piątek, 26 maja 2017

RECENZJA: Piraci z Karaibów - Zemsta Salazara (2017)

Fortuna kołem się toczy, a kapitan Jack Sparrow wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Po bardzo udanej części pierwszej Piratów z Karaibów, zbyt przeładowanych i męczących fabularnie dwóch kolejnych odsłonach oraz średniej części czwartej, najsprytniejszy i najśmieszniejszy pirat wraca znowu na ekrany. Jaki jest wydźwięk tej najnowszej, zapowiadanej jako ostatnia wyprawy? Moim zdaniem całkiem udany.
 
Akcja skacze do przodu o prawie dwadzieścia lat, a my poznajemy młodego Henry'ego Turnera (tak, to syn Willa, dowiadujemy się o tym już podczas pierwszych minut filmu), który postanawia znaleźć sposób na zdjęcie klątwy z ojca,  zmuszonego  do tułaczki po morzach jako kapitan Latającego Holendra. Jedna z wypraw prowadzi go do mrocznego spotkania z kapitanem Salazarem, dowódcą statku-widma o nazwie Cicha Maria, który nakazuje mu odszukać człowieka, który jest odpowiedzialny za obciążającą go klątwę.
Henry nawet nie przypuszcza jak szybko przyjdzie mu spotkać się z poszukiwanym przez Salazara Sparrowem, a na jego drodze stanie też niejaka Carina, astronomka niesłusznie oskarżona o czarnoksięstwo. Cała trójka na skutek niezwykłych i zabawnych zbiegów okoliczności wyruszy we wspólną podróż, która poprowadzi ich do odnalezienia mitycznego trójzębu Posejdona, artefaktu zdolnego odczyniać wszelkie klątwy. W pogoń za kamratami rzuci się rozwścieczony kapitan Salazar wspomagany przez zmuszonego do współpracy Barbossę.
Karaibskie wody znów spienią się od wielkiej przygody, pogoni i humoru.
 
Od pierwszych minut filmu widać że twórcy odrobili wreszcie pracę domową, wyrzucając do kosza to, co niezbyt udało się w poprzednich filmach z cyklu. Reżyserią najnowszej odsłony zajął się Joachim Ronning oraz Espen  Sandberg, według scenariusza Jeffa Nathansona.
 
Fabuła rozgrywa się na kilku płaszczyznach, ale nie jest zbyt zawiła ani przeciągnięta. Cały czas wiemy o co tu chodzi, a akcja dynamicznie śmiga do przodu, zmyślnie prezentując wszystkie fabularne elementy. Mogę napisać to z wielka ulgą - wreszcie znów postawiono na niczym nieskrępowaną przygodę oraz awanturniczy, pełen zabawnych chwil styl opowieści. Mamy więc tajemnice, magię, pościgi i walki, a choć czasami są one nieco przesadzone lub wręcz absurdalne (genialna w swej niedorzeczności kradzież bankowego sejfu), w tej formule sprawdzają się doskonale.

Oczywiście to wszystko także zasługa aktorów.
Johnny Depp wciela się w Jacka z niezmienną charyzmą. Wiele osób zarzuca mu, że od drugiego filmu nie sięga w tej roli po nic nowego, ale przecież wcale nie musi. Czy Anthony Hopkins zmieniał w każdym filmie charakter Hannibala Lectera? Czy Harrison Ford grał inaczej Hana Solo lub Indianę Jonesa? Nie. Więc i Jack jest słusznie taki sam. Przerysowany, dziwny i pijany. Taki jak lubię.
Film zyskał w stosunku do poprzednich odsłon w kwestii głównego antagonisty. Javier Bardem jako kapitan Salazar, martwy postrach wszystkich piratów wypada w swej roli znakomicie. Zarówno aktorsko jak i pod względem charakteryzacji oraz efektów specjalnych. Jest naprawdę zły (nie tak umownie jak Czarnobrody w Na Nieznanych Wodach) i czuje się od niego desperację wynikającą z wielu lat uwięzienia na swym statku.
Powracający do roli Hectora Barbossy Geoffrey Rush jest jak zwykle świetny. Jeśli lubiliście tą postać, tutaj nie będzie żadnej niespodzianki. To tak samo uroczy i bezczelny typek, który potajemnie tylko czeka, aby zagarnąć wszystko dla siebie.
Dwójka nowych aktorów, czyli Brenton Thwaites (Henry) i Kaya Scodelario (Carina) dodają do historii młodzieńczego ducha i choć nieco przyćmiewają ich kreacje starszych aktorów, dają radę jako wabik dla docelowego, nastoletniego odbiorcy filmu. Także rodzące się pomiędzy nimi uczucie wypada całkiem przekonująco. 
W filmie wraca też szereg pomniejszych postaci, które z pewnością będą pamiętać ci z Was, którzy wracali często do filmów z tej serii. To jeden z ukłonów w stronę fanów, zwiastujący też boleśnie jej nieuchronne zakończenie. 
To pożegnanie widać też doskonale w ostatnim akcie filmu. Nie napiszę o co chodzi, ale po wydarzeniach z Zemsty Salazara Karaibskie wody nie będą już takie jak dawniej. Coś na pewno nieuchronnie się zmieni.
 
Przy okazji spróbowano wyjaśnić kilka nierozwiązanych do tej pory spraw. Czy zastanawialiście się jaka tajemnica kryje się za magicznym kompasem kapitana Jacka albo w jakich okolicznościach został jednym z najsłynniejszych piratów? Film uchyla rąbka tych tajemnic, robiąc to w bardzo efektowny sposób.

Rozmach filmu to osobny element, który należy pochwalić. Przez połowę obrazu jesteśmy na morzu, a bitwy pomiędzy statkami oraz wszelkie potyczki są na stałym porządku dziennym. Co ciekawe, efekty specjalne lepiej wypadają w świetle dnia, mrok niepotrzebnie skrywa to co najciekawsze, nie dodając aż tak wiele w kwestii samego dreszczyku historii.

Niestety, niektóre efekty specjalne wypadają dość średnio, szczególnie widać to w ostatniej widowiskowej sekwencji rozstępującego się morza. Całość jest dziwnie niewyraźna, zbyt dużo elementów tam występujących nie sprawdza się tak jak powinno.
Jeśli już jestem przy minusach, nie było aż tak  dobrze aby  każda scena z osobna zrobiła na mnie niezatarte wrażenie. Choćby atak rekinów-zombie, obfitujący w bezsensowne sceny ze skaczącymi nad łódką drapieżnikami, które robiły wymyślne salta tylko po to aby... kłapać bez sensu szczękami. 
Nawigacja na morzu także była dość chaotyczna. Wszystko na zasadzie - płyniemy i jesteśmy. Ja wiem, że to zwykłe kino przygodowe, ale jakaś mapa, albo uzasadnienie gdzie i jak się żegluje dodałoby nieco rozsądku czy realizmu.
Postać wiedźmy Shansy też nie wykorzystywała swego potencjału. Dla tak ciekawej (przynajmniej wizualnie) postaci można było dopisać dwie lub trzy dodatkowe sceny.
 
Na szczęście jednak minusy nie przesłaniają plusów tej produkcji.
Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to znów dobre kino rozrywkowe. Film nie sili się na bycie czymś więcej, nie nudzi i nie komplikuje prostych spraw, a nawet dźwigając bagaż poprzednich części, jako całość radzi sobie bardzo sprawnie.
Jeśli więc nie straciliście nadziei na to, że cykl o przygodach kapitana Jacka Sparrowa może być tak fajny jak przy pierwszej odsłonie, śmiało rozwijajcie żagle i wypływajcie do kin. Ja z najnowszego seansu jestem bardzo zadowolony.
 
Moja ocena: 5/6.
 
Ps. Jeśli jeszcze nie widzieliście, zobaczcie jak przedstawia się Cicha Maria kapitana Salazara w kolekcjonerskiej wersji z klocków Lego.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz