środa, 16 sierpnia 2017

RECENZJA: Mroczna Wieża (2017)

 
Stephen King nigdy nie miał wielkiego szczęścia do adaptacji. Oczywiście, pomimo ogólnej tendencji kilka filmów na podstawie jego powieści wyszło nadzwyczaj dobrze. Wystarczy przypomnieć tu choćby To, Lśnienie, Skazanych na Shawshank, Carrie czy Misery. Na resztę jednak trzeba zarzucić gęstą zasłonę milczenia.
Jak na tle tych dobrych i koszmarnych wizji filmowych wypada najnowsza ekranizacja cyklu Mroczna Wieża? Niestety, bardzo blado. I pozwólcie, że od razu wymienię wszystko, co w tym filmie nie zagrało, bo ostatecznych pochwał będzie bardzo niewiele.

Na początek sama fabuła. O czym jest w ogóle ten film?
Otóż w Nowym Jorku mieszka sobie chłopiec imieniem Jake (Tom Taylor). Taki zwykły nastolatek, z tą tylko różnicą, że jemu ciągle śnią się jakieś dziwne rzeczy. Wizje, które w czasie snu pokazuje mu umysł tworzą historię o Człowieku w Czerni (Matthew McConaughey), który wspomagany przez dziwną technologię i groźne, ubrane w ludzką skórę stwory, chce za pomocą siły mentalnej dzieci zniszczyć niejaką Mroczną Wieżę. Do obrony tej budowli powołany jest jeden z ostatnich Rewolwerowców - Roland (Idris Elba). Jeśli wieża runie, mrok na zawsze pochłonie wszystkie światy uniwersum. Jake jest tak omamiony owymi wizjami, że często po przebudzeniu namiętnie rysuje to, co pokazały mu sny. Jest to oczywiście przyczyną wszelkich zmartwień jego matki i ojczyma. Sytuacja zmienia się, gdy chłopak, uciekając przez sługami Mężczyzny w Czerni napotyka wspomnianego Rolanda. Od teraz ich drogi połączą się, a wielkie zagrożenie uczyni sojusznikami na dobre i złe.

Jakkolwiek to co napisałem powyżej wygląda nawet zachęcająco, sam film niestety już taki nie jest. Nikolaj Arcel, któremu powierzono reżyserię obrazu oraz pisanie większej części scenariusza chyba zbyt lekko potraktował materiał źródłowy.
Widać to już w czasie trwania filmu. Półtorej godziny na tak monumentalne dzieło to chyba dość krótki czas, prawda? A choć nie czytałem cyklu Kinga, przez cały seans czułem, że oprócz mocnej skrótowości treści (cykl literacki liczy aż 8 tomów) brak jest w nim charakterystycznego stylu pisarza (był on obecny  np. w To i Misery). Być może odniósłbym inne wrażenie, gdyby reżyser zaproponowałby mi swój własny, unikalny styl. Niestety, tego nie dostałem.
Większość problemów z Mroczną Wieżą leży właśnie w ogólnej wizji przeniesienia tej historii na ekran. Zamiast skupić się na filmie jako wprowadzeniu do całego niezwykłego świata, twórcy chcieli jednorazowo uzyskać efekt, nad którym King pracował przez wiele lat. Takie podejście sprawiło, że sama historia jest strasznie jednowymiarowa, postacie  szablonowe, a uniwersum zwyczajnie nieciekawe.

Dodatkowym zgrzytem są liczne niejasności fabularne.
Przez pół filmu mówi się mi, że Jake ma jakąś tajemną moc zwaną Lśnieniem, która może zagrozić Mężczyźnie w Czerni, lecz nic takiego nigdy nie ma miejsca, a ja przez cały seans nie dowiedziałem się jak owa siła działa. Główny antagonista ma moc wywoływania skrajnie złych emocji u ludzi, jednak poza duszeniem i paleniem przeciwników nie uświadczyłem tego na ekranie. Jake przechodzi nieudaną próbę zostania Rewolwerowcem,  ponieważ okazuje się, że jego siła leży  wyłącznie w Lśnieniu. Na końcu filmu Roland oświadcza mu, że jednak będzie jednym z nich.
Wiele scen zdaje się być zwyczajnie uciętych, przerwanych wręcz w połowie zdania. Bractwo Rewolwerowców Rolanda także nie zostaje w żaden sposób zarysowane, tak samo dzieje się ze światem (czy właściwie światami) przedstawionym.
Pomiędzy bohaterami nie ma prawie żadnej chemii. Niestety, sceny w metrze, przy budce z hot-dogami oraz w szpitalu nie wywołały we mnie pożądanych emocji.
Motywacje postaci także leżą na całej linii. Roland pała jedynie chęcią zemsty za śmierć ojca, Jake poza niewyjaśnioną mocą jest aż nazbyt papierowy, a Mężczyzna w Czerni ma złe zamiary, bo tak chce. Pustka.

Czy zatem są jakieś jasne elementy tej produkcji? Po pewnym zastanowieniu wskazałbym na odtwórców ról Rolanda oraz Mężczyzny w Czerni. Aktorzy wcielają się w te postacie bardzo intensywnie i tylko miałkość samej opowieści psuje ich znaczne starania. Efekty specjalne też nie należały do najgorszych, a muzyka dobrze uwypukla  poszczególne akcenty, które zyskują należyte brzmienie. Sceny akcji są konkretne, ale też nie wybijają się ponad pewną, już dawno osiągniętą w kinie przeciętność.
Fani prozy Kinga z pewnością doszukają się kilku akcentów związanych z jego powieściami. To taki specyficzny ukłon w stronę autora.

Mroczna Wieża jest filmem, który można obejrzeć, ale też nic nie stracicie, jeśli darujecie sobie seans. Nie obraża on inteligencji widza, ale jednocześnie nie oferuje niczego, co sprawiłoby, żebyśmy nie mogli oderwać wzroku od ekranu.
To  niestety produkcja  zmarnowanego potencjału, gdzie postacie snują się po planie, a zaprezentowana historia bawi je dużo lepiej niż samego widza. Brakuje w niej rozwinięcia fabuły, pokazania i zafascynowania uniwersum, ciekawych twistów fabularnych, a nawet uczucia empatii dla bohaterów.
Gdybym wcześniej nie wiedział, że cykl Stephena Kinga jest tak popularną lekturą, po seansie nigdy bym w to nie uwierzył.

Moja ocena: 2,5/6.
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz