sobota, 6 maja 2017

RECENZJA: Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

James Gunn ma największe jaja w całej galaktyce! Dlaczego? Ponieważ, pisząc i reżyserując ten niezbyt poukładany i  jakby nie patrzeć  mało poważny film, jakimś cudem zawarł w nim wszystko czym rządzi się obecnie dobre kino rozrywkowe.
Uwierzcie, Strażnicy Galaktyki vol. 2 nie zawodzą na żadnym polu.
 
Zanim przejdę do konkretów, spróbuję nakreślić ogólny zarys fabuły filmu.
Wraz z pierwszymi scenami obserwujemy naszych bohaterów w akcji, która od początku wydaje się najzwyklejszym, choć wcale niełatwym zleceniem. Niestety, za sprawą chciwości oraz niefrasobliwości Rocketa zasadniczy zleceniodawcy ze sprzymierzeńców szybko przeistaczają się w pałających chęcią zemsty antagonistów. Szaleńczy pościg prowadzi  Strażników Galaktyki  do  rozwiązania tajemnicy, która pozostawała   nieodgadniona  od końcowych sekwencji  poprzedniego filmu.
Na skutek opisanych zdarzeń Star-Lord odnajdzie to, czego tak bardzo szuka, a my odbędziemy prawdziwą jazdę bez trzymanki po tym niesamowitym, kosmicznym świecie.
Więcej nie zdradzę, bowiem każde słowo mogłoby zepsuć Wam frajdę z samodzielnego odkrywania treści. Napiszę więc tylko co sprawia, że uznałem ten film za aż tak dobry.

 
Zacznijmy od tego, że część druga jest bardzo przemyślaną kontynuacją, nie bazującą wyłącznie na piętnie komiksowej marki. Film w rzeczowy sposób rozwija wątki rozpoczęte w części pierwszej. To, co zostało tam zaledwie zaznaczone, tu pełni oczywistą rolę fabularnego filaru. Fakt ten dotyczy zarówno rozwoju postaci, jak również myśli przewodniej nowych Strażników.
A myślą tą jest rodzina. Rodzina, którą tworzymy, rodzina za którą odpowiadamy oraz rodzina, o której nawet nie myślimy w podobnych kategoriach.
Chyba najlepiej ducha całego filmu oddaje ten dialog: "Skoro jesteście przyjaciółmi, dlaczego ciągle na siebie wrzeszczycie?" "Nie jesteśmy przyjaciółmi. Jesteśmy rodziną."  I dotyczy to wszystkich bohaterów filmu. Z nieobecnością ojca w swoim życiu zmaga się Peter (Chris Pratt). Wspólną rywalizacją zostały naznaczone najwcześniejsze lata Gamory (Zoe Saldana) i Nebuli (Karen Gillan). Rocket jest odpowiedzialny za małego Groota. Drax (Dave Bautista) odnajduje kogoś bardzo bliskiego w postaci Mantis (Pom Klementieff). Nawet Yondu (Michael Rooker), choć tak nieprzystępny i opryskliwy, potrafił zaopiekować się osobą, z którą teoretycznie nie powinien mieć nic wspólnego. I wierzcie mi na słowo, wszystkie te relacje wypełniają treść filmu, idealnie zazębiając się z opowiadaną historią. Nie są doklejone na siłę, uzupełniają ją i uwypuklają złożoność charakterów, wydarzenia i całe przesłanie obrazu.
To niewątpliwie jeden z najmocniejszych punktów produkcji.


Strażnicy Galaktyki nie byliby też "tym" filmem, gdyby nie wszechobecny humor i muzyka. Te elementy również działają niemal bez zarzutu. Jedyną rzeczą, której jest tu więcej są efekty specjalne, ale do nich przejdę poniżej.
Oczywiście, żarty w filmie Gunna są dość specyficzne. Prawie zawsze bazują na relacjach i dialogach wziętych jakby żywcem "z ulicy". Wynikają z bezkompromisowych sprzeczek i słownych utarczek, będąc kwintesencją dynamiki bohaterów i ich wzajemnych relacji. Jeśli ktoś nie przepada za takiego rodzaju "dowcipami", nowa odsłona Strażników może nie przypaść mu pod tym względem do gustu. Mi większość gagów przypominała w pewien sposób czasy szkolne, więc po prostu bawiłem się świetnie!


Piosenki jak zwykle są genialne. Nie tylko uzupełniają opowieść, ale są przede wszystkim świadectwem genialnej spuścizny muzycznej ery sprzed czterdziestu - pięćdziesięciu lat. Dużo spokojniejsze niż w poprzedniej odsłonie, harmonizują z wzruszającymi scenami oraz pomagają lepiej wczuć się w sytuacje poszczególnych bohaterów. Czapki z głów za taki dobór oraz pokazanie nowemu pokoleniu, że ponadczasowy przebój to nie tylko tępe "umcy-umcy" w dyskotece.

Efekty specjalne są oczywistą specjalnością tego filmu. Bez nich nie udałoby się odtworzyć tak widowiskowo całej galaktyki, a choć nie jestem "specjalistą" w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju wizualnych zgrzytów, mogę z całą szczerością zapewnić Was, że wyszły ekstra.
Przy okazji wizualizacji, muszę jeszcze wspomnieć o tym, jak fajnie wyszło ukazanie ataku jednostek Ayeshy na Strażników. Walka ze ścigaczami, których piloci znajdują się w zupełnie innym miejscu jest tą rzeczą, która dobrze funkcjonuje w książkach, lecz niekoniecznie na dużym ekranie. Na szczęście, ekipa wiedziała nie tylko co chce zrobić, ale też jak tego dokonać.

Aktorzy w większości perfekcyjnie wchodzą w swoje role. Obok niesamowicie stworzonych za pomocą komputera Rocketa i Groota na prowadzenie wybija się para Drax i Mantis. Choć ich wspólnych scen nie ma aż tak wiele, bardzo przekonująco oglądało mi się tą dwójkę, bo mają między sobą chemię, no i chyba z nich śmiałem się najczęściej. Jedynie Gamora mogłaby czasem zaprezentować cień nieco innych emocji, bo ta twarz typu "nie zadzieraj ze mną, mam okres" robi się powoli męcząca.


Czym więc są Strażnicy Galaktyki vol. 2?
To niesamowita jazda bez trzymanki, gdzie śmiech miesza się ze wzruszeniem, niezwykle dynamiczna akcja spowita jest niezapomnianą muzyką, a pomysły twórców filmu są równie szalone co ich bohaterów.
To film, który nie tylko polepsza samopoczucie. To coś, po co w ogóle chodzę do kina. Nie wiem jak Wy, ale ja w ciemnych salach z wielkim ekranem szukam świetnie spędzonego czasu, porcji dobrych żartów, emocji i łez. I ten film dał mi to bez wyjątku. Na swój pokręcony, dziwaczny sposób, ale jednak.
Jeśli więc podobała się Wam pierwsza odsłona Strażników, bez wahania pędźcie do kina na vol. 2! To film przyrządzony według tej samej receptury, lecz ze znacznie ciekawszym morałem niż jego poprzednik.

I Am Groot: 6/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz