sobota, 5 sierpnia 2017

RECENZJA: Valerian i Miasto Tysiąca Planet (2017)

Moje pierwsze spotkanie z Valerianem przypada na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jako kilkunastoletni chłopak czytałem przygody kosmicznego agenta, przemierzającego odległą przestrzeń międzyplanetarną i... tak naprawdę niewiele więcej z tego pamiętam. Tym chętniej zasiadłem na sali kinowej, aby poznać wielkoekranową wersję awanturniczych losów tej uznanej już za kultową postaci.
Za obejrzeniem filmu dodatkowo przemawiał fakt, że za jego powstanie odpowiada sam  Luc Besson, jeden z wielkich wizjonerów kina, a także gigantyczny budżet władowany w całą produkcję.
 
Muszę przyznać, że generalnie nastawiłem się na coś, co będzie lekkim przygotowaniem pod właśnie powstający film o przygodach Hana Solo. Zresztą, zwiastuny sugerowały mi właśnie coś takiego (ach te zwiastuny... o tym, jak kłamliwe potrafią być, pisałem już kiedyś w tym miejscu). A więc przygoda, awantura, tajemnica i emocje. Czy to dostałem? No w sumie tak... Ale tak naprawdę nie do końca.
 
Valerian i Miasto Tysiąca Planet to film przebogaty wizualnie. Od pierwszych minut wrzucony zostałem w niesamowitą wizję reżysera i scenarzysty. Najróżniejsze planety, pojazdy, rasy i lokacje, a wszystko dopracowane w najmniejszych nawet szczegółach. Ogląda się to jak prawdziwą kosmiczną baśń, bardziej żywą i kolorową niż  same klasyczne Gwiezdne Wojny (które z racji czasu powstania, wypadają dziś nieco bardziej ascetycznie).
W tym pięknym otoczeniu przyrody poznajemy historię dwójki agentów - Majora Valeriana (Dane DeHaan) i Sierżant Laureliny (Cara Delevingne), którzy rozwiązują zagadkę zagrożenia, jakie spadło na stację kosmiczną Alpha. Nie będę więcej pisał o samej treści filmu, ponieważ fabuła i zagadka jest tutaj dość pretekstowa, a jej łopatologiczne wyjaśnienie otrzymacie też pod koniec filmu. Brak polotu treści jest punktem wyjściowym do zaprezentowania wielu przygód, walk i pościgów, które staną się udziałem dwójki głównych postaci.

I w sumie wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że znakomitą większość tych rzeczy już w kinie widziałem. Każdy element fabularny wydaje mi się być zapożyczony z jakiegoś filmu z przeszłości. I niestety nie gra to zbyt dobrze w kinie fantastycznym, jakim jest Valerian. Wybaczcie, lecz ja od takich filmów oczekuję znacznie więcej. Produkcje z tego gatunku dają praktycznie nieograniczone możliwości kreatywne, więc nie uważam, że kopiowanie ogranych pomysłów było dobrą i przemyślaną ideą.
Dodatkowo, choć nie pamiętam zbyt dobrze oryginalnych komiksów, nie zauważyłem aby odwzorowany został ich unikalny klimat. Przedstawiam tą tezę, ponieważ unikalnego klimatu w tym filmie zwyczajnie nie ma. Otrzymałem wesołą, lecz dość płaską i prościutką historyjkę, która jest kalką wcześniejszych, dużo ciekawszych pomysłów. I choć Luc Besson starał się jak mógł aby przenosić akcję z miejsca w miejsce, zaskakując nas także zmianami klimatu opowieści (z komedii do kryminału poprzez film akcji), to wszystko wyszło bardzo odtwórczo i niezbyt oryginalnie.
 
O samej tytułowej postaci niestety nie mam do powiedzenia zbyt wiele. Czy to naprawdę ten Valerian, który tak bardzo spodobał się czytelnikom na całym świecie? No, niestety, po seansie nie mam takich skojarzeń. Valerian w interpretacji DeHaana jest płaski, zbyt egocentryczny i szablonowy, a gdyby nie sam fakt, że z zawodu działa dla dobrej sprawy, w ogóle nie wywołałby u mnie żadnych emocji. Zabrakło jakiegoś lepszego przedstawienia tej postaci, czegoś co sprawiłoby, że oglądałbym jego drogę przez ten film z zaangażowaniem i mógł mu szczerze kibicować. Nawet wzbogacenie osobowości agenta poprzez obecność innej świadomości w jego ciele zostało potraktowane w kwestii charakterologicznej zdecydowanie po macoszemu.
 
Natomiast aktorsko film ratuje nieco postać Laureline. Delavingne dała swej bohaterce zadziorność, kobiecość i pewność siebie, znacznie przewyższając pod tym względem bezowocne starania kolegi z planu. Fajnie ogląda się wszystkie sceny w których występuje, i to nie tylko ze względu na stroje jakie nosi. Ona jest po prostu postacią z krwi i kości, oglądając ją, wiemy że obcujemy z żywą i prawdziwą osobą. Zdaje mi się także, że po prostu ta rola została lepiej napisana, jakby Besson uznał że Valerian to Valerian i nie trzeba nadmiernie pracować nad tą postacią (bo to przecież ikona komiksu). Tymczasem niekoniecznie. Wiele osób oglądających film nie zna tego bohatera i ich odczucia będą zapewne podobne do moich.

W Valerianie zdarzyły się też rzeczy, które bardzo mi się spodobały. Choćby pomysł powstania całej stacji kosmicznej Alpha, jej budowa, pierwsze kontakty z obcymi cywilizacjami czy wreszcie opuszczenie orbity Ziemi. Fascynujące i udane nawet pod względem humorystycznym. W następnej kolejności warto zwrócić uwagę na niesamowite koncepty (zapewne rodem z pierwowzoru) jak np. targ na planecie znajdujący się w innym wymiarze, kolacja króla z nieoczekiwanym daniem głównym czy meduzy pomagające  uzyskać dostęp do informacji. Było tego naprawdę sporo, a wisienką na torcie tych atrakcji będzie chyba krótki występ Rihanny (tutaj w roli zmiennokształtnej Bubble), która daje show, jaki raczej żadnego faceta nie pozostawi obojętnym.  
 
Valerian i Miasto Tysiąca Planet jest zatem filmem, który sprawdza się tylko i wyłącznie jako letni, niezobowiązujący blockbuster. Pomimo aspiracji do bycia czymś więcej nie wychodzi prawie o krok przed to, co w kinie fantastycznym pokazano już nie jeden raz. Fabuła sprawdza się wyłącznie jako niezobowiązująca rozrywka, a sceny akcji  oraz liczne akcenty komediowe są w stanie wzruszyć jedynie tych z Was, którzy dość rzadko chodzą do kina.
Poprzez swą niezwykłą wizualność obraz na pewno zapada w pamięci, ale to trochę za mało aby uczynić z niego dzieło godne postawiania na półce domowej filmoteki. Zabrakło unikalnej wizji, nacisku na postacie, a także głębi samej historii.
 
Poprzez zbyt nachalne piętno stylistyczne reżysera i naiwną chęć przeniesienia komiksowej opowieści bez zadbania o jej niepowtarzalność, Valerian jest dziełem, które dobrze odnajdzie się wyłącznie w chwili swej premiery. Za sprawą promocji i reklamy znaczna część ludzkości wybierze się na ten film, lecz nie stanie się on niczym więcej jak zwykłą rozrywką dla mas.
Ale koniec końców takie filmy też są potrzebne, prawda?
 
Moja ocena: 3,5/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz