poniedziałek, 14 sierpnia 2017

RECENZJA: Annabelle: Narodziny Zła (2017)

Wbrew temu co można sądzić, horror nie jest trudnym do opanowania gatunkiem filmowym. Po prostu nie wszyscy twórcy rozumieją na czym polega istota straszenia oraz jak taki efekt uzyskać. Niezrozumienie tematu często skutkuje więc śmiesznością, powtarzalnością lub co gorsza, nudą na ekranie, która też bywa straszna, ale w zupełnie niezamierzony sposób.
Na szczęście, pewnym światełkiem w tunelu okazuje się cykl Obecność, który będąc kinem typowo rozrywkowym,  naprawdę umiejętnie wykorzystuje cechy dobrego straszaka.
Wspomniana powyżej franczyza przyniosła nam do tej pory trzy filmy umieszczone w jednym uniwersum, a co jeszcze ciekawsze, inspirowanym prawdziwymi zdarzeniami. Najnowsza, czwarta odsłona cyklu cofa nas do  początku historii o złowrogiej lalce, której historię  rozpoczęto w pierwszej Obecności, a później  w  pełni przedstawiono w Annabelle (2014).
 
Historia filmu jest bardzo prosta. Zakonnica wraz z grupą dziewczynek z zamkniętego sierocińca otrzymuje schronienie w domu lalkarza Mullinsa i jego żony. Jak można się spodziewać, wkrótce w obecności dzieciaków zaczną dziać się dziwne i bardzo niepokojące rzeczy. A wszystko dlatego, że jedna z dziewczynek znalazła w zamkniętej komórce tajemniczą lalkę...
I tu można powiedzieć: "Ile razy to już było?" Ano było, pozornie nie inaczej jest i w tym filmie. Mamy więc odosobniony domek, dziwnych właścicieli, szablonową grupę do odstrzelenia i masę tajemnic. Faktycznie, tak ujęta całość wręcz oscyluje na granicy powtarzalności czy plagiatu. Jednak kwestią nadrzędną jest właśnie  podejście do tematu.  Kunszt reżysera (David F. Sandberg) i scenarzysty (Gary Dauberman) polega na tym, jak umieli nam tą historię opowiedzieć. W moim odczuciu zrobili to bardzo dobrze.
 
Oprócz konkretnego straszenia (o którym poniżej),  film od początku stawia na postacie. Nie wszystkie, ale przecież wystarczą dwie, żebyśmy mogli je dostatecznie polubić i czuć wraz z nimi zagrożenie. W tym wypadku Janice (Talitha Bateman) i Linda (Lulu Wilson) okazują się być idealnie dopasowane. Dziewczynki są bardzo naturalne, sympatyczne, a poprzez wzajemną relację (Janice ma problemy z chodzeniem po niedawno przebytej chorobie) możemy realnie zaangażować się w ich sytuację. Reszta postaci to oczywiście wypełniacze (wszak mamy tu do czynienia z horrorem, a nie z głębokim dramatem wojennym), chociaż siostra Charlotta (Stephanie Sigman)  i małżeństwo Mullinsów (Anthony LaPaglia i Miranda Otto) też jakoś dają radę.
I te postacie są dość istotne, ponieważ w zderzeniu z mroczną historią, którą serwuje nam Sandberg spełniają barwną rolę nośnika naszych obaw. To jeden z bardziej udanych elementów w Annabelle: Narodziny Zła.

Kolejną i jednocześnie najważniejszą kwestią, jest wypełnienie historii grozą. Twórcy dobrze wiedzą co nas najbardziej straszy, lecz nie stawiają wyłącznie na ograne w ostatnich latach elementy. Jeśli więc już po nie sięgają, robią to po swojemu, zgrabnie.
Najbardziej przeraża nas to czego nie widzimy, lub to, co zdaje się nam, że widzimy. I pod tym względem film jest nieomal perfekcyjny. Nastrój nieznanego,  rodzinna tajemnica  oraz gra z wyobraźnią młodych bohaterek wprowadza widza w świat, gdzie strach jest bliski i realny. Oczywiście, nie obyło się bez efektów specjalnych (o filmach tak klimatycznych jak Egzorcysta na pewno możemy w Hollywood już zapomnieć), ale wykorzystane są na dość niewielką skalę. Pierwsze skrzypce w historii gra nadal obawa przed nienazwanym złem.
I choć w filmie jest wiele elementów, które wręcz krzyczą do nas: "Patrzcie, to na pewno będzie przyczyną kłopotów", "Zobaczcie, w tym miejscu bohaterce musi się coś stać", to dzięki zręcznemu rzemiosłu twórców i tak dajemy złapać się w tak zastawioną pułapkę.
 
Pierwszorzędnym elementem jest też żonglowanie rolą bohaterów. O ile w połowie filmu wydawać by się mogło jak potoczą się sprawy, w pewnej chwili ciężar emocji zostaje przeniesiony z jednej postaci na drugą. Daje to widzowi drugi oddech, zaskakując dalszym rozwojem sytuacji.
Dodatkowo, w Annabelle: Narodziny Zła pojawia się też jeden "smaczek", zwiastujący powstającą właśnie, kolejną część serii. A co najfajniejsze, nie dzieje się to w scenie po napisach (jak np. u Marvela) ale w samym środku historii.
Jak przystało na dobrze zrealizowany prequel, końcówka filmu nawiązuje bezpośrednio do wydarzeń z pierwszej części Annabelle. To zdecydowany atut dla sympatyków serii. 
 
Jedyne, do czego mogę tu się przyczepić, to brak mocniejszego zaakcentowania tajemnicy Mullinsów oraz poczucia odcięcia od reszty świata. Może jednak tylko ja tak mam, bo lalki jako takie nie bardzo mnie przerażają. Zwyczajnie, pragnąłbym jeszcze więcej czegoś, co mnie samego przyprawia o wewnętrzny niepokój.
 
Jako dobre, nie urągające inteligencji widza kino wakacyjne, Annabelle: Narodziny Zła sprawdza się zdecydowanie ponad przeciętną. Film naprawdę straszy, zachowując specyficzny dla całego cyklu klimat. Aż trochę żal, że nie zaczekali z nim do października, kiedy nadchodzące Halloween i dłuższe, szare wieczory jeszcze lepiej sprzyjałyby jego odbiorowi.
Fani gatunku nie powinni być zawiedzeni. Nie jest to z pewnością kolejny kamień milowy, ale satysfakcjonująco zrealizowane rzemiosło, które  mocno pozostaje w pamięci, rozwijając uniwersum, do którego należy.
Tajemnica, skrzypienie w ciemności i kroki na schodach - na pewno nie raz podskoczycie na Annabelle. A jeśli coś w ciemnej sali chwyci Was za szyję, nie mówcie później, że nie ostrzegałem. Granica pomiędzy światem ludzi i duchów jest naprawdę bardzo cienka...
 
Moja ocena: 5/6.

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz