środa, 12 kwietnia 2017

RECENZJA: Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon (2006)

Scott Glosserman miał fajny pomysł. Bazując na popularnej konwencji amatorskiego filmu dokumentalnego postanowił przedstawić historię zabójcy. I to nie jakiegoś tam zwyczajnego zabójcy, ale takiego, któremu blisko do oryginałów pokroju Freddy'ego Kruegera czy Mike'a Myers'a.

Chyba każdy z nas w pewnym momencie swojego filmowego życia ekscytował się tzw. slasherami. Były to opowieści o maniakalnym mordercy ścigającym grupkę nastolatków z ostrym narzędziem w dłoni (Koszmar z Ulicy Wiązów, Halloween, Piątek 13-tego). Taki był właśnie pomysł reżysera i scenarzysty Behind the Mask - pokazać jak ekipa filmowa towarzyszy młodemu mężczyźnie, Leslie Vernonowi (Nathan Baesel) podczas jego przygotowań do serii zabójstw. Mieliśmy poznać jego plan działania, motywacje oraz wszelkie pobudki. No i wszystko byłoby fajnie, gdyby tylko... ten film nie był tak nudny i od pewnego momentu sztampowy.

Dzieło Glossermana dzieli się na dwie połowy.
Pierwsza to taki trochę typowy materiał reporterski, jakich kilka lat temu było w kinie naprawdę wiele (np. Rec). W jego trakcie poznajemy trzyosobową ekipę filmową Taylor Gentry (Angela Goethals, Ben Pace, Britain Spellings) oraz tytułowego antagonistę, jego historię, a także wydarzenia, które doprowadziły go do krwawej w skutkach decyzji.
Już na początku musimy przyjąć zaproponowaną, nieco udziwnioną konwencję opowieści, że w tym świecie o zabójstwach rozmawia się jak o ładnej pogodzie. Niestety, nieco później tak zbudowany schemat widowiskowo bierze w łeb, jednak na samym początku stanowi pewien powiew świeżości.
Oprócz nieszablonowego bohatera tytułowego, wielce intrygujące jest też ukazanie innych, otaczających go postaci. Tak poznajemy Eugene'a (Scott Wilson), znajomego Lesliego, który w podobnym fachu z powodzeniem działał jakiś czas temu. Starszy pan swe największe osiągnięcia ma już dawno za sobą i jest teraz swojego rodzaju wzorcem dla planującego zabójcze dzieło chłopaka.
Na ekranie pojawia się też niejaki Doc Halloran (Robert Englund), postać, która w klasycznych filmach najczęściej stała po stronie ofiary i mając pewne powiązania z zabójcą starała się mu ze wszystkich sił przeszkodzić.

Mieliśmy więc fajnie skonstruowany koncept postaci oraz ich świata. Co zatem mogło pójść nie tak w przypadku takiego samograja? Ano, mogło i to całkiem sporo.


Niestety, pomimo wszelkich starań twórców, cała otoczka i przygotowania do masakry szybko stają się po prostu śmiertelnie nudne. To, co w zamyśle stanowiło niezłą ciekawostkę, okazało się w tej produkcji zbyt sztampowe i niezbyt dosadnie ukazane. Mamy oczywiście tłumaczenia jak wybiera się ofiarę, dlaczego kondycja fizyczna jest dla Lesliego tak ważna, co należy zrobić aby przyszła ofiara odczuwała niepokój oraz jak wybrać miejsce zabójstwa i pokierować poszczególnymi osobami aby podjęły takie, a nie inne wybory. I generalnie jest to bardzo ciekawe, ale na ekranie zupełnie nie wychodzi. Naprawdę, może gdyby pokazano to w nieco inny sposób, zastosowano pewnego rodzaju niedopowiedzenia, to fabuła stałaby się bardziej intrygująca. A tak, po kwadransie zacząłem się zwyczajnie nudzić.

Aż nagle, wreszcie coś się ruszyło! Niestety, to tylko mi się tak zdawało...
Nie wiem po co, ale  gdy okazało się, że cała ekipa filmowa została umyślnie wciągnięta przez Lesliego w jego chorą grę, film stał się nagle klasycznym slasherem (zmienił się też sposób filmowania i narracji). Kiedy Taylor postanowiła przeszkodzić mordercy w bezkarnej jatce na grupie młodzieży, na jaw wyszło, że tak naprawdę to ona jest podstawowym celem maniaka. To ją upatrzył sobie jako swoją nemezis, która zmierzy się z nim w ostatecznej walce na śmierć i życie. I tu następuje wielka konsternacja - choć dziewczyna była świadkiem przygotowań i planów zabójcy, mimo wszystko postanowiła popełnić wszystkie oczekiwane (od niej jako ofiary) głupoty. Tak, te same, które są filmową podstawą zachowania durnych nastolatków ściganych przez bandytów.
Kto wpadł na tak świetny pomysł? Dlaczego film, który był swojego rodzaju hołdem dla kina grozy, stał się nieoczekiwanie jego najgorszą parodią?... Czy nie lepiej byłoby pokazać walkę Taylor i Lesliego jak równego z równym, kiedy dziewczyna już wiedziała o wszystkich jego planach?


W ten sposób w jednym filmie stłamszono dwie ciekawe idee. Wątek dokumentalny był zbyt nużący, a sprytny twist fabularny został szybko sprowadzony do nic nie wnoszącego wątku ofiara-morderca.

Behind the Mask jest więc filmem zmarnowanego potencjału. Poprzez nagłą zmianę konwencji oraz sztampowe prowadzenie akcji produkcja najpierw nuży, a później odstrasza widza swoją wielowarstwową głupotą.
Mogłem otrzymać obraz, który niczym niedościgniony Krzyk bawi się formą i treścią, a dostałem takie pokraczne cudeńko, które pewnie szybko zapomnę i do którego już raczej nigdy nie wrócę. A szkoda, bo w Behind the Mask tkwiły nie lada możliwości, tylko wszelkie rozwiązania jakie zastosowano były już nie takie.
No cóż, na godny hołd horrorom z lat 80-tych będzie trzeba jeszcze poczekać.

Moja ocena: 2/6.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz