wtorek, 29 sierpnia 2017

RECENZJA: Gra o Tron - sezon 7 (2017)

Adaptacje to prawdziwie trudne rzemiosło. Wielu poległo w tej materii z kretesem, a ci, którzy odnieśli sukces, do dziś wspominani są w annałach niezwykłej sztuki filmowej. Jak jednak w tym kontekście będzie przedstawiać się sprawa adaptacji serii książek, która jeszcze nie ujrzała swego literackiego finału?
Na to ciekawe pytanie część odpowiedzi zdaje się przynosić nowy, właśnie wyemitowany sezon serialu Gra o Tron, wyprodukowany przez stację HBO. Czy udało się sprawnie poprowadzić wątki rozpoczęte w powieściach G. R. R. Martina? Czy zachowano ducha oryginału, nie prowadząc historii zbyt łatwą, typową dla wysokobudżetowych produkcji ścieżką? 
 
To, co najbardziej cechuje siódmy sezon, to znacznie prostsza linia fabularna, raczej nieobecna w poprzednich odsłonach serialu.  Wiele postaci zginęło, pewne skomplikowane układy uległy  wyklarowaniu, a  zbliżanie się do finału opowieści stało się widoczne jak nigdy przedtem. Daenerys Targeryen przypłynęła ze wschodu na Smoczą Skałę, Jon Snow został obwołany królem północy, Cersei Lannister pozbyła się znacznej części wrogów. Pozostali przy życiu Starkowie dotarli do Winterfell, pojawiły się nowe sojusze, a wszelkiego rodzaju intrygi oraz niespodziewane sytuacje zeszły częściowo na dalszy plan.
Głównym celem nadal pozostał tron. Ten jedyny, upragniony. Podzielony pomiędzy trzy osoby. Jedna go za wszelką cenę pożąda, druga wypatruje z głębi serca, a trzecia nawet nie dba o to, czy go zdobędzie. I na rozpoczęciu wojny o panowanie skupia się akcja ostatnich odcinków. Lecz Gra o Tron nie byłaby wierna sobie, gdyby chodziło wyłącznie o władzę. Z północy nadciąga wielkie zagrożenie, wobec którego cała ta "sprzeczka" o tron wkrótce nie będzie miała najmniejszego sensu. Ci, którzy o tym wiedzą, robią wszystko aby zawrzeć sojusze z tymi, którzy są w stanie im pomóc.

Jednak nie wszystko złoto co się świeci, i w nowej odsłonie zauważyłem kilka istotnych zgrzytów. Były one o tyle znaczące, że serial oglądało mi się zupełnie inaczej  niż w poprzednich latach.
Jak już wspomniałem, Gra o Tron (wykreowana na potrzeby TV przez Davida Benioffa i D. B. Weissa) jest tą specyficzną adaptacją, która jak na razie nie doczekała się ukończenia literackiego pierwowzoru. W związku z tym twórcy zmuszeni byli poprowadzić widzów do finału z pomocą własnej wyobraźni. Co prawda otrzymali wytyczne od G. R. R. Martina, lecz jak zauważyłem, nie były one w stanie dać tyle, co oryginalny, źródłowy tekst.
Widać więc spore uproszczenia w fabule. Drastycznie zmniejszono ilość postaci, a te, które w książkach będą raczej nadal pełniły ważną rolę (Martin pisze rozdziały  widziane oczami poszczególnych bohaterów), tu ograniczono do praktycznego wypełniania tła. Stało się tak z Davosem, Brienne, Szarym Robakiem, Jorahem Mormontem, Missandei czy nawet Branem.
Kolejną, mocno rzucającą się w oczy kwestią są podróże. Poprzednie sezony przyzwyczaiły mnie do ukazywania ogromu Westeros, gdzie każda większa wyprawa zajmowała wiele czasu. Aby dotrzeć z jednego miejsca na drugie, bohaterowie często potrzebowali tygodni, a nawet miesięcy. I było to naprawdę odczuwalne w trakcie oglądania. W nowym sezonie tego zabrakło. Wydaje się wręcz, że podróże przez setki kilometrów trwały teraz dosłownie godziny. To spory błąd, bo zakłóca tzw. porządek świata przedstawionego.

Sporą bolączką jest dla mnie postać Nocnego Króla. Rozumiem, że został jeszcze jeden sezon i pewne rzeczy zostaną należycie wyjaśnione, ale obawiam się o brak motywacji tej postaci, a co za tym idzie całego zła jakie ze sobą niesie. Oczywiście, widzieliśmy genezę jego narodzin, lecz nadal nie wiemy nic o planach jakie ma po podbiciu całego kontynentu. Wyczuwam tu brak głębszego zastanowienia nad tym bohaterem. O ile armia umarłych nie musi myśleć logicznie, to ich przywódca już raczej tak. Nad kim więc Nocny Król planuje panować jak podbije Westeros i zostanie sam z milionową bandą truposzy? Po co w ogóle to wszystko robi? Co uczyni, gdy długa zima ostatecznie przeminie?...
Obserwując ostatnią scenę sezonu, przyszła mi też do głowy myśl: Czy on faktycznie wiedział, że będzie miał lodowego smoka? Jak wcześniej planował przejść ze swymi oddziałami przez mur? Niestety, to już trochę zahacza o braki logiki w scenariuszu.
Podobnie jak kwestia wuja Benjena. Bohater poświęcił się za życie Jona, a ja już nigdy nie dowiem się czemu w połowie był nieumarłym.

Finalną kwestią jest rodząca się miłość pomiędzy Jonem a Daenerys. Czy widzicie tu choć odrobinę chemii  lub wzajemnego  przyciągania? Poza słownymi zapewnieniami o  głębokim zainteresowaniu, żadnej z tych rzeczy nie widać na ekranie. Fajny, emocjonujący związek Jon tworzył niegdyś z Ygritte. Tam był humor, żar i obustronna energia. Miłość do Daenerys to zwykły wymysł twórców i to niestety bardzo widać. Nie sądzę żeby G. R. R. Martin w Wichrach Zimy czy Śnie o Wiośnie rozwiązał to w podobny sposób.

Choć  wymienione powyżej  kwestie nieco  uwierają mój prywatny gust filmowy, trzeba przyznać, że siódma odsłona Gry o Tron jest nadal produkcją o niespotykanym oddziaływaniu na widza.
To świetnie napisane postacie, wśród których nadal jednakowo ciekawią mnie te pozytywne jak i negatywne. Za sprawą dokładnie przedstawionych charakterów możemy wczuć się w ich wewnętrzne pragnienia, widząc, że nikt nie jest tu do końca prawdziwie zły lub dobry. Każda decyzja oraz dylemat zmusza widza do zadania samemu sobie pytania: Co ja zrobiłbym w takiej sytuacji? Aktorzy dobrani do ról wywiązują się ze swego obowiązku bardziej niż poprawnie. Naprawdę niewielu nie jest w stanie przenieść na ekran osoby, w którą się wciela.
Z zakończonych w tym sezonie wątków szczególnie podobało mi się rozwiązanie historii Petyra Baelisha (Littlefingera). To, jak Starkówny zagrały z nim w kotka i myszkę, zmyliło chyba każdego widza. Czy sądziliście, że ktoś wreszcie oprze się knowaniom Palucha i wykorzysta przeciw niemu jego własną broń? Brawa dla ekipy za dobrze rozegrany pomysł i takie podejście do tematu!
Efekty specjalne też należały do rewelacji. Widać duże pieniądze włożone w każde ujęcie, a ogromne plany pokazują, jak karkołomne i trudne do zrealizowania było to przedsięwzięcie. Szczególne laury należą się za smoki i hordy umarłych! Nieczęsto ogląda się w telewizji coś tak realistycznego!

Teraz z wielką niecierpliwością czekam na wielki finał Gry o Tron. Ten sezon położył solidny grunt  pod to wydarzenie, a ja mam nadzieję, że serial nadal utrzyma swój wysoki poziom. Rozumiem, że pewne potknięcia były prawdopodobnie nie do uniknięcia, mam jednak nadzieję, że twórcy nie powtórzą ich w zakończeniu.
Przyznaję, że pomimo przedstawionych uwag bawiłem się świetnie podczas najnowszej wizyty w Westeros. Historia zatacza pełen krąg, i widać już dokładnie, jak wielkim projektem było stworzenie tego wszystkiego na ekranie. Z miłości do serii wybaczam wspomniane błędy, licząc, że ostatni sezon naprawi wszystkie niedociągnięcia i zakończy  produkcję w wielkim, prawdziwie godnym stylu. Przecież w świecie popkulturowego fantasy oprócz Władcy Pierścieni i Gry o Tron nie ma niczego lepszego!

Moja ocena: 5/6.

 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

RECENZJA: The Mist (2017)

Choć przyszło nam żyć w XXI wieku, kiedy większość zagadek naszego globu zostało już wyjaśnionych, to jednak wciąż czujemy pierwotny lęk przed specyficznymi zjawiskami przyrodniczymi i pogodowymi.  Burza z piorunami, nieprzenikniona ciemność nocy  czy gęsta mgła wciąż wywołują w nas poczucie obawy, a czasem wręcz nieokiełznany strach. Wszystko to zapewne podsycają opowieści zasłyszane w dzieciństwie. Doskonale wiedzą o tym pisarze horrorów,  uporczywie strasząc nas historiami  z dreszczykiem, gdzie nie wszystko co namacalne, musi być od razu przyjazne.
 
Zdaje sobie z tego również sprawę sam mistrz gatunku - Stephen King, autor opowiadania Mgła, na podstawie którego właśnie powstał serial telewizyjny, prezentowany w stacji Spike.
Przyznajcie to przed sobą sami - przecież najbardziej straszy nas  właśnie to, czego nie widać.  W takiej konwencji biała,  pojawiająca się znikąd i otaczająca wszystko wokół  mgła, wydaje się być idealnym tematem do wykorzystania w telewizji.
 
Christian Torpe, autor serialu The Mist, zaprosił nas do świata ogarniętego falą paniki i desperacji, kiedy tytułowa mgła pojawia się w miasteczku Bridgeville, nieodwracalnie zmieniając życie zamieszkujących je ludzi. Nikt nie wie co strasznego kryje się we mgle, faktem jest natomiast, że ci, którzy się w niej pogrążyli, nie wyszli z tego cało. O samej fabule nie ma sensu pisać wiele więcej, mamy tu po prostu kilkanaście losowo dobranych postaci. Są to rodziny, ich znajomi oraz jeszcze kilka osób, które w miasteczku pojawiły się po raz pierwszy. Jak można się spodziewać, część z nich skrywa pewne tajemnice, inni z kolei zmienią swe oblicza w trakcie rozwoju fabuły. Wyznacznikiem losu oraz przetrwania bohaterów okazuje się wspólny punkt dążenia - miejscowe centrum handlowe, gdzie schroniła się większość obywateli miasteczka (w tym żona i córka jednej z głównych postaci).

Zawsze uważałem, że serial o podobnej tematyce daje o wiele większe możliwości kreatywne niż film. Znacznie dłuższy czas trwania oraz podział na sezony, to m.in. te czynniki, które pozwalają poprowadzić barwną, wielce interesującą historię. Formuła daje też możliwość zaprezentowania nam problemu w różnych jego aspektach. Od paranoi i ludzkich obaw, poprzez strach, okrucieństwo ludzkiej natury i stopniowanie tajemnicy, aż do najbardziej oczekiwanych przeze mnie zmian formy opowieści, klimatu czy nawet ostatecznego wydźwięku całości (co umiejętnie wykorzystywali choćby twórcy serialu Lost).
 
Czy dostałem coś z tego o czym piszę? Niestety, tylko jedną rzecz. Twórcy w The Mist skupili się wyłącznie na postaciach, ukazując problematykę strachu i niebezpieczeństwa z punktu widzenia bohaterów. Przyznaję, był to udany i przemyślany krok, lecz pozbawił mnie tego, na co też bardzo czekałem - czyli przerażającego horroru z nieznaną siłą i strachami w oryginalnej formie.
Niestety łatwo spostrzec, że sprawa rozbiła się częściowo o efekty specjalne. Te pokazane w serialu są zwyczajnie słabe, prawdopodobnie stacja nie wyłożyła większej kasy i musiano radzić sobie z tym, co było. Tak więc sceny rozrywania szczęki,  przeistaczania w ćmę czy pojawienie się demonicznej istoty z mgły nie wyszły najlepiej. Z pomocą szły fragmenty, w których widzieliśmy same konsekwencje działania złowrogiej siły, lecz nie było ich aż tak wiele.
Być może z tego powodu zamaskowano powyższe braki bezpiecznym sednem historii. Oto grupa bohaterów dźwigająca swe życiowe bagaże musi zmierzyć się z nieznanym, lepiej poznając samych siebie i walcząc z niebezpieczeństwem. Dodatkowo, całość wzbogacono standardowym zarysowaniem życia w małej mieścinie. Przyjaźnie, niesnaski, ukrywana niechęć oraz niewyznane miłości - widzieliśmy to już w Amerykańskich produkcjach bardzo wiele razy.


Wszystko pod tym względem wyszło w serialu znakomicie. Gra większości aktorów stała na oczekiwanym po tego typu produkcji poziomie. Mogłem utożsamiać się z większością z nich, kibicować ich poczynaniom oraz obawiać się o ich życie. Ci źli wywoływali we mnie wstręt czy oburzenie, a ja często łapałem się na tym, jak bardzo nienawidzę przedstawionych w ten sposób, niemoralnych wyborów.
Nie dostrzegłem też zbyt wielu dziur w fabule. Jedno wydarzenie zgrabnie prowadziło do drugiego, a postacie zachowywały się tak, jak wymagała tego zaprezentowana treść. No, może poza tym, że ilekroć główni bohaterowie wychodzili w mgłę, mieli dużo większe szansę na przeżycie niż reszta postaci.
 
Niestety, moje częściowo spełnione oczekiwania nieco zawiódł sam finał sezonu, który, choć bardzo intensywny, rozczarował brakiem wyjaśnienia sedna opowieści. Po co przybyła mgła? Czym naprawdę jest? Co się kryje za jej obecnością i co lub kto może być za to wszystko odpowiedzialny?...
W serialach tego typu nie urywa się akcji w pół zdania, a raczej serwuje solidną porcję odpowiedzi, dodatkowo podsycając tajemnicę nowymi, świeżymi faktami. W zakończeniu pierwszego sezonu The Mist tego zabrakło. Oczywiście, suspens był, i to nawet nielichy, ale nie dostałem nic, co ukoiłoby rozbudzaną przez te dziesięć odcinków ciekawość. W tej kwestii serial poległ, zastanawiając mnie też, czy nie zaoferuje mi czegoś podobnego za rok. 

Czym zatem jest Mgła? Nie wiem, bo tego mi nie wyjaśniono, natomiast sam serial jest opowieścią o ludziach, którzy postawieni przed czymś strasznym i nieznanym muszą zmierzyć się z tym, co w nich najlepsze i najgorsze. Daje porządnie zbudowane charaktery, parę niepokojących twistów fabularnych, lecz w ogólnym rozrachunku nie straszy i fascynuje aż tak jak powinien.
 
Nie czytałem pierwowzoru Kinga, nie wiem zatem jak treść serialu odbija się w tamtym opowiadaniu. Mogę oceniać go  jedynie przez pryzmat tego, co widziałem. A to, co zobaczyłem było w swojej kategorii (dramatyczny thriller z elementami nadprzyrodzonymi) całkiem niezłe. Z zaciekawieniem śledziłem losy poszczególnych postaci, a tajemnica mgły zmuszała mnie nie raz do snucia własnych teorii. Być może w życiu nie można mieć wszystkiego na raz i przy takim podejściu The Mist jest nadal dobrą rozrywką. Nie idealną, ale jednak dość satysfakcjonującą. 
 
Moja ocena: 4/6.
 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

RECENZJA: Zdobywcy Troy - Arleston & Tota

Troy to fascynujący świat fantasy wykreowany przez Christophe Arlestona (autora m.in. serii Ekho) z pomocą kilku  bardzo utalentowanych ilustratorów komiksów. Warto wiedzieć, że na przestrzeni lat historie rozgrywające się w Troy zostały podzielone na wiele cykli.
Najbardziej znanym jest oczywiście Lanfeust z Troy, lecz oprócz niego znajdziemy też Trolle z Troy, Lanfeusta w Kosmosie, Wojowniczki z Troy, Gnomy (Brzdące) z Troy czy właśnie wydani w Polsce Zdobywcy Troy. Warto też wspomnieć o publikowanych licznych przewodnikach i magazynie z komiksowymi opowieściami.
Fabuła poszczególnych serii rozgrywa się na szerokiej przestrzeni czasu, mnogości ras i miejsc, a jedną z jej najbardziej charakterystycznych cech są zdolności magiczne  niektórych, zamieszkujących świat Troy ludzi. Owe zdolności mogą być bardzo przydatne, groźne lub wręcz bezużyteczne (a nawet śmieszne), jednak to m.in. za ich sprawą (jak i samych, niezwykle kolorowych postaci) uniwersum to jawi się wciąż jako coś bardzo świeżego i interesującego.

W omawianym dziś wydaniu zbiorczym cyklu (w skład komiksu wchodzą 4 standardowe tomy) , autor wraz z utalentowanym Ciro Totą  skupił się na samych początkach tego niezwykłego świata. Jego akcję umieszczono aż cztery tysiące lat przed wydarzeniami opisanymi w Lanfeuście z Troy.

Już na samym wstępie okazuje się, że Troy od początku było planetą, na której występowały potężne siły magicznej aury. Po odkryciu jej przez międzyplanetarną gildię Konsorcjum Kwiatów, postanowiono wykorzystać Troy do zakrojonych na wieloletnią skalę badań, zasiedlając planetę przedstawicielami ludzkiej rasy, u których objawiały się zdolności parapsychiczne. Aby móc kontrolować poczynania zsyłanych tam wbrew własnej woli osiedleńców, zabroniono im używać jakichkolwiek zdobyczy nowoczesnej techniki.

I tu poznajemy naszą główną bohaterkę, Tabulę. Dziewczyna wraz ze swym młodszym  bratem, Rasanem przemierza Troy w poszukiwaniu rodziców, którzy zostali umieszczeni w innym rejonie planety. Tabula wykazuje silne zdolności magiczne, które pozwalają jej przyspieszać proces wzrostu wszelkich roślin, co w efekcie okazuje się bardziej przydatne niż można początkowo sądzić. Wkrótce, rodzeństwo wspierane przez szlachcica Paralita z Nieudalii, kowala Eckmula oraz młodego smoka Tu-Di wplącze się w niesamowitą przygodę. W czasie jej trwania poznają niezwykłe stworzenie zwane Magohamothem, poprowadzą rebelię w Porcie Kwiatów przeciwko złowieszczemu Chryzantemowi von Trupce,  spotkają krwiożercze trolle, a  co najważniejsze,  odnajdą  ślad prowadzący ich ku poszukiwanym od dawna rodzicom.

Zdobywcy Troy to jeden z tych komiksów, gdzie najbardziej liczy się przygoda. Bez niepotrzebnego nadęcia i ciężkostrawnych morałów prowadzi nas ku najbardziej awanturniczym historiom, gdzie akcja nierzadko miesza się z humorem. Świat przedstawiony jest tu niezwykle barwny i bogaty, choć warto zaznaczyć, że aby docenić go w pełni, należy przeczytać z Troy coś więcej niż tylko omawiany tom.
Świetnie zarysowane zostały postacie. Nikt nie kręci się tu bez celu, każdy bohater ma swoje pięć minut, a cechy charakteru służą do pchnięcia akcji do przodu lub celowego sprowokowania kłopotów. Tabula jest rozważna i zdecydowana, Rasan nieco porywczy i naiwny, Pająk przebiegły i podstępny, Chryzantem żądny dominacji i nieuległy. Przykłady można mnożyć dalej, lecz nie o to w sumie chodzi. Najważniejsze są ich wzajemne relacje,  oraz to,  jak te osobowości działają na opowiadaną historię. I ten aspekt udał się Arlestonowi wyśmienicie. Ponadto, autor ani na chwilę nie zapomniał o kim jest ta historia, nie pozwalając, aby postacie drugoplanowe wysuwały się  niepotrzebnie na prowadzenie.
Doskonale sprawdzają się tu również sceny humorystyczne oraz te mocniejsze, gdzie nierzadko leje się krew. Wiele tytułów ma problem z operowaniem podobną stylistyką, decydując się ukazywać wyłącznie jeden aspekt. Tu ich wzajemne połączenie nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz  współgra w spójnej, niepowtarzalnej  całości (choć prawdziwe mistrzostwo w tej materii Arleston osiągnął już w Trollach z Troy).

Kolejnym świetnym punktem Zdobywców są rysunki Toty. To artysta, który świetnie odnalazł się w stylu zapoczątkowanym w Lanfeuście przez Didiera Tarquina. Jego kreska nie jest do końca realistyczna, ale poprzez specyficzną szkicowość udaje mu się wydobyć niesamowitą szczegółowość obrazowanego świata. Mimika postaci jest satysfakcjonująca, a głębia kadrów wywołuje chęć dłuższego spoglądania na poszczególne obrazki. Pewne niedopracowanie poszczególnych elementów można by uznać za minus, lecz w moim odczuciu kładzie ono specyficzny czar na prace artysty.

Zdobywcy Troy jest komiksem opowiadającym ciekawą, zwartą historię, która wyjaśnia i poszerza pewne aspekty innych cykli z uniwersum, co rusz mrugając okiem do swych oddanych sympatyków. Ekscytuje, bawi i śmieszy, ale przede wszystkim sam w sobie jest kompleksową opowieścią, która z powodzeniem sprawdza się bez dopisania jej do istniejącego świata. Jest to niewątpliwie wielka zaleta, bo nie raz już miałem okazję czytać wszelkiego rodzaju prequele, które w ogóle nie dawały rady zmierzyć się z treścią, której są początkiem.

Jeśli więc zmęczyły Was historie z superbohaterami,  lub dramatyczne, ciężkie opowieści o międzyludzkich problemach, najnowszy komiks z Troy jest tytułem dla Was. To żywiołowa, świetnie narysowana przygoda, która wciąga czytelnika na długie godziny.
Mam też nadzieję, że twórcy powrócą jeszcze do przygód Tabuli. Koniec wywołał we mnie mieszane uczucia nagłego zakończenia, pozostawiając wielki niedosyt.
I wierzcie mi na słowo - w chwili obecnej nie znajdziecie na naszym komiksowym rynku fantasy niczego lepszego.

Moja ocena: 6/6.

 

czwartek, 17 sierpnia 2017

RECENZJA: Batman i Harley Quinn (2017)

O rety, czemu ten film był właśnie taki? Co podkusiło Bruce'a Timma i Jamesa Kriega aby opowiedzieć w ten sposób  historię  współpracy  Batmana z Harley Quinn? Sądziłem, że mając legendarne postacie oraz niezwykły, komiksowy świat da się wymyślić coś naprawdę atrakcyjnego. Niestety, nie. Batman i Harley Quinn to animacja głupiutka, prosta i niezbyt odkrywcza.

Poison Ivy szykuje nie lada kłopoty dla całego świata. Zatroskana o losy przyrody anty-bohaterka, wspomagana brutalną siłą Floronic Mana uprowadziła podstępnie profesora Goldblooma, który zmuszony zostaje do przygotowania niezwykle niebezpiecznego specyfiku. Z jego pomocą Ivy planuje zmienić DNA wszystkich żyjących istot na Ziemi tak, aby stały się one roślinami. Na szczęście Batman i Nightwing szybko wpadają na trop knowań przestępczyni. Po krótkim śledztwie, herosi dochodzą do wniosku, że pomóc im może wyłącznie Harley Quinn, którą z Poison Ivy łączyły niegdyś dobre stosunki. Tylko czy nieokiełznana klaunica nie wyprowadzi ich aby w pole? Niestety, panowie nie mają wielkiego wyboru. Gra toczy się o zbyt wysoką stawkę.

Reżyserii animacji podjął się Sam Liu, wybierając stylistyczne podobieństwo swego dzieła do serialu Batman: The Animated Series. Niestety, w moim odczuciu nie wyszło to filmowi na dobre. Kreska, która była popularna i efektowna  ponad dwadzieścia lat temu, nie ma prawa sprawdzić się w dzisiejszych czasach. Dla zatwardziałych fanów - być może, jednak dla teraźniejszych odbiorców już niekoniecznie. Efekt nie do końca przemyślany i trochę niepotrzebny. Brak w tym wszystkim głębi, jakiegoś trójwymiarowego nasycenia. Animacja jest więc dość toporna, mocno uproszczona i nazbyt dziecinna.
Choć dynamika walk oddana została bez zarzutu, bardzo rażą sceny, w których bohaterowie wchodzą w interakcję z tłem. Za pierwszy przykład niech posłuży scena pościgu, gdzie postacie biegną szybciej niż jadące ulicą samochody. Za drugi scena, w której Swamp Thing zanurza się w bagnie. Wygląda to jakby zjeżdżał pod wodę niewidzialną windą.

Sam scenariusz jest bardzo pretekstowy, co samo w sobie nie jest może wielkim zarzutem. Po prostu nie wykorzystano dostatecznie pomysłu, aby opowiedzieć ciekawą historię. Ot po prostu, Harley pomaga Batmanowi i Nightwingowi odszukać Ivy. Później mamy walkę, pościg, a następnie znowu walkę. Wszystko przeplecione głupawymi żartami, z wymuszonym pierdzeniem w Batmobilu na czele.

Relacje pomiędzy bohaterami niestety nie wychodzą poza kino dla nastolatków, a ich postepowanie często nie przypomina tego z komiksowych pierwowzorów. Nightwing ulegający wdziękom Quinn, czy podrygujący w klubie Batman nie jest tym, co spodziewałem się tu ujrzeć.
A problem jest jeszcze jeden. Twórcy nie zdecydowali się dla kogo ma być przeznaczona produkcja i przez to sceny, w których Harley pochyla się, eksponując wciskające się w pupę majtki, kontrastują z głupiutkimi wstawkami taneczno-śpiewanymi w klubie (gdzie zresztą nasza panna też nieźle trzęsie biustem). Przez to nie wiem czy jest to film dla dorosłych czy dla dzieci, bo choć klimatycznie owszem, to jednak przez tak zaznaczoną seksualność Harley, polecałbym go co najwyżej 16-latkom.

Po napisach końcowych jest  jeszcze jedna, kilkominutowa scena. Po co ona powstała oraz co wnosi do przyszłości tytułowej postaci, tego nie wiem i nie zrozumiałem. Może Wam uda się rozwikłać tą zagadkę?...


Tak więc Batman i Harley Quinn to film, który nie został do końca przemyślany i dlatego jego treść odbija się od wszystkich możliwych narożników fabuły. Z jednej strony zbyt prostacki, z drugiej pełniący rodzaj hołdu dla klasycznego serialu, nie może zdecydować się w którą ma pójść stronę.

Jednak pomimo tego całego narzekania przyznam, że ta godzina i kwadrans nie były czasem zupełnie straconym. Udało mi się zaśmiać szczerze raz czy dwa, szczególnie w scenie, kiedy Harley nakłania Batmana do dalszego korzystania z jej pomocy (taka argumentacja mogłaby przyjść do głowy tylko szalonej kochanicy Jokera - brawo!). Przyjemnie patrzyło się jak Batman podąża śladem zagadki, jego relacja z Nightwingiem oraz potyczka z Floronic Manem też sprawiła mi sporo frajdy.
Jednak nie na taki film liczyłem. Za mało w nim było klimatu i treści, a za dużo chaosu. Szczególnie że nie spowodowała go obecność Harley.

Moja ocena: 3,5/6.
 

środa, 16 sierpnia 2017

RECENZJA: Mroczna Wieża (2017)

 
Stephen King nigdy nie miał wielkiego szczęścia do adaptacji. Oczywiście, pomimo ogólnej tendencji kilka filmów na podstawie jego powieści wyszło nadzwyczaj dobrze. Wystarczy przypomnieć tu choćby To, Lśnienie, Skazanych na Shawshank, Carrie czy Misery. Na resztę jednak trzeba zarzucić gęstą zasłonę milczenia.
Jak na tle tych dobrych i koszmarnych wizji filmowych wypada najnowsza ekranizacja cyklu Mroczna Wieża? Niestety, bardzo blado. I pozwólcie, że od razu wymienię wszystko, co w tym filmie nie zagrało, bo ostatecznych pochwał będzie bardzo niewiele.

Na początek sama fabuła. O czym jest w ogóle ten film?
Otóż w Nowym Jorku mieszka sobie chłopiec imieniem Jake (Tom Taylor). Taki zwykły nastolatek, z tą tylko różnicą, że jemu ciągle śnią się jakieś dziwne rzeczy. Wizje, które w czasie snu pokazuje mu umysł tworzą historię o Człowieku w Czerni (Matthew McConaughey), który wspomagany przez dziwną technologię i groźne, ubrane w ludzką skórę stwory, chce za pomocą siły mentalnej dzieci zniszczyć niejaką Mroczną Wieżę. Do obrony tej budowli powołany jest jeden z ostatnich Rewolwerowców - Roland (Idris Elba). Jeśli wieża runie, mrok na zawsze pochłonie wszystkie światy uniwersum. Jake jest tak omamiony owymi wizjami, że często po przebudzeniu namiętnie rysuje to, co pokazały mu sny. Jest to oczywiście przyczyną wszelkich zmartwień jego matki i ojczyma. Sytuacja zmienia się, gdy chłopak, uciekając przez sługami Mężczyzny w Czerni napotyka wspomnianego Rolanda. Od teraz ich drogi połączą się, a wielkie zagrożenie uczyni sojusznikami na dobre i złe.

Jakkolwiek to co napisałem powyżej wygląda nawet zachęcająco, sam film niestety już taki nie jest. Nikolaj Arcel, któremu powierzono reżyserię obrazu oraz pisanie większej części scenariusza chyba zbyt lekko potraktował materiał źródłowy.
Widać to już w czasie trwania filmu. Półtorej godziny na tak monumentalne dzieło to chyba dość krótki czas, prawda? A choć nie czytałem cyklu Kinga, przez cały seans czułem, że oprócz mocnej skrótowości treści (cykl literacki liczy aż 8 tomów) brak jest w nim charakterystycznego stylu pisarza (był on obecny  np. w To i Misery). Być może odniósłbym inne wrażenie, gdyby reżyser zaproponowałby mi swój własny, unikalny styl. Niestety, tego nie dostałem.
Większość problemów z Mroczną Wieżą leży właśnie w ogólnej wizji przeniesienia tej historii na ekran. Zamiast skupić się na filmie jako wprowadzeniu do całego niezwykłego świata, twórcy chcieli jednorazowo uzyskać efekt, nad którym King pracował przez wiele lat. Takie podejście sprawiło, że sama historia jest strasznie jednowymiarowa, postacie  szablonowe, a uniwersum zwyczajnie nieciekawe.

Dodatkowym zgrzytem są liczne niejasności fabularne.
Przez pół filmu mówi się mi, że Jake ma jakąś tajemną moc zwaną Lśnieniem, która może zagrozić Mężczyźnie w Czerni, lecz nic takiego nigdy nie ma miejsca, a ja przez cały seans nie dowiedziałem się jak owa siła działa. Główny antagonista ma moc wywoływania skrajnie złych emocji u ludzi, jednak poza duszeniem i paleniem przeciwników nie uświadczyłem tego na ekranie. Jake przechodzi nieudaną próbę zostania Rewolwerowcem,  ponieważ okazuje się, że jego siła leży  wyłącznie w Lśnieniu. Na końcu filmu Roland oświadcza mu, że jednak będzie jednym z nich.
Wiele scen zdaje się być zwyczajnie uciętych, przerwanych wręcz w połowie zdania. Bractwo Rewolwerowców Rolanda także nie zostaje w żaden sposób zarysowane, tak samo dzieje się ze światem (czy właściwie światami) przedstawionym.
Pomiędzy bohaterami nie ma prawie żadnej chemii. Niestety, sceny w metrze, przy budce z hot-dogami oraz w szpitalu nie wywołały we mnie pożądanych emocji.
Motywacje postaci także leżą na całej linii. Roland pała jedynie chęcią zemsty za śmierć ojca, Jake poza niewyjaśnioną mocą jest aż nazbyt papierowy, a Mężczyzna w Czerni ma złe zamiary, bo tak chce. Pustka.

Czy zatem są jakieś jasne elementy tej produkcji? Po pewnym zastanowieniu wskazałbym na odtwórców ról Rolanda oraz Mężczyzny w Czerni. Aktorzy wcielają się w te postacie bardzo intensywnie i tylko miałkość samej opowieści psuje ich znaczne starania. Efekty specjalne też nie należały do najgorszych, a muzyka dobrze uwypukla  poszczególne akcenty, które zyskują należyte brzmienie. Sceny akcji są konkretne, ale też nie wybijają się ponad pewną, już dawno osiągniętą w kinie przeciętność.
Fani prozy Kinga z pewnością doszukają się kilku akcentów związanych z jego powieściami. To taki specyficzny ukłon w stronę autora.

Mroczna Wieża jest filmem, który można obejrzeć, ale też nic nie stracicie, jeśli darujecie sobie seans. Nie obraża on inteligencji widza, ale jednocześnie nie oferuje niczego, co sprawiłoby, żebyśmy nie mogli oderwać wzroku od ekranu.
To  niestety produkcja  zmarnowanego potencjału, gdzie postacie snują się po planie, a zaprezentowana historia bawi je dużo lepiej niż samego widza. Brakuje w niej rozwinięcia fabuły, pokazania i zafascynowania uniwersum, ciekawych twistów fabularnych, a nawet uczucia empatii dla bohaterów.
Gdybym wcześniej nie wiedział, że cykl Stephena Kinga jest tak popularną lekturą, po seansie nigdy bym w to nie uwierzył.

Moja ocena: 2,5/6.
 
 

wtorek, 15 sierpnia 2017

Co nowego czeka nas w Światach Thorgala jesienią?

Wszystko wskazuje na to, że w listopadzie b.r. otrzymamy aż dwa albumy z serii pobocznej Światy Thorgala, powołanej do życia przez Grzegorza Rosińskiego.
Pierwszy album to Slivia - 5 tom Młodzieńczych Lat Thorgala, natomiast drugi to Góra Czasu - 7 tom Kriss De Valnor.
Oto jak prezentują się okładki tych komiksów wraz z opisem fabuły:


"W tajemniczy sposób znika mędrzec Hierulf, którego król Gandalf skazał na śmierć, aby starzec nie doniósł do Althingu prawdy o rzezi dokonanej przez władcę wikingów. Podczas nieobecności Gandalfa w wiosce jego okrutny syn Bjorn postanawia poddać torturom pewną niechętną mu dziewczynę. Na szczęście Aaricia pomaga uciec przyjaciółce, lecz w wyniku splotu niesprzyjających zdarzeń sama naraża się na wielkie niebezpieczeństwo. Tymczasem nastoletni Thorgal, szukając Hierulfa, trafia do chaty wiedźmy, która ma powody, by nienawidzić zaginionego mędrca. Nikt z bohaterów nie przypuszcza, że kolejne zagrożenie nadejdzie ze strony kobiety więzionej przez Gandalfa w kamiennej wieży..."



"Kriss chce uratować syna uprowadzonego do odległego Bag-Dadhu. Nie ma jednak czasu na wielomiesięczną podróż, dlatego postanawia wejść na Górę Czasu, dzięki czemu mogłaby błyskawicznie znaleźć się na drugim końcu świata. Droga na szczyt okazuje się jednak niezwykle trudna i niebezpieczna. Co więcej, efekt tych wszystkich starań może się okazać wcale nie taki, na jaki liczyła. Tymczasem Jolan na czele wikingów nadal prowadzi wojnę z armią cesarza Magnusa. Obrońcy Północy są u kresu sił, kiedy pojawia się nowa możliwość zakończenia konfliktu."

A kiedy kolejny, regularny album z serii Thorgal? Wpadajcie tu częściej, na pewno ta informacja Was nie ominie! ;-)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

RECENZJA: Annabelle: Narodziny Zła (2017)

Wbrew temu co można sądzić, horror nie jest trudnym do opanowania gatunkiem filmowym. Po prostu nie wszyscy twórcy rozumieją na czym polega istota straszenia oraz jak taki efekt uzyskać. Niezrozumienie tematu często skutkuje więc śmiesznością, powtarzalnością lub co gorsza, nudą na ekranie, która też bywa straszna, ale w zupełnie niezamierzony sposób.
Na szczęście, pewnym światełkiem w tunelu okazuje się cykl Obecność, który będąc kinem typowo rozrywkowym,  naprawdę umiejętnie wykorzystuje cechy dobrego straszaka.
Wspomniana powyżej franczyza przyniosła nam do tej pory trzy filmy umieszczone w jednym uniwersum, a co jeszcze ciekawsze, inspirowanym prawdziwymi zdarzeniami. Najnowsza, czwarta odsłona cyklu cofa nas do  początku historii o złowrogiej lalce, której historię  rozpoczęto w pierwszej Obecności, a później  w  pełni przedstawiono w Annabelle (2014).
 
Historia filmu jest bardzo prosta. Zakonnica wraz z grupą dziewczynek z zamkniętego sierocińca otrzymuje schronienie w domu lalkarza Mullinsa i jego żony. Jak można się spodziewać, wkrótce w obecności dzieciaków zaczną dziać się dziwne i bardzo niepokojące rzeczy. A wszystko dlatego, że jedna z dziewczynek znalazła w zamkniętej komórce tajemniczą lalkę...
I tu można powiedzieć: "Ile razy to już było?" Ano było, pozornie nie inaczej jest i w tym filmie. Mamy więc odosobniony domek, dziwnych właścicieli, szablonową grupę do odstrzelenia i masę tajemnic. Faktycznie, tak ujęta całość wręcz oscyluje na granicy powtarzalności czy plagiatu. Jednak kwestią nadrzędną jest właśnie  podejście do tematu.  Kunszt reżysera (David F. Sandberg) i scenarzysty (Gary Dauberman) polega na tym, jak umieli nam tą historię opowiedzieć. W moim odczuciu zrobili to bardzo dobrze.
 
Oprócz konkretnego straszenia (o którym poniżej),  film od początku stawia na postacie. Nie wszystkie, ale przecież wystarczą dwie, żebyśmy mogli je dostatecznie polubić i czuć wraz z nimi zagrożenie. W tym wypadku Janice (Talitha Bateman) i Linda (Lulu Wilson) okazują się być idealnie dopasowane. Dziewczynki są bardzo naturalne, sympatyczne, a poprzez wzajemną relację (Janice ma problemy z chodzeniem po niedawno przebytej chorobie) możemy realnie zaangażować się w ich sytuację. Reszta postaci to oczywiście wypełniacze (wszak mamy tu do czynienia z horrorem, a nie z głębokim dramatem wojennym), chociaż siostra Charlotta (Stephanie Sigman)  i małżeństwo Mullinsów (Anthony LaPaglia i Miranda Otto) też jakoś dają radę.
I te postacie są dość istotne, ponieważ w zderzeniu z mroczną historią, którą serwuje nam Sandberg spełniają barwną rolę nośnika naszych obaw. To jeden z bardziej udanych elementów w Annabelle: Narodziny Zła.

Kolejną i jednocześnie najważniejszą kwestią, jest wypełnienie historii grozą. Twórcy dobrze wiedzą co nas najbardziej straszy, lecz nie stawiają wyłącznie na ograne w ostatnich latach elementy. Jeśli więc już po nie sięgają, robią to po swojemu, zgrabnie.
Najbardziej przeraża nas to czego nie widzimy, lub to, co zdaje się nam, że widzimy. I pod tym względem film jest nieomal perfekcyjny. Nastrój nieznanego,  rodzinna tajemnica  oraz gra z wyobraźnią młodych bohaterek wprowadza widza w świat, gdzie strach jest bliski i realny. Oczywiście, nie obyło się bez efektów specjalnych (o filmach tak klimatycznych jak Egzorcysta na pewno możemy w Hollywood już zapomnieć), ale wykorzystane są na dość niewielką skalę. Pierwsze skrzypce w historii gra nadal obawa przed nienazwanym złem.
I choć w filmie jest wiele elementów, które wręcz krzyczą do nas: "Patrzcie, to na pewno będzie przyczyną kłopotów", "Zobaczcie, w tym miejscu bohaterce musi się coś stać", to dzięki zręcznemu rzemiosłu twórców i tak dajemy złapać się w tak zastawioną pułapkę.
 
Pierwszorzędnym elementem jest też żonglowanie rolą bohaterów. O ile w połowie filmu wydawać by się mogło jak potoczą się sprawy, w pewnej chwili ciężar emocji zostaje przeniesiony z jednej postaci na drugą. Daje to widzowi drugi oddech, zaskakując dalszym rozwojem sytuacji.
Dodatkowo, w Annabelle: Narodziny Zła pojawia się też jeden "smaczek", zwiastujący powstającą właśnie, kolejną część serii. A co najfajniejsze, nie dzieje się to w scenie po napisach (jak np. u Marvela) ale w samym środku historii.
Jak przystało na dobrze zrealizowany prequel, końcówka filmu nawiązuje bezpośrednio do wydarzeń z pierwszej części Annabelle. To zdecydowany atut dla sympatyków serii. 
 
Jedyne, do czego mogę tu się przyczepić, to brak mocniejszego zaakcentowania tajemnicy Mullinsów oraz poczucia odcięcia od reszty świata. Może jednak tylko ja tak mam, bo lalki jako takie nie bardzo mnie przerażają. Zwyczajnie, pragnąłbym jeszcze więcej czegoś, co mnie samego przyprawia o wewnętrzny niepokój.
 
Jako dobre, nie urągające inteligencji widza kino wakacyjne, Annabelle: Narodziny Zła sprawdza się zdecydowanie ponad przeciętną. Film naprawdę straszy, zachowując specyficzny dla całego cyklu klimat. Aż trochę żal, że nie zaczekali z nim do października, kiedy nadchodzące Halloween i dłuższe, szare wieczory jeszcze lepiej sprzyjałyby jego odbiorowi.
Fani gatunku nie powinni być zawiedzeni. Nie jest to z pewnością kolejny kamień milowy, ale satysfakcjonująco zrealizowane rzemiosło, które  mocno pozostaje w pamięci, rozwijając uniwersum, do którego należy.
Tajemnica, skrzypienie w ciemności i kroki na schodach - na pewno nie raz podskoczycie na Annabelle. A jeśli coś w ciemnej sali chwyci Was za szyję, nie mówcie później, że nie ostrzegałem. Granica pomiędzy światem ludzi i duchów jest naprawdę bardzo cienka...
 
Moja ocena: 5/6.

  

czwartek, 10 sierpnia 2017

TO jest Pennywise w wersji Funko Pop!

Z filmowymi remake'ami różnie bywa, wiemy o tym nie od dziś. Obojętnie, czy nowa wersja filmu To, na podstawie książki S. Kinga (premiera już we wrześniu) okaże się trafiona czy nie, figurki Funko Pop! przedstawiające tytułowego bohatera jak zawsze trzymają poziom.
Część z nich dostępna będzie wyłącznie w konkretnych sieciach handlowych (Walmart, Hot Topic), ale jak dobrze poszperać w sklepach w sieci, na pewno da się je kupić także u nas.
 
Który z klaunów podoba się Wam najbardziej? Moim faworytem jest Pennywise z peruką (Pennywise with Wig). Wywołuje naprawdę niepokojące odczucia... ;-) 
 



 

wtorek, 8 sierpnia 2017

RECENZJA: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Nie miałem do tej pory okazji sięgnąć po książki Remigiusza Mroza. Niestety, oprócz Chóru Zapomnianych Głosów (który muszę jeszcze nadrobić) większość jego powieści stanowią kryminały, sensacje lub opowieści historyczne. Jak zapewne wiecie, nie  są to moje ulubione  działy literatury. Na szczęście,  wreszcie nadarzyła się okazja poznać autora przy okazji premiery jego najnowszego dzieła - Czarnej Madonny.
 
Książka określana jest w mediach jako horror religijny, więc moje zainteresowanie od razu skierowało się na niepokojącą, czerwoną okładkę. Niestety, wraz z radością, pojawiły się też pierwsze wątpliwości.
Horror jak horror, ale kiedy zorientowałem się, że rzecz opowiadać będzie o opętaniach, mój entuzjazm nieco opadł. Sami rozumiecie, ile razy już to wszystko było?... Filmy, książki seriale. Te wszystkie dziewczynki, księża, tabliczki ouija, egzorcyzmy i bogu ducha winni ludzie uwikłani w podstępne plany demonów... Popkultura zdecydowanie powinna odpocząć od takich opowieści. Postanowiłem jednak dać pisarzowi szansę, wszak długo czekałem na powieść, która będzie przeznaczona tylko dla mnie. I wiecie co? Udało się!

Stało się tak głównie za sprawą podejścia Mroza do istoty tematu. Czarna Madonna nie jest w swej genezie klasyczną historią o opętaniu. Oczywiście, wszelkie demoniczne manifestacje są tu jak najbardziej obecne, ale autor podszedł do nich w nieszablonowy, indywidualny sposób. Jego powieść to raczej książka o drodze ludzkiej jednostki uwikłanej w historię, która jawi się czytelnikowi jako osobliwy początek końca świata.
Głównym bohaterem jest tu były ksiądz, który na skutek życiowych perturbacji odszedł z kościoła, wybierając szczęśliwe życie u boku kobiety. I właśnie wtedy, kiedy wszystko w jego świecie zaczyna przybierać oczekiwane kształty, narzeczona wybiera się w krótką podróż do Ziemi Świętej. Niestety, samolot na pokładzie którego była kobieta, znika z radarów gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Zaniepokojony całą sprawą bohater zaczyna tropić ślady podróży samolotu, krok po kroku zbliżając się do wielkiej i straszliwej tajemnicy. W poszukiwaniach śladów prawdy pomaga mu ojciec oraz siostra narzeczonej. Niestety, jak szybko się okaże, nie wszystko co otacza bohatera jest tym czym się wydaje, a on sam stanie wkrótce twarzą w twarz z największym koszmarem, o jakim mu się nawet nie śniło.

Mróz w Czarnej Madonnie podchodzi do tematu demonizmu oplatając go historią, która wychodzi poza schematy znane w literaturze. Opowiada o tym, co tak naprawdę może kryć się za istotą wszelkiego zła i co stałoby się, gdyby najpotężniejsze demony zapragnęły rozpętać na Ziemi piekło. Stawia pytania o to, jaki udział miałaby w tym wszystkim zwykła jednostka, oraz czy niebiańskie siły dobra byłyby w stanie sprzeciwić się narastającemu złu. Okrasza to nutą niesamowicie zakręconej historii, która sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko i ciekawie. Czarna Madonna to powieść, stawiająca ważne pytania i zmuszająca do głębszego zastanowienia jeszcze długo po lekturze.
Od pierwszych stron da się też wyczuć, że autor doskonale odrobił wszystkie lekcje, wielokrotnie zapoznając się z prawami rządzącymi w kościele, a także samymi egzorcyzmami oraz ich długoletnią historią. Dzięki temu czytelnik ma okazję lepiej poznać instytucję kościoła, dowiadując się rzeczy, których sam nigdy by nie poszukiwał.  Pod tym względem Czarna Madonna jest również niesamowitym  źródłem wiedzy, przecząc  krzywdzącemu  twierdzeniu, że  nie we wszystkich książkach (a tym bardziej w fantastyce) znajdziemy rzeczy godne naszej edukacji.

Jeśli miałbym wskazywać na minusy tej lektury, byłby to brak większego zaangażowania emocjonalnego głównego bohatera, który przez większą część książki do zaginięcia narzeczonej podchodzi jak do zniknięcia sąsiadki z bloku obok. Szkoda też, że autor nie pokusił się o dodanie pewnej epickiej nuty swej opowieści. Podzielenie fabuły na narrację poszczególnych postaci, a także umieszczenie akcji w różnym czasie i w wielu miejscach na świecie dałoby jeszcze lepszy, a nawet iście piorunujący efekt.

Czarna Madonna jest jednak bez wątpienia jednym z najjaśniejszych klejnotów w naszej rodzimej, fantastycznej literaturze i cieszę się bardzo że ją przeczytałem. Poprzez łatwy, wciągający język (oparty w większości na dialogach) przybliża nam historię, która być może wydarzy się gdzieś w niedalekiej przyszłości. Stawia ważne pytania i powoduje, że czytelnik chce szukać na nie odpowiedzi. Angażuje w losy bohatera i jego drogi ku zrozumieniu otaczającego go świata, a także wewnętrznych, ukrytych potrzeb oraz pragnień.
Dodatkowo, wywołuje głęboki niepokój w kwestii samej istoty zła, które drzemie gdzieś tuż obok nas, przyczajone i gotowe do obezwładniającego ataku. Czy znajdziemy siłę i możliwości aby się mu sprzeciwić? Warto przeczytać Czarną Madonnę, aby przekonać się o tym samemu.

Moja ocena: 5,5/6.
 

sobota, 5 sierpnia 2017

RECENZJA: Valerian i Miasto Tysiąca Planet (2017)

Moje pierwsze spotkanie z Valerianem przypada na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jako kilkunastoletni chłopak czytałem przygody kosmicznego agenta, przemierzającego odległą przestrzeń międzyplanetarną i... tak naprawdę niewiele więcej z tego pamiętam. Tym chętniej zasiadłem na sali kinowej, aby poznać wielkoekranową wersję awanturniczych losów tej uznanej już za kultową postaci.
Za obejrzeniem filmu dodatkowo przemawiał fakt, że za jego powstanie odpowiada sam  Luc Besson, jeden z wielkich wizjonerów kina, a także gigantyczny budżet władowany w całą produkcję.
 
Muszę przyznać, że generalnie nastawiłem się na coś, co będzie lekkim przygotowaniem pod właśnie powstający film o przygodach Hana Solo. Zresztą, zwiastuny sugerowały mi właśnie coś takiego (ach te zwiastuny... o tym, jak kłamliwe potrafią być, pisałem już kiedyś w tym miejscu). A więc przygoda, awantura, tajemnica i emocje. Czy to dostałem? No w sumie tak... Ale tak naprawdę nie do końca.
 
Valerian i Miasto Tysiąca Planet to film przebogaty wizualnie. Od pierwszych minut wrzucony zostałem w niesamowitą wizję reżysera i scenarzysty. Najróżniejsze planety, pojazdy, rasy i lokacje, a wszystko dopracowane w najmniejszych nawet szczegółach. Ogląda się to jak prawdziwą kosmiczną baśń, bardziej żywą i kolorową niż  same klasyczne Gwiezdne Wojny (które z racji czasu powstania, wypadają dziś nieco bardziej ascetycznie).
W tym pięknym otoczeniu przyrody poznajemy historię dwójki agentów - Majora Valeriana (Dane DeHaan) i Sierżant Laureliny (Cara Delevingne), którzy rozwiązują zagadkę zagrożenia, jakie spadło na stację kosmiczną Alpha. Nie będę więcej pisał o samej treści filmu, ponieważ fabuła i zagadka jest tutaj dość pretekstowa, a jej łopatologiczne wyjaśnienie otrzymacie też pod koniec filmu. Brak polotu treści jest punktem wyjściowym do zaprezentowania wielu przygód, walk i pościgów, które staną się udziałem dwójki głównych postaci.

I w sumie wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że znakomitą większość tych rzeczy już w kinie widziałem. Każdy element fabularny wydaje mi się być zapożyczony z jakiegoś filmu z przeszłości. I niestety nie gra to zbyt dobrze w kinie fantastycznym, jakim jest Valerian. Wybaczcie, lecz ja od takich filmów oczekuję znacznie więcej. Produkcje z tego gatunku dają praktycznie nieograniczone możliwości kreatywne, więc nie uważam, że kopiowanie ogranych pomysłów było dobrą i przemyślaną ideą.
Dodatkowo, choć nie pamiętam zbyt dobrze oryginalnych komiksów, nie zauważyłem aby odwzorowany został ich unikalny klimat. Przedstawiam tą tezę, ponieważ unikalnego klimatu w tym filmie zwyczajnie nie ma. Otrzymałem wesołą, lecz dość płaską i prościutką historyjkę, która jest kalką wcześniejszych, dużo ciekawszych pomysłów. I choć Luc Besson starał się jak mógł aby przenosić akcję z miejsca w miejsce, zaskakując nas także zmianami klimatu opowieści (z komedii do kryminału poprzez film akcji), to wszystko wyszło bardzo odtwórczo i niezbyt oryginalnie.
 
O samej tytułowej postaci niestety nie mam do powiedzenia zbyt wiele. Czy to naprawdę ten Valerian, który tak bardzo spodobał się czytelnikom na całym świecie? No, niestety, po seansie nie mam takich skojarzeń. Valerian w interpretacji DeHaana jest płaski, zbyt egocentryczny i szablonowy, a gdyby nie sam fakt, że z zawodu działa dla dobrej sprawy, w ogóle nie wywołałby u mnie żadnych emocji. Zabrakło jakiegoś lepszego przedstawienia tej postaci, czegoś co sprawiłoby, że oglądałbym jego drogę przez ten film z zaangażowaniem i mógł mu szczerze kibicować. Nawet wzbogacenie osobowości agenta poprzez obecność innej świadomości w jego ciele zostało potraktowane w kwestii charakterologicznej zdecydowanie po macoszemu.
 
Natomiast aktorsko film ratuje nieco postać Laureline. Delavingne dała swej bohaterce zadziorność, kobiecość i pewność siebie, znacznie przewyższając pod tym względem bezowocne starania kolegi z planu. Fajnie ogląda się wszystkie sceny w których występuje, i to nie tylko ze względu na stroje jakie nosi. Ona jest po prostu postacią z krwi i kości, oglądając ją, wiemy że obcujemy z żywą i prawdziwą osobą. Zdaje mi się także, że po prostu ta rola została lepiej napisana, jakby Besson uznał że Valerian to Valerian i nie trzeba nadmiernie pracować nad tą postacią (bo to przecież ikona komiksu). Tymczasem niekoniecznie. Wiele osób oglądających film nie zna tego bohatera i ich odczucia będą zapewne podobne do moich.

W Valerianie zdarzyły się też rzeczy, które bardzo mi się spodobały. Choćby pomysł powstania całej stacji kosmicznej Alpha, jej budowa, pierwsze kontakty z obcymi cywilizacjami czy wreszcie opuszczenie orbity Ziemi. Fascynujące i udane nawet pod względem humorystycznym. W następnej kolejności warto zwrócić uwagę na niesamowite koncepty (zapewne rodem z pierwowzoru) jak np. targ na planecie znajdujący się w innym wymiarze, kolacja króla z nieoczekiwanym daniem głównym czy meduzy pomagające  uzyskać dostęp do informacji. Było tego naprawdę sporo, a wisienką na torcie tych atrakcji będzie chyba krótki występ Rihanny (tutaj w roli zmiennokształtnej Bubble), która daje show, jaki raczej żadnego faceta nie pozostawi obojętnym.  
 
Valerian i Miasto Tysiąca Planet jest zatem filmem, który sprawdza się tylko i wyłącznie jako letni, niezobowiązujący blockbuster. Pomimo aspiracji do bycia czymś więcej nie wychodzi prawie o krok przed to, co w kinie fantastycznym pokazano już nie jeden raz. Fabuła sprawdza się wyłącznie jako niezobowiązująca rozrywka, a sceny akcji  oraz liczne akcenty komediowe są w stanie wzruszyć jedynie tych z Was, którzy dość rzadko chodzą do kina.
Poprzez swą niezwykłą wizualność obraz na pewno zapada w pamięci, ale to trochę za mało aby uczynić z niego dzieło godne postawiania na półce domowej filmoteki. Zabrakło unikalnej wizji, nacisku na postacie, a także głębi samej historii.
 
Poprzez zbyt nachalne piętno stylistyczne reżysera i naiwną chęć przeniesienia komiksowej opowieści bez zadbania o jej niepowtarzalność, Valerian jest dziełem, które dobrze odnajdzie się wyłącznie w chwili swej premiery. Za sprawą promocji i reklamy znaczna część ludzkości wybierze się na ten film, lecz nie stanie się on niczym więcej jak zwykłą rozrywką dla mas.
Ale koniec końców takie filmy też są potrzebne, prawda?
 
Moja ocena: 3,5/6.
 

środa, 2 sierpnia 2017

RECENZJA: Alice - Joseph Delaney

Alice Deane. Przyszła czarownica. Córka Kościstej Lizzy oraz samego Złego i rozkwitająca miłość Toma Warda, ucznia stracharza. To na niej spoczął obowiązek odnalezienia jednej z trzech kling, zwanych mieczami bohaterów. Tylko dzięki nim da się pokonać osłabionego Złego, zaprowadzając upragniony na świecie spokój. 
Czy dziewczyna sprosta temu niełatwemu zadaniu? Jak potoczą się jej losy i czy znajdzie sprzymierzeńców w tak karkołomnej misji? O tym właśnie opowiada przedostatni tom cyklu Kroniki Wardstone, autorstwa Josepha Delaneya.
 
Jeśli czekaliście na kolejne przygody Toma i stracharza, musicie uzbroić się w cierpliwość. Autor już po raz trzeci czyni głównym bohaterem  jedną z postaci drugoplanowych. W ostatnim tomie był to Wijec, a w dziewiątym śledziliśmy losy uciekającej z głową swego odwiecznego wroga Grimalkin.  Jednak decyzja, aby tym razem opowiedzieć o zmaganiach Alice nie jest zwykłą fanaberią pisarza. Wynika ona z poprzednio spisanych wydarzeń, jeszcze bardziej zbliżając  postacie do ostatecznej konfrontacji ze złem, do czego autor szykuje nas od pierwszego tomu cyklu.
 
Tak więc dziewczyna udaje się na poszukiwania trzeciej klingi. Sztylet Posępny ma posłużyć do odprawienia niebezpiecznego rytuału, który uwolni świat od Złego. Będzie to rytuał, w trakcie którego należy poświęcić ludzkie życie i jak się okazuje, niestety musi to być życie Alice.
Przyszła czarownica udaje się więc w sam Mrok, do dotychczasowej siedziby Złego, aby wykraść spod jego tronu magiczną broń. Niestety, nie będzie to zadanie łatwe, bowiem w krainach, które odwiedzi czyhają na nią dawni wrogowie oraz najmakabryczniejsze niebezpieczeństwa, o jakich tylko można pomyśleć. Na dodatek na niekorzyść misji Alice działa sam czas, ponieważ jeśli dziewczyna będzie przebywać w Mroku zbyt długo, może już nigdy nie wrócić do świata żywych.
 
I tu zaczyna się szalony roller-coaster, który mogła wyczarować jedynie wyobraźnia tak świetnego autora, jakim jest Delaney. W Alice mamy zatem do czynienia z innymi rzeczywistościami, zakrzywioną percepcją czasu, a także rozwinięciem wątków, których nie poznaliśmy w cyklu wcześniej. Autor dopowiada też historię samej Alice, która była jej udziałem przed wydarzeniami z czasów poznania Toma.
A to wszystko sprawia, że otrzymujemy dwie rzeczy. Po pierwsze, lepiej poznajemy bohaterkę, jej zamierzenia i wreszcie (przynajmniej ja tak miałem) zaczynamy jej szczerze kibicować. Po drugie, dostajemy ciekawe uzupełnienie świata przedstawianego w serii. O Mroku mówili nam bohaterowie już od pierwszej części, teraz wreszcie możemy zobaczyć jak ten "świat" wygląda, kto i co go zamieszkuje oraz jakimi demonicznymi prawami się rządzi.
Delaney uzupełnia też historię Thorne, niedoszłej uczennicy Grimalkin, która zginęła w jednym z poprzednich tomów. To ona będzie przewodniczką Alice po nieprzyjaznej rzeczywistości, a wspólne pokonywanie niebezpieczeństw zbliży je do siebie, nie pozostawiając czytelnika obojętnym na ich dramatyczne przygody.
 
Nie ma co dłużej pisać, Alice to kolejny świetny tom Kronik Wardstone. Joseph Delaney po raz dwunasty rozsypuje na nasze głowy magiczny pył swej wyobraźni, zapraszając nas do świata strasznego, niebezpiecznego ale jednocześnie bardzo wciągającego. I jest w swej kreacji bardzo konsekwentny, dając nam stopniowe przeczucie zbliżania się do finału, nie odsłaniając jednak jeszcze wszystkich kart.
Nie jest to może tom, od którego można zacząć swą przygodę z tą serią, ale wierni fani poczują się wynagrodzeni za czas spędzony na czytaniu. Ja bynajmniej nagrodzony zostałem i namawiam Was do zrobienia tego samego.
 
Moja ocena: 5/6.
 
rys. David Galopim