środa, 31 maja 2017

Lego 70917 The Ultimate Batmobile - niesamowity pojazd Mrocznego Rycerza

Już jutro na półki sklepowe oraz oficjalną stronę Lego S@H trafi taki właśnie niesamowity pojazd Batmana!
 
The Ultimate Batmobile (zestaw 70917) pochodzi z filmu Lego Batman Movie (tu recenzja), a składa się aż z 1456 elementów! Do kompletu wraz z nim otrzymujemy 8 minifigurek.
Cena zestawu wynosi 599,99 zł.
 

poniedziałek, 29 maja 2017

RECENZJA: Ostrze Zdrajcy - Sebastien De Castell

Atos, Portos i Aramis. Trzej muszkieterowie króla Ludwika XIII. Niezłomni wojownicy i strażnicy praw swego władcy. Czy aby na pewno to historia o nich?... Nie, tym razem to nie ta książka. I choć pierwsze skojarzenie jest nader oczywiste, bohaterowie powieści De Castella są zupełnie innymi postaciami, realizującymi całkowicie odmienne cele.
 
Był kiedyś król. Dobry, sprawiedliwy król, taki nieomal bajkowy. I ten król miał pewną wizję. Pewne marzenie. Zamierzał sprawić, by każdy w jego królestwie czuł się chroniony, słuchany i ceniony. W tym celu powołał swoją specjalną gwardię Trybunów, którzy odpowiednio wyszkoleni wyruszyli we wszystkie strony świata, niosąc królewską sprawiedliwość.
Ci Trybuni nazwani zostali Wielkimi Płaszczami, od rodzaju odzienia, które przygotowano specjalnie dla nich. A nie były to bynajmniej zwykłe płaszcze. Wyszyła je zaufana krawcowa władcy, a ich właściwości polegały na niezwykłej wytrzymałości w walce, licznych skrytkach na broń lub specyfiki, oraz zdolność chronienia swego właściciela nawet w bardzo mroźną noc. Ponadto, praktycznie niemożliwym było przebić mieczem lub strzałą taki magiczny płaszcz.
Niestety, jak to w brutalnym życiu bywa, komuś nie spodobał się upór oraz dobra wola króla Paelisa. Książęta Tristii uknuli wkrótce spisek, mający na celu jego zgładzenie. Spisek, który odniósł oczekiwany skutek. Władca został stracony, Wielkie Płaszcze publicznie ogłoszono zdrajcami, a ich istnienie odeszło w hańbie ku zapomnieniu. 
Czy aby na pewno? Czy ze stu czterdziestu czterech wojowników ani jeden nie stanął po stronie swego monarchy? Otóż nie. Zostało ich trzech - Falcio, Brasti i Kest. To właśnie oni, niczym legendarni trzej muszkieterowie od lat przemierzają wszelkie krainy, nadal wypełniając wolę władcy. I tu zaczyna się właściwa historia.
 
Od razu napiszę, że powieść (pierwsza w cyklu Wielkie Płaszcze) Ostrze Zdrajcy to niezwykle wciągające, pełne akcji i ciekawych postaci czytadło przygodowe. Takie, które łyka się jednym tchem, bo jest napisane zrozumiałym, nie przesadzonym językiem, a akcja lecąca na łeb, na szyję jest pasjonująca i nawet na chwilę nie pozwala oderwać się od lektury. Do tego szczypta humoru, liczne tajemnice oraz zaskakujące zwroty akcji i już wiecie z czym mamy tu do czynienia.
 
Sebastien De Castell to pisarz, który nie bawi się w przesadne opisy, szkicując słowem tylko to, co absolutnie niezbędne. Choć czasem czuje się, że na szczytową formę tego młodego autora trzeba będzie jeszcze poczekać, Ostrze Zdrajcy jest zwycięzcą w swej kategorii.
Nie znajdziecie tu długich opisów przyrody, miast czy postaci. Oczywiście, nie znaczy to, że świat wymyślony przez autora jest ubogi czy nieciekawy. Wręcz przeciwnie. De Castell całkiem nieźle tworzy ulubione przez siebie krainy i choć fani bardziej różnorodnego fantasy zapewne nie poczują się zbyt rozpieszczani, kreatywna wizja i tak dość dobrze zapada w pamięć. Świat książki jest tak brutalny, jak dopuszczalnym może być świat dla młodego czytelnika, choć dzięki głównym bohaterom znajdziemy w nim też nieco współczucia.
Jednym z głównych elementów fantastyki jest tu istnienie magii. Nie znajdziemy zbyt wielu wymyślnych zwierząt czy innych inteligentnych ras. Resztę kreacji zajmują przygody, pościgi i spiski. A także, choć raczej przede wszystkim - postacie.
 
Ostrze Zdrajcy to powieść oparta na charakterach. Treść książki poznajemy z ust jednego z upadłych trattari (pogardliwa nazwa Wielkich Płaszczy), Falcio val Monda, najbardziej zaufanego człowieka króla Paelisa. To na jego barkach spoczęło odnalezienie tajemniczych charoitów. Czym jednak one są? Klejnotami, tajnymi zapiskami króla, jakąś formą magii? Tego władca niestety nie zdradził. Wiemy tylko, że zgodnie z zamierzeniem pozwolą wskrzesić jego ideały.
Obok Falcia stają dwaj wierni towarzysze, Brasti i Kest. Jeden jest doskonałym strzelcem, drugi mistrzem fechtunku. Ta trójka i ich rapiery przeciw całemu światu.
Oczywiście, w powieści nie mogło zabraknąć postaci kobiecych, a te są reprezentowane przez księżniczkę Valianę i jej podstępną matkę księżną Patrianę, a także nastoletnią Aline, ściganą przez nieustępliwego władcę księstwa Rijou. Te, oraz cała plejada innych kolorowych postaci, stanowią sedno w ciekawie napisanej historii o przeznaczeniu, pasji i przygodzie.

Dodatkowym plusem lektury jest wyjaśnienie wszystkich zagadek. Ileż to razy czytając tom pierwszy jakiejś serii nie otrzymaliśmy odpowiedzi na postawione w nim pytania. Te znajdowały swój sens dopiero w trzeciej, czwartej albo jeszcze późniejszej odsłonie. W Ostrzu Zdrajcy jest inaczej. Choć zakończenie pozostaje otwarte i w kolejnych tomach poznamy dalsze zmagania naszych bohaterów, wszystkie tajemnice zostają rozwiązane. Brawa dla autora za odwagę. Teraz trzymam kciuki aby w kolejnych trzech częściach z podobnym skutkiem przykuwał moją uwagę.
 
Nie wiem co jeszcze napisać, aby przekonać Was, jak fajną lekturą był pierwszy tom Wielkich Płaszczy. Po prostu sięgnijcie po niego sami i sprawdźcie to na własne oczy. Naprawdę warto.
Przez prosty język i wciągającą fabułę będzie to książka dobra też dla tych statystycznych Polaków, którzy do czytania siadają rzadziej niż do wigilijnego stołu. A może dzięki niej nawet nawrócą się na czytanie?... ;-)
 
Moja ocena: 5/6.
 
Dziękuję wydawnictwu Insignis za udostępnienie książki do recenzji.

 

niedziela, 28 maja 2017

RECENZJA: DC Rebirth - The Button

Odkąd Wally West powrócił z Mocy Prędkości w ostatniej chwili rozpoznany przez Flasha, jasnym było, że tajemnicze, wszechpotężne siły mocno namieszają w uniwersum DC. Dziwne sytuacje, których doświadczyli niektórzy bohaterowie były tego niewątpliwym zwiastunem. Tajemniczy głos, który zainspirował Tytanów do zorganizowania swej nowej siedziby na Manhattanie, machinacje związane z prawdziwą historią Wonder Woman oraz niezwykła przypinka, którą odnalazł Batman w swej jaskini, to tylko niektóre z tych dziwnych wydarzeń.

To właśnie ostatnie z nich  stało się  siłą napędową krótkiego (4-częściowego) eventu, jaki właśnie ukazał się w USA nakładem wydawnictwa. Jest to historia, w której Batman wraz z Flashem odbędą niezwykłą podróż, celem rozwikłania pochodzenia tajemniczego, żółtego  znaczka z uśmiechniętą  buźką.
Za scenariusz mini-serii odpowiada Tom King i Joshua Williamson, a artyści użyczający swego talentu ilustracjom to Jason Fabok oraz Howard Porter.

Wszystko zaczyna się w chwili, gdy Batman ogląda mecz hokejowy, gdzie dochodzi do brutalnej walki pomiędzy dwoma zawodnikami. Jeden z nich zostaje pobity na śmierć, a w tym samym momencie przypinka z buźką, którą bawił się Bruce, wchodzi w dziwny kontakt z leżącą obok maską Psycho-Pirata. Batmanowi na krótką chwilę pojawia się przed oczami jego ojciec z Flashpointu (alternatywna rzeczywistość za której stworzenie odpowiada Flash), ubrany w strój Mrocznego Rycerza. Zaniepokojony wizją Batman natychmiast kontaktuje się z Barrym Allenem (Flashem), opowiadając mu co właśnie się stało. Najszybszy człowiek świata obiecuje pojawić się w jaskini dosłownie za jedną minutę. W tej samej chwili przypinka znów daje o sobie znać i tuż obok Nietoperza materializuje się Reverse-Flash. Dochodzi do bezpardonowej, krwawej potyczki.

The Button to pierwsza historia rozwijająca mitologiczne wątki z cyklu Rebirth. To, co zapoczątkował wydany rok temu pierwszy zeszyt, tu znajduje swój oczekiwany ciąg dalszy. Nie zdradzę Wam jakiego rodzaju odpowiedzi otrzymacie po przeczytaniu tej mini-serii, ale zapewnię, że ludzie w DC z pewnością wiedzą co robią. Nie tylko stawiają na stopniowe odkrywanie poszczególnych kart, ale też garściami czerpią z całej historii wydawnictwa. Oprócz Eobarda Thawna pojawiają się tu również wątki z Flashpointu, a nawet postać Jay'a Garrick'a - pierwszego, legendarnego już Flasha.

Ciężko jest pisać o tym komiksie, nie zdradzając nic z jego fabuły. Ten aspekt będziecie musieli odkryć sami i ocenić na ile przypadnie Wam do gustu. Mi spodobał się bardzo. Choć odpowiedzi jakie otrzymałem po lekturze są w sumie szczątkowe, to jednak scenariusz, akcja i nakreślenie postaci stoi tu na wysokim poziomie. To właśnie te elementy mocno podnoszą moją ocenę.
Fani historii wydawnictwa odnajdą tu wiele nawiązań do odległych wydarzeń, a sympatycy Strażników (Alana Moore'a) zauważą, jak mocno powiązana jest ta historia z pewnym bohaterem tamtego dzieła.

O rysunkach Faboka nie ma co pisać, to mistrz formy i jeden z moich ulubieńców, natomiast szkoda, że cotygodniowy rozkład wydawania poszczególnych zeszytów nie pozwolił mu narysować wszystkich części komiksu. Za drugą połowę wziął się H. Porter i  we mnie jego grafiki nie wywołują niestety aż tak pozytywnych skojarzeń. Nie są one oczywiście złe, ale zbyt duża różnica pomiędzy stylami artystów za bardzo rzuca mi się w oczy.

The Button jest więc krótkim, lecz napakowanym akcją i ciekawymi wydarzeniami projektem, który będzie interesujący dla wielu długoletnich fanów DC.
Podróż Batmana i Flasha przez Moc Prędkości zaledwie muska tematyki Rebirth, ale robi to na tyle ciekawie, że w rezultacie chce się tego znacznie więcej.
Jednocześnie komiks sam w sobie jest w miarę zamkniętą historią (choć nie pozbawioną suspensu), która broni się scenariuszem, w którym daje się wyczuć większy zamysł.

Na koniec warto też zaznaczyć, że przed przeczytaniem The Button dobrze jest przypomnieć sobie Flashpoint. Bez tego czytanie będzie nieco pozbawione sensu. Nie jest to też komiks, od którego polecam rozpoczynanie swojej przygody z uniwersum DC.

Moja ocena: 5/6.

sobota, 27 maja 2017

RECENZJA: Smerfy - Poszukiwacze Zaginionej Wioski (2017)

Któż z nas nie zna niebieskich stworków zamieszkujących ukrytą przed ludzkim okiem wioskę w głębi lasu? Niesamowite komiksy Peyo, wręcz kultowy serial studia Hanna-Barbera oraz dwa filmy kinowe umocniły trwającą już od wielu dekad pozycję Smerfów w sercu popkultury.
 
Do kin na całym świecie trafiła właśnie nowa, w pełni animowana produkcja o Smerfach w reżyserii Kelly Asbury. Scenariusz popełnili Pamela Ribon i Stacey Harman. Produkcją zajęło się studio Sony, które jest właścicielem praw do kinowych przygód tych uroczych stworków.
 
Film Poszukiwacze Zaginionej Wioski za główny cel obrał sobie  temat przynależności do grupy oraz rodziny. Smerfetka, nękana myślami o swoim pochodzeniu opuszcza wioskę Smerfów, ruszając poza odległy mur, na poszukiwanie tajemniczego Smerfa, którego niespodziewanie napotkała w pobliżu tegoż miejsca. Jej śladem rusza Osiłek, Ważniak i Ciamajda, oczywiście śledzeni przez nieustępliwego czarownika Gargamela.
Jak się wkrótce okaże, za murem roztacza się iście fantastyczna kraina, gdzie żyją przedstawicielki płci pięknej Smerfów, a nasza złotowłosa bohaterka będzie musiała zmierzyć się z brutalną prawdą o sobie samej.
W filmach dla młodszych widzów już tak wiele razy wałkowano temat szukania własnej drogi w życiu, że najnowsza produkcja o Smerfach nie wyróżnia się już na tym tle niczym specjalnym. Od początku wiadomo jak potoczy i skończy się ta historia. Jeśli więc szukacie w animacjach czegoś, co zwykł pokazywać nam choćby Pixar, te Smerfy nie będą filmem dla Was.

Tak po prawdzie, to nawet nie wiem dla dzieciaków w jakim wieku jest to produkcja. Młodsze będą przytłoczone zbyt dynamiczną, nie pozwalającą skupić należytej uwagi akcją i agresywnym udźwiękowieniem, natomiast dla starszych zabraknie ciekawej historii,  a także  łatwych do wychwycenia żartów. Widziałem zresztą w kinie, jak niemała grupa dzieci w wieku 5-6 lat urządziła sobie zawody w zjeżdżaniu pupą po schodach, zamiast śledzić wydarzenia na ekranie.

Film ogólnie sprawia wrażenie jakby był przepisywany kilkakrotnie od nowa, albo pracowało nad nim kilku reżyserów na raz. Tempo akcji zmienia się jak w kalejdoskopie, raz po raz zwalniając lub przyspieszając bez żadnego rozsądnego powodu. Sceny, w których Smerfy podróżują przez nieznaną krainę są tak chaotyczne, że z utęsknieniem czekałem kiedy się wreszcie skończą. Kiedy już akcja na dobre zawiązuje się w Zaginionej Wiosce Smerfetek, film staje się zbyt sztampowy aby zainteresować kogokolwiek, raz po raz wpadając w bolesne klisze i schematy.


Jedyną ciekawą rzeczą jest strona wizualna, choć ona także nie uniknęła wielu kłopotów. Przedstawiony świat jest soczysty i kolorowy, a postacie cieszą oczy, aż chciałoby się sięgnąć ręką i je wyściskać. Niestety, nasycenie barw i zbyt szybka narracja zabija część radochy z oglądania. Jest to też kolejny film, który niepotrzebnie czerpie z dokonań wizualnych Avatara, bo choć kraina Smerfetek jest czarująca, nadmiar granatu z fioletem zupełnie jej nie służy. Podobała mi się też egzotyczna fauna i flora, przedstawiona tak, jakby pochodziła z zupełnie innej planety. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że fluorescencyjnych królików raczej nie znajdę nigdzie we wszechświecie.

Rodzimy dubbing raczej też niczego nie urywa, dobór niektórych aktorów jest mocno niedopasowany (Maciej Stuhr jako Gargamel? Choć aktor stara się jak może, ma niestety zupełnie inną barwę głosu niż niezapomniany Wiesław Drzewicz). Zatracono też unikalne cechy niektórych Smerfów (Maruda nie mówi już "nie cierpię").

Poszukiwacze Zaginionej Wioski to niestety film zmarnowanych szans. Jest mi o tyle przykro, bo jako wielki fan bardzo czekałem na dobrą, przemyślaną fabularnie historię o Smerfach. Taką, która dzięki obecności niebieskich dziewczyn rzuci nieco więcej światła na pochodzenie całej tej rasy. Czemu nie pokuszono się o wątek tajemnicy skrywanej przez Papę Smerfa i przewodzącej Smerfetkom Wierzby? Dlaczego nie pokazano nam innego morału niż ten łopatologiczny bełkot o odwiecznym byciu sobą?
Normalny, serdeczny humor w filmie też praktycznie nie istnieje. Sceny skakania, darcia mordy i wicia się Gargamela nie są przecież ani specjalnie wyszukane, ani bardzo odkrywcze.

Zabrakło tu wszystkiego co stanowiło o wielkości dzieł Peyo oraz świetności serialu z lat 80-tych. Został chaos i wielce przewidywalna historia dla odpornych młodych widzów. Nie na takie Smerfy czekałem.
Niesmerfnie, bardzo niesmerfnie...

Moja ocena: 2/6.

Ps. Jeśli przegapiliście moją opinię na temat najnowszego komiksu Smerfy i Wioska Dziewczyn, to zapraszam tutaj. Choć i tam nie jest wcale lepiej...
 

piątek, 26 maja 2017

RECENZJA: Piraci z Karaibów - Zemsta Salazara (2017)

Fortuna kołem się toczy, a kapitan Jack Sparrow wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Po bardzo udanej części pierwszej Piratów z Karaibów, zbyt przeładowanych i męczących fabularnie dwóch kolejnych odsłonach oraz średniej części czwartej, najsprytniejszy i najśmieszniejszy pirat wraca znowu na ekrany. Jaki jest wydźwięk tej najnowszej, zapowiadanej jako ostatnia wyprawy? Moim zdaniem całkiem udany.
 
Akcja skacze do przodu o prawie dwadzieścia lat, a my poznajemy młodego Henry'ego Turnera (tak, to syn Willa, dowiadujemy się o tym już podczas pierwszych minut filmu), który postanawia znaleźć sposób na zdjęcie klątwy z ojca,  zmuszonego  do tułaczki po morzach jako kapitan Latającego Holendra. Jedna z wypraw prowadzi go do mrocznego spotkania z kapitanem Salazarem, dowódcą statku-widma o nazwie Cicha Maria, który nakazuje mu odszukać człowieka, który jest odpowiedzialny za obciążającą go klątwę.
Henry nawet nie przypuszcza jak szybko przyjdzie mu spotkać się z poszukiwanym przez Salazara Sparrowem, a na jego drodze stanie też niejaka Carina, astronomka niesłusznie oskarżona o czarnoksięstwo. Cała trójka na skutek niezwykłych i zabawnych zbiegów okoliczności wyruszy we wspólną podróż, która poprowadzi ich do odnalezienia mitycznego trójzębu Posejdona, artefaktu zdolnego odczyniać wszelkie klątwy. W pogoń za kamratami rzuci się rozwścieczony kapitan Salazar wspomagany przez zmuszonego do współpracy Barbossę.
Karaibskie wody znów spienią się od wielkiej przygody, pogoni i humoru.
 
Od pierwszych minut filmu widać że twórcy odrobili wreszcie pracę domową, wyrzucając do kosza to, co niezbyt udało się w poprzednich filmach z cyklu. Reżyserią najnowszej odsłony zajął się Joachim Ronning oraz Espen  Sandberg, według scenariusza Jeffa Nathansona.
 
Fabuła rozgrywa się na kilku płaszczyznach, ale nie jest zbyt zawiła ani przeciągnięta. Cały czas wiemy o co tu chodzi, a akcja dynamicznie śmiga do przodu, zmyślnie prezentując wszystkie fabularne elementy. Mogę napisać to z wielka ulgą - wreszcie znów postawiono na niczym nieskrępowaną przygodę oraz awanturniczy, pełen zabawnych chwil styl opowieści. Mamy więc tajemnice, magię, pościgi i walki, a choć czasami są one nieco przesadzone lub wręcz absurdalne (genialna w swej niedorzeczności kradzież bankowego sejfu), w tej formule sprawdzają się doskonale.

Oczywiście to wszystko także zasługa aktorów.
Johnny Depp wciela się w Jacka z niezmienną charyzmą. Wiele osób zarzuca mu, że od drugiego filmu nie sięga w tej roli po nic nowego, ale przecież wcale nie musi. Czy Anthony Hopkins zmieniał w każdym filmie charakter Hannibala Lectera? Czy Harrison Ford grał inaczej Hana Solo lub Indianę Jonesa? Nie. Więc i Jack jest słusznie taki sam. Przerysowany, dziwny i pijany. Taki jak lubię.
Film zyskał w stosunku do poprzednich odsłon w kwestii głównego antagonisty. Javier Bardem jako kapitan Salazar, martwy postrach wszystkich piratów wypada w swej roli znakomicie. Zarówno aktorsko jak i pod względem charakteryzacji oraz efektów specjalnych. Jest naprawdę zły (nie tak umownie jak Czarnobrody w Na Nieznanych Wodach) i czuje się od niego desperację wynikającą z wielu lat uwięzienia na swym statku.
Powracający do roli Hectora Barbossy Geoffrey Rush jest jak zwykle świetny. Jeśli lubiliście tą postać, tutaj nie będzie żadnej niespodzianki. To tak samo uroczy i bezczelny typek, który potajemnie tylko czeka, aby zagarnąć wszystko dla siebie.
Dwójka nowych aktorów, czyli Brenton Thwaites (Henry) i Kaya Scodelario (Carina) dodają do historii młodzieńczego ducha i choć nieco przyćmiewają ich kreacje starszych aktorów, dają radę jako wabik dla docelowego, nastoletniego odbiorcy filmu. Także rodzące się pomiędzy nimi uczucie wypada całkiem przekonująco. 
W filmie wraca też szereg pomniejszych postaci, które z pewnością będą pamiętać ci z Was, którzy wracali często do filmów z tej serii. To jeden z ukłonów w stronę fanów, zwiastujący też boleśnie jej nieuchronne zakończenie. 
To pożegnanie widać też doskonale w ostatnim akcie filmu. Nie napiszę o co chodzi, ale po wydarzeniach z Zemsty Salazara Karaibskie wody nie będą już takie jak dawniej. Coś na pewno nieuchronnie się zmieni.
 
Przy okazji spróbowano wyjaśnić kilka nierozwiązanych do tej pory spraw. Czy zastanawialiście się jaka tajemnica kryje się za magicznym kompasem kapitana Jacka albo w jakich okolicznościach został jednym z najsłynniejszych piratów? Film uchyla rąbka tych tajemnic, robiąc to w bardzo efektowny sposób.

Rozmach filmu to osobny element, który należy pochwalić. Przez połowę obrazu jesteśmy na morzu, a bitwy pomiędzy statkami oraz wszelkie potyczki są na stałym porządku dziennym. Co ciekawe, efekty specjalne lepiej wypadają w świetle dnia, mrok niepotrzebnie skrywa to co najciekawsze, nie dodając aż tak wiele w kwestii samego dreszczyku historii.

Niestety, niektóre efekty specjalne wypadają dość średnio, szczególnie widać to w ostatniej widowiskowej sekwencji rozstępującego się morza. Całość jest dziwnie niewyraźna, zbyt dużo elementów tam występujących nie sprawdza się tak jak powinno.
Jeśli już jestem przy minusach, nie było aż tak  dobrze aby  każda scena z osobna zrobiła na mnie niezatarte wrażenie. Choćby atak rekinów-zombie, obfitujący w bezsensowne sceny ze skaczącymi nad łódką drapieżnikami, które robiły wymyślne salta tylko po to aby... kłapać bez sensu szczękami. 
Nawigacja na morzu także była dość chaotyczna. Wszystko na zasadzie - płyniemy i jesteśmy. Ja wiem, że to zwykłe kino przygodowe, ale jakaś mapa, albo uzasadnienie gdzie i jak się żegluje dodałoby nieco rozsądku czy realizmu.
Postać wiedźmy Shansy też nie wykorzystywała swego potencjału. Dla tak ciekawej (przynajmniej wizualnie) postaci można było dopisać dwie lub trzy dodatkowe sceny.
 
Na szczęście jednak minusy nie przesłaniają plusów tej produkcji.
Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to znów dobre kino rozrywkowe. Film nie sili się na bycie czymś więcej, nie nudzi i nie komplikuje prostych spraw, a nawet dźwigając bagaż poprzednich części, jako całość radzi sobie bardzo sprawnie.
Jeśli więc nie straciliście nadziei na to, że cykl o przygodach kapitana Jacka Sparrowa może być tak fajny jak przy pierwszej odsłonie, śmiało rozwijajcie żagle i wypływajcie do kin. Ja z najnowszego seansu jestem bardzo zadowolony.
 
Moja ocena: 5/6.
 
Ps. Jeśli jeszcze nie widzieliście, zobaczcie jak przedstawia się Cicha Maria kapitana Salazara w kolekcjonerskiej wersji z klocków Lego.
 

środa, 24 maja 2017

Chronologia wydarzeń w Nowym DC Comics

Ponieważ inicjatywa Nowego DC Comics  ma się  dzięki Egmontowi  ku końcowi, chłopaki i dziewczyny z serwisu  Batcave  (a konkretnie Wojciech Nelc oraz Angelika Kuraszkiewicz) przygotowali kompletną tabelę chronologiczną wszystkich wydanych u nas albumów.
Zamieszczam ją poniżej, gorąco zachęcając Was do zaglądania na stronę Batcave.

Oczywiście, to nie jest tak, że bez tej tabeli ciężko będzie się Wam połapać w uniwersum, ale na pewno łatwiejsze stanie się porządkowanie pewnych wydarzeń z linii czasowej poszczególnych postaci.
 
I pamiętajcie: Rebirth zaznaczony na dole wykresu startuje w Polsce już we wrześniu!
O komiksach z tej serii pisałem już tu, tututaj i tu, a nawet jeszcze w tym miejscu.  :-)
 


poniedziałek, 22 maja 2017

RECENZJA: Zawód: Wiedźma - Olga Gromyko

Fantasy to gatunek, w którym chyba już wszystko powiedziano  lub napisano. W końcu ile można wymyślać nowych rzeczy w świecie magii, smoków i elfów? Schematy powtarzalne do znudzenia i nieskończone krainy, w których udręczeni dobrzy nieustannie walczą z tyranią tych złych. Oczywiście, bywają fani, którzy lubią tylko takie formy opowieści, mimo że czasem ktoś z lepszym lub gorszym skutkiem próbuje wnieść do konwencji coś nowego.  Dla spragnionych choćby małego  powiewu świeżości pojawił się właśnie promyk nadziei.
 
Tym promykiem  jest powieść Olgi Gromyko, zatytułowana Zawód: Wiedźma. Od razu warto zaznaczyć, że  książka  jest częścią pierwszą (z sześciu) wielce popularnej  serii Kroniki Belorskie. Wydawnictwo Papierowy Księżyc właśnie wypuściło na rynek nową wersję cyklu z  premierowymi okładkami, a ponieważ poprzednie nie są już dostępne w sprzedaży, nadarzyła się świetna okazja aby wreszcie sięgnąć po dzieło autorki.
Tym bardziej, że okazało się tak dobre, jak mówiono.
 
Bohaterką powieści jest Wolha Redna (patrzcie na ten skrót: W. Redna), jedyna dziewczyna na wydziale magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Rudowłosa, wścibska i ciekawska. Tak można ogólnie zarysować tę postać. I już teraz wiem co powiedzą niektórzy z Was: Przecież to jakiś dziewczyński Harry Potter! No cóż, już teraz zapewnię, że nie macie ani krztyny racji.
Zawód: Wiedźma to książka, która w naprawdę sprytny sposób łączy kilka stylistycznych cech. Oczywiście, bohaterką jest młoda kobieta, co być może dodaje powieści tego dziewczyńskiego, czasem trudnego do przełknięcia przez wyrobionego czytelnika sznytu.
Jednak można się z tym pogodzić, ponieważ z drugiej strony, to historia bardzo mocno zakorzeniona w słowiańskiej naturze rzeczy. A wiąże się to nie tylko ze stworzonym przez autorkę światem. Czujemy to również w dialogach, fabule oraz wszelkich opisach.
Po trzecie - humor. To naprawdę wesoła powieść, ani na chwilę nie próbująca być parodią czy pastiszem gatunku (to bardzo ważne). Choć przed Wolhą często piętrzą się wszelkie tajemnice i niebezpieczeństwa, komizm sytuacyjny oraz często żartobliwy ton pisania Gromyko rozładowuje napięcie, czyniąc z lektury iście porywający czas. 
A z samym Potterem Wolha nie ma nic wspólnego poza nauką magii. Zresztą, sam wątek nauki jest tu zepchnięty na boczny tor i nie jest aż tak istotną częścią fabuły, tak jak w powieściach Rowling.
 
Jak wspomniałem powyżej, Zawód: Wiedźma dostarcza tajemnicy, grozy a także niemało akcji. Wolha, jako ulubiona uczennica jednego z największych magów zostaje wysłana do Dogewy, krainy zamieszkałej m.in. przez wampiry, gdzie musi podjąć się rozwiązania zagadki śmierci kilkunastu osób. Kolejne przygody opowiadają o zamieszaniu jakie wywołał udział w turnieju łuczniczym jednego z jej przyjaciół, oraz większej draki, jaka z tego wynikła. Odkryta prawda zmusza młodą czarodziejkę do pełnej przygód  podróży, na końcu której pośród wielu niebezpieczeństw musi opanować swe zdolności oraz zmierzyć się z własnymi lękami.
 
Choć akcja z początku idzie do przodu powoli, autorka wykorzystuje to, aby umiejętnie zapoznać nas z przedstawionym światem. Robi to w dość nietypowy sposób, nawiązując stylem do Drogi Królów Brandona Sandersona, gdzie o poszczególnych elementach dowiadujemy się łącząc fakty w trakcie lektury. Daje to czytelnikowi czas, aby dobrze poznał bohaterkę i jej sytuację, a także polubił ją, jeszcze bardziej kibicując jej poczynaniom.
Olga Gromyko ewidentnie korzysta z wszelkich legend lub podań, lecz świat powieści maluje już zupełnie po swojemu. Najlepszym i najszybszym tego przykładem jest społeczność wampirów. Jeśli sądzicie, że spotkacie tu okrutne, złaknione ludzkiej krwi osobniki, pomyliliście się kolejny raz. Aby sprawdzić jakie faktycznie są wampiry z Dogewy będziecie musieli sami przeczytać książkę.
 
Powieść podzielona została na dwie części, z czego każdą napisano w pierwszej osobie, stylem nawiązującym do pracy zaliczeniowej oraz notatek z sesji. Wszystko po to, aby wiernie oddać emocjonalnego ducha bohaterki oraz  złamać pewien skostniały schemat przy tytułowaniu rozdziałów.
Język Olgi Gromyko jest dość prosty, przy czym autorka operuje nim niezwykle sprawnie. Postacie mają wyraźne, rozwojowe charaktery (prym wiedzie tu szczególnie Len - to przykład tej postaci drugoplanowej, która często przyciąga bardziej niż tytułowa), a wydarzenia często następują jako kulminacja tych cech.
Jeśli miałbym wskazać minusy lektury, to będą nimi pewne braki w opisach. O wielu istotach, potworach czy duchach nie dowiedziałem się poza ich nazwą dosłownie niczego. Boli to tym bardziej, że w przebogatej wyobraźni autorki pojawiają się one dość często. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to pierwszy tom cyklu, dam autorce kredyt zaufania, licząc że nadrobi te zaległości w kolejnych częściach.
 
Zawód: Wiedźma to naprawdę pomysłowe fantasy, gdzie humor i przygoda toczą się obok siebie, podane w idealnych proporcjach.  Jeśli podoba się Wam charakterystyczny klimat  Wiedźmina Sapkowskiego, a jednocześnie chcielibyście przeczytać coś znacznie lżejszego, z pewną nutą feministycznego, młodzieżowego podejścia - nie powinniście czuć się zawiedzeni.
Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest to książka, od której można zacząć czytanie fantasy lub wrócić do niego po bardzo długim czasie. Zdecydowanie warto.
 
Moja ocena: 5/6.
 

czwartek, 18 maja 2017

RECENZJA: DC Rebirth Titans Annual #1 - Titans: Legacy

Titans Annual #1 to inaczej specjalne wydanie komiksu Titans: Legacy, wypuszczonego na rynek w USA niespełna dwa miesiące temu. Scenariusz tej historii popełnił Dan Abnett, a rysunkami zajął się Minkyu Jung.
 
The Key uprowadza i przenosi najważniejszych członków Tytanów i Ligi Sprawiedliwości do zamkniętego, potężnie zabezpieczonego oraz całkowicie nieznanego im kompleksu. Od teraz, zmuszeni podjąć wszelkie próby wydostania się na zewnątrz, będą musieli zmierzyć się z wzajemnymi podejrzeniami, ale również ze swoim dziedzictwem. Wybór złoczyńcy nie był bynajmniej przypadkowy. Aby posiąść moc potrzebną do uwolnienia pewnej potężnej istoty, zmusza on superbohaterów do konfrontacji  z tym, co ich łączy, ale też (co dla niego najważniejsze) tym, co ich dzieli.
 
Pomysł na skontrastowanie postaci ze swoimi "wychowankami" był całkiem ciekawy (Batman - Nightwing, Flash - Wally, Wonder Woman - Donna "Wonder Girl" Troy, Aquaman - Tempest), bo oprócz dynamicznej akcji oraz metod działania postaci pokazano tu ich uczucia wobec siebie nawzajem. Nie często w komiksach DC mamy okazję poczuć te więzi, a tym bardziej w tak krótkich historiach. 
 
Titans: Legacy czyta się dość szybko i przyjemnie, jedyny problem stanowi nieco zbyt otwarte zakończenie. Sądziłem, że dostanę zwykłą, zamkniętą historię z dość wyraźnie zarysowanym początkiem i końcem. Oczywiście wiem, że prędzej czy później poznam ciąg dalszy (w końcu czytam Tytanów w Rebirth) zapowiedziany na ostatniej stronie komiksu, więc nie jest to aż tak wielkim problemem.
 
Rysunki oddają ducha tego,  co  w swej wyobraźni zaplanowali twórcy. Jest dość dynamicznie i klarownie, choć czasem niektóre kadry mogłyby zostać bardziej dopieszczone.  Lekko przyciemnione kolory uzupełniają tajemniczość historii, a postacie wyglądają szczególnie dobrze na zbliżeniach.
 
Dziedzictwo Tytanów jest więc krótką (38 stron), dość wciągającą lekturą, która robi przedsmak na to, co pojawi się w tej serii przyszłości.
Historia miesza akcję z pewną nutą nostalgii, a wizualizacja stoi na całkiem niezłym poziomie. Nie jest to z pewnością rzecz dla każdego, ale i tak wiem, że sięgnie po nią większość sympatyków grupy Wally'ego.
 
Moja ocena: 4/6.
 

poniedziałek, 15 maja 2017

Funko Pop! z Karaibów

Piąta odsłona Piratów z Karaibów już za kilkanaście dni pojawi się w kinach na całym świecie.
 
Mam wielką nadzieję, że film nie położy pokładanych w nim nadziei (jak Obcy: Przymierze), prezentując przygodę, humor i akcję na wymaganym poziomie.
 
A wtedy warto będzie postawić na półce takie oto figurki z Zemsty Salazara, które do sprzedaży wypuściła właśnie firma Funko.
 
 
 
 
 

niedziela, 14 maja 2017

RECENZJA: Obcy: Przymierze (2017)

Jakiś czas temu Neill Blomkamp, reżyser świetnego Dystryktu 9, miał wizję nowego Obcego. Chciał stworzyć kolejny, oryginalny film oparty na pomyśle, w/g którego jego autorska odsłona serii będzie rozgrywać się bezpośrednio po wydarzeniach z obrazu Obcy: Decydujące Starcie. Miał już plany scenariusza, wiele grafik koncepcyjnych, a projektem zainteresowała się nawet Sigourney Weaver. Film prawie został zatwierdzony do produkcji.
Jego plany pokrzyżował jednak Ridley Scott, który po sukcesie Marsjanina przypomniał sobie o serii, którą przed dekadami powołał do życia. Dumny ze swojego dziedzictwa, a także sądząc, że może jeszcze nakręcić coś ciekawego w tym temacie, oświadczył, że powraca do pomysłu zapoczątkowanego Prometeuszem i wkrótce nakręci nową część sagi. Wczoraj w kinie widziałem jego ukończone dzieło.
No i co? No i pstro!
 
Obcy: Przymierze to bez wątpienia najgorszy film z cyklu (za wyłączeniem obu części Alien Vs Predator). Możecie wierzyć lub nie, ale buńczuczna wiara staruszka, że jest w stanie wykrzesać z siebie coś tak genialnego jak za głodnych sukcesu, pomysłowych młodzieńczych lat, zwyczajnie spaliła na panewce.
Skoro od samego wstępu pojechałem z tak grubej rury, muszę dokładnie opisać o co mi chodzi. Dlatego lojalnie przestrzegam Was przed spoilerami.
 
Ten film nie ma w sobie niczego, co uczyniło jego poprzedników godnych miejsca w panteonie klasyki horroru i science-fiction.
Sztampowa fabuła, nieciekawe postacie (z którymi widz nie chce się utożsamiać), kłujące w oczy efekty specjalne, brak nieszablonowej intrygi (ta która jest, wypada bardzo nieciekawie), postać obcego sprowadzona do poziomu wściekłego zwierzaka, który gania i zabija wszystko oraz wszystkich. A to tylko czubek góry lodowej.
 
Przyjrzyjmy się treści filmu.
Załoga statku kolonizacyjnego Przymierze, z ponad dwustoma osadnikami oraz kilkunastoma osobami załogi i jednym androidem na pokładzie, doświadcza w przestrzeni kosmicznej niebezpiecznej, trudnej do przewidzenia awarii. W jej wyniku tragicznie ginie głównodowodzący wyprawą.
Podczas naprawy jeden z astronautów natrafia na przekaz, który okazuje się być zaszyfrowaną piosenką śpiewaną przez człowieka. Zapis pochodzi z nieznanej planety, na której, jak się okazuje panują warunki zbliżone do ziemskich. Znużeni długą kosmiczną podróżą badacze szybko postanawiają wylądować na globie, aby sprawdzić co i jak. Oczywiście, nawet nowy kapitan nie przejmuje się podstawową misją, będąc głównym pomysłodawcą tej odprężającej eskapady. Zwróćcie też uwagę, że skierowała ich tam piosenka, nie jakieś dramatyczne wołanie o pomoc - co za fantastyczny pomysł!
Tak więc większa część naszych załogantów leci na powierzchnię planety, gdzie zachwycają się zastanym krajobrazem. Dowódca stwierdza nawet, że to idealne miejsce na kolonię. Nieważne, że celem misji była inna planeta. Nieważne, że ktoś to inaczej zaplanował, a on jako dowódca nie powinien narażać życia zahibernowanych osadników ani reszty załogi. Nie ma znaczenia, że ani trochę nie zna tego miejsca, warunków życia na nim, ani czyhających tu niebezpieczeństw.
Zwiedzanie trwa więc w najlepsze. Grupa dostrzega nawet gigantyczny wrak statku kosmicznego obcej cywilizacji. Zachwytom nie ma końca. Wkrótce dwaj załoganci zostają nieświadomie skażeni zarodnikami jakiejś nieznanej formy życia. I zanim powrócą z eskapady do statku, dziwna choroba raptownie zaczyna zbierać swe mordercze żniwo.
Pierwszy z nich zostaje przetransportowany na statek. Tam, w błyskawicznym tempie rozwija się w nim pasożytniczy organizm, który zabija go wraz z dwiema koleżankami z załogi. Powracająca do statku z drugim chorym mężczyzną grupa z bezsilnością obserwuje nagłą eksplozję pojazdu. Obcy zaczyna działać!
Nieomal w tej samej chwili astronauci zostają zaatakowani przez kolejne złowrogie monstrum, które bestialsko zabija kilkoro z nich. Na szczęście, nieoczekiwanie na ich drodze pojawia się tajemnicza postać w płaszczu z kapturem, która udziela im pomocy, nakazując im podążać za sobą (nie, nie jest to Gandalf).
Wszyscy biegiem zmierzają do podziemnych ruin tajemniczej świątyni. Na miejscu okazuje się, że ich wybawca to sobowtór androida imieniem David, który był z nimi na pokładzie. Gospodarz opowiada, że jest na planecie od czasu katastrofy poprzedniej wyprawy, w której życie stracili wszyscy przybywający w jej składzie ludzie (m.in. znana z Prometeusza Elizabeth Shaw).
Od tej pory pozostali przy życiu astronauci jeszcze nie jeden raz staną na drodze obcego, a David i jego tajemniczy brat bliźniak skonfrontują swoje pokręcone ideały. Koniec będzie równie przewidywalny, co opowiadana po raz setny bajka o Czerwonym Kapturku. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach da radę się na to nabrać?...

Dlaczego opowiedziałem Wam połowę filmu? Ano, żebyście wiedzieli z czym mamy tu do czynienia. Banda niczym nie wyróżniających się idiotów ląduje na nieznanej planecie, gdzie staje się przekąską dla zamieszkających ją potworów. To wszystko, co przynosi nam film. No, może poza paroma bełkotliwymi rozmowami o sensie istnienia oraz sceną gdzie David (Michael Fassbender) uczy swego sobowtóra grać na fujarze.

W całym tym schematycznym, bezmyślnie korzystającym z dorobku poprzednich filmów serii bałaganie, twórcy nie potrafili zaserwować nam nawet godnych kibicowania bohaterów. Tępy dowódca Oram (Billy Crudup), płaczliwa, pozornie zaradna Daniels (Katherine Waterston) oraz gwałtowny Tennessee (Danny McBride) kreowani są oprócz Davida na głównych bohaterów filmu. Dobry pomysł, ale przez ich charakterologiczną miałkość (oraz płaską grę aktorską) ani na chwilę nie zależy nam na ich losie. A co dopiero z resztą załogi (czyli klasycznego mięsa armatniego)! Czy aby nie powinniśmy kibicować im w starciu z obcym, bojąc się czy uda im się przeżyć?...

Tak rysuje się fabuła, postacie oraz klimat. To niestety nic nowego i jeśli spodziewacie się świeżości i pomysłu, jakiego ta seria jeszcze Wam nie dała, zwyczajnie nie macie na to szans. Nie doświadczycie tu napięcia i grozy wynikającej z nieznajomości przeciwnika. Nie otrzymacie chemii pomiędzy postaciami. Otrzymacie natomiast więcej brutalnych, krwawych scen i to chyba jedyna rzecz, jaką Obcy: Przymierze różni się od swoich godnych poprzedników.
Film jest po prostu zmiksowaną kalką wszystkich zastosowanych wcześniej pomysłów. Nawet ostateczne starcie z obcym na pokładzie statku przywodzi na myśl walkę Ripley z matką potworów w Obcym: Decydujące Starcie.

Sam antagonista też wypada nadzwyczajnie słabo. Odarto go z tajemnicy (Obcy), fascynującej, krwiożerczej i zbiorowej natury (Obcy: Decydujące Starcie) oraz (co najgorsze!) inteligencji (Obcy 3 i Obcy: Przebudzenie). A przecież to było sedno jego istnienia!
Podobno na planie często posługiwano się efektami praktycznymi, ale tego prawie nie widać. Nieomal wszędzie miga zauważalne CGI, a większość scen z potworem kręcona jest zbyt szybko, obnażając liczne niedociągnięcia efektów specjalnych.
Zapomniano też o najważniejszym: najbardziej straszy nas to, czego nie widać, albo nie widać dokładnie. Tu, od pierwszych scen kawa od razu idzie na ławę!


Niestety, najnowszy film Scotta (w/g scenariusza Johna Logana i Dante Harpera) zawodzi mnie jako wielkiego fana serii, jak również wielbiciela horrorów fantastycznych. Razi w oczy zakazaną w tej formule dosłownością, powtarzalnością scenariuszowych schematów oraz płaskimi postaciami, a nawet głupkowatymi, kompletnie nieprzemyślanymi dialogami.
To film zmarnowanych szans.

O ile jego poprzednik - Prometeusz, bronił się chociaż próbą kreatywności oraz jasno obranym stylem, Obcy: Przymierze nie próbuje nawet iść tamtym śladem. Kilka scen w klimacie poprzedniego filmu jest raczej próbą połączenia serii niż jakimkolwiek rozwinięciem idei. Owszem, obraz Scotta synchronizuje się z resztą uniwersum, ale robi to w tak prostacki sposób, jakby najdroższy kawior świata podawać na papierowej tacce.
Wielka szkoda, że w czasach gdy filmy takie jak niedawno recenzowany przeze mnie The Monster inspirują się oraz wspaniale naśladują styl pierwszej części cyklu, sama legenda beznamiętnie sięga bruku.

Ridley Scott chciał pokazać wszystkim na co go stać. W zamian wyreżyserował film, który nie jest ani straszny, ani fascynujący, ani kreatywny. Dowiódł tym samym , że nie ma już tej precyzyjnej ręki co kiedyś. Jego kolega po fachu, George Lucas, wiedział kiedy zejść ze sceny, oddając Gwiezdne Wojny w ręce młodych twórców.
Niech lepiej Scott także odejdzie na zasłużoną emeryturę. Drogie napoje i plaża w Saint-Tropez czekają.

Moja ocena: 1/6.
 

piątek, 12 maja 2017

RECENZJA: Harley Quinn, tom 4 - Do Broni!

Harley Quinn to seria, którą się lubi albo nie. Nic pomiędzy. 
Specyficzne przygody białoskórej ex-dziewczyny Jokera przepełnione są zwariowanym, ulicznym humorem, nieszablonowymi pomysłami scenariuszowymi oraz żywą kreską i kolorami. A choć bohaterka DC Comics pochodzi z rodziny opowieści superhero, na próżno szukać w jej przygodach zwyczajowych szablonów stosowanych w tego typu opowieściach.
Tak, moi drodzy. Do Broni! wbrew zaczepnemu tytułowi nie opowiada o ratowaniu świata przed wielką zagładą z kosmosu.

To nie będzie długa recenzja. Mogłaby być taka, gdybym wcześniej nie rozpisał się o Harley przy okazji oceniania jej poprzedniego tomu. Bo mimo tego, że wszystko się zmienia, formuła komiksów Palmiottiego i Conner z DC's New 52 od pierwszego albumu pozostaje bez zmian. To wciąż te same radosne wygłupy oraz zabawa z konwencją ubrana w charakterystyczny pastisz stylu.
W tym tomie może nieco bardziej niż w poprzednich rzuca się w oczy feministyczny wydźwięk całości, ale broń Boże nie jest to komiks wyłącznie dla dziewczyn!

W tej części Świrunia przeżyje trzy przygody. W pierwszej, wraz ze swym nowo uformowanym Gangiem Harleyek ruszy na ratunek potrzebującym i wplącze się w niebezpieczną historię z rybakiem spożywającym toksyczne glony, w drugiej ruszy na poszukiwania porwanej córki jednej z pracownic domu opieki (krzyżując swe kroki z Deadshotem), a na koniec w towarzystwie Catwoman i Poison Ivy odbędzie podróż z prochami swego ukochanego wujka.

Świetne, dynamiczne rysunki (Chad Hardin, John Timms) jak zwykle dopełniają całości, a kolory w albumie są żywe i niezwykle dynamiczne. Barwy współgrają z tempem samej historii, co sprawia że ten tom, podobnie jak poprzednie, jawi się jako dzieło zapięte na ostatni guzik.

Czytając o zwariowanych losach Harley nie mogę oprzeć się pewnemu dziwnemu wrażeniu, jak pod pewnymi względami przypominają mi one historyjki z Kleksem (autorstwa Szarloty Pawel).
Tak, to na pewno dość dziwne porównanie, ale te odloty które miewa nasza bohaterka przywołują mi przygody, w które Kleks tak często wciągał Jonkę i Jonka (pomijając różne grupy docelowe obu komiksów). Oczywiście, tamte postacie używały wyłącznie wyobraźni, natomiast Harley posługuje się najróżniejszymi "wspomagaczami", ale efekt jest bardzo zbliżony.
Usposobienie Dr. Quinzel też można porównać do Kleksowego. Zaczepna, nieustępliwa, gotowa chronić przyjaciół, a także nigdy nie zwracająca uwagi na zamęt jaki sieje wokół.
Ciekawe co o tym sądzicie?...

Czwarta odsłona losów Harley przynosi nam więc wszelkie sprawdzone wzorce i pod tym względem komiks sprawdza się znakomicie. Szkoda jednak, że twórcy nie poszli o krok dalej, wzbogacając przygody swojej bohaterki nieco odmienioną formułą. Gdyby po raz kolejny nie wybrali bezpiecznej drogi utartym szlakiem, być może mielibyśmy do czynienia z komiksem (w swojej kategorii) wybitnym?
Nie narzekam jednak. Biorę Harley z wszystkimi jej wadami i zaletami.

Moja ocena: 5/6.

środa, 10 maja 2017

Kryształowy Darth Vader od firmy Swarovski

Różne wersje mrocznego lorda Sith już widziałem, ale ta najnowsza, zaprezentowana przez firmę Swarovski jest chyba jedną z najciekawszych!
 
 
Darth Vader wraz z mieczem świetlnym wykonany został z 29 tysięcy oryginalnych, ręcznie wysadzanych kryształków, a praca nad jego powstaniem zajęła ekspertom z firmy ponad 120 godzin.
 
Ta wysoka na 27,5 centymetra figura na oryginalnej podstawie sprzedawana jest wyłącznie na specjalne zamówienie, którego możecie dokonać w tym miejscu.
Jednak uważajcie, na zakup tego nieziemskiego gadżetu potrzebować będziecie 39.900 zł!
Jeśli już poszczęści się Wam i wygracie w Totka, musicie się spieszyć. Swarovski wykona jedynie 300 sztuk kryształowego Vadera.
 

wtorek, 9 maja 2017

RECENZJA: Calamity - Brandon Sanderson

Właśnie skończyłem lekturę najnowszej części trylogii Brandona Sandersona o Epikach i Mścicielach. David, Profesor, Mizzy, Abraham, Cody, Tia oraz Megan byli ze mną od pierwszego tomu tej świetnej serii fantastycznej. Szkoda, że to już koniec, ale jak to mówią: "Wszystko dobre, co dobrze się kończy". Czy jest tak w istocie?
 
Stalowe Serce, Pożar i Calamity tworzą specyficzne podejście do tematu superhero. Z początku wydaje się, że to jeszcze jeden z tych cykli, gdzie autor odnosi się do prawdopodobieństwa istnienia herosów w naszym świecie, jednak po dokładniejszym zbadaniu tematu, okazuje się być zupełnie inaczej. Mściciele to bardziej historia o post-apokaliptycznym świecie, gdzie potężne istoty zdominowały naszą planetę, walcząc z resztkami zbuntowanej ludności. Pod tym względem prawie wcale nie przypomina to klasycznego komiksu Marvela.
W cyklu Sandersona liczy się przede wszystkim szczegółowa kreacja świata, świetnie zbudowane postacie, tajemnica oraz wciągająca akcja.
 
Tak samo jest też w najnowszym tomie. Tym z Was, którzy jeszcze nie zapoznali się z historią Davida Charlestona, zapewne trudno będzie rozeznać się w tym futurystycznym świecie. Dlatego gorąco polecam sięgnąć po dwie pierwsze części Mścicieli. Bo tutaj od razu akcja leci na łeb, na szyję i nikt nie ma czasu tłumaczyć nikomu co i jak.
Grupa walczących przenosi się do Atlanty, która teraz nazywana jest Ildithią. To miasto zbudowane z solnych bloków. Domy tworzące się z tak dziwnego budulca w ciągu krótkiego czasu ulegają korozji, przy jednoczesnym wyrastaniu struktur z drugiej strony miasta. Dzięki temu Ildithia sprawia wrażenie nieustannego, mozolnego przemieszczania się w jednym kierunku.
W tym właśnie mieście naszym bohaterom przyjdzie zmierzyć się z nieokiełznaną siłą Profesora, ich dotychczasowego mentora i przewodnika, który w końcowych rozdziałach Pożara stał się jednym z najpotężniejszych Epików. David, przejąwszy rolę przywódcy Mścicieli, za wszelką cenę stara się znaleźć ratunek dla dotychczasowego lidera, próbując rozszyfrować tajemnicę istnienia ludzi z super mocami oraz ich prawdopodobnej ciemnej strony. Zdaje się, że po pokonaniu Stalowego Serca i Regalii tylko on będzie w stanie wpaść na pomysł jednocześnie szalony i skuteczny, który przywróci spokój dawnego świata.
 
Trzeba przyznać, że Sanderson świetnie czuje się w takiej formule. Stworzył solidny, dobrze przemyślany świat, w którym jednak nie jego struktura decyduje o dynamice powieści, ale znakomicie wykreowane relacje pomiędzy postaciami. I ten koncept zajmuje zdecydowaną większość książki.
Każdy bohater nakreślony jest w inny sposób. David jest niezłomny i zawsze szuka nowych odpowiedzi, Abraham odważny, lecz nieco wycofany w swoją przeszłość, Cody rozgadany i pozornie mało poważny, a Megan skryta, choć zawsze gotowa do największych poświęceń.
Calamity to opowieść, gdzie postaci budują dramaturgię opowieści. To, co dzieje się na poszczególnych kartach wynika z ich wzajemnych interakcji, a przedstawiony świat widzimy oczami bohaterów, a nie autora. Choć powieść napisana jest lekkim, łatwym do przyswojenia piórem, obserwowanie zmian zachodzących w postępowaniu postaci rozpisane jest wnikliwie i autentycznie. A przede wszystkim świetnie rozpisane.
 
Drugą charakterystyczną cechą powieści jest tajemnica i zagadka, którą skrywają stronice każdej części. W pierwszej była to słaba strona Stalowego Serca, w drugiej relacje oraz moce Profesora i Regalii, natomiast trzecią wypełnia chęć poznania panowania nad siłą Epików i istota potęgi Calamity. A wszystko rozpisane jest przez autora tak, że choć często odpowiedź mamy przed nosem, podobnie jak bohaterowie, nie potrafimy jej dostrzec. 
 
Calamity jest więc bardzo udanym zwieńczeniem świetnego pomysłu Sandersona. Autor w najdrobniejszych szczegółach zaplanował wymyślony świat, już na wstępnie wiedząc jak zakończy się cały cykl. Nie ma tu luźnych końców, każda kwestia znajduje swoje rozwiązanie, a czytelnik z łatwością przenosi się do niezwykłego świata za sprawą postaci, z którymi łatwo jest się mu się utożsamić.
 
Wśród tych wszystkich pochwał, muszę jednak napisać, że Calamity i cały cykl nie jest książką dla każdego. Podobny rytm i styl trzech powieści może nie przypaść do gustu czytelnikom oczekującym każdorazowo nowych barw w historii.
Sam zastanawiam się, czy nie dałoby się całości skrócić do dwóch tomów, bo pewna powtarzalność wzorca przy lekturze trzeciej części zaczyna być już bardzo zauważalna. Gdyby znaczna część tajemnicy rozwiązała się wcześniej, można byłoby narzucić wydarzeniom inne tempo, unikając strukturalnego schematu (chodzi mi tu o kolejność: zamysł - przygotowania i próby - atak - rozwiązanie). Z drugiej strony, dobrze jednak, że cały cykl jest zamkniętą całością, bo często bywa tak, że nie wszystkie kwestie zostają w powieściach należycie domknięte. Z Mścicielami nie ma tego problemu.
 
Calamity będzie z pewnością świetną lekturą dla tych z Was, którzy szczególnie lubią przemyślane, dobrze skonstruowane światy oraz barwne postaci, za sprawą których maluje się cała historia.
Brandon Sanderson dostarcza tu niesamowitą akcję, emocje i tajemnicę, która zmusza czytelnika do myślenia jeszcze długo po zakończeniu lektury. I chęci wejścia w ten świat. A to możliwe jest wyłącznie wtedy, jeśli znów otworzymy książkę. Wtedy sami przekonamy się o prawdziwości dawnego porzekadła.
 
Moja ocena: 4,5/6.
 

poniedziałek, 8 maja 2017

KONKURS GRYFA!

Z okazji zbliżającego się półrocza istnienia bloga chciałbym zaprosić Was do udziału w małym konkursie!

Do rozdania mam pierwszy tomik komiksu Bone autorstwa Jeffa Smitha (wersja anglojęzyczna) oraz powieść Clovis LaFay: Magiczne Akta Scotland Yardu, pióra Anny Lange.

Co zrobić aby wygrać jedną z tych nagród?
Warunki są dwa. 

1. Koniecznie polubić i obserwować nasz fan-page na facebook'u (link jest po prawej stronie okna, pod Kryjówkami Gryfa)
2. Dokończyć poniższą sentencję:

"Uwielbiam fantastykę, ponieważ..."

I tyle! Proste, prawda? 
Konkurs zaczynamy już teraz, odpowiedzi piszcie poniżej w komentarzach (wyłącznie tutaj). Zakończenie konkursu w niedzielę (14.05.17.) o godz. 19:00.

Rozwiązanie konkursu nastąpi w niedzielę wieczorem, na naszej facebook'owej stronie. Zwycięzca, który najfajniej uzasadni swoje uczucia do fantastyki otrzyma Bone'a, druga najbardziej pomysłowa osoba zostanie posiadaczem Magicznych Akt Scotland Yardu.

Do dzieła i powodzenia! :-) 



niedziela, 7 maja 2017

RECENZJA: Smerfy i Wioska Dziewczyn - Zakazany Las

Jeszcze w tym miesiącu w kinach pojawi się produkcja Smerfy: Poszukiwacze Zaginionej Wioski. Jak to przy podobnych okazjach bywa, aby biznes kręcił się jeszcze lepiej, w sprzedaży pojawiają się różnego rodzaju oferty okolicznościowe. Tak jest też w przypadku poniższego komiksu wydanego właśnie przez Egmont.
Czyli już na wstępie zdradziłem, że raczej jest źle...
 
Nie miałem jeszcze oczywiście okazji zobaczyć filmu, jednak z tego co wiem ze zwiastunów, smerfy wybiorą się do pewnej zaginionej osady, gdzie spotkają przedstawicielki płci pięknej swego gatunku. No i odwieczna zagwozdka dotycząca istnienia smerfetek  zostanie wreszcie wyjaśniona.  Na resztę rewelacji  musimy już poczekać do premiery filmu.
 
Poniższy komiks bazuje na idei tego odkrycia oraz spotkania, opowiadając nam pięć krótkich, zamkniętych historyjek. Wszystkie one rozgrywają się w tytułowej Wiosce Dziewczyn, a ich treścią są odwaga, przyjaźń, spryt i przygoda. Nie jest to więc bezpośrednia adaptacja filmu, a raczej swobodne rozwinięcie pewnych jego wątków.
 
Uwielbiam Smerfy. Naprawdę. Niestety, od czasu śmierci ich pomysłodawcy i autora, Pierra Culliforda (Peyo) cykl prowadzą inni autorzy. I choć scenariusze pisze m.in. syn twórcy (Thierry Culliford), to, co było ich największym atutem, zniknęło już chyba bezpowrotnie. Zabrakło błyskotliwego, prostego żartu, a przede wszystkim charakterystycznej nuty nawiązania do zachowań społecznych i międzyludzkich. A były to elementy, które sprawiały, że Smerfy szybko stały się rozrywką komiksową dla każdego, a ja ceniłem je za to najbardziej.
 
Niestety, najnowszy albumik jest już wyłącznie rozrywką dla najmłodszych. Historyjki są proste, z oczywistym morałem, jednak podane w typowo dziecięcy często zbyt "łopatologiczny" sposób. Narracja w dymkach podpowiada nam to, co dzieje się na obrazkach, bohaterowie mówią to co właśnie robią, a dialogi kłują w oczy prostotą i zbyteczną trywialnością. Nawet zakończenia (przez to, że mają potencjał ciągu dalszego), nie zostają tutaj należycie wykorzystane.
Niestety, humor też jest niezbyt wyszukany i choć czytając uśmiechnąłem się kilka razy, nie mogę ocenić Wioski Dziewczyn nawet jako komiksu komediowego.
 
Rysunki w albumie są oczywiście przepiękne. Barwy (Paolo Maddaleni), cienie i sama kreska (Alain Maury, Miguel Diaz) nie pozostawiają absolutnie nic do życzenia. Świat smerfetek zachwyca swym fantastyczno - przyrodniczym otoczeniem, domkami na drzewach zbudowanymi z liści oraz lotami niebieskich dziewuszek na ważkach, zwanych nazbyt przesadnie smokami (ang. dragonfly).
Komiks jest więc niezwykle żywy i cieszy oko nie tylko pod względem opowiadanej historii, ale także dynamiki akcji i bogactwa przedstawianego świata. No, ale do tego przyzwyczaił już nas Peyo.
 
Zatem, pierwszy album z cyklu Smerfy i Wioska Dziewczyn to niestety lektura wyłącznie dla najmłodszych. Gdybym miał  osiem lat, z pewnością ten komiks byłby jednym z moich ulubionych. A tak, z bólem serca muszę przyznać, że strefa ilustracyjna oraz pewna nuta nostalgii to jednak zdecydowania za mało, aby ocenić go powyżej przeciętnej.
 
Moja ocena: 2/6.
 

sobota, 6 maja 2017

RECENZJA: Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

James Gunn ma największe jaja w całej galaktyce! Dlaczego? Ponieważ, pisząc i reżyserując ten niezbyt poukładany i  jakby nie patrzeć  mało poważny film, jakimś cudem zawarł w nim wszystko czym rządzi się obecnie dobre kino rozrywkowe.
Uwierzcie, Strażnicy Galaktyki vol. 2 nie zawodzą na żadnym polu.
 
Zanim przejdę do konkretów, spróbuję nakreślić ogólny zarys fabuły filmu.
Wraz z pierwszymi scenami obserwujemy naszych bohaterów w akcji, która od początku wydaje się najzwyklejszym, choć wcale niełatwym zleceniem. Niestety, za sprawą chciwości oraz niefrasobliwości Rocketa zasadniczy zleceniodawcy ze sprzymierzeńców szybko przeistaczają się w pałających chęcią zemsty antagonistów. Szaleńczy pościg prowadzi  Strażników Galaktyki  do  rozwiązania tajemnicy, która pozostawała   nieodgadniona  od końcowych sekwencji  poprzedniego filmu.
Na skutek opisanych zdarzeń Star-Lord odnajdzie to, czego tak bardzo szuka, a my odbędziemy prawdziwą jazdę bez trzymanki po tym niesamowitym, kosmicznym świecie.
Więcej nie zdradzę, bowiem każde słowo mogłoby zepsuć Wam frajdę z samodzielnego odkrywania treści. Napiszę więc tylko co sprawia, że uznałem ten film za aż tak dobry.

 
Zacznijmy od tego, że część druga jest bardzo przemyślaną kontynuacją, nie bazującą wyłącznie na piętnie komiksowej marki. Film w rzeczowy sposób rozwija wątki rozpoczęte w części pierwszej. To, co zostało tam zaledwie zaznaczone, tu pełni oczywistą rolę fabularnego filaru. Fakt ten dotyczy zarówno rozwoju postaci, jak również myśli przewodniej nowych Strażników.
A myślą tą jest rodzina. Rodzina, którą tworzymy, rodzina za którą odpowiadamy oraz rodzina, o której nawet nie myślimy w podobnych kategoriach.
Chyba najlepiej ducha całego filmu oddaje ten dialog: "Skoro jesteście przyjaciółmi, dlaczego ciągle na siebie wrzeszczycie?" "Nie jesteśmy przyjaciółmi. Jesteśmy rodziną."  I dotyczy to wszystkich bohaterów filmu. Z nieobecnością ojca w swoim życiu zmaga się Peter (Chris Pratt). Wspólną rywalizacją zostały naznaczone najwcześniejsze lata Gamory (Zoe Saldana) i Nebuli (Karen Gillan). Rocket jest odpowiedzialny za małego Groota. Drax (Dave Bautista) odnajduje kogoś bardzo bliskiego w postaci Mantis (Pom Klementieff). Nawet Yondu (Michael Rooker), choć tak nieprzystępny i opryskliwy, potrafił zaopiekować się osobą, z którą teoretycznie nie powinien mieć nic wspólnego. I wierzcie mi na słowo, wszystkie te relacje wypełniają treść filmu, idealnie zazębiając się z opowiadaną historią. Nie są doklejone na siłę, uzupełniają ją i uwypuklają złożoność charakterów, wydarzenia i całe przesłanie obrazu.
To niewątpliwie jeden z najmocniejszych punktów produkcji.


Strażnicy Galaktyki nie byliby też "tym" filmem, gdyby nie wszechobecny humor i muzyka. Te elementy również działają niemal bez zarzutu. Jedyną rzeczą, której jest tu więcej są efekty specjalne, ale do nich przejdę poniżej.
Oczywiście, żarty w filmie Gunna są dość specyficzne. Prawie zawsze bazują na relacjach i dialogach wziętych jakby żywcem "z ulicy". Wynikają z bezkompromisowych sprzeczek i słownych utarczek, będąc kwintesencją dynamiki bohaterów i ich wzajemnych relacji. Jeśli ktoś nie przepada za takiego rodzaju "dowcipami", nowa odsłona Strażników może nie przypaść mu pod tym względem do gustu. Mi większość gagów przypominała w pewien sposób czasy szkolne, więc po prostu bawiłem się świetnie!


Piosenki jak zwykle są genialne. Nie tylko uzupełniają opowieść, ale są przede wszystkim świadectwem genialnej spuścizny muzycznej ery sprzed czterdziestu - pięćdziesięciu lat. Dużo spokojniejsze niż w poprzedniej odsłonie, harmonizują z wzruszającymi scenami oraz pomagają lepiej wczuć się w sytuacje poszczególnych bohaterów. Czapki z głów za taki dobór oraz pokazanie nowemu pokoleniu, że ponadczasowy przebój to nie tylko tępe "umcy-umcy" w dyskotece.

Efekty specjalne są oczywistą specjalnością tego filmu. Bez nich nie udałoby się odtworzyć tak widowiskowo całej galaktyki, a choć nie jestem "specjalistą" w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju wizualnych zgrzytów, mogę z całą szczerością zapewnić Was, że wyszły ekstra.
Przy okazji wizualizacji, muszę jeszcze wspomnieć o tym, jak fajnie wyszło ukazanie ataku jednostek Ayeshy na Strażników. Walka ze ścigaczami, których piloci znajdują się w zupełnie innym miejscu jest tą rzeczą, która dobrze funkcjonuje w książkach, lecz niekoniecznie na dużym ekranie. Na szczęście, ekipa wiedziała nie tylko co chce zrobić, ale też jak tego dokonać.

Aktorzy w większości perfekcyjnie wchodzą w swoje role. Obok niesamowicie stworzonych za pomocą komputera Rocketa i Groota na prowadzenie wybija się para Drax i Mantis. Choć ich wspólnych scen nie ma aż tak wiele, bardzo przekonująco oglądało mi się tą dwójkę, bo mają między sobą chemię, no i chyba z nich śmiałem się najczęściej. Jedynie Gamora mogłaby czasem zaprezentować cień nieco innych emocji, bo ta twarz typu "nie zadzieraj ze mną, mam okres" robi się powoli męcząca.


Czym więc są Strażnicy Galaktyki vol. 2?
To niesamowita jazda bez trzymanki, gdzie śmiech miesza się ze wzruszeniem, niezwykle dynamiczna akcja spowita jest niezapomnianą muzyką, a pomysły twórców filmu są równie szalone co ich bohaterów.
To film, który nie tylko polepsza samopoczucie. To coś, po co w ogóle chodzę do kina. Nie wiem jak Wy, ale ja w ciemnych salach z wielkim ekranem szukam świetnie spędzonego czasu, porcji dobrych żartów, emocji i łez. I ten film dał mi to bez wyjątku. Na swój pokręcony, dziwaczny sposób, ale jednak.
Jeśli więc podobała się Wam pierwsza odsłona Strażników, bez wahania pędźcie do kina na vol. 2! To film przyrządzony według tej samej receptury, lecz ze znacznie ciekawszym morałem niż jego poprzednik.

I Am Groot: 6/6.
 

wtorek, 2 maja 2017

Funko Pop! z filmu Obcy: Przymierze

Premiera najnowszej odsłony cyklu Obcy zbliża się wielkimi krokami, zatem produkująca kultowe już figurki firma Funko nie mogła przegapić okazji uraczenia nas nowymi gadżetami z filmu.
 
Lada chwila w sprzedaży pojawią się takie oto trzy figurki, przedstawiające najważniejsze postacie:
 
 
 
 
Oby sam film okazał się równie udany jak promujące go, prawdziwie urocze maskotki. ;-)
 

poniedziałek, 1 maja 2017

RECENZJA: Wijec - Joseph Delaney

To już jedenasta odsłona losów Toma Warda, Stracharza Gregory'ego  i Alice! Po świetnym, poprzednim tomie (Krew Stracharza) wiedziałem, że cokolwiek spotka moich bohaterów, będzie musiało być dobre.
Otworzyłem książkę i... No właśnie. Gdzie podziały się moje ulubione postacie?
 
Wijec to powieść, która zrywa z dotychczasową tradycją obecności głównych bohaterów w serii Kroniki Wardstone. Oczywiście, to dalsza część tej samej historii, jednak tym razem autor postanowił pokazać nam nieco inne spojrzenie na temat, główną postacią czyniąc potężnego maga z dalekiej północy - Wijca.
Jedynym ważnym elementem łączącym tą część z pozostałymi jest wiedźma Grimalkin, która występuje tu jako postać drugoplanowa. Ona także miała swój osobny tom, lecz w przeciwieństwie do recenzowanej części, jej postać jest czytelnikowi dobrze znana.
 
Kobaloscy magowie to potężne, tajemnicze istoty żyjące według własnych, często niezrozumiałych i zbyt straszliwych dla ludzi praw. Żywią się krwią (która dodaje im magicznej siły), zajmując terytoria zwane haizdami, gdzie wszystko i wszyscy należą wyłącznie do nich. Jednym z Kobalosów jest tytułowy Wijec. Ten niebezpieczny wojownik o długim, zręcznym ogonie i wilczopodobnym pysku pewnego dnia wchodzi w układ z gospodarzem zamieszkującym terytorium jego polowań. Za rozmaite korzyści postanawia nie niepokoić trzech córek Rowlera, gdy jednak mężczyzna ginie, Kobalos składa obietnicę, że za możliwość posiadania na własność najstarszej z nich, zobowiązany będzie odprowadzić dwie pozostałe do bezpiecznego domu dalszej rodziny. Wijec ma własne plany odnośnie siedemnastoletniej Nessy, zamierza bowiem zgodnie ze zwyczajem swego rodzaju sprzedać ją na targu niewolników w mieście Karpotha.
Nie przypuszcza jednak, jak wiele przeciwności los rzuci mu pod nogi podczas tej wyprawy oraz jak niecodziennym sojusznikiem okaże się wiedźmia purra zwana Grimalkin.
 
Chwilowe odejście od głównego nurtu walki ze Złym w moim odczuciu wyszło nadspodziewanie dobrze. Nie wiem jeszcze jaki był dokładnie cel autora (do końca cyklu pozostały mi jeszcze dwa tomy), ale ukazanie dalszych rejonów świata bardzo wzbogaciło stworzone przez Delaneya uniwersum. Choć sam Stracharz i Tom są tu wspominani zaledwie kilka razy, wątek odciętej głowy złego wraca w powieści za sprawą Grimalkin, która na terenach północnej Europy ukrywa się przed zemstą wyznawców okrutnego boga. Nie o niej jest jednak ta książka.
 
Wijec jest próbą pokazania, że nawet mroczne, niebezpieczne istoty miewają cień szlachetnych odczuć i nie można tak zwyczajnie odrzucić sensu ich istnienia. Choć tytułowy Kobalos nie jest postacią z którą chcielibyśmy się zaprzyjaźnić, śledziłem jego drogę z wielkim zainteresowaniem. Dzieje się tak za sprawą ukazania odmienności kultury, wyglądu i natury jego rasy, a także poprzez stopniowe odsłanianie wszelkich zmian jakie zachodzą w jego światopoglądzie podczas długiej wyprawy.
Choć Wijec z początku malował się mi jako okrutne, egoistyczne indywiduum, z czasem na skutek przeciwności i obecności trzech ludzkich dziewczyn zyskał poniekąd nową twarz. Dylematy, przed którymi staje, zmuszają go do częściowego przewartościowania własnych idei.
I choć uwielbiałem jego sadystyczną postać z początku powieści, dzięki mądrze poprowadzonym wątkom bez cienia znużenia obserwowałem jego drogę i zmagania z własna naturą i przeznaczeniem.
 
Książka narracyjnie prowadzona jest przez Wijca, choć spora część rozdziałów napisana została z perspektywy najstarszej z dziewczynek, Nessy. Dzięki temu opowieść nie jest pozbawiona pierwiastka ludzkiego, pozwalając lepiej zrozumieć drogę głównych postaci. Sama bohaterka jest osobą niezwykle odważną i choć targają nią strach oraz wszelkie wątpliwości, staramy się kibicować jej nie mniej niż samemu Wijcowi. Bardzo ważnym elementem okazała się tutaj siostrzana miłość i odpowiedzialność za bezpieczeństwo rodziny.

Dodatkowo warto też wspomnieć o idei przeplatającej się przez ostatnie części Kronik, a mianowicie o sojuszach. Wijec również w bardzo wyraźny sposób pokazuje jak ważne w walce ze złem są wszelkie układy, dające nawet niewyraźny cień zwycięstwa sił dobra. To, jak działa tu wprowadzenie Grimalkin oraz czemu usposobienie Nessy zadziałało na tytułowego bohatera, będziecie musieli już odkryć sami.

Podsumowując, kolejny tom Kronik Wardstone to świeże, wciągające spojrzenie na świat stworzony przez Josepha Delaney'a. Znajdziemy tu przygodę, walki, emocje i oczywiście sporo drastycznych scen. Jako że Wijec jest książką typowo młodzieżową, nie trzeba obawiać się ton przesadnie przelanej krwi, choć parę drastycznych scen oczywiście zdołało się tu wcisnąć.
 
Dla fanów cyklu jest to pozycja obowiązkowa, ci z Was, którzy jeszcze nie mieli styczności z losami Stracharza mogą spokojnie zacząć ją od powyższego tomu. Wszystkie książki Kronik Wardstone pisane są tak, że każda część jest w pełni zrozumiała dla rozpoczynającego z nią przygodę czytelnika.
I nie obawiajcie się trudnych, nowych terminów w tekście. Na końcu wydania zamieszczony jest słownik dla niewtajemniczonych.
 
Moja ocena: 5/6.