poniedziałek, 31 lipca 2017

WYWIAD: Odys J. Korczyński (autor powieści Klauni)

Nie pierwszy raz okazuje się, że autorzy, podobnie jak pisane przez nich książki, są niewyczerpanym źródłem interesujących tematów. To, co znajdujemy na stronicach lektury jest bardzo często zaledwie skrawkiem ich osobowości oraz głębszych, prywatnych przemyśleń.
Po raz kolejny mogłem przekonać się o tym, rozmawiając z  Odysem J. Korczyńskim, autorem książki Klauni (wyd. Novae Res), będącej pod patronatem Skrzydeł Gryfa.
Zapraszam Was serdecznie na ten wywiad.
 

czwartek, 27 lipca 2017

RECENZJA: Aquaman vol. 2 - Black Manta Rising

Aquaman to jedna z tych postaci spośród bohaterów DC, która nie szczyci się aż taką rozpoznawalnością jak Superman, Wonder Woman czy Batman. Szkoda, lecz sprawa ma jednak szansę zmienić się już tej jesieni, kiedy w kinach zadebiutuje produkcja  Justice League, gdzie Aquaman będzie jedną z pierwszoplanowych postaci. Dla tych z Was, którzy  pozostają wierni  komiksowym pierwowzorom, przygotowałem omówienie drugiego tomu przygód Arthura Curry, który ukazał się niedawno w USA.
 
Po ekscytujących wydarzeniach z poprzedniego tomu Aquaman ma nadal pełne ręce roboty. Napięta sytuacja pomiędzy światem lądu a Atlantydą  wciąż pozostaje nierozwiązana, tymczasem za rogiem  czai się jeszcze groźniejsze niebezpieczeństwo. Black Manta, który  podporządkował sobie tajną organizację N.E.M.O. szykuje atak nie tylko na swego odwiecznego przeciwnika, ale na cały świat. Jego celem oprócz zniszczenia Aquamana jest dominacja nad planetą, a chce dokonać tego wywołując pozorowaną wojnę pomiędzy USA i Atlantydą.
W międzyczasie Mera mierzy się z obowiązkami przyszłej królowej, które nakazują jej odbyć nauki w Wieży Wdów. Tam poznaje przepowiednię, która dyskredytuje ją jako przyszłą władczynię, a złamanie tego ostrzeżenia grozi strasznymi w skutkach komplikacjami. Jak wkrótce się okaże, wizja zacznie sprawdzać się szybciej niż zakładano. Na domiar złego, Liga Sprawiedliwości (której członkiem jest Aquaman) zostaje postawiona pod ścianą, pragnąc z jednej strony pomóc Arthurowi udowodnić niewinność Atlantydów, a jednocześnie pozostać wierną swym bezstronnym postanowieniom. 
 
Dan Abnett kontynuuje swą opowieść rozpoczętą w poprzednim tomie z cyklu Rebirth i muszę przyznać, że robi to w sposób niezwykle satysfakcjonujący. Polityka, wojna, wielkie potwory, przepowiednie, intrygi, miłość i przyjaźń. To wszystko znajdziecie w tym tomie Aquamana! Co ciekawe, przy tak złożonej fabule i wielowątkowości historii,  nader  łatwo połapać się w czym rzecz. Akcja pędzi do przodu, a czytelnik nawet przez chwilę nie ma poczucia zagubienia.
Na dodatek otrzymujemy tu wyraziste, pełne emocji postacie. Honorowy i niezłomny Aquaman, wierna i piękna Mera, pałający nienawiścią i bezwzględny Black Manta, odważny Murk, czy jak zawsze prawy i dobroduszny Superman. Każdy z bohaterów napisany został ciekawie, a z wieloma możemy się łatwo identyfikować. Może tylko poza Black Mantą, bo choć to główny antagonista, scenarzysta dał mu w tym tomie dość mało własnego czasu.  Pełni on w większości funkcję  wszechobecnego złego pociągającego za sznurki, a większą chwilę dostaje dopiero w finale historii.
Na osobną uwagę zasługuje oddział specjalny Aquamarines. Jest to grupa zmodyfikowanych genetycznie żołnierzy, którzy posiedli cechy różnych morskich istot.  Na zlecenie Amerykańskiego rządu dostają  rozkaz ostatecznego wyeliminowania Arthura. Mam nadzieję zobaczyć ich jeszcze kiedyś w akcji, bo nie dość że są niezwykle skuteczni, to jeszcze po przemianie prezentują się naprawdę wspaniale.

Graficznie Black Manta Rising to nadal ścisła czołówka. Scot Eaton, Brad Walker i Philippe Briones zadbali o realistyczną, dynamiczną kreskę, dzięki której przygody Aquamana nabierają tych cech, za które pokochałem je już w erze New 52. Uwagę czytelnika przykuwa także szczegółowość dalszych planów, widoczna szczególnie w przedstawianiu Atlantydy czy wnętrza statku Manty.
 
Czy zatem czytać nowego Aquamana? Oczywiście, że czytać!
To niesamowita, dobrze napisana i wciągająca opowieść, która nabiera dodatkowego znaczenia w świetle terrorystycznych wydarzeń w realnym świecie. Pokazuje, jak można być mądrym w sytuacjach, które pozornie wydają się być bez wyjścia oraz jak zachować własną twarz, kiedy większość widzi w nas wyłącznie negatywne cechy.
Dlatego polecam Wam Aquamana.  Dodatkowo gwarantuję, że po filmie Justice League na pewno nie będziecie lubić go bardziej!
 
Moja ocena: 5,5/6.
 

sobota, 22 lipca 2017

RECENZJA: To Doprawdy Kiepska Sprawa, Kiedy Bestia się Pojawia - Tadeusz Baranowski

To Doprawdy Kiepska Sprawa, Kiedy Bestia się Pojawia jest bezpośrednią kontynuacją przygód Fruwaczków, których losy opisane w albumie Jak Ciotka Fru-Bęc Uratowała Świat od Zagłady recenzowałem w tym miejscu. Już na końcu tamtego albumu została zasugerowana kontynuacja przygód Amadynki, Huzarka, czcigodnego Kakapo, wuja Ludwika i ciotki Fru-Bęc. Poszedłem więc za ciosem i przypomniałem sobie tą uroczą historię sprzed lat. Tym bardziej, że wydawnictwo Ongrys wznowiło ją ostatnio wraz z pierwszym tomem cyklu.

Jak przystało na prawdziwie emocjonującą historię, komiks Tadeusza Baranowskiego rozpoczyna istne trzęsienie ziemi. Osada Fruwaczków zostaje zaatakowana przez hordę szarańczy, która niszczy wszystko na swojej drodze. Owadzia armia działa na polecenie Czarnego Ptaszyla, a jej celem jest zdobycie ukrywanego przez małe istotki nasiona kwiatu zła. Jakby tego było mało, prawie wszyscy mieszkańcy zostają schwytani i uprowadzeni przez bezwzględne oddziały robali. Na wolności pozostają tylko Amadynka i Huzarek, którzy co prędzej udają się po pomoc do dobrego Kakapo.
Czy uda im się uratować swych pobratymców? Jak Czarny Ptaszyl zamierza wykorzystać nasiono zła? Kto okaże bohaterom pomocną dłoń? Spokojnie, wszystkie te pytania znajdują swe szczęśliwe rozwiązanie w komiksie.

Choć sama historia ponownie jest bardzo prościutka, muszę stwierdzić, że zrobiła na mnie jeszcze lepsze wrażenie niż jej poprzedniczka. Stało się tak za sprawą kilku mądrych decyzji, które podjął autor, planując cały scenariusz.
Mamy więc powracających bohaterów, których zdążyliśmy poznać i polubić w pierwszej części. Różnicą jest odwrócenie ról, bowiem teraz to Amadynka i Huzarek będą starali się uratować swoich przyjaciół. Oprócz starych znajomych poznajemy też kilku nowych, a pojawiają się oni zarówno po stronie dobra jak i zła. Do mnie najbardziej przemówił pająk Paproszek, na którego słodko-drapieżny widok od razu zmiękło mi serce. 
Zamiast tworzyć kolejnego złoczyńcę, autor zaproponował nowy wygląd poprzedniego. I tak jak w przypadku poprzedniej opowieści, gdzie nasz niepokój budziła nieznajomość dokładnego wyglądu Ptaszyla, tutaj skóra cierpnie nam, kiedy widzimy go w całej okazałości. Oprócz tego, jego kwestie dialogowe są naprawdę rozbrajające. To niezwykły przykład dyktatora, który kontroluje całą sytuację, lecz jest tak zaślepiony w swej domniemanej wspaniałości, że umyka mu to, co zwykle ma przed nosem. Doskonale i z humorem zbudowana postać.
Rozwojowi uległ też pomysł i sposób pielęgnacji nasiona zła. To właśnie z niego ma narodzić się tytułowa bestia, lecz nie zamierzam psuć Wam frajdy, zdradzając w jaki ohydny sposób Ptaszyl chce tego dokonać. Napiszę jeszcze tylko, że uwięzione Fruwaczki będą miały bardzo nieprzyjemne zadanie do wykonania. 
W nowej części nie skupiamy się też wyłącznie na trwającym związku Amadynki i Huzarka. Oprócz nich miłość odnajdują także inne postacie, a komitywa istniejąca pomiędzy pozostałymi bohaterami zyskuje oczekiwaną w swej strukturze głębię.

W strefie graficznej Tadeusz Baranowski kontynuuje to, co uczyniło go jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów w naszym kraju. Plansze komiksu są klarowne, niezwykle barwne i wesołe. Nawet sceny z zamku i owadziej krainy Czarnego Ptaszyla cieszą oko, nie wywołując strachu wśród najmłodszych. W opowieści dominuje brąz, czerwień i zieleń, czyli kolory typowe dla lasu, łąki i ziemi. W końcu to wśród nich rozgrywa się każda przygoda Fruwaczków.
Nie po raz pierwszy znać, że autora w ilustrowaniu swych dzieł nie ogranicza nic, poza własną, niezmierzoną wyobraźnią.

To Doprawdy Kiepska Sprawa, Kiedy Bestia się Pojawia jest świetnym przykładem udanej kontynuacji, która czerpie wzorce ze swej poprzedniczki, ulepszając i poszerzając to, co było w niej dobre. Doskonale narysowana, śmieszna i pouczająca, stanowi idealną lekturę dla najmłodszych oraz wszystkich tych, którzy nie są hipokrytami i otwarcie sięgają także po takie dziecinne historie.

A co z trzecią odsłoną cyklu?... Wszak na końcu autor napisał, że "to już koniec, ale nie za bardzo". Czekamy!

Moja ocena: 5,5/6.

środa, 19 lipca 2017

Luke Skywalker z klocków Lego na SDCC 2017

Okazuje się, że nie tylko Flash zbudowany z klocków Lego zawita na tegoroczne San Diego Comic Con. Kolejną postacią odtworzoną za pomocą malutkich elementów będzie jeden z największych Jedi w historii uniwersum Star Wars - Luke Skywalker (oczywiście w wersji z najnowszej trylogii).
 
 
Choć postać Luke'a będzie podobnej wysokości co najszybszy człowiek świata (około 180 cm), do jego budowy użyto znacznie większej ilości elementów. Kultowy bohater powstał z aż 36.743 klocków Lego!
To naprawdę imponujące dzieło i w sumie aż cholera mnie bierze, że mogę sobie na to popatrzeć wyłącznie na zdjęciu...
 



poniedziałek, 17 lipca 2017

PATRONAT SKRZYDEŁ GRYFA: Klauni - Odys J. Korczyński

 
Są takie książki, które sprawiają że w czasie lektury rozglądacie się nerwowo wokół siebie, zastanawiając się, czy rzeczywistość, w której żyjecie jest aby na pewno taka, jaką się wydaje. Być może pamiętacie wieczory, kiedy po wejściu do łazienki patrzyliście w lustro, myśląc, czy postać odbijająca się w nim jest tą, która stoi po drugiej stronie.  Jadąc autobusem do pracy lub szkoły i obserwując ludzi wokół rozważaliście, czy aby na pewno są oni tymi, za kogo ich bierzecie. Przyznajcie się, mieliście tak czasem, prawda?
Dlatego też polecam Wam Klaunów Odysa J. Korczyńskiego. To książka, która wyciągnie z Was więcej podobnych pytań. Lecz to nie wszystko!

Niepokój, angażująca fabuła oraz nietuzinkowi bohaterowie stanowią gruntowną podstawę tej powieści, a sednem są pytania o przyszłość i samodzielność jednostki. Za pomocą historii o wynalezieniu sposobu na wykorzystanie odkrytych genów lustrzanych autor roztacza przed nami niepokojącą i fascynującą wizję przyszłości. Przyszłości, w której być może niedługo przyjdzie nam żyć. Ileż już bowiem razy pisarze inspirowali lub przewidywali to, co ludzkość potrafiła odkryć dopiero w nadchodzących dekadach?

Cała historia rozpoczyna się, kiedy główny bohater powieści - Marek, wychodzi na wolność z więzienia. Wcześniej był złodziejem, a jak to w życiu bywa, pewnych przyzwyczajeń bardzo trudno jest się pozbyć. Tak też stało się w jego przypadku. Na opuszczonej stacji benzynowej mężczyzna spostrzega niezwykły samochód - piękną, czerwoną alfę romeo. Nie mogąc wygrać z własną chciwością, zauroczony wsiada do auta. W pewnym momencie na tylnym siedzeniu spostrzega coś dużego, nakrytego kocem. Ku jego przerażeniu okazuje się, że jest to martwy mężczyzna w stroju cyrkowego klauna. Na piersi ma zawieszoną tabliczkę, głoszącą: "Czy ja na pewno nie żyję?".
To jednak nie koniec zaskoczeń, ponieważ na stację niespodziewanie wjeżdża policyjny radiowóz. Jakby tego było mało, klaun nagle odzywa się do Marka, zachęcając go do stratowania policjantów i wspólnej ucieczki. Adrenalina, strach i siła sugestii sprawiają, że były więzień korzysta z rad mrocznego pomocnika. Wkrótce za jego sprawą trafia do małej miejscowości Ożenny, gdzie rozpocznie kolejny etap swego życia. Życia, w którym od chwili kradzieży samochodu już nic nie będzie takie samo, a Marek  zostanie rzucony w wir sekretów i machinacji, które bezpowrotnie zmienią jego postrzeganie świata.

To jednak zaledwie sam początek powieści Odysa J. Korczyńskiego. Wierzcie lub nie, ale autor ma nam do opowiedzenia o wiele więcej niż standardową historię o klaunie, który nawiedza i nęka głównego bohatera. Choć po przeczytaniu początkowych rozdziałów mogłoby się tak wydawać, w istocie powieść jest historią o niezwykłym odkryciu korporacji Gutrie.
Czołowa firma zajmująca się produkcją baterii, znajduje sposób tworzenia lepszych ludzi, znacznie bardziej dostosowanych do trudnych zadań. Jak to często bywa, jeden wynalazek ciągnie za sobą kolejny. Niestety, nowe odkrycie naukowca  Cyprysa jest na tyle przełomowe, że szybko powoduje nieodwracalne w skutkach kłopoty. I jak być może się już domyśliliście, wcześniej wspomniany Marek z jakichś powodów znajdzie się w samym ich centrum.

Badania nad DNA, straszliwi klauni, podziemne miasta i niezwykła, głęboka tajemnica. Przerażające stwory żyjące pomiędzy rzeczywistościami oraz niezbadane, równoległe światy. Taki właśnie mix serwuje nam Odys J. Korczyński w swej pierwszej, zaplanowanej na sześć części opowieści.
Lekkim, łatwym do przyswojenia językiem autor maluje przed naszymi oczami przygodową historię w klimacie najprawdziwszego science-fiction. Całość sprytnie okrasza pytaniami o drogę ludzkości, a nawet przyszłość całego globu.
Klauni to nie tylko wciągająca, absorbująca lektura. Cała powieść zaplanowana została tak, aby podczas czytania nie zdradzić czytelnikowi zbyt wiele, a po zakończeniu lektury zachęcić do powrotu na swe strony. Wiele niejasności zostaje wyjaśnionych dopiero w finale (choć nie wszystkie - na resztę trzeba będzie jeszcze poczekać), a ponowne zagłębienie się w treść pozwala lepiej zrozumieć cały sens przedsięwzięcia. Ja właśnie tak zrobiłem i dopiero wtedy w pełni doceniłem mądrze zaplanowaną strukturę tej książki.
Warto też wspomnieć o specyficznej narracji Klaunów. Rozdziały z udziałem Marka spisane zostały jego własnymi słowami, resztę treści przekazuje nam już autor. Dzięki temu łatwiej jest wczuć się w sytuację nie znającego wszystkich faktów bohatera, natomiast pozostałe opisy wydarzeń tworzą naturalne odbicie poznawanego stanu rzeczy.

Przyznam się Wam, że przyjmując patronat nad Klaunami, obawiałem się trochę, czy książka sprosta moim specyficznym upodobaniom. W końcu Skrzydła Gryfa to blog subiektywnych ocen i w żadnym wypadku nie zamierzam naginać się do praw narzucanych przez popkulturalny rynek czy otoczenie. Na szczęście okazało się, że moje obawy były bezpodstawne.
Lekki, obrazowy język autora, sprytna złożoność historii oraz fascynująca tajemnica sprawiły, że mogę dziś z czystym sercem polecić Wam powieść Odysa J. Korczyńskiego.

Jeśli szukacie książki, która wciągnie Was do swego świata oraz zaskoczy nieszablonowymi rozwiązaniami - Klauni z pewnością są tym, czego szukacie. Inteligentną, satysfakcjonującą rozrywką, która prezentując pewną wizję przyszłości, rodzi bardzo ciekawe pytania. A przecież w science-fiction o to właśnie chodzi, prawda?

Dajcie się wciągnąć klaunowi w jego podstępną rozgrywkę i sprawdźcie ile z niego drzemie w Was samych! Odpowiedź na pewno Was zadziwi!


Klauni - Odys J. Korczyński
Wydawnictwo Novae Res 2017
ISBN: 978-83-8083-595-5.
Cena okładkowa: 33 zł

 

piątek, 14 lipca 2017

RECENZJA: Wojna o Planetę Małp (2017)

Nowe wersje Planety Małp to bardzo ciekawa seria. Nie tylko z szacunkiem odnoszą się do oryginału, ale budując początek tej niezwykłej historii niespodziewanie stały się jeszcze czymś innym - jakością i bardzo celnie sprecyzowanym pomysłem od samego początku do końca. To oczywiście zasługa wszystkich ludzi zamieszanych w przedsięwzięcie, którzy udowodnili, że w Hollywood można też kręcić filmy, które, choć z pewnością nastawione są na zysk, to jednak mają do przekazania widzowi coś więcej niż kilka wytartych żartów czy widowiskowych wybuchów.
To historia, która stoi nie tylko treścią, a przede wszystkim postaciami. W dużej mierze wykreowanymi za pomocą techniki komputerowej, lecz tak dopracowanych, że możemy przeżywać dokładnie to co one.
 
Taką postacią jest właśnie Cezar. Obserwowaliśmy jego życie od samych narodzin i żadna myśl czy pragnienie przywódcy małp nie jest nam obce. To zdecydowany opiekun, bohater, ojciec rodziny. To też postać, która walczy o spokojny byt swojej rodziny oraz całego gatunku. I jako takiego znajdujemy go w trzeciej odsłonie serii. Niestety, idylla nigdy nie trwa długo, a zło ponownie wyciągnie swe macki, aby zdruzgotać szczęście naszej podziwianej postaci. Bo taki w końcu ich los. Strzaskani, wymęczeni, poddani najgorszym doświadczeniom, muszą uparcie stawić czoła złu, dumnie podnosząc się z kolan. Pod tym względem Cezar w postać klasycznego herosa wpisuje się idealnie.

Ogólnie Wojna o Planetę Małp to wielopłaszczyznowa historia.
Najważniejszym z jej motywów jest opowieść o starciu dwóch charakterów. Z jednej strony obserwujemy naszego Cezara (Andy Serkis), który próbując zapewnić pokój swym pobratymcom mierzy się ze stopniowo przerastającą go siłą, z drugiej natomiast podziwiamy upór niejakiego Pułkownika (Woody Harrelson), dowodzącego zbrojną grupą wojskową, którego jedynym celem jest unicestwienie wszystkich małp.
Sposób w jaki są oni rozpisani i zagrani, to prawdziwa rewelacja. Zimne, bezwzględne kalkulacje Pułkownika idealnie kontrastują z emocjonalną, niepochamowaną dynamiką Cezara.
Pokonanie Koby było dla Cezara wielkim wyzwaniem, lecz w sercu przywódcy małp wciąż tkwi zadra wywołana tamtym zdarzeniem. To m.in. dlatego do głosu często dochodzi mroczna część jego osobowości, która eksploduje w chwili największej straty i bezwolnie pcha naszego bohatera ku nieodpowiednim, wręcz samolubnym decyzjom.
Spryt Pułkownika bierze górę, kiedy okazuje się, jak skrupulatnie zaplanował całą swą wendettę przeciw inteligentnym małpom. I właśnie w chwili, gdy Cezar zbłądził w  mroku swej osobowości najbardziej, zostaje zmuszony stanąć twarzą w twarz z tym, co się stało za sprawą własnego błędu. Czas na odzyskanie utraconego autorytetu oraz szersze spojrzenie na wspólną przyszłość być może przyjdzie później, lecz przez większą część filmu nie jesteśmy pewni czy coś takiego w ogóle nastąpi.
Wierzcie mi na słowo, oglądanie drogi tych dwóch postaci to chyba największa przyjemność wynikająca z tego filmu. Ich starcie (choć wspólne interakcje nie zajmują zbyt wielkiej części filmu) wywołuje pytania, emocje i wrażenia, z którymi będziecie musieli zmierzyć się już na swój własny sposób.

Skoro wspomniałem już o drodze, to właśnie podróż jest kolejną ważną częścią produkcji. Postapokaliptyczny świat przedstawiony w Wojnie o Planetę Małp oraz stosunkowo mała ilość postaci często przywodziły mi na myśl film Droga (The Road). Różnicę stanowiło umieszczenie wędrówki naszych bohaterów w czasie śnieżnej zimy (co również utrudniało im wszelkie poczynania).
Tu też uwypuklono wątek towarzyszy, podążających za głównym bohaterem bez względu na konsekwencje. Relacje, wzajemna pomoc i prawdziwie zarysowane charaktery pozwoliły odczuć film całym sercem i dlatego wielkie brawa należą się aktorom wraz z animatorami, którzy tak pięknie stworzyli te postacie. Ich emocje w najprawdziwszy sposób przemówiły do mojego serca.

Oczywiście, nie zabrakło w Wojnie o Planetę Małp pewnego wątku zaskoczenia. Co w ogóle zadecyduje o tym, że Ziemia stanie się lądem człekokształtnych, a ludzie znikną z niej nieomal bezpowrotnie? O tym przekonajcie się już sami. Ja zaznaczę tylko, że wszystko zaplanowano tak, aby ładnie połączyć tą myśl z poprzednimi filmami z cyklu.

Walka do utraty sił z nikczemnym złem, a także przemiany bohaterów czynią film w reżyserii Matta Reevesa bardzo ambitną, autorską produkcją. Jest niezwykle poważnie (lecz nie patetycznie), a momentami wręcz mrocznie, dlatego dobrze, że reżyser wraz z Markiem Bombackiem (scenariusz) wprowadzili do filmu postać dziewczynki Novy (Amiah Miller) i niejakiej Złej Małpy (Steve Zahn). Szczególnie ta druga postać wprowadza do produkcji sporo luźnego humoru, tak potrzebnego podczas trudnej wędrówki. Zarówno Nova jak i Zła Małpa są nie tylko wykalkulowanymi na efekt elementami obrazu. Ich rola w wydarzeniach filmu jest pomimo początkowego wrażenia bardzo dobrze przemyślana.

Wojna o Planetę Małp nie ustrzegła się niestety kilku scenariuszowych błędów, a jeden z nich jest na tyle duży, że nieomal psuje ważny element ostatniego aktu produkcji. Nie chcę pisać dokładnie o co chodzi, jest to bowiem informacja, która może zepsuć Wam przyjemność z seansu. Spróbujcie więc wyłapać to sami i podzielcie się tym w komentarzach.

Ostatnia odsłona losów Cezara jest niezmiernie ambitnym filmem, który stawia ważne pytania o sens walki o większe dobro i wewnętrzne zmagania z własnymi ułomnościami. Biorąc pod uwagę to, że mamy do czynienia z filmem stworzonym do przyciągnięcia milionów widzów do kin w letnim okresie, twórcom i wytwórni należą się wielkie brawa za odwagę w wykreowaniu tej historii w ten sposób.
A choć jest to opowieść o małpach, paradoksalnie to my, ludzie, bardzo wiele możemy się z niej nauczyć. Obyśmy tylko umieli wyciągnąć wnioski z odebranej podczas seansu nauki oraz tych wszystkich emocji. Czego Wam i sobie bardzo życzę.

Moja ocena: 5,5/6.
 

czwartek, 13 lipca 2017

Flash z klocków Lego na SDCC 2017

Jeśli wybieracie się w tym roku do San Diego na Comic Con (20-23 lipca), to zapewne będziecie mogli podziwiać tam wspaniały model Flasha, wykonany w całości z klocków Lego!
 
 
Najszybszy człowiek świata mierzy w tej wersji około 180 cm, a do jego budowy konstruktorzy z Lego użyli aż 20.909 klocków! 
Jeśli myślicie że do stworzenia takiej budowli można użyć mocy prędkości, jesteście w błędzie. Flash powstawał w siedzibie firmy przez 258 godzin, co łącznie daje ilość ponad 10 dni projektowania i składania non-stop! 
 
Oczywiście, postać sprintera z DC prezentowana na SDCC  jest wiernym odwzorowaniem jego wersji z nadchodzącego filmu Justice League.
 

 


środa, 12 lipca 2017

Szczerbatek (Toothless) od Sideshow Collectibles

Fani obu części animacji Jak Wytresować Smoka, a w szczególności dzielnego Szczerbatka, będą wkrótce naprawdę uszczęśliwieni. W ostatnim kwartale bieżącego roku Sideshow Collectibles wyda wspaniałą figurkę upamiętniającą tego niezwykłego, smoczego bohatera!
 
 
Za projekt postaci odpowiadają Ian McDonald, Dan Katcher i Stjepan Sejic, natomiast za kształt figurki odpowiedzialność wzięli Pure Arts oraz kratywny zespół firmy Sideshow.
Szczerbatek ma wymiary: 30 cm (wysokość), 24 cm (szerokość) i 34 cm (długość). Proporcje dobrze  widać na jednej z poniższych fotek z jabłkiem. Warto zauważyć, że figurka będzie też sporo ważyć. Producent twierdzi, że będą to aż 4 kilogramy!
 
 
 
 
Jeśli chcecie, już dziś możecie złożyć zamówienie na Szczerbatka na stronie Sideshow (w cenie 249,99 $) lub poszukać go w naszych internetowych sklepach wysyłkowych.
Smok to co prawda nie gryf, ale ja z chęcią na Szczerbatka bym się skusił. :-)
 


poniedziałek, 10 lipca 2017

RECENZJA: Ksin Koczownik - Konrad T. Lewandowski

Cykl opowieści o Ksinie kotołaku to obok Wiedźmina najlepsza i najciekawsza seria Polskiego fantasy. Oczywiście, to zbiór historii o Geralcie z Riwii rozpala myśli fanów nie tylko w naszym kraju, lecz osobiście uważam, że Ksin jest postacią znacznie ciekawszą od białowłosego, etatowego łowcy potworów. Dlaczego, zapytacie? Ano, choćby przez to, że sam jest potworem. I będąc potworem zachował więcej człowieczeństwa niż zwykli przedstawiciele gatunku ludzkiego.
 
Skoro już wiecie jak bardzo lubię powieści K. T. Lewandowskiego, czas opisać w skrócie co ciekawego dzieje się w piątym tomie Sagi o Kotołaku. A dzieje się sporo, choć nieco inaczej niż w poprzednich tomach.
Już z opisu na tylnej stronie okładki dowiadujemy się, że autor pieczołowicie przygotował  cały cykl do wznowienia, toteż podczas lektury poprzednich tomów w wielu miejscach można było wyczuć, które fragmenty powstały na nowo, a które napisane zostały wiele lat temu. Nie żeby to miało jakieś wielkie znaczenie, bo czyta się to wszystko bardzo fajnie, lecz jest jednak zauważalne. Piszę o tym, ponieważ w Ksinie Koczowniku takiego wrażenia już nie ma. To spójna, od początku do końca zaplanowana opowieść z wprowadzeniem, rozwinięciem i emocjonującym finałem.

Zapewne pamiętacie jak osobowość Ksina uległa magicznemu rozdwojeniu, za sprawą którego ta część jego bytu, która nie była obarczona klątwą pozostała w Świecie Błądzących Gwiazd. Tu właśnie rozpoczyna się nowy tom serii, a my zastajemy naszego bohatera jako nowo wybranego księcia oraz przywódcy koczowników. I tak u boku swej ukochanej Amarelis kotołak prowadzi dumny, wolny lud ku wizji stabilnego państwa.
Oczywiście, powieść Lewandowskiego nie byłaby kompletna, gdyby przeszłość Ksina nie upomniała się w końcu o jego życie. I tak też właśnie się dzieje. Gdy pewnej nocy nasz bohater zostaje zaatakowany przez krwiożerczą modliszkołaczkę, na jaw szybko wychodzą dawne sprawy i urazy jakie w poprzednim świecie pozostawił po sobie nasz bohater. Teraz, oprócz kłopotu z obroną własnego honoru i zapanowaniem nad strukturą plemiennych obyczajów, Ksin będzie też musiał walczyć o swoje życie oraz bezpieczeństwo współplemieńców.

Ksin Koczownik to świetna powieść drogi, gdzie poznajemy barwne zwyczaje koczowniczych rodów. Autor operuje zrozumiałym, prostym językiem, malując za pomocą swej wyobraźni obraz walecznej ludności oraz tego co jest dla nich najważniejsze. Próby wojowników, noc inicjacji, zaślubiny i honorowe tradycje opuszczania grupy to tylko niektóre z nich. Co ważniejsze, wszystko co przedstawia tu autor, fabularnie współgra z wydarzeniami w powieści.
A ta skupia się najczęściej na samym Ksinie, który w tym nowym dla siebie świecie musi udowodnić sobie i swym poddanym, że nie jest tylko potężną postacią z przepowiedni. Ze wszystkich sił stara się utrzymać autorytet, a co najważniejsze, zachować zimną krew gdy z poprzedniego świata dosięgnie go zemsta jednego z dawnych wrogów.
K. T. Lewandowski wprowadził w tej części kilka bardzo ciekawych postaci. Moją ulubioną od razu został straszliwy, okaleczony Czaszkun, ale oprócz niego z pewnością w pamięć zapadają postacie Hakonoża i Arpii, młodszej siostry Amarelis. Świetnie zarysowana została także nastoletnia Najsza, dziewczyna obarczona straszliwą klątwą oraz tajemniczy Moliwda, snujący Ksinowi niezwykłą opowieść o rzece.

Piąty tom cyklu o kotołaku jest przede wszystkim świetną powieścią przygodową, osadzoną w nowym, barwnym świecie. Autor kontynuuje swą historię dodając do niej nowe, świeże elementy, nie zapominając też o sednie  całego cyklu. Ja w tej części znalazłem nieomal wszystko co lubię. Zmagania z przeznaczeniem bohaterów, dynamiczne wojny i potyczki, miłość, a także głębsze emocje.
Jako minusy lektury wymieniłbym zbyt pospieszne zakończenie i chyba samą objętość powieści. Przy możliwościach jakie daje wykreowanie nowego świata, do całości śmiało można było jeszcze dodać z kilkadziesiąt stron.

Na koniec mała uwaga - jeśli nie czytaliście wcześniejszych książek o Ksinie, śmiało możecie zacząć swą przygodę właśnie z tym tomem. Za sprawą przeniesienia tytułowego bohatera do innej rzeczywistości, dotychczasowe wątki pojawiają się rzadko i nie powinny stanowić zagwozdki dla nowego czytelnika.

Moja ocena: 4,5/6.
 

niedziela, 9 lipca 2017

Klauni autorstwa Odysa J. Korczyńskiego pod patronatem Skrzydeł Gryfa!

Jest mi niezmiernie miło ogłosić, że Skrzydła Gryfa zostały patronem wydania książki Odysa J. Korczyńskiego - Klauni!
Powieść ukaże się już wkrótce nakładem wydawnictwa Novae Res.
 
W związku z patronatem możecie wkrótce spodziewać się recenzji oraz konkursu  na mojej facebookowej stronie.  Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, szybko polubcie profil Skrzydeł Gryfa, aby nie stracić szansy na wygranie egzemplarza tej ciekawej powieści!
 

  
MROŻĄCA KREW W ŻYŁACH PODRÓŻ DO PODZIEMNEGO MIASTA
 
Klauni to trzymająca w napięciu i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o skutkach niecodziennych eksperymentów przeprowadzanych na genach lustrzanych. Korporacja Gutrie zajmująca się produkcją baterii niespodziewanie znajduje nowe źródło dochodów - wytwarza "lepszych" ludzi, bardziej wytrzymałych i zupełnie pozbawionych lęku przed śmiercią. Jakie będą efekty pionierskich i kontrowersyjnych badań nad ludzkim DNA?
 
Główny bohater w dziwnych okolicznościach traci własną tożsamość. Jako były więzień próbuje więc dowiedzieć się, kim jest. W trakcie swoich poszukiwań odkrywa ostatecznie szokującą prawdę o własnej przeszłości oraz miasto stanowiące skutek uboczny nowatorskich operacji na genetycznych "duszach".
 
 

sobota, 8 lipca 2017

RECENZJA: Liga Sprawiedliwości, tom 8 - Wojna Darkseida (część 2)

Darkseid i Antymonitor rozpoczęli swą wyniszczającą potyczkę na Ziemi. Liga Sprawiedliwości po raz kolejny stanęła w centrum dramatycznych wydarzeń, które, jak się wkrótce okazało, nie dzieją się ot tak, bez głębszej przyczyny. Obie części Wojny Darkseida stanowią oczywiście zamkniętą, z przyczyn wydawniczych podzieloną na dwa tomy całość. Pierwszy recenzowałem tutaj, możecie więc na szybko zapoznać się z moją opinią na jego temat. Jeśli nie, zapraszam na  poniższe omówienie tomu drugiego.
 
W sumie to trochę zabawne, że komiks ma właśnie taki tytuł, bo już na pierwszych stronach staje się oczywiste to, co było prawie pewne od końca części pierwszej. Darkseid nie żyje.  Został unicestwiony przez Antymonitora oraz Czarnego Podróżnika, który łącząc się z ciałem Flasha zdołał pokonać władcę Apokolips. W ten właśnie paradoksalny sposób najgorszy władca wszechświata zniszczony został przez siłę, nad którą starał się wcześniej zapanować. Czy taki obrót spraw oznacza więc koniec całego zamieszania? O nie, tak łatwo wszystkim wywinąć się z tego nie uda!
Antymonitor zbiera siły aby powrócić pod swą poprzednią, niezwykle niebezpieczną postacią, członkowie Ligii za sprawą obcych mocy uwolnionych po śmierci Darkseida stają się potężnymi bogami, a na czoło niezwykłych wydarzeń powracają Myrina i jej córka Grail. W ogniu tych perturbacji pozostaje Wonder Woman, która wraz z odmienionymi towarzyszami będzie musiała znaleźć sposób aby doprowadzić wszystkie wydarzenia do porządku. Szybko okaże się też, że cała intryga została skrupulatnie zaplanowana, a jedynym sposobem na okiełznanie siły powracającego Antymonitora będzie niebezpieczny sojusz z Syndykatem Zbrodni. To w końcu ich świat poległ pod ciężarem mocy tego niszczyciela światów i znają go oni jak nikt inny.
 
Dopiero w części drugiej widać jak szczegółowo Geoff Johns zaplanował finałową potyczkę z dwoma niezwykłymi mocami. Choć Grail i jej matka Myrina pociągają za większość sznurków w tle historii, każda postać ma swój wyraźny udział w opowieści.
Co ważne, Wojna Darkseida zamyka w bardzo udany sposób wszelkie wątki z  całego cyklu Ligi Sprawiedliwości, ale również odnosi się do pozostałych postaci z uniwersum DC. Mamy tu więc niepokonanego Lexa Luthora powracającego jako bóg Apokolips  oraz sam Korpus Zielonych Latarni. W tym miejscu muszę wyrazić swój żal, że  w historii pominięto tą część, która mówi o powrocie Hala Jordana do swojej formacji.
 
Oczywiście, ósmy tom Ligi Sprawiedliwości nie jest opowieścią dla każdego. Nagromadzenie wątków, a przede wszystkim sama intryga oraz wyolbrzymione sedno ratowania świata nie przypadnie zapewne do gustu tym z Was, którzy wolą bardziej przyziemne historie. Tu bowiem padają wielkie teksty o mocy równania antyżycia i poświęceniu w imię większego dobra.
Na szczęście w komiksie znajdziemy też całkiem sporo pierwiastka ludzkiego. Widać to choćby za sprawą postawy Wonder Woman (której narracja nadal dominuje w opowieści), Steve'a Trevora oraz poświęcenia Zielonej Latarni - Jessici Cruz. I są to elementy, które mnie, zwykłego człowieka (oraz czytelnika) ujęły za serce najbardziej.
 
Wizualnie album to nadal najwyższa półka stylu superhero, oczywiście za sprawą Jasona Faboka. Oprócz niego (oraz Ivana Reis'a, Joe Prado i Oscara Jimeneza), za ilustracje odpowiada Francis Manapul (początek albumu). Co ciekawe, twórca ten bardzo przypadł mi do gustu wizualizacją Flasha, lecz tu jego prace jakoś do mnie nie przemówiły. Być może miał na to wpływ pewien mrok i większa szkicowość obrazów jakie musiał wykonać na potrzeby historii.

Wojna Darkseida zamyka więc losy Ligii Sprawiedliwości w Nowym DC Comics, dając nam wyjście do nowych przygód drużyny i reszty bohaterów w serii Rebirth. 
Dzięki pomysłom Geoffa Johnsa dopiero w tym tomie widzimy, że losy drużyny superbohaterów zostały skrupulatnie zaplanowane od samego początku do końca. Wszystkie wątki znalazły swe rozwiązanie, a pewne nowe tajemnice objawiły się po to, abyśmy wciąż mieli chęć na więcej.
Choć niektórzy fani komiksów mogą poczuć się przytłoczeni zagęszczonym przekazem poniższego wydawnictwa, nadal jest to świetna rozrywka dla uwielbiających tego typu historie. Sądzę, że warto się do niej przekonać. Ja całe spotkanie swoje z Ligą Sprawiedliwości w Nowym DC uważam za niezwykle udane.
 
Moja ocena: 5/6.
 

czwartek, 6 lipca 2017

RECENZJA: Spider-Man: Homecoming (2017)

Ach ten "friendly neighbourhood" Iron-Man. Zaraz, zaraz, jaki Iron-Man?... Przepraszam, pomyłka. Oczywiście chodzi mi o Spider-Mana! Zaraz wyjaśnię dlaczego do tekstu wdarł się ten błąd, lecz pozwólcie, że opowiem wszystko po kolei.
To już trzecie liczące się podejście do tematu Pajączka ze świata Marvela. Pierwsze dwie próby mają swoich sympatyków jak i zagorzałych przeciwników, głównie za sprawą podejścia do tematu źródłowego jak i aktorów odtwarzających główne role. I w sumie takie zróżnicowanie jest dobre, bo filmów nie robi się dla wszystkich, a każdy ma prawo ocenić je po swojemu. Dlatego właśnie ten świat jest taki piękny.

Spider-Man: Homecoming jest zdecydowanie inny od swoich poprzedników. Reżyser Jon Watts odcina się od komiksowej genezy, za punkt wyjścia obierając to, co widzieliśmy w Kapitanie Ameryce: Wojnie Bohaterów. Film zaczyna się więc świetnym wprowadzeniem bazującym na wspomnieniu starcia na lotnisku, nie zanudzając widza historią o tym, jak Peter Parker został ugryziony przez radioaktywnego pająka.
Jest to pomysłowy początek, lecz tu też pojawia się pierwszy zgrzyt filmu, bo choć Peter mieszka z ciotką May, przez cały seans nie dowiadujemy się jakie wydarzenia odpowiadają za taki stan rzeczy. A przecież jest to szalenie ważne w kwestii motywacji naszego bohatera (przynajmniej było w komiksie, nie pominięto tego również w poprzednich adaptacjach)! Przecież coś go skłoniło do pomagania innym pod postacią Spider-Mana. Każdy wie o co chodzi, nie będę teraz nad tym się rozwodził. Oczywiście, fakt że chłopak ma dobre serce częściowo załatwia sprawę, ale chyba nie każdy widz to kupi. Ja nie kupiłem. Tu więc scenarzyści (J. F. Daley, J. M. Goldstein, J. Watts, E. Sommers i Ch. McKenna) nie popisali się. Może za dużo osób tworzyło tą historię?

Peter Parker (Tom Holland) to oczywiście typowy nastolatek z własnymi problemami i marzeniami. Dzielą się one na niepohamowaną chęć dołączenia do drużyny Avengers oraz zdobycie upragnionej dziewczyny, Liz (Laura Harrier). Jak już możecie się domyślać, obie te sprawy będą ze sobą kolidować, wywołując wiele zabawnych i dramatycznych sytuacji, jednocześnie prowadząc nas do wybuchowego finału. Tym bardziej, że Peter jako Spider-Man uparł się, aby na własną rękę powstrzymać szajkę niebezpiecznych złodziei i sprzedawców obcych technologii. Zanim to się jednak stanie, film musi zaserwować nam właściwe wprowadzenie i niestety, ja nie do końca zostałem nim przekonany.


Choć pierwszy akt filmu ma na celu wprowadzić nas w całą historię, w pewnym momencie poczułem się znużony ciągłym sileniem się na żarty i brakiem przedstawienia bardziej emocjonującej akcji. Odnoszę wrażenie, że twórcy zanadto przesadzili z luźnym klimatem, na siłę uzmysławiając nam jakim fajnym i zwyczajnym chłopakiem jest bohater filmu. Być może za taki stan rzeczy odpowiada wybór grupy docelowej filmu, jaką z pewnością będą nastolatkowie.
Raził mnie też początkowy brak wprawy Petera w opanowaniu zdolności posługiwania się strojem Spider-Mana. Przecież w Wojnie Bohaterów chłopak wydawał się świetnie znać jego możliwości. 
Dopiero w drugim akcie, kiedy Spider-Man wyrusza śladem przestępców, film nabiera odpowiedniego tempa i oczekiwanych emocji. I tu nie może być inaczej, skoro od samego początku opowieści jako mentor Pajączka jest przedstawiany sam Tony Stark (Robert Downey Jr.).

W tym momencie pojawia się jeden z zaznaczonych we wstępie problemów tej produkcji. Iron-Man jest oczywiście odpowiedzialny za kostium Petera, ale to nie uzasadnia dlaczego w filmie jest tej postaci tak dużo? Już plakaty zdradzały wyolbrzymioną obecność Blaszaka, lecz po cichu liczyłem, że to tylko taki przesadzony chwyt marketingowy. Niestety, myliłem się. Tony'ego Starka jest tu pełno (jego asystenta i szofera Happy'ego też). A najgorsze chyba jest to, że nawet strój Pająka ma wbudowany gadający system komputerowy (porównywalny z tym w zbroi Iron-Mana). Jeśli ktoś lubi Blaszanego Drwala, będzie zachwycony. Mi ten wątek niestety do gustu nie przypadł i był obok braku motywacji bohatera najsłabszym ogniwem filmu.

Tu też chciałbym zwrócić uwagę na coraz większą serialowość filmów Marvela. O ile w poprzednich produkcjach (np. Doctor Strange) wpływ całego uniwersum na treść historii był minimalny, tu nie obejdzie się bez znajomości choćby kilku filmów wytwórni. Jeśli więc wybierzecie się na Spider-man: Homecoming z kimś, kto nigdy nie słyszał o Avengers, dobrze będzie przed seansem wprowadzić go w świat uniwersum.

Tak w skrócie przedstawiają się moje bolączki związane ze Spider-Manem.
A jak kształtują się plusy? Co ciekawe, było ich całkiem sporo.

Chyba wreszcie doczekaliśmy się interesującego czarnego charakteru. Oczywiście, Adrian Toomes (Michael Keaton) nie jest nawet w połowie drogi aby stać się przenikliwym demonem zła, godnym wpisania do kronik filmowych. Jednak jako postać, która ma swoje cele i bardzo wyraźny charakter sprawdza się wyśmienicie. Stwierdzę nawet, że ja tego gościa naprawdę polubiłem. Nie tylko dlatego, że to od jego historii zaczął się film, ale że był w sumie bardzo (wybaczcie to określenie) ludzko zdeterminowany na osiągnięcie celu. Brawa dla Keatona za tą rolę. To dzięki niemu pod maską Sępa (co ciekawe, nazwa ta nie pojawia się chyba w filmie ani razu) cały czas widziałem postać z krwi i kości, która zwyczajnie zagalopowała się w swoich poczynaniach.
Drugi, szumnie zapowiadany złoczyńca, czyli Shocker (Bokeem Woodbine) spędził na ekranie zbyt mało czasu, aby napisać o nim coś więcej niż że tylko był.


Pomijając pierwszy akt, dynamika filmu jest bardzo płynna i satysfakcjonująca. Sceny humorystyczne doskonale korespondują z dynamiczną akcją, a największe wrażenie wywarł na mnie twist fabularny w trzecim akcie filmu. Wtedy też zacząłem naprawdę angażować się w historię, co w dzisiejszym kinie nie zdarza mi się zbyt często.

Postać Petera Parkera jest zagrana wspaniale. To jeden z tych bohaterów, którzy pomimo posiadanej mocy, muszą mierzyć się ze swoimi ograniczeniami, stopniowo przechodząc drogę do bycia tym, kim być powinni. Niebagatelną rolę odgrywa tu krytykowana przeze mnie postać Starka, lecz jest go tu po prostu za dużo.
Tych z Was, którzy wierni są postaci Pająka z komiksu muszę jeszcze ostrzec - w tym filmie nasz bohater ma lęk wysokości i nie posiada pajęczego zmysłu.

Jaki jest więc ten nasz nowy Spider-Man? To naprawdę dobre kino, dające całą masę zabawy. Nie wszystko jednak poszło tu tak jak to sobie założyłem, przez co nie mogę tego filmu uznać za tak udany, jak np. Strażnicy Galaktyki vol. 2.
Największym atutem obrazu są postacie i sceny akcji, całość natomiast psuje brak choćby zarysowanej motywacji tytułowej postaci, nadmierna obecność Iron-Mana czy zbytnie silenie się na nie zawsze działające żarty.

Jako typowe kino rozrywkowo-wakacyjne Pajączek sprawdza się wyśmienicie. Można pokusić się o stwierdzenie, że to idealny młodzieżowy film.
Czy jednak będzie tym najlepszym Spider-Manem? Na to pytanie każdy z Was musi odpowiedzieć sobie sam. W moim prywatnym zestawieniu najlepszych filmów Marvela na pewno nie znajdzie się w czołówce, ale doceniam próbę opowiedzenia tej znanej historii na nowo.

Moja ocena: 4/6.

niedziela, 2 lipca 2017

Dlaczego warto sięgnąć po Reborn Millara i Capullo?

Mark Millar to świetny scenarzysta, którego możecie znać choćby ze scenariusza do  Civil War Marvela, Kingsman czy serii Kick-Ass. Greg Capullo jest artystą tworzącym wraz ze Scottem Snyderem większość odsłon Batmana w DC New 52. Co może się wydarzyć, gdy dwa tak  wielkie talenty  odejdą od konwencji superhero, aby powołać do życia serię fantasy opartą na dość niecodziennym pomyśle? Z pewnością coś, co jest godne odnotowania na moim blogu.

Każdy człowiek zastanawiał się z pewnością nie raz, co dzieje się z nim po śmierci. To pytanie również nie dawało spokoju naszym autorom. Czy trafiamy do nieba? Jeśli tak, to jak ono może wyglądać? A może po śmierci nie ma przed nami już nic?... W ten sposób powstała generalna koncepcja Reborn, nowej serii wydawanej przez Image.
Co jednak powiedzielibyście na to, gdyby kolejnym krokiem po śmierci było znalezienie się w zupełnie nierealnym świecie fantasy, gdzie istniejemy dalej pośród bezgranicznych krain, smoków, zamków,  nowoczesnej technologii oraz różnorodnych form życia? Nie wiem jak Wy, ale dla mnie to brzmi świetnie!

78-letnia Bonnie Black, doświadczając udaru mózgu  trafia do takiej właśnie rzeczywistości. Przenosi się ze szpitala do świata zupełnie innego od naszego. Jest 10-krotnie większy od Ziemi, a rządzi się swoimi, tajemniczymi prawami. Okazuje się, że wszyscy dobrzy ludzie zamieszkują Adystrię, szczęśliwą krainę piękna i spokoju. Natomiast ci źli i występni trafiają do Mrocznych Krain, gdzie ich istnieniem nadal kierują te same niegodne żądze co za życia (oczywiście, nie są też przez to ani trochę ładniejsi).
Jednak nie to jest najdziwniejsze. Choć nie wiadomo dlaczego tak się stało, Bonnie ma znów 25 lat, a na sobie tajemniczy jasny strój z hełmem i miecz u boku. Uczestnicząc w bitwie ze sługami Lorda Golgothy odnajduje pod postacią potężnego wojownika własnego ojca (który zginął wiele lat temu w wypadku). W odróżnieniu od Bonnie, mężczyzna jest w tym samym wieku, kiedy zmarł. Tom objaśnia córce sekrety nowego świata, twierdząc, że jest ona zapowiedzianą wybranką, mającą położyć kres nękaniu Adystrii prez oddziały Golgothy. Dziewczyna nie jest pewna wszystkiego co słyszy, lecz jedna kwestia całkowicie zaprząta jej myśli. Chce odnaleźć swojego męża, zastrzelonego przez snajpera-szaleńca kilkanaście lat temu.
Wyruszając na wyprawę nawet nie podejrzewa jak dziwny świat przyjdzie jej poznać, jaką tajemnicę skrywa śmierć jej ukochanego, oraz co ta niesamowita przygoda w zaświatach otworzy w jej sercu.

Skoro przybliżyłem Wam treść dzieła Millara i Capullo, przejdźmy teraz do zasadniczej kwestii moich dywagacji - dlaczego w ogóle polecam Wam Reborn?
Po pierwsze, to cudownie narysowana i wykreowana historia. Capullo jest naprawdę utalentowanym grafikiem. W jego kadrach znajdziemy dużo dynamiki, życia i emocji, a każda plansza wydaje się być narysowana bez pośpiechu, dokładnie i co najważniejsze - bardzo szczegółowo. Już wspomniany wcześniej Batman zachwycał mnie swą wizualizacją, lecz tu artysta mógł w pełni rozwinąć swe skrzydła. Warto też wspomnieć, że Capullo ma niebywały talent do rysowania straszliwych obrazków rodem z koszmaru, co bardzo przydało mu się przy tworzeniu mrocznego świata. Zresztą wystarczy spojrzeć jak zaprezentował zwykłą postać snajpera (to oko widoczne w lunecie broni mówi przecież samo za siebie).
Po drugie, Reborn jest świetnym komiksem przygodowym. Jeśli lubicie wędrówki, tajemnice, epickie walki i  wielkie wyzwania, nie będziecie się nudzić. Akcja toczy się wartko, a ogrom przedstawionego świata sugeruje, że kolejne powroty tutaj będą za każdym razem niosły ze sobą coś ciekawego.
Po trzecie, sam pomysł na ten świat. Umieramy i przenosimy się do innego miejsca. Możemy mieć odmienny wygląd  lub  wiek, ale zachowujemy wszelkie wspomnienia. To co robiliśmy i kim byliśmy jest odzwierciedleniem naszych nowych możliwości. Zwierzęta pomagają nam odnaleźć bliskich, lecz te skrzywdzone mogą cierpliwie czekać aby dokonać słodkiej zemsty. Tajemnice spowijają ten świat, a niektórzy źli posiedli wiedzę, która może zniszczyć poprzedni, w którym dotychczas żyliśmy.
Po czwarte, jest to seria, która stawia bardzo ważne pytania o to kim jesteśmy i  jak powinniśmy żyć. Przesłanie, że każda drobna rzecz jest istotna, ma swój fabularny sens oraz nie jest wyłożone zbyt nachalnie. Dzięki temu mamy możliwość zastanowienia się nad tymi kwestiami jeszcze nie raz po lekturze.


Tak właśnie odbieram Reborn. Choć ta odsłona (6 zeszytów) jest zapowiadana jako pierwsza w cyklu, warto przeczytać ją też jako pojedynczą, zamkniętą całość. To naprawdę dobra, ciekawie przemyślana rozrywka z unikalnym pomysłem, która nie uleci Wam z głowy w pięć minut po przeczytaniu.
Jej wartość potwierdzają też wyniki sprzedaży poszczególnych zeszytów, które w USA były dodrukowywane nawet po cztery razy z rzędu.