czwartek, 6 kwietnia 2017

RECENZJA: Star Wars Rebels - sezon 3

Minął kolejny rok i jeszcze jeden sezon Rebeliantów jest już za nami. O jego pierwszej połowie rozpisywałem się w grudniu, tych z Was, którzy jeszcze tego nie czytali, zapraszam  tutaj.  W poniższym, pełnym podsumowaniu odniosę się na szybko do tamtych przemyśleń oraz nakreślę co wyszło lub nie w ostatnich 11-tu odcinkach serialu.

Trochę inaczej zarysował się  ten sezon  po ostatnim epizodzie wyemitowanym w ubiegłym roku (Visions and Voices). Oczywiście, to co napisałem poprzednio o jednym z jego fabularnych trzonów, czyli walce rebelii z siłami admirała Thrawna pozostało bez zmian, zupełnie innym torem poszły jednak relacje Ezry i Kanana z Maulem.
I przy tej kwestii zatrzymam się teraz na chwilę, bo jest ona moją największą bolączką od emisji jednego z ostatnich odcinków serii (Twin Suns).

Początek sezonu upewnił mnie, że Maul w jakiś sposób będzie miał wpływ na losy dwójki rebelianckich bohaterów będącymi użytkownikami Mocy. Nie było jeszcze jasne w jaki sposób się to stanie, ani co dokładnie się wydarzy, jednak twórcy bardzo wyraźnie rysowali linię wyznaczającą taki układ spraw. Niestety, wspomniany wyżej odcinek całkowicie położył budowane pieczołowicie fundamenty i sprawił, że ja sam przecierałem przed telewizorem oczy ze zdumienia.
Wyprawa Ezry na Tatooine, powodowana podszeptami Maula dawała szansę na spotkanie chłopaka z Kenobim i rozwiązanie sprawy jego przeznaczenia w kontekście młodego Luke'a (który na tej właśnie planecie pozostawał w ukryciu). Niestety, zamiast nakreślenia przyszłości bohatera, dostaliśmy (jakże efektowną, lecz o tym będzie poniżej) walkę Mistrza Jedi z Maulem. Pozbawiono mnie więc ciekawego wątku fabularnego, bo choć holokrony zostały wcześniej zniszczone, to szansa na jeszcze ciekawszą relację Maul - Ezra była naprawdę wielka i (pomimo mojej niechęci do wskrzeszenia dawnego Sitha w serialu) dawała szansę na ciekawe przedstawienie dalszych losów chłopaka. Nie rozumiem więc, po co ludzie z Disney'a utkali na początku sezonu ową nić fabularną, skoro nie wykorzystawszy jej nawet w połowie, tak raptownie się od niej odcięli. To wielki błąd i niekonsekwencja w działaniu, dziwna tym bardziej, że Rebelianci są raczej serialem dość przemyślanym.

 
Teraz, skoro napomknąłem już o swojej największej bolączce sezonu (przez którą jako całość Rebelianci dużo jednak tracą), czas powiedzieć o rzeczach dobrych. A tych było naprawdę sporo.

Oczywiście, Kenobi stoczył walkę z Maulem i jakkolwiek głupie było wcześniejsze odprawienie Ezry, pojedynek tych dwóch gigantów stał się natychmiast jednym z najlepszych momentów całego serialu. To, jak twórcy zbudowali napięcie poprzez ukazanie wzajemnych spojrzeń przeciwników oraz przyjmowanie klasycznych pozycji do walki, wystarczyło, aby uczynić samo starcie najkrótszym ze wszystkich widzianych dotychczas w świecie Gwiezdnych Wojen. Szybkość, emocje i precyzja. Wspaniale wyreżyserowane i dobrze przemyślane. Dobrze było ostatecznie pożegnać Maula i raz jeszcze ujrzeć potęgę Kenobiego.




Wątek admirała Thrawna dalej prowadzony był bardzo dobrze. Ujrzałem jego sposoby działania, przyjrzałem się tej postaci z wielu stron (poznałem go jako istotę, wojownika i stratega), co pozwoliło mi uwierzyć, że jest to ten typ antagonisty, z którym nasi bohaterowie wygrać (przynajmniej na razie) nie mogą. Ostatnie dwa odcinki (Zero Hour), podczas których to właśnie Thrawn jest w większości górą, świetnie podsumowały jego wątek i otworzyły mu nowe możliwości. Warto też zauważyć, że jest to pierwszy główny wróg rebeliantów, który nie zginął po jednym sezonie.
I bardzo dobrze, bo Thrawn to wielowymiarowa jednostka, ze wszystkich sił starająca się ukazać w określonym świetle, a jednak nie pozbawiona wielu wad i ułomności. Dobrze będzie oglądać jego zmagania z grupą Hery Syndulli również w następnym roku.


Kolejną, nieoczywistą postacią jest agent Kallus. Tu przemiana osobowości już się dokonała i szczerze zdziwiło mnie, że bohater Imperium nie zginął w finale sezonu. W sumie była to dobra decyzja, ponieważ wzbogacenie sił protagonistów o tak ciekawą jednostkę pozwoli mi jako widzowi lepiej go poznać, nie wspominając już nawet o tym, jak bardzo lubuję się w takich troszkę skomplikowanych, nawróconych postaciach. Od ślepego posłuszeństwa, poprzez chwile zwątpienia, pierwsze próby pokazania nowej twarzy, aż do całkowitego przejścia na drugą stronę. Ciekawe jak Kallus przysłuży się rebelii w 4 sezonie?

Były zatem w Rebeliantach chwile zmian, ale zdarzyły się też pożegnania. Z całą pewnością nie na zawsze, ale na pewno na dłuższy czas. Chodzi mi tu oczywiście o Sabine Wren.
Nigdy bym nie pomyślał, że Dave Filoni i reszta zespołu zdecydują się na odprawienie z serialu jednej z najważniejszych postaci. I ta decyzja, choć dość nietypowa w przypadku serialu dla dzieciaków, pokazuje właśnie, że twórcy starają się podejść do tematu realistycznie i rozwojowo. Oczywiście, bez tych wydarzeń nie byłaby możliwa mała odsiecz Mandalory w samym finale sezonu, ale co tak naprawdę los szykuje Sabine, zobaczymy dopiero za jakiś czas. Sądzę, że w poświęconych jej odcinkach (Trials of the Darksaber oraz Legacy of Mandalore) kryje się jeszcze nie zaprezentowany potencjał, a dojrzała decyzja bohaterki, aby dołączyć do swojej matki i ludu wpłynie w jakiś sposób nawet na filmy kinowe cyklu.

Jak zawsze oczekiwanym (i w przypadku tego sezonu dość świeżym) ukłonem w kierunku filmów z uniwersum było pojawienie się postaci Sawa Gerrery (znanego z Łotra 1). Dawny mentor i opiekun Jyn Erso tym razem odegrał ważną rolę w odkrywaniu tajemnicy Geonosis. Udział legendarnego bojownika w Rebeliantach pomógł lepiej poznać tę postać, a także wyjaśnić pewne kwestie jej zachowania, które w Łotrze 1 pozostały nieco niedopowiedziane. Podobało mi się też, że będąc dosłownie o krok od poznania tajemnicy broni Imperium, rebelianci ani Saw nie wpadli na właściwy trop.


Oprócz wątków Gerrery, Sabine czy Maula równie ważne było także pojawienie się Mon Mothmy. Wiązało się ono z oczekiwanym, pierwszym zawiązaniem sojuszu wszystkich komórek rebelii (Secret Cargo). To porozumienie pozwoliło buntownikom wyjść cało z pogromu jaki zgotował im Thrawn w finale sezonu, lecz jest jeszcze istotniejsze w kontekście całej klasycznej trylogii.
Przy tworzeniu fabuły poszczególnych odcinków, nie zapomniano też o innych postaciach, takich jak choćby pułkownik Yularen, znany z serialu The Clone Wars czy Nowej Nadziei.

Wizualnie Rebelianci wciąż przedstawiają się całkiem znośnie, widać też pewien postęp pracy grafików z odcinka na odcinek. Choć mi osobiście o wiele bardziej do gustu przypadał mocno wypracowany styl ostatnich sezonów The Clone Wars, nie mogę nie docenić tego serialu za próbę stworzenia czegoś na swój sposób nowego. Należy pamiętać, że większość technik zastosowanych w Rebeliantach jest przez Lucasfilm opracowywana niemal od zera. Mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach strona graficzna będzie wciąż szła do przodu, tak aby dorównać swej filmowej konkurencji.


Podsumowując 3 sezon Rebeliantów, muszę napisać, że był on chyba najlepszy z dotychczasowych. Nie zabrakło różnorodności, przemian i rozwoju bohaterów oraz drobnych (lecz istotnych) powiązań z całym uniwersum Gwiezdnych Wojen.
Były tu odcinki świetne, wręcz wbijające w fotel i spajające wizję twórców oraz kilka nieco słabszych (tzw. wypełniaczy).  Wiadomo też, że taki balans jest potrzebny, mamy w końcu do czynienia z powracającą co tydzień historią, a nie zamkniętym filmem kinowym.
Kilka pomysłów nie wypaliło zupełnie, lecz w ogólnym rozrachunku nie podkopało znacząco pozycji serialu jako całości.
Niektóre postaci dostały więcej czasu (Sabine, Ezra, Chopper, Zeb), a inne zdecydowanie za mało (Kanan, Hera). Parę rozwiązań nie przypadło mi do gustu (cały wątek Maula, a raczej jego spłycone rozwiązanie), kilka innych wręcz zachwyciło (agent Kallus i jego rola jako Fulcrum, złożoność osobowości Thrawna).

Rebelianci uderzają w coraz poważniejszą i ciekawszą nutę, a bynajmniej nie chodzi tu tylko o zbliżanie się fabularnie do czasu z Epizodu IV. Duża w tym rola całej ekipy, która podobnie jak w przypadku The Clone Wars, dorasta (pod względem umiejętności i sposobu opowiadania historii) wraz ze swoim serialem. A dla mnie jako widza świadomość ich ciężkiej pracy oraz widocznych efektów, to najlepsze czego mogę oczekiwać.

Tym bardziej więc zachęcam Was do obejrzenia 3 sezonu Rebeliantów (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście), bo pomimo kilku niedociągnięć jest to nadal rozwijający się serial, który w kolejnych odsłonach może być jeszcze lepszy.

Moja ocena: 4,5/6.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz