czwartek, 15 czerwca 2017

RECENZJA: Ekho, tom 5: Sekret Preshaunów - Ch. Arleston, A. Barbucci

Seria Arlestona i Barbucciego o fantastycznym, lustrzanym świecie Ekho jawi się jako graficzna perełka na światowym rynku komiksowym. Autorom z powodzeniem udało się połączyć sympatyczną, bardzo szczegółową kreskę przywodzącą na myśl dorosłe animacje Disney'a, z lekkim, nieco humorystycznym scenariuszem przygodowym. Po trzech rewelacyjnych  tomach oraz nieco słabszym czwartym, cykl o przygodach długonogiej Fourmille znów wraca do formy.

W tej części razem z naszą bohaterką, jej towarzyszem Yurim oraz puchatym Sigisbertem  przenosimy się do Rzymu. Tam bowiem mieści się najwyższa instytucja preshaunów, zwana Watyshaunem. Tym z Was, którzy jeszcze nie poznali tej serii, na szybko wytłumaczę, o co w tym wszystkim chodzi.

Otóż Fourmille wraz z Yurim zostali za sprawą nieznanych mocy przeniesieni do dziwnego, fantastycznego świata zdominowanego przez wiewiórkopodobne stworzenia, zwane preshaunami. Ekho jest jakby zakrzywionym odbiciem naszej rzeczywistości. Występują tu te same metropolie i kontynenty, z tą tylko różnicą, że zamieszkują je wszelkiego rodzaju istoty rodem z książek i filmów fantasy. Podróże odbywają się na smokach, zamiast metra pasażerów pod ziemią przenoszą na swoim grzbiecie gigantyczne gąsienice, natomiast podróże morskie odbywają się na pokładach zbudowanych na wielkich kałamarnicach. 
Same preshauny zdają się w jakiś sposób kierować całym Ekho, lecz ich istnienie otoczone jest pewną niezbadaną tajemnicą. Otóż, aby pozostać na stałe w swej postaci, muszą regularnie pić... herbatę. Jeśli tego nie zrobią, zamieniają się w wielkie, krwiożercze bestie, nade wszystko łaknące ludzkiego mięsa.
Jakby tego wszystkiego było mało, Fourmille od czasu przybycia do Ekho  bywa  często nawiedzana przez duchy niedawno zmarłych osób. Jest to o tyle niezręczne, że następuje najczęściej w niespodziewanych momentach, i to zupełnie bez przyzwolenia samej bohaterki.

Tak więc trójka naszych przyjaciół dociera do Rzymu, gdzie na czas pobytu osiada w posiadłości niedawno poznanego hrabiego Francesco Castiglione-Borghese. Fourmille ma zamiar spotkać się z Mistrzem Glontodarge, który może pomóc odpowiedzieć jej czemu znalazła się w lustrzanym świecie.
I już w tym momencie wiadomo, że nic nie pójdzie tak jak zaplanowano. Sigisbert wyjawi przyjaciołom nieoczekiwane informacje o preshaunach, a przedziwne sploty wydarzeń poprowadzą bohaterów do poznania prawdy na temat największej tajemnicy Ekho.

Piąta odsłona Lustrzanego Świata pozostawia po sobie same dobre wrażenia.
Największym plusem tomu jest wyjaśnienie zagadki preshaunów. I choć nie jest to nic bardzo rewolucyjnego (ci sprytniejsi mogli częściowo podejrzewać jak to się potoczy), to fajnie że twórcy nie trzymali tego sekretu w nieskończoność. Ileż to serii cierpiało w przeszłości na skutek nieustannego przeciągania tajemnicy, wciąż oblekanej nowymi zagadkami?...
Akcja w Sekrecie Preshaunów toczy się szybko, Fourmille raz po raz wpada w nowe tarapaty, aby na końcu dzięki zdobytemu doświadczeniu ostatecznie zapanować nad sytuacją. Fabuła stale zaskakuje, każdy drobny element ma swój uzasadniony miejsce i czas.
Satyra  nie jest elementem dominującym, zresztą  ta seria nigdy nie miała podobnego charakteru. Ekho to zwyczajnie lekko humorystyczny komiks, przy którym uśmiech nie będzie schodził Wam z twarzy. Tym bardziej, że Alessandro Barbucci rysuje Fourmille tak apetycznie (i często dość kusząco), że czytelnicy reprezentujący brzydszą płeć na pewno dokładniej przyjrzą się niektórym kadrom.

I właśnie w rysunkach tkwi chyba największy czar tej opowieści. Idealnie oddają zamysł scenarzysty (Christophe Arleston), pokazując niecodzienność i piękno świata Ekho, wraz z dynamiką wydarzeń i kolorytem wszelkich postaci. Przy całym swoim bogactwie potrafią być jednocześnie bardzo klarowne, do tego stopnia, że nawet dalsze plany zachowują należytą szczegółowość.

Sekret Preshaunów to komiks dla wszystkich, którzy lubią awanturnicze, przygodowe historie podane w lekki, wesoły sposób.  Bez cienia wątpliwości mogę nazwać go pięknie narysowaną, dynamiczną jazdą bez trzymanki, która pozwoli na niecałą godzinkę odpłynąć z naszego szarego świata. W moim odczuciu właśnie temu służy dobra literatura, więc czegóż można wymagać więcej?

Moja ocena: 5,5/6.

Ps. Na końcowych stronach komiksu znajdują się szkice postaci Fourmille. Prawdziwa gratka dla fanów!


2 komentarze:

  1. Nareszcie się doczekałam. Co prawda ja tam nie lecę na Fourmillie, ale i tak komiks uwielbiam :-) Moją ulubioną częścią jest ta w Hollywood - te rysunki i postacie w drugim planie mnie rozłożyły na łopatki. Niestety na swój egzemplarz poczekam jeszcze chyba z miesiąc, ale dziękuję Ci za te recenzję. Przyjemniej się będzie czekało 😀
    Pozdrawiam
    Norsevia
    wbookach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń