czwartek, 6 lipca 2017

RECENZJA: Spider-Man: Homecoming (2017)

Ach ten "friendly neighbourhood" Iron-Man. Zaraz, zaraz, jaki Iron-Man?... Przepraszam, pomyłka. Oczywiście chodzi mi o Spider-Mana! Zaraz wyjaśnię dlaczego do tekstu wdarł się ten błąd, lecz pozwólcie, że opowiem wszystko po kolei.
To już trzecie liczące się podejście do tematu Pajączka ze świata Marvela. Pierwsze dwie próby mają swoich sympatyków jak i zagorzałych przeciwników, głównie za sprawą podejścia do tematu źródłowego jak i aktorów odtwarzających główne role. I w sumie takie zróżnicowanie jest dobre, bo filmów nie robi się dla wszystkich, a każdy ma prawo ocenić je po swojemu. Dlatego właśnie ten świat jest taki piękny.

Spider-Man: Homecoming jest zdecydowanie inny od swoich poprzedników. Reżyser Jon Watts odcina się od komiksowej genezy, za punkt wyjścia obierając to, co widzieliśmy w Kapitanie Ameryce: Wojnie Bohaterów. Film zaczyna się więc świetnym wprowadzeniem bazującym na wspomnieniu starcia na lotnisku, nie zanudzając widza historią o tym, jak Peter Parker został ugryziony przez radioaktywnego pająka.
Jest to pomysłowy początek, lecz tu też pojawia się pierwszy zgrzyt filmu, bo choć Peter mieszka z ciotką May, przez cały seans nie dowiadujemy się jakie wydarzenia odpowiadają za taki stan rzeczy. A przecież jest to szalenie ważne w kwestii motywacji naszego bohatera (przynajmniej było w komiksie, nie pominięto tego również w poprzednich adaptacjach)! Przecież coś go skłoniło do pomagania innym pod postacią Spider-Mana. Każdy wie o co chodzi, nie będę teraz nad tym się rozwodził. Oczywiście, fakt że chłopak ma dobre serce częściowo załatwia sprawę, ale chyba nie każdy widz to kupi. Ja nie kupiłem. Tu więc scenarzyści (J. F. Daley, J. M. Goldstein, J. Watts, E. Sommers i Ch. McKenna) nie popisali się. Może za dużo osób tworzyło tą historię?

Peter Parker (Tom Holland) to oczywiście typowy nastolatek z własnymi problemami i marzeniami. Dzielą się one na niepohamowaną chęć dołączenia do drużyny Avengers oraz zdobycie upragnionej dziewczyny, Liz (Laura Harrier). Jak już możecie się domyślać, obie te sprawy będą ze sobą kolidować, wywołując wiele zabawnych i dramatycznych sytuacji, jednocześnie prowadząc nas do wybuchowego finału. Tym bardziej, że Peter jako Spider-Man uparł się, aby na własną rękę powstrzymać szajkę niebezpiecznych złodziei i sprzedawców obcych technologii. Zanim to się jednak stanie, film musi zaserwować nam właściwe wprowadzenie i niestety, ja nie do końca zostałem nim przekonany.


Choć pierwszy akt filmu ma na celu wprowadzić nas w całą historię, w pewnym momencie poczułem się znużony ciągłym sileniem się na żarty i brakiem przedstawienia bardziej emocjonującej akcji. Odnoszę wrażenie, że twórcy zanadto przesadzili z luźnym klimatem, na siłę uzmysławiając nam jakim fajnym i zwyczajnym chłopakiem jest bohater filmu. Być może za taki stan rzeczy odpowiada wybór grupy docelowej filmu, jaką z pewnością będą nastolatkowie.
Raził mnie też początkowy brak wprawy Petera w opanowaniu zdolności posługiwania się strojem Spider-Mana. Przecież w Wojnie Bohaterów chłopak wydawał się świetnie znać jego możliwości. 
Dopiero w drugim akcie, kiedy Spider-Man wyrusza śladem przestępców, film nabiera odpowiedniego tempa i oczekiwanych emocji. I tu nie może być inaczej, skoro od samego początku opowieści jako mentor Pajączka jest przedstawiany sam Tony Stark (Robert Downey Jr.).

W tym momencie pojawia się jeden z zaznaczonych we wstępie problemów tej produkcji. Iron-Man jest oczywiście odpowiedzialny za kostium Petera, ale to nie uzasadnia dlaczego w filmie jest tej postaci tak dużo? Już plakaty zdradzały wyolbrzymioną obecność Blaszaka, lecz po cichu liczyłem, że to tylko taki przesadzony chwyt marketingowy. Niestety, myliłem się. Tony'ego Starka jest tu pełno (jego asystenta i szofera Happy'ego też). A najgorsze chyba jest to, że nawet strój Pająka ma wbudowany gadający system komputerowy (porównywalny z tym w zbroi Iron-Mana). Jeśli ktoś lubi Blaszanego Drwala, będzie zachwycony. Mi ten wątek niestety do gustu nie przypadł i był obok braku motywacji bohatera najsłabszym ogniwem filmu.

Tu też chciałbym zwrócić uwagę na coraz większą serialowość filmów Marvela. O ile w poprzednich produkcjach (np. Doctor Strange) wpływ całego uniwersum na treść historii był minimalny, tu nie obejdzie się bez znajomości choćby kilku filmów wytwórni. Jeśli więc wybierzecie się na Spider-man: Homecoming z kimś, kto nigdy nie słyszał o Avengers, dobrze będzie przed seansem wprowadzić go w świat uniwersum.

Tak w skrócie przedstawiają się moje bolączki związane ze Spider-Manem.
A jak kształtują się plusy? Co ciekawe, było ich całkiem sporo.

Chyba wreszcie doczekaliśmy się interesującego czarnego charakteru. Oczywiście, Adrian Toomes (Michael Keaton) nie jest nawet w połowie drogi aby stać się przenikliwym demonem zła, godnym wpisania do kronik filmowych. Jednak jako postać, która ma swoje cele i bardzo wyraźny charakter sprawdza się wyśmienicie. Stwierdzę nawet, że ja tego gościa naprawdę polubiłem. Nie tylko dlatego, że to od jego historii zaczął się film, ale że był w sumie bardzo (wybaczcie to określenie) ludzko zdeterminowany na osiągnięcie celu. Brawa dla Keatona za tą rolę. To dzięki niemu pod maską Sępa (co ciekawe, nazwa ta nie pojawia się chyba w filmie ani razu) cały czas widziałem postać z krwi i kości, która zwyczajnie zagalopowała się w swoich poczynaniach.
Drugi, szumnie zapowiadany złoczyńca, czyli Shocker (Bokeem Woodbine) spędził na ekranie zbyt mało czasu, aby napisać o nim coś więcej niż że tylko był.


Pomijając pierwszy akt, dynamika filmu jest bardzo płynna i satysfakcjonująca. Sceny humorystyczne doskonale korespondują z dynamiczną akcją, a największe wrażenie wywarł na mnie twist fabularny w trzecim akcie filmu. Wtedy też zacząłem naprawdę angażować się w historię, co w dzisiejszym kinie nie zdarza mi się zbyt często.

Postać Petera Parkera jest zagrana wspaniale. To jeden z tych bohaterów, którzy pomimo posiadanej mocy, muszą mierzyć się ze swoimi ograniczeniami, stopniowo przechodząc drogę do bycia tym, kim być powinni. Niebagatelną rolę odgrywa tu krytykowana przeze mnie postać Starka, lecz jest go tu po prostu za dużo.
Tych z Was, którzy wierni są postaci Pająka z komiksu muszę jeszcze ostrzec - w tym filmie nasz bohater ma lęk wysokości i nie posiada pajęczego zmysłu.

Jaki jest więc ten nasz nowy Spider-Man? To naprawdę dobre kino, dające całą masę zabawy. Nie wszystko jednak poszło tu tak jak to sobie założyłem, przez co nie mogę tego filmu uznać za tak udany, jak np. Strażnicy Galaktyki vol. 2.
Największym atutem obrazu są postacie i sceny akcji, całość natomiast psuje brak choćby zarysowanej motywacji tytułowej postaci, nadmierna obecność Iron-Mana czy zbytnie silenie się na nie zawsze działające żarty.

Jako typowe kino rozrywkowo-wakacyjne Pajączek sprawdza się wyśmienicie. Można pokusić się o stwierdzenie, że to idealny młodzieżowy film.
Czy jednak będzie tym najlepszym Spider-Manem? Na to pytanie każdy z Was musi odpowiedzieć sobie sam. W moim prywatnym zestawieniu najlepszych filmów Marvela na pewno nie znajdzie się w czołówce, ale doceniam próbę opowiedzenia tej znanej historii na nowo.

Moja ocena: 4/6.

5 komentarzy:

  1. Jakaś przedpremiera? my wyczekujemy na Spider Mana z napieciem i obawa...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się. Pokaz przedpremierowy odbył się wczoraj w Atlanticu. Na facebookowej stronie Skrzydeł Gryfa było temu poświęcone wydarzenie. :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę słabo z tym pajęczym zmysłem, ale reszta brzmi dokładnie tak jak sie tego spodziewałem :) Już się nie mogę doczekać seansu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem na pewno nie najlepszy Spiderman, ale nawet daje radę. Nigdy tak nie denerwował mnie Iron Man! Mimo wszystko jednak warto :)

    OdpowiedzUsuń