czwartek, 30 marca 2017

Czy aktorskie adaptacje klasyki Disney'a mają sens?

Czarownica, Kopciuszek, Księga Dżungli, a teraz także Piękna i Bestia. Disney wyraźnie polubił odświeżać swoje największe przeboje, przekładając je na bardziej realny, wyrażony przez pracę kamery i grę  aktorską  obraz. Czy jednak jest to dobry pomysł? Oczywiście, wyniki finansowe tych filmów pokazują że tak,  tymczasem  w poniższym tekście chciałbym  przedstawić Wam moje indywidualne podejście do tematu. Skupię się w nim przede wszystkim na najnowszym filmie z wytwórni, który od kilkunastu dni przyciąga do kin całe rzesze widzów.


Już na samym początku należy podkreślić, że żyjemy obecnie w mocno zaoranej dekadzie wszelkich remake'ów, sequeli, prequeli oraz adaptacji. Taki znak czasów lub niemocy twórczej Hollywood - wybierzcie co chcecie. Bytności owych filmów w kinach nie warto teraz  analizować, to temat na zupełnie inną dyskusję.

Nieco inaczej ma się sprawa z odgrzewaniem dziedzictwa Disney'a. Moją pierwszą podstawową zasadą na jaką zwracam uwagę podczas planowania wypadów do kina na tego typu filmy jest: Co nowego pokaże mi odświeżona wersja? I tu właśnie zaczyna się cała zabawa.

Przy Czarownicy (2014) nie było problemu. Legendarna bajka (Śpiąca Królewna - 1959), zostałą opowiedziana poprzez pokazanie wydarzeń z punktu widzenia głównej antagonistki. Zmuszała do weryfikacji założeń, a także pozwalała zrozumieć osobę, którą kiedyś już na wstępie odrzuciliśmy, bo była przedstawiona jako "ta zła". Znakomita realizacja oraz fajnie zagrana rola główna (Angelina Jolie) zrobiły resztę. Czarownicę łyknąłem prawie bezboleśnie i całość, jako odwrócona wersja klasycznej opowieści bezsprzecznie dała radę.

 
Teraz przyznam się bez bicia - Kopciuszka (2015) jeszcze nie oglądałem (obiecuję, że nadrobię), natomiast zeszłoroczna Księga Dżungli to już zupełnie inna bajka. Klasyk powstał pół wieku temu (1967), więc podobnie jak przy dwóch poprzednich (oryginalny Kopciuszek - 1950), sens pokazania tych historii rozumiał się już poprzez sam upływ czasu. Choć animacje Disney'a są często obecne w TV, każda nowa wersja ma słuszną okazję odświeżyć temat, aby był on lepiej zrozumiały dla aktualnego pokolenia. I choć bajki są z zasady ponadczasowe, język filmu wciąż ewoluuje. Unowocześnienia są więc czasem potrzebne.

W Księdze Dżungli niby nie było nic innego niż w oryginale - parę nowych scen, kilka wydarzeń pokazanych inaczej niż w klasycznej animacji, ale film mimo wszystko działał bez zarzutu, a historia wciągała jak najbardziej przepastne bagno. Dlaczego?
Powodem było CGI. To jak w tym filmie pokazano faunę i florę, to po prostu mistrzostwo świata. Biedny Neel Sethi (Mowgli) musiał nie lada natrudzić się, grając na planie z nieistniejącymi zwierzakami i przez prawie cały film będąc w zasadzie jedynym aktorem w całym przedsięwzięciu. Dopiero później, gdy głosów stworzonym na ekranie komputera bestiom użyczyli aktorzy, produkcja nabrała charakteru i magii, którą mogliśmy podziwiać na dużym ekranie.
Księga Dżungli wyszła po prostu wspaniale. Komputerowe postacie z krwi i kości, fantastyczne udźwiękowienie i precyzyjna ręka reżysera (Jon Favreau) tchnęła w tę historię życie, jakiego nie spodziewałem się w najśmielszych snach.


Wreszcie, w tym roku przyszła kolej na dumny klasyk z 1991 roku (historię z tych wszystkich najmłodszą) - Piękną i Bestię. I nie tylko z powodu "świeżości tematu" miałem pewne obawy przed seansem. Pierwsze recenzje zdradzały, że jest to nic innego, jak wierne przełożenie klasycznej animacji. Ci, którzy film widzieli, prześcigali się w porównaniach oraz dywagacjach co zrobiono inaczej, często kręcąc nosem na to, jak wybrzmiały na ekranie poszczególne wątki. Zdawało mi się, że takie podejście skutecznie zabija frajdę z oglądania tej opowieści. Pomimo dodatkowego niesmaku powodowanego oklepanym podejściem, cieszyłem się, bo w sumie oryginalną wersję pamiętałem dość słabo.
Wiedziałem (jak prawie każdy) o czym jest ta historia, jak wyglądają jej bohaterowie, kojarzyłem ich imiona, rozpoznawałem najważniejsze sceny. Tylko, lub aż tyle. To jednak wystarczyło, choć właściwie nie było wcale potrzebne. Film obronił się sam. Dzięki temu bawiłem się wspaniale, bo nie musiałem co chwila porównywać oryginalnych scen z nowymi.

Co mogę zatem powiedzieć o Pięknej i Bestii? Na szczęście, moje długie wyczekiwanie na film opłaciło się z nawiązką.
To wspaniała, przepełniona niezwykłymi efektami specjalnymi,  scenografią  oraz charakteryzacją historia. Aktorzy spisali się na medal. Szczególnie błyszczą Luke Evans (Gaston), Josh Gad (Le Fou) oraz Kevin Kline (Maurycy). Ten ostatni nadał zresztą najbardziej zwyczajną, ludzką nutę odtwarzanej przez siebie postaci.
Każdy element opowieści ma czas aby wybrzmieć na ekranie, motywacje postaci są jasne, cała historia (poza jedną małą scenką) ma sens, a film oparto na mocnym podłożu fabularnym, które daje możliwość  zastanawiania się nad strukturą świata jeszcze długo po wyjściu z kina.

Nie obyło się bez minusów - piosenki zdawały mi się nie aż tak melodyjne, a niektóre komiczne sceny można było zrobić bardziej na luzie, dając ponieść się jeszcze bardziej żartobliwej nucie. No, ale wiadomo, tu obowiązuje swoista Disney'owska forma - oglądamy film familijny, więc musi być bezpiecznie, a pewien rodzaj nieco luźniejszych żartów jest ściśle zakazany.

Tym, co najbardziej chwyciło mnie za serce była dosłowna teatralność opowieści. Tak naprawdę czułem się jakbym nie był w kinie, lecz na najwspanialszym przedstawieniu z żywymi aktorami. To coś, czego na sali filmowej mam okazję doświadczać niezwykle rzadko.
Zatem po raz trzeci wyszedłem z seansu zadowolony i z przeczuciem, że zobaczyłem coś, co już niby kiedyś widziałem, ale tym razem doświadczyłem tego nieco inaczej. I o to chyba w tym wszystkim chodziło.


I tu przechodzimy do konkluzji. Czy warto robić takie filmy?

Z mojego punktu widzenia - tak!
Piękna i Bestia, wbrew pozorom najlepiej odpowiada na moje tytułowe pytanie. Nie zawsze coś musi być znacząco inne od pierwowzoru. Jeśli z szacunkiem potraktuje się źródło i dobrze opowie daną historię, ów charakterystyczny przepis powinien wyklarować się sam. Warto dać Disney'owi szansę. Jak na razie radzą sobie bardzo dobrze.
W pełni rozumiem, że każdego z Was odpowiedź będzie na pewno inna, bo zależy to od tego, czego od owych produkcji oczekujecie. Jeśli chcecie nowatorskiego podejścia, nie zawsze je otrzymacie, jeśli chcecie dokładnego przełożenia obrazu z treścią, czasem i to się zdarzy. Ważną rolę gra tu nie tylko chęć ponownego zobrazowania klasyki, ale też oczywista nuta nostalgii. Dla radykałów pielęgnujących raz poznane odczucia raczej nieczęsto znajdzie się tu miejsce do satysfakcji. Natomiast osoby otwarte i wrażliwe na pewno dostrzegą coś, do czego będzie można przywiązać uwagę.
Sądzę więc, że jeśli tylko studio nadal będzie z podobną troską podchodzić do własnego materiału, wszyscy możemy spać spokojnie.

Tymczasem za rogiem czai się już podobno Mulan i Alladyn. Ja czekam jeszcze na Króla Lwa, i akurat w przypadku tej adaptacji, kupię bez pytania każdą zaproponowaną wersję.

Co o tym sądzicie? Jakie są Wasze wrażenia po Pięknej i Bestii oraz oczekiwania wobec aktorskich adaptacji Disney'a? Piszcie śmiało!
 

4 komentarze:

  1. Sprawa jest prosta. Z punktu widzenia widza póki filmy trzymają dobry poziom tj. "Księga dżungli" oraz "Piękna i bestia" - takie adaptacje mają sens. Z punktu widzenia Disneya póki filmy przynoszą takie dochody jak obecnie, to mają sens.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że chociaż przestali robić do wszystkiego niezbyt udane sequele. W latach dwutysięcznych mieli cały czas je wypuszczali i nie mogli chyba zrozumieć, że psują nimi pierwotne opowieści.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jasne, że takie filmy warto robić, skoro ludzie tego wyraźnie chcą :) Niestety, mnie na razie te ekranizacje nie porwały. Oglądałam "Czarownice" która trochę mnie irytowała. "Kopciuszek" był ładny, ale nie wybitny, miło się go oglądało i tyle :) "Księgi dżungli" jeszcze nie widziałam, podobnie jak "Pięknej i Bestii", ale pewnie kiedyś to nadrobię :) Nie mam zwyczaju oglądać filmów w trakcie premiery.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dodam jeszcze jedno małe przemyślenie, które naszło mnie ostatnio.
    Sukcesu aktorskich adaptacji Disney'a należy upatrywać w naturze klasyki, którą odświeżają. Ludzie zawsze lubią bardziej to, co jest im znane, a wiele animacji studia zyskało status tradycyjnych opowieści (jak np. baśnie i legendy). Dlatego też widownia zawsze chętnie będzie oglądać ich nowsze adaptacje, nawet jeśli nie wniosą nic specjalnie odkrywczego do oryginału.

    OdpowiedzUsuń