wtorek, 6 czerwca 2017

RECENZJA: Wonder Woman (2017)

Nie mamy wielu filmów o superbohaterkach w światowej filmografii, oj, nie mamy... Czy aby na pewno?
Jeden i to naprawdę konkretny już jest!

Diana Prince, szerszej publiczności znana jako Wonder Woman właśnie wkroczyła do kin na całym świecie i jak pokazują pierwsze sondaże finansowe, jej pochód jest co najmniej udany. Cieszy mnie ten fakt niezmiernie, ponieważ najwyższy był to czas, aby zdjąć wreszcie ciążące nad DCEU fatum wiecznego niezadowolenia i gorzkiego rozczarowania fanów. Na szczęście ja do tej grupki wzajemnej adoracji się nie zaliczam (no, może poza kwestią Suicide Squad), tym większą mam też frajdę, że film zyskuje przychylne opinie widzów oraz wszelkich wąsatych, spoconych krytyków.

Co zatem otrzymaliśmy tym razem i jak to się różni od poprzednich produkcji z cyklu?

Po pierwsze, kolejne, choć dość ciekawie poprowadzone "origin story", gdzie towarzyszymy głównej bohaterce (Gal Gadot) w jej drodze ku przeznaczeniu. Jest to ciekawe z tego względu, że reżyserka (Patty Jenkins) i scenarzysta (Allan Heinberg) postanowili mocno zmienić komiksową historię. Osadzili losy Wonder Woman sto lat wstecz, w czasie ostatnich miesięcy I Wojny Światowej. Oczywiście, to zmiana ogólna, ale pewne sprawy nie uległy aż takiej transformacji.
Poznajemy Dianę jako córkę Hipolity, królowej Amazonek na wyspie Themyscira, gdzie pod okiem czujnej pani Generał Antiopy (Robin Wright) uczy się wszelkich sztuk walki. Dzieje się to poza wiedzą władczyni, a Diana, choć ma świadomość, że została ulepiona z gliny i obdarzona życiem przez Zeusa (niestety, tej sceny zabrakło w filmie), nie domyśla się nawet kim (lub czym) tak naprawdę jest. My widzowie, też tego z początku nie wiemy, dlatego przemilczę ową puentę, aby nie zepsuć seansu tym z Was, którzy w kinie jeszcze nie byli.
Pewnego pięknego, słonecznego dnia na Temyskirę dociera niejaki Steve Trevor (Chris Pine), którego nieoczekiwana  obecność będzie przyczyną wędrówki oraz życiowej decyzji tytułowej bohaterki. Steve okazuje się bowiem wojskowym szpiegiem działającym na niekorzyść Niemców. Jego opowieści o wojnie oraz atak grupy żołnierzy na siedzibę Amazonek skłonią Dianę do opuszczenia swego świata, celem zakończenia potężnego wpływu boga wojny Aresa na świat ludzi.

Po drugie, Wonder Woman to dobrze  wymyślona historia z wyraźnymi postaciami i nieźle wyłożonym przesłaniem. Diana ma konkretną misję, a w czasie jej realizacji widz doświadczy mnogości akcji, humoru a nawet paru krótkich wzruszeń. Scenariusz krok po kroku łączy wszystkie elementy, które mają czas aby odpowiednio wybrzmieć na ekranie. Różnorodność ludzkich charakterów nie jest tu pozostawiona sama sobie i z prawie każdego zwrotu akcji wynika kolejny splot fabularny. Dobór aktorów do ról wojennych towarzyszy Wonder Woman był kolejnym świetnym posunięciem. Odmienność ich osobowości oraz wzajemne interakcje bawią i nieustannie przyciągają uwagę.
Film mówi w prosty sposób o tym, że choć jako ludzkość nie jesteśmy pozbawieni strasznych wad, warto dać sobie nawzajem szansę. Na drodze ku temu celowi powinno leżeć wspólne działanie, niezależnie od tego jak wysoka będzie jego cena. Nie należy przy tym zapominać o drobnych, zwykłych radościach, jakimi są wierni przyjaciele oraz ulubione rzeczy.

Jakkolwiek dobrze ogląda się dzieło Patty Jenkins, ma ono kilka niepotrzebnych elementów, na które muszę zwrócić uwagę.
Najważniejsze z nich to wszędobylskie "slow motion" oraz mrok obecny w każdym filmie z DCEU. Omówię to po kolei.
Czy naprawdę każdą scenę akcji trzeba było ukazywać w ten charakterystyczny, kontemplacyjny sposób? Zwolnienie akcji dobrze działa przy scenach gwałtownych lub takich, gdzie zachodzi potrzeba zbudowania odpowiedniego napięcia. Tu niestety, doświadczamy tego w ponad połowie wszystkich scen walk, przez co została mi odebrana pewna przyjemność z ich oglądania.
Ponadto, zabieg ten sprawił, że Diana jawi się jak bohaterka niepotrzebnie obdarzona mocami Flasha. Te kilka ujęć, gdzie obserwujemy ją jak przygląda się lecącym w jej stronę kulom, wypadło w kontekście realizmu postaci i rzeczywistości dość nieciekawie.
Mrok jest w tym filmie częściowo uzasadniony (na szczęście nie doświadczamy go przez cały czas - sceny na Themyscirze rozgrywają się w pełnym słońcu), ponieważ mamy tu do czynienia z okresem wojny. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że jest to już czwarty film z komiksowego cyklu, nie jest to podejście zbyt oryginalne (ponadto, zwiastuny Ligi Sprawiedliwości pokazują, że na jesieni czeka nas jeszcze jedna powtórka z rozrywki).
W filmie znalazło się też sporo drobnych błędów, które nie wpłynęły na odbiór opowieści jako takiej. Czasem przed moimi oczami pojawiało się coś, o czym już zapomniałem, albo prawa fizyki zaprzeczały obserwowanym sytuacjom. Wiele produkcji tak ma, ten nie jest wyjątkiem.
Ludendorff (Danny Huston) i Dr Maru (Elena Anaya) jako główni antagoniści wypadają dość blado, lecz jeśli weźmiemy pod uwagę, że w istocie gra toczy się na zupełnie inną skalę, ich role i postacie nabierają pewnego marginalnego znaczenia.
Szkoda też, że zabrakło czasu na rozwinięcie kolejnego przesłania, które nieśmiało pojawiło się w kilku scenach. Problem braku odpowiedzialności za innych, reprezentowany przez bezwzględnych dowódców bez mrugnięcia skazujących żołnierzy na froncie miał szansą dodać ważną kwestię do obrazu. Na szczęście główna myśl wyklarowała się w Wonder Woman należycie.


Na koniec warto napisać o roli Gal Gadot i kreacji Wonder Woman jako takiej. Aktorka w pełni udźwignęła tę postać. Odniosłem pewne wrażenie, że ta rola była nawet częściowo pisana pod jej możliwości.
Sama Diana natomiast, to przykład tej kobiety, która w swym majestatycznym pięknie nie została ani trochę przerysowana. Choć nosi obcisły, skąpy strój, nie jest wyzywająca czy wulgarna. To ważne, jeśli przed oczami będziemy mieli postać, która potrafi współczuć i pomagać innym, przy jednoczesnym byciu osobą w pełni niezależną.

Wonder Woman jest więc filmem wielce satysfakcjonującym, nie udało mu się jednak uniknąć paru błędów. Na szczęście nie wpływają one aż tak bardzo na ogólny odbiór widowiska, co sprawia, że większość z Was powinna bawić się na nim bardzo dobrze.
Czy jest to najlepszy film z dotychczasowych w DCEU? Być może tak, ale to każdy musi ocenić już sam.

Moja ocena: 5/6.
 

2 komentarze:

  1. Sam zaliczam się do tego "kółka wzajemnej adoracji"krytykującego filmy DCU bo zwyczajnie się na nich strasznie męczyłem, ale "Wonder Woman" jest dla mnie olbrzymim pozytywnym zaskoczeniem. W zasadzie oprócz nazbyt gamingowych efektów specjalnych i wspomnianego przez Ciebie nadużywania slow-motion, to film Patty Jenkins pozbawiony jest jakichś większych wad. Poza tym, w koncu DCU zrobiło film w którym są jakieś emocje, w którym kibicuje się bohaterą i na którym można się i szczerze zaśmiać i wzruszyć. Duża w tym rola znakomitej ekranowej chemii między Gal Gadot a Chrisem Pine'em. Chętnie zobaczę ten film jeszcze raz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że DCU robi swoje filmy w innym tonie niż Marvel uważam za plus. Chyba doszliśmy też do takiego momentu, kiedy studia będą musiały pokusić się o pewną zmianę stylistyki. Ta bardzo radosna i nadmiernie poważna wkrótce się wypali. Nadchodzi potrzeba świeżości i trzeba będzie w adaptacjach komiksów iść w kino gatunkowe, co pokazały m.in. produkcje: Wolverine i Deadpool.

      Usuń