piątek, 14 lipca 2017

RECENZJA: Wojna o Planetę Małp (2017)

Nowe wersje Planety Małp to bardzo ciekawa seria. Nie tylko z szacunkiem odnoszą się do oryginału, ale budując początek tej niezwykłej historii niespodziewanie stały się jeszcze czymś innym - jakością i bardzo celnie sprecyzowanym pomysłem od samego początku do końca. To oczywiście zasługa wszystkich ludzi zamieszanych w przedsięwzięcie, którzy udowodnili, że w Hollywood można też kręcić filmy, które, choć z pewnością nastawione są na zysk, to jednak mają do przekazania widzowi coś więcej niż kilka wytartych żartów czy widowiskowych wybuchów.
To historia, która stoi nie tylko treścią, a przede wszystkim postaciami. W dużej mierze wykreowanymi za pomocą techniki komputerowej, lecz tak dopracowanych, że możemy przeżywać dokładnie to co one.
 
Taką postacią jest właśnie Cezar. Obserwowaliśmy jego życie od samych narodzin i żadna myśl czy pragnienie przywódcy małp nie jest nam obce. To zdecydowany opiekun, bohater, ojciec rodziny. To też postać, która walczy o spokojny byt swojej rodziny oraz całego gatunku. I jako takiego znajdujemy go w trzeciej odsłonie serii. Niestety, idylla nigdy nie trwa długo, a zło ponownie wyciągnie swe macki, aby zdruzgotać szczęście naszej podziwianej postaci. Bo taki w końcu ich los. Strzaskani, wymęczeni, poddani najgorszym doświadczeniom, muszą uparcie stawić czoła złu, dumnie podnosząc się z kolan. Pod tym względem Cezar w postać klasycznego herosa wpisuje się idealnie.

Ogólnie Wojna o Planetę Małp to wielopłaszczyznowa historia.
Najważniejszym z jej motywów jest opowieść o starciu dwóch charakterów. Z jednej strony obserwujemy naszego Cezara (Andy Serkis), który próbując zapewnić pokój swym pobratymcom mierzy się ze stopniowo przerastającą go siłą, z drugiej natomiast podziwiamy upór niejakiego Pułkownika (Woody Harrelson), dowodzącego zbrojną grupą wojskową, którego jedynym celem jest unicestwienie wszystkich małp.
Sposób w jaki są oni rozpisani i zagrani, to prawdziwa rewelacja. Zimne, bezwzględne kalkulacje Pułkownika idealnie kontrastują z emocjonalną, niepochamowaną dynamiką Cezara.
Pokonanie Koby było dla Cezara wielkim wyzwaniem, lecz w sercu przywódcy małp wciąż tkwi zadra wywołana tamtym zdarzeniem. To m.in. dlatego do głosu często dochodzi mroczna część jego osobowości, która eksploduje w chwili największej straty i bezwolnie pcha naszego bohatera ku nieodpowiednim, wręcz samolubnym decyzjom.
Spryt Pułkownika bierze górę, kiedy okazuje się, jak skrupulatnie zaplanował całą swą wendettę przeciw inteligentnym małpom. I właśnie w chwili, gdy Cezar zbłądził w  mroku swej osobowości najbardziej, zostaje zmuszony stanąć twarzą w twarz z tym, co się stało za sprawą własnego błędu. Czas na odzyskanie utraconego autorytetu oraz szersze spojrzenie na wspólną przyszłość być może przyjdzie później, lecz przez większą część filmu nie jesteśmy pewni czy coś takiego w ogóle nastąpi.
Wierzcie mi na słowo, oglądanie drogi tych dwóch postaci to chyba największa przyjemność wynikająca z tego filmu. Ich starcie (choć wspólne interakcje nie zajmują zbyt wielkiej części filmu) wywołuje pytania, emocje i wrażenia, z którymi będziecie musieli zmierzyć się już na swój własny sposób.

Skoro wspomniałem już o drodze, to właśnie podróż jest kolejną ważną częścią produkcji. Postapokaliptyczny świat przedstawiony w Wojnie o Planetę Małp oraz stosunkowo mała ilość postaci często przywodziły mi na myśl film Droga (The Road). Różnicę stanowiło umieszczenie wędrówki naszych bohaterów w czasie śnieżnej zimy (co również utrudniało im wszelkie poczynania).
Tu też uwypuklono wątek towarzyszy, podążających za głównym bohaterem bez względu na konsekwencje. Relacje, wzajemna pomoc i prawdziwie zarysowane charaktery pozwoliły odczuć film całym sercem i dlatego wielkie brawa należą się aktorom wraz z animatorami, którzy tak pięknie stworzyli te postacie. Ich emocje w najprawdziwszy sposób przemówiły do mojego serca.

Oczywiście, nie zabrakło w Wojnie o Planetę Małp pewnego wątku zaskoczenia. Co w ogóle zadecyduje o tym, że Ziemia stanie się lądem człekokształtnych, a ludzie znikną z niej nieomal bezpowrotnie? O tym przekonajcie się już sami. Ja zaznaczę tylko, że wszystko zaplanowano tak, aby ładnie połączyć tą myśl z poprzednimi filmami z cyklu.

Walka do utraty sił z nikczemnym złem, a także przemiany bohaterów czynią film w reżyserii Matta Reevesa bardzo ambitną, autorską produkcją. Jest niezwykle poważnie (lecz nie patetycznie), a momentami wręcz mrocznie, dlatego dobrze, że reżyser wraz z Markiem Bombackiem (scenariusz) wprowadzili do filmu postać dziewczynki Novy (Amiah Miller) i niejakiej Złej Małpy (Steve Zahn). Szczególnie ta druga postać wprowadza do produkcji sporo luźnego humoru, tak potrzebnego podczas trudnej wędrówki. Zarówno Nova jak i Zła Małpa są nie tylko wykalkulowanymi na efekt elementami obrazu. Ich rola w wydarzeniach filmu jest pomimo początkowego wrażenia bardzo dobrze przemyślana.

Wojna o Planetę Małp nie ustrzegła się niestety kilku scenariuszowych błędów, a jeden z nich jest na tyle duży, że nieomal psuje ważny element ostatniego aktu produkcji. Nie chcę pisać dokładnie o co chodzi, jest to bowiem informacja, która może zepsuć Wam przyjemność z seansu. Spróbujcie więc wyłapać to sami i podzielcie się tym w komentarzach.

Ostatnia odsłona losów Cezara jest niezmiernie ambitnym filmem, który stawia ważne pytania o sens walki o większe dobro i wewnętrzne zmagania z własnymi ułomnościami. Biorąc pod uwagę to, że mamy do czynienia z filmem stworzonym do przyciągnięcia milionów widzów do kin w letnim okresie, twórcom i wytwórni należą się wielkie brawa za odwagę w wykreowaniu tej historii w ten sposób.
A choć jest to opowieść o małpach, paradoksalnie to my, ludzie, bardzo wiele możemy się z niej nauczyć. Obyśmy tylko umieli wyciągnąć wnioski z odebranej podczas seansu nauki oraz tych wszystkich emocji. Czego Wam i sobie bardzo życzę.

Moja ocena: 5,5/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz