środa, 19 kwietnia 2017

RECENZJA: Legion - Brandon Sanderson

Nie wszystko zawsze wychodzi i nie każda powieść  świetnego pisarza musi być od razu na wagę złota. Legion Brandona Sandersona, autora Drogi Królów i Słów Światłości jest chyba tego najlepszym przykładem.
 
Stephen Leeds to człowiek, w którego świadomości żyje czterdzieści siedem osobowości.  Jak twierdzi o sobie główny bohater, jest on całkowicie zdrowy na umyśle, natomiast to właśnie owe halucynacje są ewidentnie szalone.
Stephen jest kimś w rodzaju prywatnego detektywa, w charakterystyczny dla siebie sposób rozwiązującego sprawy zlecone mu przez najróżniejszych interesantów. Do pomocy zatrudnia zawsze kilka postaci z niezwykle dużej grupy własnych urojeń. Towarzyszą mu one na co dzień, lecz jedynie Stephen jest w stanie je zobaczyć i wejść z nimi w jakiekolwiek interakcje. Dla osób postronnych owe aspekty są zupełnie niewidzialne, a zachowanie zleceniobiorcy co najmniej dziwne. Nasz bohater cieszy się więc sporym zainteresowaniem mediów oraz świata naukowego, lecz za sprawą dużej skuteczności nie może też narzekać na brak pracy.
 
Pomysł na książkę jest niezwykle ciekawy. Każda z postaci wyimaginowanych przez Stephena jest prawdziwą indywidualnością posiadającą przynależność społeczną, wiek, rasę oraz inteligencję. Co ciekawe, aspekty mają pewną świadomość, że tak naprawdę nie istnieją. Każdy jest także oczywistą częścią wiedzy i zdolności detektywa, a ich byt świadczy o niezwykłych możliwościach umysłowych bohatera. Wystarczy bowiem, aby przeczytał on niewielką broszurę na dany temat, a wkrótce obok niego ma szansę pojawić się osoba, posiadająca taką właśnie wiedzę i gotowa służyć mu pomocą. Choć autor nie wyjaśnia czemu Stephen tworzy swoje halucynacje, możemy domyślać się, że jest to sposób jego umysłu na uzyskanie większej kontroli i swobody w kwestiach, które napotykają go w życiu. Lecz są też pewne ograniczenia. W jednym momencie obok Stephena nie może przebywać więcej niż kilka halucynacji na raz.
 
Treścią tej w sumie niezbyt długiej powieści Sandersona są dwie detektywistyczne sprawy, które bierze na swoje barki S. Leeds. Pierwsza dotyczy kradzieży aparatu fotograficznego zdolnego robić zdjęcia z przeszłości, druga prowadzi go szlakiem kradzieży ciała naukowca, który opracował niezwykle fascynującą formułę przechowywania danych w ludzkim ciele.

Jaki jest więc mój problem z Legionem? Przecież to co napisałem powyżej zwiastuje co najmniej świetną lekturę...
No właśnie. Kłopot tkwi w scenariuszu oraz niedostatecznym rozwinięciu całego zamysłu. Wszystkiego w tej powieści jest za mało. Za mało spraw rozwiązywanych przez bohatera, za mało wyjaśnień o naturze i początkach jego urojeń, za mało stron. I najważniejsze - dlaczego z tak wielu osobowości w książce ciągle czytamy o zaledwie kilku z nich? Ilość stron jest skromna, a mi już w połowie lektury zdążyli znudzić się J.C., Tobias czy Ivy. I nie potrafię tego wszystkiego przeboleć nawet w obliczu płynnego języka, którym operuje autor.

Być może Sanderson planuje napisać kiedyś ciąg dalszy, lecz na razie czuję się mocno zawiedziony. To zupełnie tak, jakby zabrać mi cukierka zanim zdążę dobrze nacieszyć się jego smakiem.
Dlatego też Legion polecam tylko tym z Was, którzy czytają powieści autora jak leci lub nastawiają się na coś bardzo niezobowiązującego. Reszta niech lepiej czeka na Dawcę Przysięgi.

Moja ocena: 3/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz