czwartek, 16 marca 2017

RECENZJA: Kong: Wyspa Czaszki

Oj, niełatwo zmierzyć się z legendą, niełatwo...
Grupa naukowców wsparta przez wojsko wracające z Wietnamu rusza na tajemniczą Wyspę Czaszki celem odszukania śladów nieznanych form życia. Jakież będzie ich zdziwienie, gdy okaże się że wyspy broni gigantyczna małpa zwana Kongiem. Wkrótce ludziom przyjdzie walczyć o życie nie tylko z bezwzględną fauną i florą nieznanego skrawka lądu, ale przedziwnymi jaszczurami oraz samym królem dżungli - Kongiem.
 
Tak w skrócie przedstawia się fabuła filmu, który wraz z Godzillą (2014) tworzy nowe uniwersum Monster Movies. Jakkolwiek cieszy mnie ogromnie, że taki świat powstaje (o światach filmowych pisałem na blogu jakiś czas temu), nie do końca rad jestem z efektu, który osiągnięto w najnowszym filmie Jordana Vogt-Robertsa.
Kong to mityczna postać popkultury i zabierając się do filmu z nim w roli głównej, trzeba mieć baczenie na jaki grunt się wchodzi. Rozumiał to Peter Jackson, który ponad dekadę temu uraczył nas rewelacyjną wersją tej klasyki kina. Max Borenstein i Dan Gilroy (panowie scenarzyści) postanowili iść w nieco innym kierunku, wyznaczanym przez samo uniwersum, ale też zapewne chcąc tchnąć pewien powiew świeżości do tej bardzo znanej historii. I pod tym względem im się to udało, lecz sam film cierpi na wiele przypadłości, które sprawiają, że niestety nie jest jest niczym więcej (chociaż w sumie mniej) niż zwykły, wakacyjny blockbuster.
 
 
Sądzę, że za jednym zamachem chciano złapać tzw. dwie sroki za ogon, a ostateczny efekt nawet w połowie nie jest żadną z nich. Z jednej strony Kong: Wyspa Czaszki stara się być filmem samoświadomym, umiejętnie prezentującym żonglerkę pastiszem czy ikonami kina, z drugiej bardzo chce pokazać nam odświeżoną historię zaginionego lądu. Niestety, pastisz zbyt często przechodzi tu w ograne filmowe klisze i bzdurki, które pomimo pewnej umownej konwencji w drugiej połowie filmu zaczynają strasznie razić. Pod tym względem Kong przypomina trochę Legion Samobójców (tam od połowy filmu idiotyzmy niemal całkowicie zniszczyły opowiadaną historię). Ukazanie nieznanej wyspy jest też strasznie sztuczne i sztywne. Co rusz twórcy rzucają w nas nowym miejscem, lub zwierzakiem, jakby chcieli powiedzieć nam: "O, patrzcie, a wymyśliliśmy takiego stwora, a teraz patrzcie, wymyśliliśmy jeszcze takiego". Wychodzi to niezgrabnie, a wystarczyło choćby zobaczyć jak zrobił to wyżej wspomniany P. Jackson, w którego filmie wszystkie takie elementy miały czas i sposób aby odpowiednio wybrzmieć, robiąc odpowiedni nastrój.
 
Odrębną sprawą są aktorzy. Nagromadzenie filmowych sław nie służy tytułowemu bohaterowi. Samuel L. Jackon (on ma swoją drogą ten sam problem co Johnny Depp - od lat gra niezmiennie tą samą postać), John Goodman, Tom Hiddleston, John C. Riley zostali zbyt mocno wyeksponowani. Przez cały seans miałem wrażenie, że to bardziej ich historia, niż zapowiadana szumnie w mediach radosna nawalanka Konga z dinozauropodobnymi jaszczurami. I tylko John C. Riley oraz Shea Whingham wyszli ze swoich ról obronna ręką. Ich aktorstwo fajnie wpisało się w pokręconą konwencję filmu. A co z jedną z dwóch kobiet w obsadzie - Brie Larson? No, wygląda bardzo fajnie w podkoszulku. I tyle.

 
Kong: Wyspa Czaski posiada na szczęście kilka pozytywnych elementów.
Pierwszym z nich jest główny bohater oraz walki z jego udziałem. Choć potyczki Konga z Czaszkołazami są boleśnie krótkie (w Godzilli też tak było, jednak tam konstrukcja filmu działała na korzyść takiego rozwiązania), sposób ich realizacji, reżyseria i efekty specjalne budzą ogromny podziw. Naprawdę w tych krótkich chwilach można było poczuć prawdziwą magię kina. To niewątpliwie najjaśniejszy element filmu i tylko dzięki temu oceniam tą produkcję aż tak wysoko.
Druga sprawa to piosenki. Idealnie wpasowane, z lat kiedy rozgrywa się akcja obrazu (połowa lat siedemdziesiątych), tworzą rozluźniające tło do treści na ekranie. To m.in. za ich sprawą wiemy, żeby nie traktować tego co widzimy zbyt poważnie.

 
Czy zatem Kong: Wyspa Czaszki to film udany? Niestety, nie do końca.
Finałowa potyczka dwóch potworów jest zbyt krótka, a co gorsza nie pokazuje wysiłku, który powinien być udziałem Konga podczas walki ze stworem, który niegdyś wybił wszystkich jego pobratymców.
Zbyt wiele tu także głupkowatych, wytartych filmowych klisz (nie chcę wymieniać ich w celu uniknięcia spoilerów, ale jeśli oglądacie sporo filmów, wychwycicie je z łatwością), a znani aktorzy wcale nie czynią tego filmu lepszym (są chyba tylko po to, aby lepiej sprzedać produkcję na świecie).
I choć wiem, że ta wersja Konga  nigdy nie miała być kamieniem milowym współczesnej kinematografii, a jedynie obrazem dającym dobrą zabawę, spodziewałem się po nim więcej i to właśnie w tej szczególnej materii.
Dostałem coś, co niby cieszy oko, ale chyba za pół roku zapomnę o czym to wszystko było. A przecież spotkanie z Kongiem powinienem zapamiętać na długo...
 
Moja ocena: 3/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz