środa, 15 marca 2017

WYWIAD: Grzegorz Wielgus (autor powieści Krzyżowiec)

Książki, podobnie jak czytający je ludzie, często wywołują skrajne opinie. Na to, co podoba się jednemu, drugi ma zupełnie inne spojrzenie. Chyba dlatego ten świat jest tak ciekawy, a dana opinia nie powinna przekreślać wartości dzieła w oczach ogółu.
Dlatego też, kiedy nadarzyła się okazja rozmowy z Grzegorzem Wielgusem, autorem niedawno recenzowanej na Skrzydłach Gryfa powieści Krzyżowiec, postanowiłem dowiedzieć się o nim nieco więcej, zadając mu pytania o jego twórczą drogę, inspiracje, pasje oraz plany na przyszłość.
Zapraszam Was na moją rozmowę z tym autorem.



Dzień dobry Panie Grzegorzu. Dziękuję w imieniu swoim oraz sympatyków Skrzydeł Gryfa, że zechciał Pan poświęcić nam chwilkę swojego cennego czasu.

Witam serdecznie –  dziękuję za zaproszenie.

Na początek chciałbym dowiedzieć się czegoś o Panu. Co może nam Pan o sobie powiedzieć?

Nie będzie tego specjalnie dużo. Studiuję kulturoznawstwo, jak widać zajmuję się nieco pisaniem oraz muzyką. Zaskoczeniem nie będzie, jeżeli powiem, że fascynuję się historią, a zwłaszcza historią i kulturą średniowiecza – to mój konik. Ten tysiąc lat w Europie oraz basenie Morza Śródziemnego obarczony jest tak wielką ilością fałszywych faktów oraz „obiegowych prawd”, iż czasami ciężko jest w to uwierzyć, a trudno jest uczyć się z historii i wyciągać z niej wnioski, jeżeli nawet nie zadajemy sobie trudu aby ją poznać.

Krzyżowiec, wydany pod koniec ubiegłego roku, to Pana debiut literacki. Czy trudno jest w naszym kraju zabłysnąć debiutantom? Jak udało się Panu wydać pierwszą w życiu powieść?

Z pewnością łatwo nie jest i trudno się dziwić temu stanowi rzeczy. Przyjęcie debiutanta dla wydawnictwa to ogromne ryzyko: jeżeli do każdej księgarni w kraju by wysłać dwa egzemplarze świeżej powieści, to mówimy już o trzech i pół tysiącach egzemplarzy, za które trzeba zapłacić z góry, licząc na zysk. Do tego dochodzą koszta promocji, przygotowania tekstu do druku... to już niemała suma postawiona na niepewną kartę. Któż z nas by podjął takie ryzyko, jeżeli mógłby zachęcić któregoś ze sprawdzonych autorów do kolejnego tomu, albo wydać coś zza granicy?

 Chętnych do wydania „Krzyżowca” nie było wielu, więc nie miałem dużego pola manewru w kwestii doboru wydawcy, toteż postanowiłem podjąć współprace z Novae Res, chociaż doskonale wiedziałem, jaką reputacją cieszą się pisarze spod znaku wydawnictw dziełowych, nazywanych niezbyt pochlebnie „vanity press”. Nie przeszkadza mi nadto miano pariasa czy pisarza trędowatego, więc to akurat mnie nie odstraszyło. Nieco większym problemem był wkład finansowy, ale postanowiłem podjąć to ryzyko i zainwestować w siebie – można by filozoficznie zapytać: jeżeli ja bym się wstrzymał przed takim wydatkiem, dlaczego ktoś obcy miałby okazać większą hojność?

Gdyby nie ta decyzja, wątpię, abym teraz mógł zobaczyć swoje nazwisko na grzbiecie książki. Trudno jednak jest mi powiedzieć, czy było ona słuszna – z jednej strony może być to swoista ofiara zakładzinowa pod dłuższą przygodę z publikowaniem, z drugiej: chybiony wydatek sporej sumy pieniędzy – czas pokaże.

Doskonale rozumiem to co Pan mówi, bo sam od prawie dwóch lat szukam wydawcy swojej powieści Cienie Stalodrzewa.
Jak jednak zaczęła się Pana przygoda z pisaniem? Było to wewnętrzne pragnienie od najmłodszych lat, czy też może pomysł pojawił się zupełnie niedawno?

Każdy chyba kiedyś chciał napisać książkę. W końcu, jak trudne to może być?  Parafrazując Wergiliusza: łatwe jest napisanie książki; napisanie czegoś, co ludzie będą czytać z uznaniem, a nie kiepsko skrywanym zażenowaniem, to dopiero wyzwanie. Różne próby pisarskie podejmowałem od jedenastu przeszło lat, ale pomimo sporej ilości wyrazów – około pięciuset tysięcy – nic z tego nie nadawało się do publikacji. Wszystko to było na poziomie dosyć miernej twórczości fanowskiej i dopiero ostatnie dwa lata przyniosły pewien przełom; najwyraźniej potrzebowałem czasu, aby poszerzyć swój zasób słów i zastanawiać się dobrze, co chcę przekazać poprzez treść. Czytelnicy ocenią, czy mam rację.

Najciekawszym elementem Krzyżowca jest niezwykła postać głównego bohatera oraz idealne połączenie historii z fantastyką. Co było inspiracją do powstania tej powieści?

Wpierw miała być to awanturnicza powieść historyczna, pozbawiona motywów fantastycznych. Rozgrywać się miała pomiędzy latami życia dwóch najsławniejszych rycerzy turniejowych: Wilhelma Marszałka oraz Ulricha von Liechtensteina. Jednakże nie byłem pewien, czy któregokolwiek z wydawców przekonałaby do współpracy taka pozycja, więc zdecydowałem się na impresyjne, gotyckie realia.

Skoro już porzuciłem powyższą koncepcję, uznałem, iż można by pobawić się nieco samym gatunkiem, jakim jest fantastyka. Ostatnie pozycje po które sięgnąłem z tej „półki” mocno mnie rozczarowały: były sztampowe, napisane lekkim językiem, bez cienia subtelności oraz dwuznaczności – słowem: czytadła. Chciałem oderwać się nieco od kolejnej wyprawy z mieczem w dłoni, aby ocalić świat przed kolejnym przedwiecznym złem albo nikczemnym imperium, za pomocą kolejnej przepowiedni, mówiącej o kolejnym wybrańcu i tak dalej. Zwykle lubię książki, które czyta się bez problemu, ale wtedy, z jakiegoś powodu, ubodło mnie to do żywego – chyba dlatego, iż wyłożyłem siedemdziesiąt złotych na dwa tomy, które przepełniły czarę goryczy.

Nie mając w tamtym momencie pod ręką ambitniejszej książki – był to wakacyjny wyjazd – postanowiłem zabić nieco czasu łącząc realia Wieków Średnich z ożywionym folklorem tejże epoki oraz wszechobecną dżumą. Zobaczymy jednak, czy dobry pomysł przekłada się na dobre wykonanie, bo to dwie zupełnie odmienne rzeczy.

To prawda. Ja osobiście wolę utwory lżejsze, być może dlatego, że nasze życie nieustannie przyspiesza i nie mamy aż tak wiele czasu na spokojne obcowanie ze sztuką. Zapewne przez to mi sam styl Krzyżowca nie przypadł do gustu, lecz pod względem pomysłu oraz postaci to jednak bardzo interesująca książka.
Co najbardziej inspiruje Pana w twórczości?

Ludzie. Za każdym wydarzeniem jakie znamy – powiedzmy za pierwszą krucjatą – stały rzesze ludzi i to nie byle jakich dodajmy; wszyscy oni czuli, kochali, cierpieli, mieli nadzieje na przyszłość... doświadczali tych samych uczuć co my. Te wszystkie daty jakie poznawaliśmy na lekcjach historii – 1099, 1204, 1410, 1605 czy 1634 – one przecież nie wydarzyły się same z siebie, były splotem losów dziesiątków tysięcy istnień, które ciężko jest zaklasyfikować z góry jako „dobre” i „złe”, tak, jak się tego nieraz wymaga dziś, dla uproszczonej interpretacji faktów. Na kartach historii można odnaleźć życiorysy tak niezwykłe, iż na usta ciśnie się stwierdzenie: „takie rzeczy tylko w tanich książkach”. Nie można prosić o lepszą inspirację.

Czy w świecie książek, filmów lub komiksów pojawiło się w ostatnich latach coś, co szczególnie przemówiło do Pańskiego gustu? Co wywołało największe emocje?

Komiksów niestety nie czytam wcale – prócz „Kruka” oraz „Strażników” – a w kwestii książek ostatnio skupiam się tylko na literaturze naukowej i popularnonaukowej, co nie jest chyba najlepszym materiałem do rozmowy. Co do filmów, to ostatnia lata nie rozczarowują, nawet, jeżeli szuka się ambitnego kina.

Jest „Birdman”, „Ex Machina”, „Locke”... to bardzo krzepiące, ale jeżeli mowa o wywołanych emocjach, prym będą wieść nowe „Gwiezdne Wojny”. Trudno przecenić ich wpływ na kulturę popularną, a dla ogromnej ilości ludzi, jest to cykl, który towarzyszył im przez całe – lub prawie całe – życie.

Na „Zemście Sithów” byłem w kinie i jeszcze byłem nieco zbyt nieuświadomiony, żeby wiedzieć, że mam tego filmu nie lubić z powodu słabego aktorstwa, nadmiaru efektów specjalnych i fabularnych dziur. Bawiłem się świetnie, chociaż miał być to koniec cyklu, który widziałem po raz pierwszy na antycznym ekranie komputera rodziców, a tu proszę – nowe „Gwiezdne Wojny” i to bardzo przyjemne do oglądania, pomimo ogromnych wymagań fanów.

Chyba wszystkie filmy z cyklu Gwiezdne Wojny mają zapewnić przede wszystkim dobrą zabawę. Niestety, zbyt wiele osób podchodzi do nich zbyt zaborczo.
Jako osobę zainteresowaną fantastyką, bardzo boli mnie brak Polskich produkcji fantastycznych w kinie. Co sądzi pan o tej sytuacji i czy może się ona zmienić?

Fantastyka jest droga, a nawet przy otwartym budżecie, potrzeba solidnego scenariusza i reżysera, który wie co robi. Weźmy na przykład film z nieco innego gatunku, jakim jest „Dredd”. Pomimo skromnych środków jak na taką produkcję – co widać w niektórych scenach – ludzie po obydwu stronach kamery dają z siebie wszystko – co widać w większości scen. Historia nie jest zanadto skomplikowana, łatwo można prześledzić zmiany w bohaterach, tytułowa postać jest zaadaptowana perfekcyjnie, reżyser doskonale rozumiał co chce przekazać i wiedział jak to zrobić, żeby film o komicznie ubranym policjancie z dalekiej przyszłości nie skończył jak poprzednia próba przeniesienia Sędziego Dredda na ekrany kin. Mimo tego wysiłku film nie odniósł finansowego sukcesu. „Dredd” przeskoczył jedną przeszkodę, jaką były ograniczone środki przy produkcji, aby polec przy marketingu i kinowych kasach.

Żeby w naszym kraju powstała dobra produkcja fantastyczna, trzeba wpierw aktorów, scenarzystów i reżyserów, którzy rozumieją jak stworzyć dobry film sam w sobie. Dopiero wtedy można dodawać do mieszanki fantastyczne stworzenia oraz efekty specjalne, które potrafią być solą w oku, nawet przy wysokobudżetowych produkcjach zza Oceanu, vide Hobbit. Trzeba też wytwórni i/lub sponsorów, którzy wyłożą niezbędną sumę i nie będą ingerować zanadto w proces twórczy, pokładając niemałe zaufanie w ekipie pracującej nad filmem. Nie bez przyczyny rodzime filmy oraz seriale naszpikowane są lokowaniem produktu – sponsorzy chcą, aby ich wkład finansowy się zwrócił – a nic tak nie rozbija uwagi widza, jak zbliżenia na konkretną markę.

Mając dopiero wszystkie elementy na miejscu, można pomyśleć o czymś, co nie zakończy żywota jak filmowy „Wiedźmin”.

Na szczęście mamy też próby podejścia do fantastyki przy niewielkim użyciu efektów specjalnych. Dobrym przykładem jest tu Żelazny Obłok Nikodema Wojciechowskiego. Pomysł i krótka forma są być może kluczem do sukcesu.
Czy oglądał Pan Legendy Polskie Tomasza Bagińskiego? Co Pan o nich sądzi?

To ciekawa inicjatywa. Nie wszystkie z tych interpretacji przypadły mi do gustu ale nie można odmówić twórcom pomysłu oraz zapału. Nawiązując do poprzedniego pytania: to jest aktualnie najlepsze, co możemy otrzymać w kwestii polskiego kina fantastycznego. Poprawnie zrealizowane, krótkometrażowe produkcje.

Liczmy więc na to, aby było coraz lepiej.
Pozostając jeszcze przy tematach filmowych - Gwiezdne Wojny czy Władca Pierścieni? Co jest Panu bliższe?

To właściwie jedno i to samo: wędrówka bohatera, zawierająca wiele elementów monomitu opisanych przez Josepha Campbella w klasycznej pozycji „Bohater o tysiącu twarzy”. Jest to także powód, dla którego te dzieła tak klarownie przemawiają do ludzi z różnych pokoleń oraz pochodzących z odmiennych krajów. Są uniwersalnymi opowieściami o wartościach, jakimi winien się kierować człowiek. Wieki Średnie miały legendy o królu Arturze oraz poszukiwaniu Graala, my mamy „Gwiezdne Wojny” oraz „Władcę Pierścieni”.

Trudno jest mi wybierać, lecz odejdę na stronę Tolkiena. Jego Gondor to piękna metafora Bizancjum, które nigdy nie upadło, a losy Konstantynopola są dla mnie szczególnie intrygujące i tragiczne zarazem. Oto stolica państwa trwającego tysiąc lat, przez zachodnich historyków nieustannie spychana na dziejowy margines lub jawnie uznawana za siedzibę zepsucia oraz wszelkiej nikczemności. Miło jest znaleźć pod płaszczem fantastyki Bizancjum docenione. Oczywiście to czysto subiektywne skrzywienie. 

Znajomość fantastyki odbija się także na Pana innej fascynacji - grach. Ostatnio prowadził Pan RPGową Krucjatę w krakowskiej R’lyeh Cafe. Skąd wzięła się ta pasja i czy grywa Pan również w gry na konsole? Jakie są Pana ulubione tytuły?

Cóż, w R'lyeh Cafe krucjata dopiero się rozpoczyna i mam nadzieję, że potrwa jak najdłużej. Tradycyjne gry RPG leżą bardzo blisko książek, z lekkim odchyleniem w kierunku teatru improwizowanego. Nie zawsze można zanurzyć się w ulubiony świat za pomocą gier komputerowych lub na konsolę, ale wyobraźnia jest dostępna tu i teraz. Wystarczy grupka kolegów i można ruszać gdzie tylko poniesie język.

W kwestii konsol niestety nie mogę się zanadto wypowiedzieć, gdyż wiem jedynie jak wyglądają. Nieco wypadłem z obiegu nowości na rynku gier.

W ostatnim czasie wiele kontrowersji wywołuje projekt ustawy o ujednoliceniu cen książek w Polsce (a dokładnie zakazie wprowadzania rabatów w ciągu pierwszego roku od premiery tytułu). Jakie jest Pana stanowisko w tej sprawie? Czy pomoże to księgarzom, a może zniszczy już i tak słaby rynek czytelniczy w kraju?

Nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania. Składy tanich książek, księgarnie i sklepy internetowe są pełne pozycji, które wydano dalej, niż rok temu – tudzież będą na rynku dłużej niż rok od momentu wprowadzenia ustawy w życie. Czytelnicy zwrócą się w kierunku tych książek, które będą tanie, co najbardziej uderzy w nowe pozycje na naszym rynku – jeżeli oczywiście miałbym zgadywać, bo znawcą w tej kwestii nie jestem.

Świeże powieści najbardziej na tym ucierpią, gdyż trzeba będzie odczekać te nieszczęsne dwanaście miesięcy, zanim cena będzie mogła wrócić do atrakcyjnych dla nabywców wartości. Kiedy więc zacząć promocję takiego tytułu? Dla debiutantów i mniejszych wydawnictw będzie to wyjątkowo nieprzyjemne, gdyż wydawnictwa w takim wypadku nie będą chętne do przyjmowania pod swoje skrzydła pozycji – już sam pomysł debiutanta jest problematyczny, a w przypadku wejścia ustawy w życie, należy doliczyć jeszcze równe dwanaście miesięcy, kiedy książka raczej furory nie zrobi. W takim wypadku luksus dopuszczania świeżej krwi do rynku pozostanie w gestii dużych wydawnictw, które będą posiadać na tyle stabilną bazę finansową, aby pozwolić sobie na takie ryzyko.

Ekspertem jednak nie jestem i mogę się mylić, ale wolałbym, aby ludzie mogli kupować nowości za względnie niewielkie pieniądze. Patrząc na ceny okładkowe książek jakie mam pod ręką: 74,90, 49,90, 42,90, 29,99, 33,90, 29,50... nie wiem, ile z tych pozycji bym kupił, gdyby nie rabaty oraz promocje. Tutaj też w grę wchodzi jeszcze zależność między jakością/zawartością książki, a jej ceną. 42,90 za beletrystkę? Kupując w ciemno, raczej bym zrezygnował, a teraz posiadam tą wspaniałą możliwość nabycia książek względnie tanio i nie żałowania nadto jakiegoś słabszego tytułu.

Za cenę okładkową nie kupiłbym nieznanej nikomu fantastycznej powieści debiutanta, wybrałbym coś co znam lub zostało mi polecone. Oznacza to mniej więcej tyle, iż przy sklepowej półce, machnąłbym ręką na swoją własną książkę, a po dwunastu miesiącach bym zapomniał o jej istnieniu.

Zgadzam się. Sytuacja jest niewesoła, a choć chodzi niby o dobro mniejszych sklepów, wszystko i tak odbije się na czytelnikach, wydawnictwach oraz autorach.
Jakie są Pana aktualne plany na przyszłość? Pracuje Pan teraz nad czymś szczególnym?

Nieustannie promuję „Krzyżowca” co okazuje się być zadaniem o wiele bardziej czasochłonnym i wymagającym, niż samo pisanie. Mam gotowe kolejne teksty, napisane w przeciągu ostatnich miesięcy, ale jeszcze trzeba znaleźć chętnych do ich opublikowania. Plany są ambitne, lecz należy je dostosować do rzeczywistości, żeby nie rozbić się o na pierwszych trudnościach lub pod ciężarem własnych wymagań. Cierpliwie czekam na odpowiedzi od wydawnictw, w międzyczasie próbując zaistnieć w środowisku. Myślę, że snucie jakiś konkretniejszych planów cztery miesiące od literackiego debiutu byłoby przejawem strasznego narcyzmu.

Skrzydła Gryfa trzymają więc kciuki i wierzą, że po wydaniu pierwszej powieści z resztą powinno już być łatwiej.
Serdecznie dziękuję za znalezienie chwili na tę rozmowę i życzę powodzenia w życiu osobistym oraz zawodowym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz