czwartek, 22 czerwca 2017

RECENZJA: Lament (The Wailing) 2016

W ostatnich latach z dobrymi filmami grozy bywa różnie. Jeśli akurat nie ma  szału na daną tematykę podgatunkową, to poszczególne produkcje prezentują bardzo różny, często niezbyt zadowalający poziom. W takim układzie zdarzeń najlepszą formę pokazują twórcy spoza Hollywood, ponieważ nie nękają ich wielkie wytwórnie żądne wpływów z kas, a co za tym idzie, mają oni większą swobodę twórczą w przekazywaniu tego co dla nich istotne. No i jakoś tak w ogóle chyba bardziej im się chce.
 
Jedną z  perełek  spoza USA jest  Lament zrealizowany w Południowej Korei. Film mroczny, klimatyczny i co najważniejsze, bardzo specyficzny. Specyficzny w kontraście tego, co produkuje się obecnie na zachodzie. Nie znajdziemy tu wyskakujących z szafy potworów, komputerowo wygenerowanych duchów czy hektolitrów bryzgającej, sztucznej krwi.
W swoim filmie  Hong-jin Na (odpowiedzialny za reżyserię do własnego scenariusza) postawił na sedno opowieści i tego, co chce przekazać widzowi.  Otworzył przed odbiorcami swój umysł, uzewnętrzniając głęboki niepokój, a do tego całość zrealizował tak, żeby te tłumione pod skórą uczucia udzieliły się w czasie seansu zaproszonemu do zaprezentowanego świata gościowi.

Muszę przyznać, że z początku obraz Hong-jin Na nie za bardzo mnie do siebie przekonał. Pierwsze dwa kwadransy spędziłem zastanawiając się co i dlaczego usiłuje mi się pokazać. Na szczęście był to zaledwie wstęp do tego co zaplanowano na później.
Film rozpoczyna się w momencie, gdy policjant Jong-goo (Do-Won Kwak) żyjący w  małej, oddalonej od reszty cywilizacji miejscowości  zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Tam okazuje się jednak, że nie jest to przypadek w jakikolwiek sposób  podobny do  innych. Powszechnie wiadomo, że takie dramatyczne  incydenty często burzą spokój i poukładany tryb wydarzeń niewielkich społeczności. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Gdy do głosu dochodzą wkrótce nowe, szokujące wydarzenia, trop prowadzi naszego bohatera ku postaci niejakiego Japończyka, tajemniczego mężczyzny żyjącego samotnie w górach. Co ciekawe, człowiek  ten zaczyna pojawiać się też w dręczących go  snach. Kiedy do całej gęstwiny spowitych dreszczem grozy wydarzeń dochodzi dziwne zachowanie kilkuletniej córki naszego bohatera, dla Jong-goo wreszcie zaczyna być jasne, że nie tak łatwo przyjdzie mu rozwiązać tą obezwładniającą, straszliwą zagadkę.
Na tym etapie film zdążył nabrać właściwego tempa, zmierzając niespiesznie ku nieoczekiwanemu finałowi, który sprawił, że wszystko co oglądałem na początku nabrało zupełnie innego znaczenia. Nie zamierzam jednak pisać o treści już nic więcej, samo odkrywanie poszczególnych kart scenariusza jest ucztą, którą należy delektować się samodzielnie.


Jak wspomniałem  powyżej, Lament  nie jest  filmem, który straszy widza wymyślnymi, wizualnymi rozwiązaniami. To obraz, jaki wbija nam do głowy pytanie o sens  walki z wszechmocnym złem. Złem, od którego nie ma ucieczki, a które wciąż łapie nas w swe sidła. Pokazuje jak beznadziejna może być sytuacja, kiedy znajdziemy się w polu działania sił, na które w żaden sposób nie mamy wpływu.
Co jeszcze ciekawsze, film Hong-jin Na pozwala na pewną dowolność interpretacji sensu wydarzeń. Dzieje się tak za sprawą zachowania powściągliwości twórcy w bezpośredniej styczności z tematem. Na samym końcu wszystkie wydarzenia układają się w spójną całość, którą porządkowałem w głowie jeszcze wiele godzin po obejrzeniu filmu.
Lament jest zjawiskowy także za sprawą budowy całej historii. Mieszanka stylów, którą operuje reżyser z pewnością zepsułaby niejedną inną produkcję. Mamy tu mistycyzm, elementy komedii i pastiszu, dramat rodzinny, a całość przypomina kolaż inspiracji zaczerpniętych z najróżniejszych filmów grozy.  Jednak reżyser doskonale wie z jakim materiałem pracuje, więc ani tematyka zombie, istota opętania oraz obecność zła czy nawet przedziwne wizje nie są w stanie zachwiać stabilnej i dokładnie przemyślanej konstrukcji filmu.

Aktorsko film prezentuje się bez najmniejszych zgrzytów. Nie ma tu wielu ról zapadających głęboko w pamięć (w końcu w jakim horrorze były?), ale można śmiało stwierdzić, że postacie zbudowane są poprawnie. Tkwią mocno w opowiadanej historii, dodając niezbędne emocje, aby widz był w stanie zaangażować się w opowieść i odczuwać wszelkie koncepcje twórców.
Muzyka pomaga budować napięcie oszczędzając na swej formie, ale w pewnych momentach robi naprawdę kolosalne wrażenie. W pamięci szczególnie zapada podróż egzorcysty, pościg za Japończykiem oraz głośna scena okiełznywania zła.


Lament jest filmem, o którym wiele można powiedzieć, ale żadna rozprawa o nim nie zastąpi ponad dwu i półgodzinnego seansu. To produkcja przemyślana i odważna. Za sprawą odmiennej kultury, w której powstała, wyjątkowo tajemnicza dla widza z zachodu. Prowokuje pytania, na które odpowiedzi każdy z nas udzieli sobie sam, a tyle ile widzów, tyle cennych przemyśleń pojawi się w ich głowach.
Dla sympatyków kina grozy to pozycja obowiązkowa i trochę szkoda, że film na świecie przeszedł nieco niezauważony. Często tak bywa, że wytwórnie stawiają na prostotę straszenia, kiedy tuż obok  powstaje historia godna zapamiętania i dyskusji. Dlatego zachęcam Was do obejrzenia Lamentu. To naprawdę świetny, głęboko przerażający film.

Moja ocena: 6/6.
 

1 komentarz:

  1. Genialny film. Nic dodać, nic ująć. Pamiętam, że po seansie miałem straaszny mindfuck i z wielkim zaciekawieniem szukałem różnych interpretacji i kulturowych znaczeń symboliki, którymi ten film jest przepełniony. Coś pięknego, uwielbiam takie wymagające filmy. Od niedawna "Lament" jest dostępny na Showmax więc chyba niedługo oglądnę go sobie jeszcze raz

    OdpowiedzUsuń