sobota, 15 kwietnia 2017

RECENZJA: Louve tom 7: Nidhogg

Zła władczyni Czarnych Elfów chce ściąć korzenie drzewa Yggdrasil. Aby tego dokonać sprzymierza się z jedyną istotą skłonną rozbroić kołyskę z metalu, który nie istnieje - Azzalepstonem. W tym samym czasie młoda Louve wraz z Thjahzim dociera do Międzyświata, gdzie uwięziony został wąż Nidhogg, aby prosić dawnego strażnika drzewa o pomoc przed rozpętaniem chaosu, natomiast Aaricia spotyka kogoś, kogo wcale się nie spodziewała...
Tak zakończył się szósty tom przygód córki Thorgala. Oczywiście, zaserwowany w ten sposób suspens jest przyczyną, dla której najnowsza część jest bezpośrednią kontynuacją tamtych wydarzeń.
 
I chciałoby się powiedzieć: "wszystko dobre, co się dobrze kończy", lub "wszystko co się zaczyna, musi się kiedyś skończyć"...
Taki chyba cel przyświecał Yannowi, który od pierwszego tomu wraz z Romanem Surżenką tworzył jeden z pobocznych cykli serii Grzegorza Rosińskiego. Cykl najbardziej magiczny, przepełniony fantastyką bardziej niż którekolwiek z historii Thorgala. Opowieść, która w zamierzeniu stanowiła tzw. spin-off, ale ostatecznie sprawdziła się także jako autonomiczne, samodzielne dzieło.
 
Jak już zdążyliście się zorientować, Nidhogg zamyka wszelkie dotychczasowe wątki w Louve, prowadząc nas do zakończenia cyklu. Czy kolejne tomy powstaną, trudno powiedzieć (choć autorzy zostawili sobie małą furtkę na powrót), jednak jeśli chodzi o mnie, wolałbym aby dano sobie już z tym spokój.
 
Rozszerzanie świata Thorgala było (z perspektywy czasu) dość średnim pomysłem. Wątków w trzech seriach było zbyt wiele, nie zawsze fabularnie udawało się je wybronić pewną ręką, a ich w sumie znikomy wpływ na losy głównego bohatera nie był tak naprawdę dobrze uzasadniony.

 
I widać to chyba najbardziej właśnie w serii Louve. Oczywiście, otrzymujemy finał godny wielowątkowej serii fantasy, ale czuję tu wyraźny pośpiech i niemożność doprowadzenia do wybrzmienia wszystkich pomysłów fabularnych. Na plus oceniam, że Yann próbuje korzystać z dobrodziejstw świata stworzonych w tej mitologii przez Van Hamme'a, ale ich ilość i zbyt młodzieżowe potraktowanie nie daje szansy nacieszenia się nimi, jak było to moim udziałem lata temu w początkowych tomach sagi.

Może to wina tłumaczenia, ale niektóre dialogi w tym tomie są zwyczajnie głupie. Tak nie mówią normalne, dobrze zarysowane postacie. Dlatego poziom niektórych rozmów oscylował w Nidhoggu na poziomie dziecinnego Kaczora Donalda. 
Zupełnie bezsensownym jawi się wątek Lundgena. Naprawdę nie rozumiem, po co było pokazywać go jeszcze w tej części i to w ten sposób? Czy za jego decyzją kryje się coś głębszego? Raczej nie, bo znając tą postać wiem, że nigdy nie podjęłaby tak dziwnego i drastycznego postanowienia. To przecież tchórz i kolaborant, nad życie ceniący samego siebie. Czyżby miał powrócić w innej formie w przyszłości?... Jeśli tak, to po co?
A Świetliste Elfy? Rozumiem chęć eksplorowania nordyckiej mitologii, ale fabuła komiksu była dość skomplikowana już bez nich. Spokojnie można było ominąć ich udział i sprawnie poprowadzić akcję do finału z pomocą innych koncepcji.
Z kolei fajnym i sprawnie poprowadzonym pomysłem był wątek boga Vigrida. To jedna z tych postaci, która od początku do końca była istotna dla wszystkich wydarzeń, a jej portret psychologiczny, przemiana i pokuta poruszają mnie w tej serii najbardziej.
To najważniejsze plusy i minusy nowego tomu.
 
 
Surżenko jest wciąż na swoim miejscu, a jego realistyczne rysunki dodają słowiańskiego ducha do historii wielkodusznej Louve. Bardzo podobają mi się jego większe plansze, a ta z ucztą krasnali jest w Nidhoggu jedną z moich ulubionych. Choć twarze postaci nie zawsze dokładnie oddają ich emocje, a zdarzy mu się też pomylić perspektywę (środkowy rysunek, str. 23), jego praca ma swój niezaprzeczalny czar i urok. To niewątpliwie dobrze dobrany grafik do takiego projektu.
 
Jak więc ocenić najnowszy tom przygód Louve?
Ogólnie pisząc, to (przy łaskawszym spojrzeniu) całkiem niezły komiks dla wieloletnich fanów cyklu. Kończy pełną przygód historię wojowniczej i odważnej dziewczynki, lecz niestety robi to nieco chaotycznie i nazbyt pospiesznie.
Przykro mi pisać ale, nowi czytelnicy raczej nie poczują za jego sprawą magii serii. To poważny zarzut, bo Thorgal zawsze stał wysoką jakością i możliwością czytania poszczególnych tomów w oderwaniu od całości (Alinoe, Łucznicy, Zdradzona Czarodziejka, Wilczyca, Władca Gór). Niestety, przy najnowszej odsłonie Louve, należy znać wszystkie poprzednie odsłony cyklu.
Dodatkowy punkt przyznaję za pracę Surżenki, naprawdę ładny epilog oraz fakt, że to raczej już koniec.
 
A co do Thorgala, to marzy mi się, aby po albumie 36 oraz zakończeniu wątków z Kriss De Valnor oraz Młodzieńczych Lat twórcy dobrze przemyśleli co chcą z moją ukochaną serią robić dalej. Bo jeśli zamierzają na siłę tworzyć z niej gorszą kopę Pieśni Lodu i Ognia G. R. R. Martina, to lepiej żeby może dali sobie w ogóle spokój?... Tak w ramach poszanowania samych siebie i wspomneń dawnych czytelników. Czego im oraz Wam i sobie życzę.
 
Moja ocena: 4/6.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz