czwartek, 13 kwietnia 2017

RECENZJA: Asterix: Papirus Cezara

To już drugi album z serii stworzony przez duet Jean-Yves Ferri (scenariusz) i Didier Conrad (rysunki), którzy przejęli ją po legendach Goscinnego oraz Uderza. Oczywiście, Asterix to cykl iście legendarny, dlatego celowo pominę wszelkie wstępy, przedstawienia postaci itd. Od razu przejdę do rzeczy, dlatego też ta recenzja będzie nieco krótsza od dotychczasowych.
 
O co chodzi w fabule?
Cezar napisał książkę. Niestety, jeden rozdział niechlubnie zgrzyta w jego portfolio, dlatego nadworny wydawca i doradca, Bonus Promoplus radzi wielkiemu władcy wydanie dzieła pt. Wojna Galijska bez tego krępującego fragmentu. Oczywiście, chodzi w nim o pewną małą osadę, która nadal opiera się potędze Rzymu. Cezar robi jak mu radzą, a wszystkie kopie tekstu zostają bezpowrotnie zniszczone. No, prawie wszystkie. Jedna z nich dziwnym trafem zdołała się uchować, a wykrada ją niejaki Ostropolemiks, znany w stolicy galicyjski aktywista. Teraz Promoplus ma prawdziwy kłopot na głowie. Musi jak najszybciej odzyskać zaginiony papirus, zanim wywrotowy gal zaniesie go do słynnej wioski w Armoryce. 
I tak właśnie rysuje się akcja 36 albumu o przygodach Asterixa i Obelixa. Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć nikomu zabawy.
 
Jaki jest więc ten komiks?
Ogólnie to standard, do którego przyzwyczailiśmy się na przestrzeni minionych lat. Rysunki Conrada idealnie naśladują kreskę dawnego mistrza, a jedyną wyczuwalną różnicą są oczy postaci. W tej materii wszystko jest zatem na najwyższym poziomie, obrazki są szczegółowe, a jednocześnie klarowne, niezależnie od tego czy grafik tworzy akcję na dużych, czy nieco mniejszych planszach.
 
Sam scenariusz jest generalnie w porządku. Nie ma tu niestety żadnych fabularnych fajerwerków, ale wiadomo, że nie o to tu chodzi. Cały czas czujemy, że czytamy serię, którą pokochaliśmy już dawno, dawno temu. Parę razy zaśmiałem się szczerze, może nie aż tak często jak za legendarnych wydań, ale to i tak spory plus, bo pamiętam, że poprzedni tom nie był zbyt komiczny.

 
Myślę, że największa bolączka tego albumu tkwi w zadaniu, jakie mają przed sobą autorzy. Asterix miał już tak wiele różnych przygód, że ciężko jest teraz wymyślić coś nowego i prawdziwie oryginalnego. Właśnie przez to słabo oceniam niektóre żarty, na jakie pokusili się autorzy, a które być może nie przetrwają próby czasu. Pocztowe gołębie jako symbol wiadomości z sieci oraz skojarzenia pewnych imion z dzisiejszą technologią lub popkulturą mogą nie działać za kilkanaście lat tak dobrze jak teraz. A przecież siłą tego komiksu była zawsze ponadczasowość. No cóż, nie uprzedzajmy. Pożyjemy - zobaczymy.
 
Póki co, Papirus Cezara to pomimo pewnych zgrzytów bardzo porządny komiks. Nie pozbawiony kilku wad i trudności, ale wciąż godny polecenia stałym fanom cyklu lub nowym czytelnikom.
Za to Post scriptum z ostatniej strony jest świetną klamrą zamykającą całą historię. Mimo wszystko choćby dla niego warto zerknąć na tą opowieść.

Moja ocena: 4/6.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz