi fabularnej, przez co książka nie wciąga od samego początku, czego (po Legendzie Robinii) można było się bardzo spodziewać.
Jedna z końcowych scen zapowiada ciąg dalszy. Oczywistym i spodziewanym jest więc, że wątki poboczne z Wyboru Robinii będą kontynuowane w trzecim tomie.
 
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Jeśli czytaliście Legendę Robinii jakiś czas temu, przypomnijcie ją sobie sobie przed lekturą. Elena Kedros wrzuca bowiem czytelnika w wir wydarzeń, narracyjnie nie starając się bardzo tłumaczyć poprzednich przygód bohaterów.
 
Moja ocena: 4/6.


sobota, 18 marca 2017

Brandon Sanderson w Warszawie - fotorelacja ze spotkania z fanami (18 marca 2017 r.)

Brandon Sanderson

Brandon Sanderson - jeden z najbardziej kreatywnych i pomysłowych pisarzy współczesnej fantastyki. Autor cykli literackich Z Mgły Zrodzony, Archiwum Burzowego Światła, Mściciele, współtwórca serii Koło Czasu, a także szeregu innych samodzielnych dzieł literackich.
Urodzony w 1975 roku w Lincoln (stan Nebraska), dwukrotny laureat nagrody Hugo.

Wśród sympatyków gatunku zasłynął głównie dzięki nowatorskiemu podejściu do fantastyki. On nie inspiruje się innymi twórcami - samodzielnie tworzy własne światy, ich fizykę, magię, faunę oraz florę. I choć nie wszyscy sympatycy science-fiction czy fantasy uwielbiają jego dzieła, jedno trzeba mu przyznać - jak nikt potrafi zbudować klimat oraz wciągającą opowieść. Wierzcie lub nie, ale za kilkanaście lat będzie stawiać się go na równi z Tolkienem jako prekursora pewnych zagadnień literackich, które zrewolucjonizowały rynek światowej literatury fantastycznej.

czwartek, 16 marca 2017

RECENZJA: Kong: Wyspa Czaszki

Oj, niełatwo zmierzyć się z legendą, niełatwo...
Grupa naukowców wsparta przez wojsko wracające z Wietnamu rusza na tajemniczą Wyspę Czaszki celem odszukania śladów nieznanych form życia. Jakież będzie ich zdziwienie, gdy okaże się że wyspy broni gigantyczna małpa zwana Kongiem. Wkrótce ludziom przyjdzie walczyć o życie nie tylko z bezwzględną fauną i florą nieznanego skrawka lądu, ale przedziwnymi jaszczurami oraz samym królem dżungli - Kongiem.
 
Tak w skrócie przedstawia się fabuła filmu, który wraz z Godzillą (2014) tworzy nowe uniwersum Monster Movies. Jakkolwiek cieszy mnie ogromnie, że taki świat powstaje (o światach filmowych pisałem na blogu jakiś czas temu), nie do końca rad jestem z efektu, który osiągnięto w najnowszym filmie Jordana Vogt-Robertsa.
Kong to mityczna postać popkultury i zabierając się do filmu z nim w roli głównej, trzeba mieć baczenie na jaki grunt się wchodzi. Rozumiał to Peter Jackson, który ponad dekadę temu uraczył nas rewelacyjną wersją tej klasyki kina. Max Borenstein i Dan Gilroy (panowie scenarzyści) postanowili iść w nieco innym kierunku, wyznaczanym przez samo uniwersum, ale też zapewne chcąc tchnąć pewien powiew świeżości do tej bardzo znanej historii. I pod tym względem im się to udało, lecz sam film cierpi na wiele przypadłości, które sprawiają, że niestety nie jest jest niczym więcej (chociaż w sumie mniej) niż zwykły, wakacyjny blockbuster.
 
 
Sądzę, że za jednym zamachem chciano złapać tzw. dwie sroki za ogon, a ostateczny efekt nawet w połowie nie jest żadną z nich. Z jednej strony Kong: Wyspa Czaszki stara się być filmem samoświadomym, umiejętnie prezentującym żonglerkę pastiszem czy ikonami kina, z drugiej bardzo chce pokazać nam odświeżoną historię zaginionego lądu. Niestety, pastisz zbyt często przechodzi tu w ograne filmowe klisze i bzdurki, które pomimo pewnej umownej konwencji w drugiej połowie filmu zaczynają strasznie razić. Pod tym względem Kong przypomina trochę Legion Samobójców (tam od połowy filmu idiotyzmy niemal całkowicie zniszczyły opowiadaną historię). Ukazanie nieznanej wyspy jest też strasznie sztuczne i sztywne. Co rusz twórcy rzucają w nas nowym miejscem, lub zwierzakiem, jakby chcieli powiedzieć nam: "O, patrzcie, a wymyśliliśmy takiego stwora, a teraz patrzcie, wymyśliliśmy jeszcze takiego". Wychodzi to niezgrabnie, a wystarczyło choćby zobaczyć jak zrobił to wyżej wspomniany P. Jackson, w którego filmie wszystkie takie elementy miały czas i sposób aby odpowiednio wybrzmieć, robiąc odpowiedni nastrój.
 
Odrębną sprawą są aktorzy. Nagromadzenie filmowych sław nie służy tytułowemu bohaterowi. Samuel L. Jackon (on ma swoją drogą ten sam problem co Johnny Depp - od lat gra niezmiennie tą samą postać), John Goodman, Tom Hiddleston, John C. Riley zostali zbyt mocno wyeksponowani. Przez cały seans miałem wrażenie, że to bardziej ich historia, niż zapowiadana szumnie w mediach radosna nawalanka Konga z dinozauropodobnymi jaszczurami. I tylko John C. Riley oraz Shea Whingham wyszli ze swoich ról obronna ręką. Ich aktorstwo fajnie wpisało się w pokręconą konwencję filmu. A co z jedną z dwóch kobiet w obsadzie - Brie Larson? No, wygląda bardzo fajnie w podkoszulku. I tyle.

 
Kong: Wyspa Czaski posiada na szczęście kilka pozytywnych elementów.
Pierwszym z nich jest główny bohater oraz walki z jego udziałem. Choć potyczki Konga z Czaszkołazami są boleśnie krótkie (w Godzilli też tak było, jednak tam konstrukcja filmu działała na korzyść takiego rozwiązania), sposób ich realizacji, reżyseria i efekty specjalne budzą ogromny podziw. Naprawdę w tych krótkich chwilach można było poczuć prawdziwą magię kina. To niewątpliwie najjaśniejszy element filmu i tylko dzięki temu oceniam tą produkcję aż tak wysoko.
Druga sprawa to piosenki. Idealnie wpasowane, z lat kiedy rozgrywa się akcja obrazu (połowa lat siedemdziesiątych), tworzą rozluźniające tło do treści na ekranie. To m.in. za ich sprawą wiemy, żeby nie traktować tego co widzimy zbyt poważnie.

 
Czy zatem Kong: Wyspa Czaszki to film udany? Niestety, nie do końca.
Finałowa potyczka dwóch potworów jest zbyt krótka, a co gorsza nie pokazuje wysiłku, który powinien być udziałem Konga podczas walki ze stworem, który niegdyś wybił wszystkich jego pobratymców.
Zbyt wiele tu także głupkowatych, wytartych filmowych klisz (nie chcę wymieniać ich w celu uniknięcia spoilerów, ale jeśli oglądacie sporo filmów, wychwycicie je z łatwością), a znani aktorzy wcale nie czynią tego filmu lepszym (są chyba tylko po to, aby lepiej sprzedać produkcję na świecie).
I choć wiem, że ta wersja Konga  nigdy nie miała być kamieniem milowym współczesnej kinematografii, a jedynie obrazem dającym dobrą zabawę, spodziewałem się po nim więcej i to właśnie w tej szczególnej materii.
Dostałem coś, co niby cieszy oko, ale chyba za pół roku zapomnę o czym to wszystko było. A przecież spotkanie z Kongiem powinienem zapamiętać na długo...
 
Moja ocena: 3/6.
 

środa, 15 marca 2017

WYWIAD: Grzegorz Wielgus (autor powieści Krzyżowiec)

Książki, podobnie jak czytający je ludzie, często wywołują skrajne opinie. Na to, co podoba się jednemu, drugi ma zupełnie inne spojrzenie. Chyba dlatego ten świat jest tak ciekawy, a dana opinia nie powinna przekreślać wartości dzieła w oczach ogółu.
Dlatego też, kiedy nadarzyła się okazja rozmowy z Grzegorzem Wielgusem, autorem niedawno recenzowanej na Skrzydłach Gryfa powieści Krzyżowiec, postanowiłem dowiedzieć się o nim nieco więcej, zadając mu pytania o jego twórczą drogę, inspiracje, pasje oraz plany na przyszłość.
Zapraszam Was na moją rozmowę z tym autorem.


poniedziałek, 13 marca 2017

RECENZJA: Baba Jaga (Don't Knock Twice)

Po obejrzeniu Autopsji Jane Doe oraz przeczytanych opiniach na temat Rings sądziłem, że nic gorszego w kinie grozy mnie na razie nie spotka. Jakże się w tej kwestii myliłem...
Baba Jaga to nie tylko zły film. On jest zwyczajnie źle zrobiony.
 
Chyba  jakieś nieszczęście spotkało scenariusz Marka Huckerbyego i Nicka Ostlera. Podejrzewam, że w napadzie szału porwał go pies i tak poszarpał, że z tekstu nie zostało nic poza kilkunastoma pogiętymi kawałkami. I te kawałki ktoś posklejał w nieco innej od zamierzonej kolejności. A wiecie co? To nawet nie do końca w tym rzecz.
Oprócz dziwnej kolejności przedstawiania wydarzeń, Baba Jaga kuleje już na etapie tworzenia postaci oraz wymyślania zapadających w pamięć, przerażających scen. Bo wszystko, czym usiłuje się nas tu straszyć, w kinie grozy już dawno zostało pokazane. Każdą z tych niby upiornych rzeczy widzieliśmy nie jeden raz podczas ostatniej dekady lub dwóch. Więc jaki jest tego sens? Nawet nastolatki nie dadzą się na coś takiego nabrać, bo zapewne siedzą przed telewizorem lub w kinie dłużej i częściej niż ja.
A sami bohaterowie? To też prawdziwe kuriozum. Kto w normalnym życiu zachowuje się w ten sposób? Kto po zdemolowaniu pracowni i osiągnięć ostatnich miesięcy nie robi sobie z tego nic, zabijając niepokój egzystencjonalną pogawędką z własną córką? Kto, widząc prawdopodobną śmierć przyjaciela podczas rozmowy na Skypie, nie martwi się o jego los?...
 
 
Zacząłem trochę nie po kolei, ale musiałem wyrzucić z siebie to, co najbardziej mnie bolało.
Tak w ogóle ten film jest o matce i córce (Kate Sackhoff i  Lucy Boynton), które po latach rozłąki mają okazję nadrobić stracone lata. Jess ćpała, więc sądownie odebrano jej malutką Chloe. Teraz, kiedy córka ma już kilkanaście lat, matka wywalczyła sobie prawa do opieki nad nią, pod uważną kontrolą kuratorium. Zabiera ją więc z domu dziecka, ale niepokorna latorośl pozwala sobie na jeden nierozważny ruch. Wraz z kolegą udaje się do pewnego opuszczonego domu obok autostrady, aby zapukać do jego drzwi. Według tego w co wierzą młodzi, mieszka tam duch kobiety, która zabiła niegdyś jakiegoś Michaela. Dwukrotne uderzenie kołatką ma sprawić, że to właśnie tytułowa Baba Jaga przyjdzie po tego, kto ośmielił się zakłócić jej spokój. I oczywiście, zaraz po tym zaczynają się dziać dziwne i mrożące krew w żyłach rzeczy. 
 
Baba Jaga próbuje straszyć nas od pierwszych scen. Wyszłoby to świetnie, ale twórcy (np. reżyser - Caradog W. James) zapomnieli o tym, że najlepiej będzie poczekać i przedstawić nam nieco lepiej bohaterów. W końcu wtedy ich śmierć lub przerażenie będzie miało dla nas większą wagę. Tak się jednak nie dzieje, a poszczególne sceny następują po sobie szybko i jakby nie do końca po kolei. Sprawia to, że w połowie seansu cały ten film już nic a nic nas nie obchodzi.
Trzeba tu przyznać, że jakiś zamysł na ten film był. I to nawet fajny, ale ktoś przekombinował z narracją i sposobem ukazywania wydarzeń.  Tak więc otrzymujemy przedziwny kalejdoskop wydarzeń i ich konsekwencji  oraz pozornie strasznych scen.  Aktorzy grają bez przekonania, scenariusz rozpisał ich działania na podobieństwo tępych robotów, a to co ma straszyć jest ostatecznie tylko kalką wytartych wrażeń z dużo lepszych horrorów.

 
Baba Jaga nie jest zatem filmem, który mógłbym Wam polecić. Nie powinni go oglądać nawet ci, którzy pochłaniają filmy grozy jak leci. Zwyczajnie szkoda na niego czasu. We wspomnianej na początku Autopsji Jane Doe było przynajmniej dobre wprowadzenie, natomiast resztę filmu zepsuły głupotki i wytarte klisze z dużo lepszych dzieł. Tu nie ma nawet tego.
Nie pukajcie więc do drzwi Baby Jagi. Na pewno nie umrzecie ze strachu, lecz z nudy...
 
Moja ocena: 1/6.
 

niedziela, 12 marca 2017

RECENZJA: Harley Quinn, tom 3 - Cmok, Cmok, Bang, Dziab

Z takimi dziełami jest zawsze pewien problem. Co napisać o kolejnym już tomie w serii, skoro tak samo jak poprzednie, stoi on na identycznym, wysokim poziomie? Na szczęście dla mnie, na blogu nie było jeszcze recenzji Harley z New 52! Sprawa jest więc prosta.

Kim jest w ogóle ta cała Harley Quinn? Ktoś jeszcze nie wie? To najbardziej nieprzewidywalna, zwariowana postać z całego obecnego katalogu postaci DC. Wielkoduszna, urocza wariatka z dyplomem psychiatrii, niegdyś zakręcona na punkcie notorycznego przestępcy-psychopaty Jokera, z takim samym jak jego, białym odcieniem skóry. Uwielbia czerń, czerwień i biel. Mieszka na Coney Island w Brooklynie, gdzie została właścicielką kamienicy, którą przepisał jej z wdzięczności jeden z byłych pacjentów. Całe jej obecne życie (wreszcie z dala od morderstw i przestępstw Gotham) kręci się wokół życia z ogromną ilością zwierzaków domowych (i nie tylko), wzdychaniem do koleżanki po fachu (Poison Ivy) oraz coraz bardziej wymyślnymi próbami związania końca z końcem.

W najnowszym tomie, jak zawsze niezawodni Amanda Conner i Jimmy Palmiotti bez zmian kreują naszą niezwykłą bohaterkę. Miss Quinn to osoba wrażliwa, wybuchowa oraz nieustannie poszukująca niecodziennych wrażeń. A te zdają się jej same szukać.
Z tej właśnie przyczyny Świrunia wplątana zostaje w aferę z pojmaniem Poison Ivy w Arkham Asylum, usiłuje wygrać licytację na rzecz wsparcia schroniska dla zwierząt fundacji Wayne'a (w której nagrodą jest kolacja z samym Brucem W.), pilnuje aby nowo narodzone szczeniaki i kociaki znalazły na Gwiazdkę dobry dom, a także przytłoczona nadmiarem obowiązków zbiera drużynę, która pomogłaby jej rozwiązywać codzienne wyzwania.

I jest oczywiście śmiesznie oraz nietypowo, bo komiks ten ogranicza jedynie wyobraźnia twórców. Harley Quinn to nie klasyczne superhero z ratowaniem świata i tysiącami złoczyńców czyhających na dobro naszej planety. To nieskrępowana zabawa konwencją, pastisz, świetne pomysły i podejście do tematu czasem kojarzące się ze światem po drugiej stronie lustra. Wyprawy w kosmos (poprzedni tom), dziwne, kreatywne sny czy przeczące prawom fizyki rozwiązania czynią tę pozycję jeną z najciekawszych na rynku komiksów humorystycznych dla dorosłych.

Graficznie jest nie mniej ciekawie. Najbardziej lubię rysunki Chada Hardina i Johna Timmsa, ale obecni w albumie Mauricet, Brandt Peters i Ben Caldwell też wzorcowo dali radę. Graficy wybierani do tworzenia tego komiksu są chyba nieprzypadkowo. Do pełnego fantazyjnych rozwiązań stylu bycia Harley ich prace zwyczajnie pasują jak ulał.

Jeśli więc nie jesteście chlipiącymi w samotności smutasami, pogrążonymi w żalu dla siebie i reszty pięknego świata, sięgnijcie po 3 tom Harley. Nie tylko po to, aby sprawdzić, czy w tej części Świrunia skradnie całusa Batmanowi. Po prostu po to, aby bawić się świetnie w świecie, do którego ucieczka jest najlepszym sposobem na bezkompromisowo spędzony czas.
I pamiętajcie - rozsądek zostawiamy za sobą! :-)

Moja ocena: 5,5/6.
 

piątek, 10 marca 2017

Catwoman od Sideshow Collectibles

Z okazji Dnia Mężczyzn, przyjrzymy się dziś statuetce Catwoman od Sideshow Collectibles. A czemu nie?

Projektantem tej wspaniałej, wykonanej w skali 1/5 figurki jest słynny (pochodzący z Hong Kongu) grafik, wizjoner i projektant - Stanley "Artgerm" Lau. Jego Catwoman jest pierwszym z nadchodzących projektów poświęconych kobiecym postaciom z komiksowego uniwersum DC. Seria ta nosić będzie nazwę DC Comics Statues - Stanley "Artgerm" Lau Artist Series.

Jak podaje oficjalna strona producenta, artysta wraz z zespołem kreatywnym stworzyli postać Kobiety-Kota zupełnie na nowo, wzbogacając ją wizjonerskim podejściem S. Lau oraz nieustannie popularnym stylem pin-up, pochodzącemu z przełomu lat 40/50-tych ubiegłego wieku. Dzięki temu Catwoman zyskała nowe, świeże spojrzenie, przy jednoczesnym uszanowaniu pochodzenia tej postaci, co zapewniło tak jej wielką popularność w ciągu ostatnich dekad.

Muszę przyznać, że figurka prezentuje się niezwykle apetycznie, a poza oczywistymi walorami wizualno-artystycznymi na szczególną uwagę zasługuje bicz, owijający się wokół talii Seliny, tworząc swym zakończeniem oczywisty kształt ogona.





Sideshow ogłosiło, że kolejnymi bohaterkami DC, które zostaną zaprezentowane w serii, będą Poison Ivy oraz Harley Quinn (czyli Gotham City Sirens w komplecie).
Figurkę Catwoman można już zamawiać w przedsprzedaży na stronie producenta. Jej cena wynosi 350 $.
Mrrrauu!... ;-)

wtorek, 7 marca 2017

RECENZJA: Krzyżowiec - Grzegorz Wielgus

Czy zdarzyło się Wam czasem czytać książkę, o której wiecie, że jest skierowana nie do końca dla Was?  Ja miałem tak tym razem. Pozwólcie jednak, abym  wyjaśnił wszystko po kolei.

Krzyżowiec opowiada niesamowitą historię tytułowego Rycerza, który za sprawą tajemniczego podszeptu swojej podświadomości udaje się w podróż do Ziemi Świętej, celem odkupienia grzechów. Nie byłoby w tym może nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że ów woj od dawna jest martwy i niemy, a co za tym idzie, jego zwęglone, obleczone zbroją ciało pcha do przodu jakaś niewyjaśniona, potężna siła. Zatem wyrusza Krzyżowiec z klasztoru, w którym przebywał bezwolnie wśród mnichów przez ponad dekadę, ku spodziewanemu przeznaczeniu, z nadzieją zmazania swych życiowych win i doznania odkupienia.
I tu zaczyna się sedno całej historii, ponieważ cała ta długa podróż przez targaną epidemią dżumy Europę naznaczona jest wieloma przygodami, przeciwnościami i wyzwaniami (wszak odkupienie musi mieć swą cenę, nieprawdaż?). Oprócz darów losu, mężczyzna będzie musiał zmierzyć się z nieposkromioną częścią swej osobowości, która nadal pcha go do czynów co najmniej niegodziwych. Jak zmieni Rycerza ta podróż i czy będzie nauką, a także czego on doświadczy, jest zasadniczą treścią powyższej powieści.

Tyle słowem wstępu, nie będę zdradzał więcej szczegółów, chciałbym jednak napisać dlaczego książka Grzegorza Wielgusa nie przemówiła do mnie tak jak powinna.
Przede wszystkim od pierwszych stron raził mnie zbyt przesadzony, nieco pompatyczny styl opowieści. Oczywiście, przyznaję że jest to wyszukany język, zdania autora zbudowane są naprawdę pięknie (w całym kunszcie naszej ojczystej mowy), ale ja od takiego stylu się zwyczajnie odbijam. Jest zbyt górnolotny, nie pozwalając wbić się w sedno treści, przez co za każdym razem musiałem podchodzić do lektury w najwyższym skupieniu i ciszy.
Druga sprawą są dialogi, a właściwie ich niezwykle skromna ilość. Gdyby wybrać je z tej 372-stronicowej książki, zajęłyby pewnie z 15 stron. I może nie dla każdego będzie to wada, ale dla mnie słowo mówione jest integralną częścią powieści, na równi z takimi elementami jak narracja, opisy czy przemyślenia bohaterów. Zubożała ilość dialogów nie pozwoliła mi na sycące obcowanie z postaciami, a przecież z narracji wiem, że rozmowy (pomimo, że główny bohater jest niemową) były prowadzone dość często. Może też taki był zamysł autora, aby w świetle przedstawienia niewerbalności Rycerza zminimalizować wszelkie dialogi, lecz w moim przekonaniu wyszło to powieści na gorsze.

Oczywiście, przynosi Krzyżowiec również momenty ciekawe, przesiąknięte fantastyką, legendami i niczym nie poskromioną wyobraźnią. Te chwile oceniam w książce najlepiej. Potyczki z diabłami, rozbójnikami, południcami, gigantycznymi pajęczakami, a nawet spotkanie z kompanią Króla Artura szczerze ujęły moją spragnioną przygody duszę. Jest tu wiele z horroru oraz groteski, a swoista zabawa formą przynosi wiele satysfakcji, lecz ostatecznie ginie ona w natłoku długich opisów przyrody oraz otoczenia, sformułowanych za sprawą gęstego, nazbyt wybujałego słownictwa.
Na pochwałę zasługuje również tytułowy protagonista. Trzeba naprawdę świetnego pomysłu i twórczej odwagi, aby stworzyć i umiejętnie poprowadzić taką postać. Pomimo bycia martwym, Rycerz jest idealnym narzędziem w rękach autora, wzbudzając pozytywne uczucia, jednocześnie będąc odbiciem naszych własnych, nie zawsze czystych intencji.
Krzyżowiec ma zatem wszelkie szanse, żeby wejść na stałe do kanonu Polskich postaci nurtu fantastyczno-historycznego.

Z początku martwiłem się do czego zmierza autor w głównym założeniu powieści, lecz ostatecznie jego przesłanie stało się klarowne na ostatnich stronicach Krzyżowca. Zastanawiam się jednak, co powodowało pisarzem, że uderzył w takie poważne, egzystencjalne nuty. Bo, że przygodę i wędrówkę Rycerza oblekł kokonem wyprawy po sedno człowieczeństwa jest w ostatecznym rozrachunku widoczne jak na dłoni.

Zatem Krzyżowiec nie do końca spełnił moje oczekiwania, obiecując ciekawą, wzbogaconą o rysy fantastyczne historię ze średniowiecza (przełom XI i XII wieku), jednocześnie będąc książką dość ciężką i wymagającą nadmiernej, niczym nie rozproszonej uwagi. To co jest w niej świetne, ginie w natłoku powagi i patosu, który, choć powodowany nutą celu podróży Rycerza, nie był chyba tak do końca potrzebny.
Fani opowieści pisanych w patetycznym tonie będą treścią książki usatysfakcjonowani, natomiast sympatycy lekkiego pióra i niezobowiązującej przygody mogą utonąć w gęstwinie zdań.

Moja ocena: 3/6.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję autorowi oraz wydawnictwu Novae Res.

 

piątek, 3 marca 2017

RECENZJA: Logan

Od wczesnej młodości w opowieściach ukochałem sobie postacie skłócone ze światem. Takie, które pod pozorem nieokrzesania, niedostosowania i samotności noszą potężny bagaż emocji skontrastowanych z niewidocznym dla innych współczuciem. Często niezrozumiane, znienawidzone lub ścigane muszą dźwigać swój krzyż, walcząc o prawo bytu i spokój.
Jednym z tak zarysowanych bohaterów był właśnie Wolverine. Logan. Rosomak. Mutant obdarzony zdolnością błyskawicznego leczenia ran, z układem kostnym zamienionym na stop adamantium. Człowiek-bestia z wysuwającymi się z dłoni pazurami. 
 
Logan wiele przeszedł w swym życiu. Ścigany przez niegodziwców, którzy chcieli użyć go jako broni, obawiany przez ludzi oraz większość mutantów, zawsze pozostawał w sprzeczności z atakującym go światem. W końcu nadarzyła się okazja aby to zmienić. Coś stało się z mutantami na całym świecie, a także z naszym protagonistą. Nagle zaczął się starzeć. Jego rany przestały goić się tak jak kiedyś. Logan postanowił się przyczaić. Zająć się czymś innym, czekając na chwilę, kiedy będzie mógł ostatecznie uciec od wszystkiego wokoło.
I kiedy zdawało się, że lada chwila spełni swe zamierzenia, jego świat zatrząsnął się znowu. Choć chciał udawać obojętność, słowa starego mentora i przyjaciela uruchomiły jego zmęczone sumienie. Wolwerine po raz kolejny stanął do walki. Walki, której nie chciał. Walki, która ostatecznie dała mu to, czego szukał przez całe swe życie.
Tak ogólnie przedstawia się fabuła Logana. Filmu, który jest swoistym podsumowaniem oraz laurką dla tej postaci, brawurowo odgrywanej przez ostatnie 18 lat przez Hugh Jackmana.
 
Niezwykła jest to produkcja i choć nie pozbawiona pewnych wad, przemawia do widza na kilku płaszczyznach. Jest więc Logan filmem drogi, jest dziełem kipiącym niezwykłym klimatem, którego na próżno szukać wśród innych filmów z gatunku superhero. Jest też filmem akcji, często dość brutalnej, ale ostatecznie bardziej realistycznej niż mogliśmy tego doświadczyć w pozostałych produkcjach z katalogu X-Men. Jest też filmem z pewnym przesłaniem, gdzie ukazane zostają istotne relacje trzech pokoleń. I to ta ostatnia cecha chyba najbardziej ujęła mnie za serce. 
 
 
Logan mierzy się w filmie ze swoją całą przeszłością, jednocześnie dojrzewając do zrozumienia, że jego nową drogą jest wskazanie kierunku swym następcom. I nie chodzi tu tylko o jedenastoletnią Laurę (Dafne Keen), dziewczynkę, która pojawia się na drodze naszego bohatera. Twórcy sprytnie nie odkryli w opisach ani zwiastunach wszystkich kart. Zrozumienie tego o czym piszę, będzie dla Was przyjemnością w kinie, dlatego nie napiszę już nic więcej. Warto tylko zaznaczyć, że choć ta historia jest zwieńczeniem drogi Wolverina, nie jest końcem opowieści samej w sobie. Bo ta, podobnie jak w życiu, trwa nadal (Show Must Go On).
 
Skoro wcześniej wspomniałem o wadach, zapytacie zapewne, cóż takiego nie zagrało w Loganie?
Niestety, dwie sprawy. Po pierwsze dłużyzny. Pomiędzy drugim, a trzecim aktem filmu akcja strasznie zwalnia (choć w sumie przez cały film nie jest zbyt dynamiczna), sprawiając, że z wytęsknieniem czekałem na wieńczące tą historię sekwencje. To jest tak, że mimo tego niespiesznego tonu (przerywanego mocnymi i dynamicznymi scenami walk), wszystko co miało  do tej chwili wybrzmieć, wybrzmiało już wcześniej. Sądzę, że dałoby się to niedopatrzenie naprawić nawet niekoniecznie na etapie scenariusza. Wystarczyłyby sprawne nożyczki na stole montażowym.
Druga kwestia to pewna nieścisłość. O ile film bardzo sprawnie tłumaczy sytuację bohaterów, mutantów i reszty świata (co się stało, jak, kiedy i dlaczego) to pewne wspomnienie profesora Charlesa zostało dziwnie niedopowiedziane. Nie jest to może wielki błąd, ale skoro nie dostałem odpowiedzi na dość istotne pytanie, to nie mogę być w pełni usatysfakcjonowany.
 
 
Czy Logan jest zatem dobrym filmem? Zdecydowanie tak.
Jego niewątpliwe plusy to nieszablonowość (której druga strona tak bolała mnie w X-Men: Apocalipse), głębokie rysy bohaterów, gęsty klimat oraz przesłanie, które wcale nie jest wyłożone nachalnie i bezpośrednio. To film, który pomimo poważnego tonu potrafi wywołać uśmiech na twarzy, jednocześnie mówiąc o bardzo ludzkich, często bolesnych sprawach. Po chwili zastanowienia stwierdzam, że za sprawą narracji jest to produkcja, którą mogą obejrzeć widzowie nie obeznani z pozostałymi filmami z cyklu.
 
Aktorzy spisali się świetnie (zarówno niedołężny Charles w roli Patricka Stewarta jak i sam Logan Jackmana), scenarzyści nie bali się pokazać ludzkiej natury postaci w pochodzącym z kart komiksu świecie, a realizatorzy (reżyser James Mangold i operator Johns Mathieson) wciągnęli mnie do świata, z którego wyszedłem nawet troszkę odmieniony. Odmieniony o mądrość, której wcześniej nie znałem. W końcu przecież po to ogląda się filmy, prawda?
 
Napiszcie, czy podobał Wam się Logan. Co Was w filmie urzekło, co wkurzyło, co było obojętne. Dyskutujmy o tej produkcji. Sądzę, że jest tego warta.

Moja ocena 4,5/6.