piątek, 28 kwietnia 2017

RECENZJA: Bone - Out From Boneville (Jeff Smith)

Znacie Bone'a? Na imię ma Fone. W naszym tłumaczeniu będzie nazywał się Gnat. Chwat Gnat. No cóż, wybaczcie, ja tłumaczem nie jestem... ;-)
 
Seria Bone (autorstwa Jeffa Smitha) zdobyła aż dziesięć Nagród Eisnera i jedenaście Nagród Harveya. Powstała w roku 1991 i do dziś ukazało się dziewięć tomików zbiorczych. Z początku komiks był czarno-biały, w 2005 r. zaczęto wydawać go w kolorze.
 
Z tym niecodziennym  cyklem zetknąłem się kilka lat wstecz, podczas  jednej z  edycji Komiksowej Warszawy.  Na stoisku z zagranicznymi komiksami moją uwagę przyciągnęła okładka z dość cudacznie narysowanym stworkiem i dużym, czerwonym tytułem. Jako że lubię Fistaszki, pomyślałem, że to może być coś dla mnie. Gdy jednak komiks kupiłem i zacząłem go czytać, okazało się, że z bohaterami Charlesa Schulza tak naprawdę niewiele ma on wspólnego.
 
Out From Boneville opowiada o trzech kuzynach: Fone Bone, Phoney Bone i Smiley Bone, którzy za sprawą pewnego nieporozumienia zostali wygnani z rodzinnego Boneville. Wycieńczeni docierają na pustynię, gdzie zostają zaatakowani przez chmarę szarańczy. Uciekając przed owadami rozdzielają się i gubią. Fone po kilku perypetiach dociera do pięknie położonej doliny i odtąd jego przygoda zaczyna się na dobre. Na swojej drodze spotka tajemniczego smoka, szczuropodobne, niebezpieczne istoty, przemiłą Thorne i jej babcię, a nawet wielce zaradną rodzinę oposów. Będzie samotnie spędzał nieoczekiwaną zimę i uparcie poszukiwał swych kuzynów. A doprowadzi go to do finału, jaki mogła zrodzić jedynie pomysłowa głowa autora tej serii.
 
 
Bone to historia, która choć początkowo może wydawać się głupiutkim komiksem dla najmłodszych, po bliższym przyjrzeniu zyskuje znacznie ciekawsze, drugie dno. To opowieść, gdzie przygoda idealnie miesza się z fantastyką, a humor i tajemnica kroczą z dumą obok siebie. 
Czytając przygody Gnata, zdziwiłem się, jak bardzo ten komiks jest złożony. Prawie każda strona przynosi pogłębienie świata, postaci oraz samej historii. Jest tu miejsce na rozbrajający humor (przywodzący na myśl dzieła Gościnnego), mrok i niebezpieczeństwa (w ilości odpowiedniej dla czytania serii w gronie rodzinnym) oraz nieustannie rozwijającą się przygodę. Jakby tego było mało, autor zwyczajnie bawi się rysunkową konwencją, wprowadzając nas coraz głębiej do tego fantastycznego świata, gdzie obok siebie mogą współistnieć ludzie, śmieszne białe stworki, zwierzęta oraz pełnokrwiste istoty rodem z klasycznej fantasy.
 
 
W Bone gładkość kreski idealnie krzyżuje się z realizmem świata. Poszczególne kadry są przejrzyste, stonowane kolory nie rażą w oczy, a całość zdecydowanie przyciąga i cieszy wzrok. Za sprawą zderzenia dwóch światów mamy do czynienia z czymś, co w typowym komiksie nie występuje zbyt często. To, jak Smith przedstawia kuzynów Bone, teoretycznie nie powinno przecież pasować do reszty. Jednak magia oraz talent autora robią swoje i to, co powinno dzielić, jest ostatecznie jednym z największych atutów tomu.
 
Bone to zdecydowanie komiks dla wszystkich. Świetnie będą bawić się przy nim całe rodziny, sympatycy dobrego humoru oraz wielbiciele porywających historii fantastycznych.
A to dopiero początek, bo opowieść zawarta w Out From Boneville jest zaledwie wstępem do dalszej, niesamowitej przygody. I właśnie ten specyficzny niedosyt ze zbyt wolno odkrywanej tajemnicy może być pewnym minusem albumu.  Albo i nie. Zależy czy lubicie otwarte, nieco urwane zakończenia.   
 
Moja ocena: 5/6.


czwartek, 27 kwietnia 2017

Warszawskie Targi Książki i Komiksowa Warszawa 2017

Miło mi poinformować Was, że w dniach 18-21 maja 2017 r. w Warszawie, na terenie Stadionu Narodowego (al. Księcia Józefa Poniatowskiego 1) odbędą się dwie wspaniałe imprezy dla wielbicieli książek oraz komiksów!
 
Chodzi tu oczywiście o Warszawskie Targi KsiążkiKomiksową Warszawę.
 
Obie imprezy zdążyły już na stałe wpisać się w wiosenny klimat stolicy, przyciągając rzesze wielbicieli czytania. Możliwość uczestnictwa w tym corocznym wydarzeniu daje szansę na spotkania z ulubionymi autorami, rozmowy z ludźmi z literackiej branży oraz wszelkiego rodzaju wykłady czy prelekcje na tematy związane z szeroką pojętą literaturą. Także fani fantastyki znajdą na targach coś dla siebie (po szczegóły zapraszam do linków powyżej).
 
Planując jeden z majowych weekendów nie zapomnijcie zatem wpaść na Narodowy. Będzie to okazja do ciekawych spotkań oraz wzbogacenia domowej biblioteczki. Ja też się tam pojawię i z chęcią zamienię z Wami słowo lub dwa. :-)


czwartek, 20 kwietnia 2017

Harley Quinn od Sideshow Collectibles

Już od dziś rusza przedsprzedaż nowej figurki Harley Quinn od Sideshow Collectibles. Poprzednią (Catwoman) w serii Stanley "Artgerm" Lau Artist Series opisywałem tutaj.

Tak samo jak w przypadku swej niezwykłej poprzedniczki, Harley wykonana została w skali 1/5 i kosztować będzie 350 $. Wysokość statuetki Dr. Quinzel wyniesie około 42 cm, a wyrzeźbiona została pod czujnym okiem i ręką Joe Junga w/g projektu mistrza Stanley'a.
Atutem serii jest ukazane bohaterki w stylu pin-up oraz perfekcyjne połączenie kobiecości z indywidualnym charakterem każdej projektowanej postaci.

 
 
 
Chętnych zakupem figurki odsyłam w to miejsce.
 
Wiadomo też, jak będzie wyglądać trzecia z Gotham City Sirens, czyli Poison Ivy.
Oto zdjęcie trzech złowrogich przestępczyń w komplecie:
 
Cóż, trzeba to przyznać - razem czy osobno, dziewczyny prezentują się naprawdę uroczo. :-)
 

środa, 19 kwietnia 2017

RECENZJA: Legion - Brandon Sanderson

Nie wszystko zawsze wychodzi i nie każda powieść  świetnego pisarza musi być od razu na wagę złota. Legion Brandona Sandersona, autora Drogi Królów i Słów Światłości jest chyba tego najlepszym przykładem.
 
Stephen Leeds to człowiek, w którego świadomości żyje czterdzieści siedem osobowości.  Jak twierdzi o sobie główny bohater, jest on całkowicie zdrowy na umyśle, natomiast to właśnie owe halucynacje są ewidentnie szalone.
Stephen jest kimś w rodzaju prywatnego detektywa, w charakterystyczny dla siebie sposób rozwiązującego sprawy zlecone mu przez najróżniejszych interesantów. Do pomocy zatrudnia zawsze kilka postaci z niezwykle dużej grupy własnych urojeń. Towarzyszą mu one na co dzień, lecz jedynie Stephen jest w stanie je zobaczyć i wejść z nimi w jakiekolwiek interakcje. Dla osób postronnych owe aspekty są zupełnie niewidzialne, a zachowanie zleceniobiorcy co najmniej dziwne. Nasz bohater cieszy się więc sporym zainteresowaniem mediów oraz świata naukowego, lecz za sprawą dużej skuteczności nie może też narzekać na brak pracy.
 
Pomysł na książkę jest niezwykle ciekawy. Każda z postaci wyimaginowanych przez Stephena jest prawdziwą indywidualnością posiadającą przynależność społeczną, wiek, rasę oraz inteligencję. Co ciekawe, aspekty mają pewną świadomość, że tak naprawdę nie istnieją. Każdy jest także oczywistą częścią wiedzy i zdolności detektywa, a ich byt świadczy o niezwykłych możliwościach umysłowych bohatera. Wystarczy bowiem, aby przeczytał on niewielką broszurę na dany temat, a wkrótce obok niego ma szansę pojawić się osoba, posiadająca taką właśnie wiedzę i gotowa służyć mu pomocą. Choć autor nie wyjaśnia czemu Stephen tworzy swoje halucynacje, możemy domyślać się, że jest to sposób jego umysłu na uzyskanie większej kontroli i swobody w kwestiach, które napotykają go w życiu. Lecz są też pewne ograniczenia. W jednym momencie obok Stephena nie może przebywać więcej niż kilka halucynacji na raz.
 
Treścią tej w sumie niezbyt długiej powieści Sandersona są dwie detektywistyczne sprawy, które bierze na swoje barki S. Leeds. Pierwsza dotyczy kradzieży aparatu fotograficznego zdolnego robić zdjęcia z przeszłości, druga prowadzi go szlakiem kradzieży ciała naukowca, który opracował niezwykle fascynującą formułę przechowywania danych w ludzkim ciele.

Jaki jest więc mój problem z Legionem? Przecież to co napisałem powyżej zwiastuje co najmniej świetną lekturę...
No właśnie. Kłopot tkwi w scenariuszu oraz niedostatecznym rozwinięciu całego zamysłu. Wszystkiego w tej powieści jest za mało. Za mało spraw rozwiązywanych przez bohatera, za mało wyjaśnień o naturze i początkach jego urojeń, za mało stron. I najważniejsze - dlaczego z tak wielu osobowości w książce ciągle czytamy o zaledwie kilku z nich? Ilość stron jest skromna, a mi już w połowie lektury zdążyli znudzić się J.C., Tobias czy Ivy. I nie potrafię tego wszystkiego przeboleć nawet w obliczu płynnego języka, którym operuje autor.

Być może Sanderson planuje napisać kiedyś ciąg dalszy, lecz na razie czuję się mocno zawiedziony. To zupełnie tak, jakby zabrać mi cukierka zanim zdążę dobrze nacieszyć się jego smakiem.
Dlatego też Legion polecam tylko tym z Was, którzy czytają powieści autora jak leci lub nastawiają się na coś bardzo niezobowiązującego. Reszta niech lepiej czeka na Dawcę Przysięgi.

Moja ocena: 3/6.
 

wtorek, 18 kwietnia 2017

Lego 75144 Snowspeeder (UCS)

Już w maju na stronie Lego Shop@Home pojawi się w sprzedaży najnowszy model z serii Lego Star Wars Ultimate Collector Series. Tym razem będzie to Snowspeeder, pamiętny pojazd Rebelii z V Epizodu - Imperium Kontratakuje.
 
 
Zestaw będzie składał się z imponującej liczby 1703 elementów i został przeznaczony dla kolekcjonerów powyżej 14 roku życia. Jego cena wyniesie 899,99 zł.
Oprócz specjalnej podstawki z detalami pojazdu, model wzbogacony został dwoma minifigurkami pilotów. Ponieważ Snowspeeder wykonany jest w skali znacznie większej od minifigurek, piloci mogą znaleźć honorowe miejsce jedynie na podstawce.
Tak czy inaczej, jest to piękny, oddany z dbałością o wszelkie szczegóły zestaw, godny prezencji w domu każdego oddanego fana serii.
 
 
 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Negan z The Walking Dead od McFarlane Toys

Negan z serialu The Walking Dead to chyba najbardziej charakterystyczna postać, jaka pojawiła się w TV w ciągu ostatnich kilku lat. Nic więc dziwnego, że firma McFarlane Toys właśnie ogłosiła wydanie figurki akcji tego (nie) sympatycznego bohatera. 
 
 
Statuetka wraz z podstawą będzie liczyła około 18 cm i w sklepach w USA pojawi się z początkiem sierpnia. Jej cena wyniesie około 20 $. Zostanie wydana w serii McFarlane Collector Color Tops. 
Nie wiem jak Was, ale mnie urzeka charakterystyczna poza przywódcy Zbawców oraz jego wierna towarzyszka - Lucille.
Figurka będzie oczywiście posiadać wiele punktów artykulacji, aby można ją było dowolnie ustawić na biurku.
 
 
 

sobota, 15 kwietnia 2017

RECENZJA: Louve tom 7: Nidhogg

Zła władczyni Czarnych Elfów chce ściąć korzenie drzewa Yggdrasil. Aby tego dokonać sprzymierza się z jedyną istotą skłonną rozbroić kołyskę z metalu, który nie istnieje - Azzalepstonem. W tym samym czasie młoda Louve wraz z Thjahzim dociera do Międzyświata, gdzie uwięziony został wąż Nidhogg, aby prosić dawnego strażnika drzewa o pomoc przed rozpętaniem chaosu, natomiast Aaricia spotyka kogoś, kogo wcale się nie spodziewała...
Tak zakończył się szósty tom przygód córki Thorgala. Oczywiście, zaserwowany w ten sposób suspens jest przyczyną, dla której najnowsza część jest bezpośrednią kontynuacją tamtych wydarzeń.
 
I chciałoby się powiedzieć: "wszystko dobre, co się dobrze kończy", lub "wszystko co się zaczyna, musi się kiedyś skończyć"...
Taki chyba cel przyświecał Yannowi, który od pierwszego tomu wraz z Romanem Surżenką tworzył jeden z pobocznych cykli serii Grzegorza Rosińskiego. Cykl najbardziej magiczny, przepełniony fantastyką bardziej niż którekolwiek z historii Thorgala. Opowieść, która w zamierzeniu stanowiła tzw. spin-off, ale ostatecznie sprawdziła się także jako autonomiczne, samodzielne dzieło.
 
Jak już zdążyliście się zorientować, Nidhogg zamyka wszelkie dotychczasowe wątki w Louve, prowadząc nas do zakończenia cyklu. Czy kolejne tomy powstaną, trudno powiedzieć (choć autorzy zostawili sobie małą furtkę na powrót), jednak jeśli chodzi o mnie, wolałbym aby dano sobie już z tym spokój.
 
Rozszerzanie świata Thorgala było (z perspektywy czasu) dość średnim pomysłem. Wątków w trzech seriach było zbyt wiele, nie zawsze fabularnie udawało się je wybronić pewną ręką, a ich w sumie znikomy wpływ na losy głównego bohatera nie był tak naprawdę dobrze uzasadniony.

 
I widać to chyba najbardziej właśnie w serii Louve. Oczywiście, otrzymujemy finał godny wielowątkowej serii fantasy, ale czuję tu wyraźny pośpiech i niemożność doprowadzenia do wybrzmienia wszystkich pomysłów fabularnych. Na plus oceniam, że Yann próbuje korzystać z dobrodziejstw świata stworzonych w tej mitologii przez Van Hamme'a, ale ich ilość i zbyt młodzieżowe potraktowanie nie daje szansy nacieszenia się nimi, jak było to moim udziałem lata temu w początkowych tomach sagi.

Może to wina tłumaczenia, ale niektóre dialogi w tym tomie są zwyczajnie głupie. Tak nie mówią normalne, dobrze zarysowane postacie. Dlatego poziom niektórych rozmów oscylował w Nidhoggu na poziomie dziecinnego Kaczora Donalda. 
Zupełnie bezsensownym jawi się wątek Lundgena. Naprawdę nie rozumiem, po co było pokazywać go jeszcze w tej części i to w ten sposób? Czy za jego decyzją kryje się coś głębszego? Raczej nie, bo znając tą postać wiem, że nigdy nie podjęłaby tak dziwnego i drastycznego postanowienia. To przecież tchórz i kolaborant, nad życie ceniący samego siebie. Czyżby miał powrócić w innej formie w przyszłości?... Jeśli tak, to po co?
A Świetliste Elfy? Rozumiem chęć eksplorowania nordyckiej mitologii, ale fabuła komiksu była dość skomplikowana już bez nich. Spokojnie można było ominąć ich udział i sprawnie poprowadzić akcję do finału z pomocą innych koncepcji.
Z kolei fajnym i sprawnie poprowadzonym pomysłem był wątek boga Vigrida. To jedna z tych postaci, która od początku do końca była istotna dla wszystkich wydarzeń, a jej portret psychologiczny, przemiana i pokuta poruszają mnie w tej serii najbardziej.
To najważniejsze plusy i minusy nowego tomu.
 
 
Surżenko jest wciąż na swoim miejscu, a jego realistyczne rysunki dodają słowiańskiego ducha do historii wielkodusznej Louve. Bardzo podobają mi się jego większe plansze, a ta z ucztą krasnali jest w Nidhoggu jedną z moich ulubionych. Choć twarze postaci nie zawsze dokładnie oddają ich emocje, a zdarzy mu się też pomylić perspektywę (środkowy rysunek, str. 23), jego praca ma swój niezaprzeczalny czar i urok. To niewątpliwie dobrze dobrany grafik do takiego projektu.
 
Jak więc ocenić najnowszy tom przygód Louve?
Ogólnie pisząc, to (przy łaskawszym spojrzeniu) całkiem niezły komiks dla wieloletnich fanów cyklu. Kończy pełną przygód historię wojowniczej i odważnej dziewczynki, lecz niestety robi to nieco chaotycznie i nazbyt pospiesznie.
Przykro mi pisać ale, nowi czytelnicy raczej nie poczują za jego sprawą magii serii. To poważny zarzut, bo Thorgal zawsze stał wysoką jakością i możliwością czytania poszczególnych tomów w oderwaniu od całości (Alinoe, Łucznicy, Zdradzona Czarodziejka, Wilczyca, Władca Gór). Niestety, przy najnowszej odsłonie Louve, należy znać wszystkie poprzednie odsłony cyklu.
Dodatkowy punkt przyznaję za pracę Surżenki, naprawdę ładny epilog oraz fakt, że to raczej już koniec.
 
A co do Thorgala, to marzy mi się, aby po albumie 36 oraz zakończeniu wątków z Kriss De Valnor oraz Młodzieńczych Lat twórcy dobrze przemyśleli co chcą z moją ukochaną serią robić dalej. Bo jeśli zamierzają na siłę tworzyć z niej gorszą kopę Pieśni Lodu i Ognia G. R. R. Martina, to lepiej żeby może dali sobie w ogóle spokój?... Tak w ramach poszanowania samych siebie i wspomneń dawnych czytelników. Czego im oraz Wam i sobie życzę.
 
Moja ocena: 4/6.


piątek, 14 kwietnia 2017

RECENZJA: Co Robimy w Ukryciu (2014)

Taika Waititi reżyseruje trzecią część Thora. Wszyscy w sieci piszczą jaki to świetny, pomysłowy reżyser. Ja zawsze do takich rewelacji podchodzę z dystansem, bo nie raz już przekonałem się, że gust ogółu nijak ma się do mojego własnego. Sięgnąłem więc po Co Robimy w Ukryciu, film reżysera sprzed trzech lat, aby przekonać się o słuszności lub pomyłce zasłyszanych doniesień. No i co? No i tak!
 
Czy myśleliście kiedyś, że mogłaby powstać komedia, która jednocześnie będąc inteligentnie śmieszną, pokazywałaby wampiry tak jak powinny być one ukazane? Czy sądziliście, że podczas wielu abstrakcyjnych, obezwładniających humorem scen mogłaby Was nawet kilka razy wystraszyć? Jeśli tak, to film według scenariusza Taiki Waititi oraz Jermaine Clementa jest właśnie takim dziełem.
 
Viago, Deacon, Petyr i Vladislav (T. Waititi, Jonny Brugh, Ben Fransham, J. Clement)  to cztery wampiry zamieszkujące wspólnie duży dom na uboczu pewnego miasta w Nowej Zelandii. Każdy z nich pochodzi z innego okresu historii, każdy ma swoje przyzwyczajenia, przywary i upodobania. Do sfilmowania ich codziennego (czy raczej conocnego) życia zostaje zaproszona ekipa filmowa. Jej dodatkowym celem jest uchwycenie prawdy o Unholy Masquerade (tzw. Przeklęty Bal), imprezie organizowanej przez ukrywającą się przed resztą świata społeczność nieumarłych. Udział w niej biorą nie tylko wampiry, ale również czarownice, czarodzieje czy wszelkiej maści zombie. 
Taki jest punkt wyjścia dla tego pseudo-dokumentu, który jak napisałem powyżej jest prześmiesznym hołdem dla wszelkich filmów o tematyce wampirycznej. Ale nie tylko.
 
Zaczynamy od ukazania każdego z bohaterów. Ekipa przedstawia nam ich styl życia, sposób spędzania wolnego czasu, dzięki czemu od pierwszych minut filmu widzimy, że mamy tu do czynienia z wyjątkowymi, niepowtarzalnymi jednostkami. Śledzimy ich podczas planowania polowań, patrzymy jak posługują się ludźmi, którzy organizują im zdobycze, słyszymy wyznania o planach na przyszłość oraz słuchamy smętnych zawodzeń o utraconych nadziejach.
Co ciekawe, wszystkie wampiry wydają się nam (pomimo swej oczywistej komiczności) niezwykle ludzkie. To co przeżywa w głębi duszy Viago i Vladislav, mogłoby posłużyć za kanwę niejednego romansu.
 
Fabuła komplikuje się, gdy w filmie pojawiają się nowi wampiryczni bohaterowie, a gwiazdy reportażu przybywają na zapowiedziane święto. Wtedy akcja przyspiesza, a widz ma szansę zobaczyć jak przemyślane zostało to dzieło pod względem pomysłu, scenariusza oraz realizacji.
Nie ma tu zbędnych scen i pomysłów, każdy dialog, skecz czy śmieszna sytuacja ma swój sens i znaczenie. Wszystkie wątki wybrzmiewają znakomicie, prowadząc nas do z góry zaplanowanego, choć nie pozbawionego zaskoczeń zakończenia.
 
Co Robimy w Ukryciu  nie jest zwykłym reportażem o wampirach. Będąc świadomą swego żartobliwego tonu produkcją potrafi zmusić nas do pewnych przemyśleń o koleżeństwie, marzeniach czy życiu w grupie przyjaciół. Uczy tolerancji dla inności i pokazuje, że nawet wampiry (gdyby tylko istniały) mogą mieć problemy bardzo podobne do naszych.
Dzieje się tak dlatego, ponieważ bohaterowie pomimo wielu lat bycia nieumarłymi nie zatracili swych ludzkich korzeni. Oczywiście, patrzą na otaczający świat na swój sposób, ale ich życiowa nieporadność jest dla widza niezwykle znajoma.
 
Dawno nie widziałem tak śmiesznej, mądrej komedii. Poprzez szacunek dla inteligencji widza i zabawę wszelką możliwą gatunkowo konwencją stawiam ją na równi z filmami Shawn Of The Dead (Wysyp Żywych Trupów) i Hot Fuzz.
Polecam Wam ten film gorąco. Taika Waititi to reżyser o wielkim wyczuciu, wrażliwości i humorze. Thor: ragnarok jest zaiste w bardzo dobrych rękach.
 
Moja ocena: 6/6.
 

czwartek, 13 kwietnia 2017

RECENZJA: Asterix: Papirus Cezara

To już drugi album z serii stworzony przez duet Jean-Yves Ferri (scenariusz) i Didier Conrad (rysunki), którzy przejęli ją po legendach Goscinnego oraz Uderza. Oczywiście, Asterix to cykl iście legendarny, dlatego celowo pominę wszelkie wstępy, przedstawienia postaci itd. Od razu przejdę do rzeczy, dlatego też ta recenzja będzie nieco krótsza od dotychczasowych.
 
O co chodzi w fabule?
Cezar napisał książkę. Niestety, jeden rozdział niechlubnie zgrzyta w jego portfolio, dlatego nadworny wydawca i doradca, Bonus Promoplus radzi wielkiemu władcy wydanie dzieła pt. Wojna Galijska bez tego krępującego fragmentu. Oczywiście, chodzi w nim o pewną małą osadę, która nadal opiera się potędze Rzymu. Cezar robi jak mu radzą, a wszystkie kopie tekstu zostają bezpowrotnie zniszczone. No, prawie wszystkie. Jedna z nich dziwnym trafem zdołała się uchować, a wykrada ją niejaki Ostropolemiks, znany w stolicy galicyjski aktywista. Teraz Promoplus ma prawdziwy kłopot na głowie. Musi jak najszybciej odzyskać zaginiony papirus, zanim wywrotowy gal zaniesie go do słynnej wioski w Armoryce. 
I tak właśnie rysuje się akcja 36 albumu o przygodach Asterixa i Obelixa. Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć nikomu zabawy.
 
Jaki jest więc ten komiks?
Ogólnie to standard, do którego przyzwyczailiśmy się na przestrzeni minionych lat. Rysunki Conrada idealnie naśladują kreskę dawnego mistrza, a jedyną wyczuwalną różnicą są oczy postaci. W tej materii wszystko jest zatem na najwyższym poziomie, obrazki są szczegółowe, a jednocześnie klarowne, niezależnie od tego czy grafik tworzy akcję na dużych, czy nieco mniejszych planszach.
 
Sam scenariusz jest generalnie w porządku. Nie ma tu niestety żadnych fabularnych fajerwerków, ale wiadomo, że nie o to tu chodzi. Cały czas czujemy, że czytamy serię, którą pokochaliśmy już dawno, dawno temu. Parę razy zaśmiałem się szczerze, może nie aż tak często jak za legendarnych wydań, ale to i tak spory plus, bo pamiętam, że poprzedni tom nie był zbyt komiczny.

 
Myślę, że największa bolączka tego albumu tkwi w zadaniu, jakie mają przed sobą autorzy. Asterix miał już tak wiele różnych przygód, że ciężko jest teraz wymyślić coś nowego i prawdziwie oryginalnego. Właśnie przez to słabo oceniam niektóre żarty, na jakie pokusili się autorzy, a które być może nie przetrwają próby czasu. Pocztowe gołębie jako symbol wiadomości z sieci oraz skojarzenia pewnych imion z dzisiejszą technologią lub popkulturą mogą nie działać za kilkanaście lat tak dobrze jak teraz. A przecież siłą tego komiksu była zawsze ponadczasowość. No cóż, nie uprzedzajmy. Pożyjemy - zobaczymy.
 
Póki co, Papirus Cezara to pomimo pewnych zgrzytów bardzo porządny komiks. Nie pozbawiony kilku wad i trudności, ale wciąż godny polecenia stałym fanom cyklu lub nowym czytelnikom.
Za to Post scriptum z ostatniej strony jest świetną klamrą zamykającą całą historię. Mimo wszystko choćby dla niego warto zerknąć na tą opowieść.

Moja ocena: 4/6.


środa, 12 kwietnia 2017

RECENZJA: Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon (2006)

Scott Glosserman miał fajny pomysł. Bazując na popularnej konwencji amatorskiego filmu dokumentalnego postanowił przedstawić historię zabójcy. I to nie jakiegoś tam zwyczajnego zabójcy, ale takiego, któremu blisko do oryginałów pokroju Freddy'ego Kruegera czy Mike'a Myers'a.

Chyba każdy z nas w pewnym momencie swojego filmowego życia ekscytował się tzw. slasherami. Były to opowieści o maniakalnym mordercy ścigającym grupkę nastolatków z ostrym narzędziem w dłoni (Koszmar z Ulicy Wiązów, Halloween, Piątek 13-tego). Taki był właśnie pomysł reżysera i scenarzysty Behind the Mask - pokazać jak ekipa filmowa towarzyszy młodemu mężczyźnie, Leslie Vernonowi (Nathan Baesel) podczas jego przygotowań do serii zabójstw. Mieliśmy poznać jego plan działania, motywacje oraz wszelkie pobudki. No i wszystko byłoby fajnie, gdyby tylko... ten film nie był tak nudny i od pewnego momentu sztampowy.

Dzieło Glossermana dzieli się na dwie połowy.
Pierwsza to taki trochę typowy materiał reporterski, jakich kilka lat temu było w kinie naprawdę wiele (np. Rec). W jego trakcie poznajemy trzyosobową ekipę filmową Taylor Gentry (Angela Goethals, Ben Pace, Britain Spellings) oraz tytułowego antagonistę, jego historię, a także wydarzenia, które doprowadziły go do krwawej w skutkach decyzji.
Już na początku musimy przyjąć zaproponowaną, nieco udziwnioną konwencję opowieści, że w tym świecie o zabójstwach rozmawia się jak o ładnej pogodzie. Niestety, nieco później tak zbudowany schemat widowiskowo bierze w łeb, jednak na samym początku stanowi pewien powiew świeżości.
Oprócz nieszablonowego bohatera tytułowego, wielce intrygujące jest też ukazanie innych, otaczających go postaci. Tak poznajemy Eugene'a (Scott Wilson), znajomego Lesliego, który w podobnym fachu z powodzeniem działał jakiś czas temu. Starszy pan swe największe osiągnięcia ma już dawno za sobą i jest teraz swojego rodzaju wzorcem dla planującego zabójcze dzieło chłopaka.
Na ekranie pojawia się też niejaki Doc Halloran (Robert Englund), postać, która w klasycznych filmach najczęściej stała po stronie ofiary i mając pewne powiązania z zabójcą starała się mu ze wszystkich sił przeszkodzić.

Mieliśmy więc fajnie skonstruowany koncept postaci oraz ich świata. Co zatem mogło pójść nie tak w przypadku takiego samograja? Ano, mogło i to całkiem sporo.


Niestety, pomimo wszelkich starań twórców, cała otoczka i przygotowania do masakry szybko stają się po prostu śmiertelnie nudne. To, co w zamyśle stanowiło niezłą ciekawostkę, okazało się w tej produkcji zbyt sztampowe i niezbyt dosadnie ukazane. Mamy oczywiście tłumaczenia jak wybiera się ofiarę, dlaczego kondycja fizyczna jest dla Lesliego tak ważna, co należy zrobić aby przyszła ofiara odczuwała niepokój oraz jak wybrać miejsce zabójstwa i pokierować poszczególnymi osobami aby podjęły takie, a nie inne wybory. I generalnie jest to bardzo ciekawe, ale na ekranie zupełnie nie wychodzi. Naprawdę, może gdyby pokazano to w nieco inny sposób, zastosowano pewnego rodzaju niedopowiedzenia, to fabuła stałaby się bardziej intrygująca. A tak, po kwadransie zacząłem się zwyczajnie nudzić.

Aż nagle, wreszcie coś się ruszyło! Niestety, to tylko mi się tak zdawało...
Nie wiem po co, ale  gdy okazało się, że cała ekipa filmowa została umyślnie wciągnięta przez Lesliego w jego chorą grę, film stał się nagle klasycznym slasherem (zmienił się też sposób filmowania i narracji). Kiedy Taylor postanowiła przeszkodzić mordercy w bezkarnej jatce na grupie młodzieży, na jaw wyszło, że tak naprawdę to ona jest podstawowym celem maniaka. To ją upatrzył sobie jako swoją nemezis, która zmierzy się z nim w ostatecznej walce na śmierć i życie. I tu następuje wielka konsternacja - choć dziewczyna była świadkiem przygotowań i planów zabójcy, mimo wszystko postanowiła popełnić wszystkie oczekiwane (od niej jako ofiary) głupoty. Tak, te same, które są filmową podstawą zachowania durnych nastolatków ściganych przez bandytów.
Kto wpadł na tak świetny pomysł? Dlaczego film, który był swojego rodzaju hołdem dla kina grozy, stał się nieoczekiwanie jego najgorszą parodią?... Czy nie lepiej byłoby pokazać walkę Taylor i Lesliego jak równego z równym, kiedy dziewczyna już wiedziała o wszystkich jego planach?


W ten sposób w jednym filmie stłamszono dwie ciekawe idee. Wątek dokumentalny był zbyt nużący, a sprytny twist fabularny został szybko sprowadzony do nic nie wnoszącego wątku ofiara-morderca.

Behind the Mask jest więc filmem zmarnowanego potencjału. Poprzez nagłą zmianę konwencji oraz sztampowe prowadzenie akcji produkcja najpierw nuży, a później odstrasza widza swoją wielowarstwową głupotą.
Mogłem otrzymać obraz, który niczym niedościgniony Krzyk bawi się formą i treścią, a dostałem takie pokraczne cudeńko, które pewnie szybko zapomnę i do którego już raczej nigdy nie wrócę. A szkoda, bo w Behind the Mask tkwiły nie lada możliwości, tylko wszelkie rozwiązania jakie zastosowano były już nie takie.
No cóż, na godny hołd horrorom z lat 80-tych będzie trzeba jeszcze poczekać.

Moja ocena: 2/6.



poniedziałek, 10 kwietnia 2017

RECENZJA: Zombie Express (Pociąg do Busan)

Zdawać by się mogło, że w filmach o tematyce żywych trupów wszystko już powiedziano. Oblężeni przez mięsożerne korpusy zdołaliśmy przeżyć Noce, Świty i Dni, od wszelkiego rodzaju wyniszczających infekcji mijały miesiące, a nawet długie tygodnie. Patrzyliśmy na zombie z ich perspektywy, zastanawialiśmy się jak wyglądałoby życie, gdybyśmy na przestrzeni miesięcy i lat potrafili dostosować się do nowych praw natury.

Czy komukolwiek jeszcze mogłoby udać się pokazanie apokalipsy z nieumarłymi tak, aby zaprezentować to w choć trochę nowatorski sposób? To na pewno niezwykle trudne zadanie i właśnie w tym świetle,  południowo-koreański Zombie Express (2016) wypada całkiem ciekawie.
Ten film nawet nie próbuje być nowym kamieniem milowym gatunku, ale ma w sobie coś, co mógłbym nazwać jasną iskrą na dość przeoranym już trupim polu. Dlaczego? Ano, choćby dlatego, że nie było nam chyba dane oglądać filmu o zombie, gdzie wydarzenia ukazane są z perspektywy pasażerów pociągu. To jednak nie wszystko. Pomysł na ogólny zarys fabuły był ciekawy, ale czy twórcom starczyło inwencji aby poprowadzić wydarzenia na tak ograniczonej przestrzeni przez prawie dwie godziny filmu?
Pozwólcie że wszystko wyjaśnię po kolei.
 
Seok Woo jest menadżerem w dużej korporacji w Seulu. Samotnie wychowuje córeczkę Soo-an, lecz za sprawą zbyt wielu obowiązków w firmie, nie ma z małą zbyt dobrego kontaktu. Kiedy w czasie swych urodzin dziewczynka oznajmia, że chce zobaczyć się z mamą, Seok postanawia spełnić jej prośbę. Jest mu to nawet na rękę, ponieważ w firmie dzieje się źle i Seok poprosił swego podwładnego o sprzedaż wszystkich akcji przedsiębiorstwa.
Następnego dnia ojciec z córką udają się na stację kolejową i spokojnie zajmują miejsca w przedziale. Niestety, tuż przed odjazdem pociągu, do jednego z wagonów wpada ranna w nogę dziewczyna. Widać, że jest mocno poturbowana, a kiedy kobieta z obsługi stara się jej pomóc, młoda pasażerka umiera. Nie na długo jednak, bo zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, ożywiona nagle dziewczyna brutalnie zagryza kobietę, z wściekłym rykiem ruszając na pozostałych pasażerów.
Tuż po odjeździe pociągu na stacji dochodzi do zmasowanego ataku tłumu nieumarłych potworów. Przez okna ruszającego pojazdu widzimy atak masy truposzy na bezbronnych, niczego nie spodziewających się ludzi.

Tak zaczyna się Zombie Express i od razu należy zaznaczyć, że cały film jawi się jako niezwykle oryginalna jazda bez trzymanki.
Jak wspomniałem powyżej, bałem się, że reżyserowi i scenarzyście (Sang-ho Yeon) nie starczy inwencji, żeby wypełnić długi czas filmu satysfakcjonującymi rozwiązaniami. Jakże się jednak myliłem! Akcja pędzi na łeb, na szyję, poza kilkoma scenami na oddech cały czas zaskakiwany byłem czymś nowym i dramatycznym. W rezultacie nawet nie wiem kiedy minął ten nie najkrótszy przecież seans.

Bohaterowie filmu będą musieli nieźle się natrudzić, aby wyjść cało z sytuacji zgotowanych im przez hordę wściekłych umarlaków. Sang-ho świetnie wykorzystał parę kreatywnych pomysłów, o których specjalnie nie wspomnę, żeby nie psuć Wam zabawy. A wierzcie mi na słowo, aż mnie korci!
Warto dodać, że żywe trupy w Zombie Express to te, które szybko biegają. Widzieliśmy ten koncept choćby w remake'u Świtu Żywych Trupów Snydera i choć nie jestem wielkim fanem takiego rozwiązania, tu po raz kolejny wyszło to bardzo fajnie. Głównie za sprawą kreacji poruszania się truposzy. Ich bieg łączy w sobie pewien dziwny efekt trzęsienia i czegoś na kształt łamania kości (trzeba to zobaczyć, żeby zrozumieć). Dodatkowo, sceny z tłumem trupów nie wypadają tak idiotycznie jak w pamiętnym World War Z. Okazało się, że można zrobić sceny z setką statystów, którzy nie są komputerowymi mrówkami wspinającymi się po sznurku.

Oprócz wartkiej akcji i zmuszającymi do nerwowego wyczekiwania scenami, Zombie Express zbudowany został w/g standardowego przepisu na klasyczny film o truposzach.
Mamy więc przedstawienie bohaterów (początkowo ojca z córką, później innych pasażerów pociągu), zawiązanie właściwej akcji i następujące kolejno etapy walki o przeżycie. Niektórzy bohaterowie przechodzą oczekiwane, duchowe przemiany (jedni w tą, drudzy w inną stronę), a którzy z nich ostatecznie pozostaną przy życiu słusznie zostaje kwestią niejasną.
Co ciekawe, w Zombie Express nie ma scen gore. Krew co prawda tryska, ale nie leje się wiadrami. Oszczędzono nam widoku ciągniętych po posadzce flaków i gwałtownego wyrywania mózgów. Może to i szkoda, ale szybka akcja i emocje naprawdę rekompensują te braki.


Czym jest więc Zombie Express? Jest świetnym filmem o truposzach, ale oprócz tego umiejętnie podejmuje jedną z dwóch kwestii często obecnych w filmach z tego gatunku. Niestety, tylko jedną, bo druga, choć została przedstawiona, nie dostała odpowiedniego czasu na zaistnienie wśród rozpędzonych wydarzeń.
Świetnie wybrzmiały wątki międzyludzkie, prawdy o tym jak zachowujemy się w obliczu zagrożenia i czy takie przeżycia łączą nas lub dzielą. To film o ojcu i córce, ich wspólnej drodze, zbliżeniu w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa i poświęceniu.
Nie udała się niestety krytyka działań wielkich korporacji (które reprezentuje Seok Woo). Zabrakło czasu lub umiejętności, żeby uczynić ten film czymś więcej niż efektowną sieczką z elementami psychologii postaci. Szkoda, bo wówczas miałbym do czynienia z dziełem kompletnym.

Nie narzekam jednak, bo Zombie Express dostarczył mi tego, czego po nim oczekiwałem (choć się wcale nie spodziewałem). Doświadczyłem brutalnej walki o przeżycie, satyafakcjonujących pomysłów, sprawnej realizacji i krzepiącego zakończenia.
Minusem był brak naprawdę strasznych scen, ale to może dlatego, że dawno temu wyrosłem z bania się horrorów.
W świetle kilku nędznych filmów grozy, które miałem okazję ostatnio widzieć, horror Sang-ho Yeona jawi się jako coś naprawdę fajnego. To nie dzieło wybitne czy przełomowe, ale po prostu dobrze zrealizowany, satysfakcjonujący obraz. Jeśli jeszcze go nie widzieliście, mam nadzieję, że będziecie bawić się na nim równie dobrze jak ja.

Moja ocena: 5/6.

 

piątek, 7 kwietnia 2017

Filmowa Wonder Woman od Kotobukiya

Wygląda na to, że fani DC i postaci Wonder Woman w Japonii już wkrótce będą mieli troszkę lżejsze portfele. Kotobukiya Japan właśnie zapowiedziała nową figurkę filmowej wersji amazonki z serii ARTFX Statue.

czwartek, 6 kwietnia 2017

RECENZJA: Star Wars Rebels - sezon 3

Minął kolejny rok i jeszcze jeden sezon Rebeliantów jest już za nami. O jego pierwszej połowie rozpisywałem się w grudniu, tych z Was, którzy jeszcze tego nie czytali, zapraszam  tutaj.  W poniższym, pełnym podsumowaniu odniosę się na szybko do tamtych przemyśleń oraz nakreślę co wyszło lub nie w ostatnich 11-tu odcinkach serialu.

Trochę inaczej zarysował się  ten sezon  po ostatnim epizodzie wyemitowanym w ubiegłym roku (Visions and Voices). Oczywiście, to co napisałem poprzednio o jednym z jego fabularnych trzonów, czyli walce rebelii z siłami admirała Thrawna pozostało bez zmian, zupełnie innym torem poszły jednak relacje Ezry i Kanana z Maulem.
I przy tej kwestii zatrzymam się teraz na chwilę, bo jest ona moją największą bolączką od emisji jednego z ostatnich odcinków serii (Twin Suns).

Początek sezonu upewnił mnie, że Maul w jakiś sposób będzie miał wpływ na losy dwójki rebelianckich bohaterów będącymi użytkownikami Mocy. Nie było jeszcze jasne w jaki sposób się to stanie, ani co dokładnie się wydarzy, jednak twórcy bardzo wyraźnie rysowali linię wyznaczającą taki układ spraw. Niestety, wspomniany wyżej odcinek całkowicie położył budowane pieczołowicie fundamenty i sprawił, że ja sam przecierałem przed telewizorem oczy ze zdumienia.
Wyprawa Ezry na Tatooine, powodowana podszeptami Maula dawała szansę na spotkanie chłopaka z Kenobim i rozwiązanie sprawy jego przeznaczenia w kontekście młodego Luke'a (który na tej właśnie planecie pozostawał w ukryciu). Niestety, zamiast nakreślenia przyszłości bohatera, dostaliśmy (jakże efektowną, lecz o tym będzie poniżej) walkę Mistrza Jedi z Maulem. Pozbawiono mnie więc ciekawego wątku fabularnego, bo choć holokrony zostały wcześniej zniszczone, to szansa na jeszcze ciekawszą relację Maul - Ezra była naprawdę wielka i (pomimo mojej niechęci do wskrzeszenia dawnego Sitha w serialu) dawała szansę na ciekawe przedstawienie dalszych losów chłopaka. Nie rozumiem więc, po co ludzie z Disney'a utkali na początku sezonu ową nić fabularną, skoro nie wykorzystawszy jej nawet w połowie, tak raptownie się od niej odcięli. To wielki błąd i niekonsekwencja w działaniu, dziwna tym bardziej, że Rebelianci są raczej serialem dość przemyślanym.

 
Teraz, skoro napomknąłem już o swojej największej bolączce sezonu (przez którą jako całość Rebelianci dużo jednak tracą), czas powiedzieć o rzeczach dobrych. A tych było naprawdę sporo.

Oczywiście, Kenobi stoczył walkę z Maulem i jakkolwiek głupie było wcześniejsze odprawienie Ezry, pojedynek tych dwóch gigantów stał się natychmiast jednym z najlepszych momentów całego serialu. To, jak twórcy zbudowali napięcie poprzez ukazanie wzajemnych spojrzeń przeciwników oraz przyjmowanie klasycznych pozycji do walki, wystarczyło, aby uczynić samo starcie najkrótszym ze wszystkich widzianych dotychczas w świecie Gwiezdnych Wojen. Szybkość, emocje i precyzja. Wspaniale wyreżyserowane i dobrze przemyślane. Dobrze było ostatecznie pożegnać Maula i raz jeszcze ujrzeć potęgę Kenobiego.




Wątek admirała Thrawna dalej prowadzony był bardzo dobrze. Ujrzałem jego sposoby działania, przyjrzałem się tej postaci z wielu stron (poznałem go jako istotę, wojownika i stratega), co pozwoliło mi uwierzyć, że jest to ten typ antagonisty, z którym nasi bohaterowie wygrać (przynajmniej na razie) nie mogą. Ostatnie dwa odcinki (Zero Hour), podczas których to właśnie Thrawn jest w większości górą, świetnie podsumowały jego wątek i otworzyły mu nowe możliwości. Warto też zauważyć, że jest to pierwszy główny wróg rebeliantów, który nie zginął po jednym sezonie.
I bardzo dobrze, bo Thrawn to wielowymiarowa jednostka, ze wszystkich sił starająca się ukazać w określonym świetle, a jednak nie pozbawiona wielu wad i ułomności. Dobrze będzie oglądać jego zmagania z grupą Hery Syndulli również w następnym roku.


Kolejną, nieoczywistą postacią jest agent Kallus. Tu przemiana osobowości już się dokonała i szczerze zdziwiło mnie, że bohater Imperium nie zginął w finale sezonu. W sumie była to dobra decyzja, ponieważ wzbogacenie sił protagonistów o tak ciekawą jednostkę pozwoli mi jako widzowi lepiej go poznać, nie wspominając już nawet o tym, jak bardzo lubuję się w takich troszkę skomplikowanych, nawróconych postaciach. Od ślepego posłuszeństwa, poprzez chwile zwątpienia, pierwsze próby pokazania nowej twarzy, aż do całkowitego przejścia na drugą stronę. Ciekawe jak Kallus przysłuży się rebelii w 4 sezonie?

Były zatem w Rebeliantach chwile zmian, ale zdarzyły się też pożegnania. Z całą pewnością nie na zawsze, ale na pewno na dłuższy czas. Chodzi mi tu oczywiście o Sabine Wren.
Nigdy bym nie pomyślał, że Dave Filoni i reszta zespołu zdecydują się na odprawienie z serialu jednej z najważniejszych postaci. I ta decyzja, choć dość nietypowa w przypadku serialu dla dzieciaków, pokazuje właśnie, że twórcy starają się podejść do tematu realistycznie i rozwojowo. Oczywiście, bez tych wydarzeń nie byłaby możliwa mała odsiecz Mandalory w samym finale sezonu, ale co tak naprawdę los szykuje Sabine, zobaczymy dopiero za jakiś czas. Sądzę, że w poświęconych jej odcinkach (Trials of the Darksaber oraz Legacy of Mandalore) kryje się jeszcze nie zaprezentowany potencjał, a dojrzała decyzja bohaterki, aby dołączyć do swojej matki i ludu wpłynie w jakiś sposób nawet na filmy kinowe cyklu.

Jak zawsze oczekiwanym (i w przypadku tego sezonu dość świeżym) ukłonem w kierunku filmów z uniwersum było pojawienie się postaci Sawa Gerrery (znanego z Łotra 1). Dawny mentor i opiekun Jyn Erso tym razem odegrał ważną rolę w odkrywaniu tajemnicy Geonosis. Udział legendarnego bojownika w Rebeliantach pomógł lepiej poznać tę postać, a także wyjaśnić pewne kwestie jej zachowania, które w Łotrze 1 pozostały nieco niedopowiedziane. Podobało mi się też, że będąc dosłownie o krok od poznania tajemnicy broni Imperium, rebelianci ani Saw nie wpadli na właściwy trop.


Oprócz wątków Gerrery, Sabine czy Maula równie ważne było także pojawienie się Mon Mothmy. Wiązało się ono z oczekiwanym, pierwszym zawiązaniem sojuszu wszystkich komórek rebelii (Secret Cargo). To porozumienie pozwoliło buntownikom wyjść cało z pogromu jaki zgotował im Thrawn w finale sezonu, lecz jest jeszcze istotniejsze w kontekście całej klasycznej trylogii.
Przy tworzeniu fabuły poszczególnych odcinków, nie zapomniano też o innych postaciach, takich jak choćby pułkownik Yularen, znany z serialu The Clone Wars czy Nowej Nadziei.

Wizualnie Rebelianci wciąż przedstawiają się całkiem znośnie, widać też pewien postęp pracy grafików z odcinka na odcinek. Choć mi osobiście o wiele bardziej do gustu przypadał mocno wypracowany styl ostatnich sezonów The Clone Wars, nie mogę nie docenić tego serialu za próbę stworzenia czegoś na swój sposób nowego. Należy pamiętać, że większość technik zastosowanych w Rebeliantach jest przez Lucasfilm opracowywana niemal od zera. Mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach strona graficzna będzie wciąż szła do przodu, tak aby dorównać swej filmowej konkurencji.


Podsumowując 3 sezon Rebeliantów, muszę napisać, że był on chyba najlepszy z dotychczasowych. Nie zabrakło różnorodności, przemian i rozwoju bohaterów oraz drobnych (lecz istotnych) powiązań z całym uniwersum Gwiezdnych Wojen.
Były tu odcinki świetne, wręcz wbijające w fotel i spajające wizję twórców oraz kilka nieco słabszych (tzw. wypełniaczy).  Wiadomo też, że taki balans jest potrzebny, mamy w końcu do czynienia z powracającą co tydzień historią, a nie zamkniętym filmem kinowym.
Kilka pomysłów nie wypaliło zupełnie, lecz w ogólnym rozrachunku nie podkopało znacząco pozycji serialu jako całości.
Niektóre postaci dostały więcej czasu (Sabine, Ezra, Chopper, Zeb), a inne zdecydowanie za mało (Kanan, Hera). Parę rozwiązań nie przypadło mi do gustu (cały wątek Maula, a raczej jego spłycone rozwiązanie), kilka innych wręcz zachwyciło (agent Kallus i jego rola jako Fulcrum, złożoność osobowości Thrawna).

Rebelianci uderzają w coraz poważniejszą i ciekawszą nutę, a bynajmniej nie chodzi tu tylko o zbliżanie się fabularnie do czasu z Epizodu IV. Duża w tym rola całej ekipy, która podobnie jak w przypadku The Clone Wars, dorasta (pod względem umiejętności i sposobu opowiadania historii) wraz ze swoim serialem. A dla mnie jako widza świadomość ich ciężkiej pracy oraz widocznych efektów, to najlepsze czego mogę oczekiwać.

Tym bardziej więc zachęcam Was do obejrzenia 3 sezonu Rebeliantów (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście), bo pomimo kilku niedociągnięć jest to nadal rozwijający się serial, który w kolejnych odsłonach może być jeszcze lepszy.

Moja ocena: 4,5/6.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

RECENZJA: Flash tom 4 - Cofnąć Czas

Barry Allen. Najszybszy człowiek na świecie. Flash. Znakomity policyjny śledczy, a także obdarzony niezwykłą empatią i wewnętrznym spokojem bohater.
W najnowszej, czwartej już odsłonie historii wchodzącej w erę Nowego DC Comics (lub New 52) Francis Manapul i Brian Buccellato rzucają naszego ulubieńca w szpony przeciwnika równie groźnego co sam goryl Grodd. Czy Barry da radę zmierzyć się Odwrotnym Flashem i rozwikłać tajemnicę jego tożsamości?...
Oto historia zatytułowana Cofnąć Czas.

Ktoś zabija osoby bliskie Barry'emu, które za jego sprawą przebywały w Mocy Prędkości. Pierwszą ofiarą tajemniczego mordercy  jest  Albert, ostatnio życie straciła też uwięziona w Iron Heights Marissa. Wszystko wskazuje na to, że kolejnymi celami złoczyńcy będą Gomez, Iris oraz sam Flash. Barry nie może do tego dopuścić.
Wszelkie podejrzenia prowadzą do Młodego Flasha, członka grupy Nastoletni Tytani. Flash postanawia skonfrontować z nim swoje podejrzenia, ale czy pyszałkowaty, obdarzony super-mocą chłopak w ogóle zechce z nim rozmawiać? Czy jego druga tożsamość to właśnie Reverse Flash?

Tak zaczyna się najnowsza odsłona cyklu i muszę napisać, że prawie wszystko co zaplanowali sobie autorzy, wyszło tu co najmniej sprawnie. Wątki osobiste głównego bohatera przeplatają się z zagadką do rozwiązania, a dynamiczna akcja współgra z nieźle przemyślanym scenariuszem.
Najnowszy tom Flasha jest też zamknięciem całej dotychczasowej historii. Autorzy zadbali, aby wszystkie poruszane w poprzednich częściach  kwestie zostały sprawnie rozwiązane. Jeśli więc chcielibyście mieć na półce fajny komplet, a macie już dotychczasowe wydania, powinniście zdobyć również to najnowsze.

Na samym końcu albumu znajduje się jeszcze jedna historia - Linia Startu. Opowiada ona o wizycie Barry'ego w Gotham, podczas wydarzeń znanych jako Rok Zerowy.  Nasz bohater nie posiadał jeszcze wtedy swoich mocy, a do miasta Batmana przywiodło go śledztwo w sprawie nowego, niebezpiecznego narkotyku o nazwie Ikar. Jak skończyła się ta sprawa oraz kogo przyszły Flash wtedy poznał, musicie już sprawdzić sami.

Jest tu też jeden mały zgrzyt. Po lekturze  tomu zaczynam  wreszcie rozumieć zarzuty niektórych czytelników odnośnie brutalnego zrywania z kanonem w New 52.
Sposób, w jaki sprzedano nam  Młodego Flasha (to chyba oryginalny Kid Flash, jak rozumiem?) jest nieco trudny do przełknięcia. Znam Wally'ego Westa z Rebirth, ale ten koleżka zaprezentowany tutaj, to naprawdę jakieś kuriozum. Oczywiście, jest to zupełnie inna postać (co wynika z treści), ale podobieństwo do oryginału z Teen Titans (obecnie Titans) oraz to, że w DC tak źle pozamieniali genezy wielu postaci, pozostawia jakiś niesmak. Zwrócicie na to uwagę, jeśli choć trochę orientujecie się w historii komiksów wydawnictwa.

Co natomiast można powiedzieć o samych rysunkach? Pewnie już się domyślacie, bo nie od dziś wiadomo, że Francis Manapul maluje Flasha jak mało kto! Ilustracje tego grafika dodają bohaterom niezwykle realistycznej lekkości, przy jednoczesnej dbałości o szczegóły. Ja sam bardzo chciałbym zobaczyć go w akcji przy opowieściach o innych bohaterach DC.
Oprócz prac Manapula, w albumie znalazły się też ilustracje Scotta Hepburna i Chrisa Sprouse'a, które ładnie komponują się z bonusową historią oraz ważnymi retrospekcjami jednej z postaci.


Tom czwarty Flasha stoi więc ogólnie na wysokim, satysfakcjonującym poziomie. Może nie jest to historia godna pamiętnego Flashpointu, ale też nie o to w niej chodzi. Jeśli lubicie zagadki, akcję, emocje oraz głównego bohatera, któremu da się kibicować - jest to książka dla Was.
Cofnąć Czas to naprawdę niegłupia historia, nie uwłaczająca inteligencji czytelnika, a jednocześnie zapewniająca oczekiwaną frajdę i zabawę.

Moja ocena: 5/6.

Ps. Nie wiem czy Flash i Reverse Flash walczyli ze sobą w drukarni Egmontu, ale mój egzemplarz ma wszystkie strony odwrócone względem okładki. W sytuacji, gdy album w oryginale nosi tytuł Reverse, uważam to za ciekawy zbieg okoliczności. ;-)