wtorek, 31 października 2017

Emilka Sza - Duuuuuch!

Emilka Sza to postać stworzona przez Magdalenę Kanię i Macieja Kura. Emilka jest genetycznym mimem, co znaczy, że taka już  się urodziła, ma śnieżnobiałą skórę i nigdy nie wydaje żadnych dźwięków.
Ja od samego początku zostałem urzeczony historyjkami z jej udziałem i z niecierpliwością wypatruję pełnego albumu z przygodami tej bohaterki.
 
Dzięki uprzejmości autorów, mogę zaprezentować Wam krótką historię z udziałem Emilki. A będzie to opowieść idealna na dzisiejsze Halloween. Zapraszam  więc  na komiks p.t.  Duuuuuch! oraz zachęcam do polubienia profilu Emilki na facebooku oraz odwiedzin strony meagolicious.com.
 
 






  

poniedziałek, 30 października 2017

RECENZJA: Zemsta Stracharza - Joseph Delaney

Prawie dwa lata temu sięgnąłem po pierwszą książkę Josepha Delaneya, opowiadającą o starym stracharzu i jego uczniu. Uczyniłem to po obejrzeniu dość słabego filmu Siódmy Syn, bazującego na podstawie popularnej serii tego autora. Chciałem sprawdzić jak pierwowzór ma się do adaptacji i nie zawiodłem się. Pierwszy tom urzekł mnie pomysłem, wykreowanym światem, mrocznym nastrojem oraz ciekawymi postaciami.
Tak zaczęła się moja przygoda z Kronikami Wardstone, a każda kolejna książka ukazywała większy zamysł autora na całość,  oraz nowe, intrygujące przygody głównych bohaterów. I choć nie wszystkie tomy podobały mi się jednakowo, to muszę przyznać, że cykl ten  jest jedną z najciekawszych pozycji  literatury fantastycznej dla młodych czytelników, jaka pojawiła się w ciągu obecnej dekady.
 
W ostatnim, trzynastym tomie  Kronik oczekiwałem zamknięcia wszystkich  wątków,  oraz doprowadzenia  wydarzeń  do zaplanowanego  od dawna  finału.  Co ciekawe, Delaney osiągnął cel nie do końca tak, jak to sobie wyobrażałem. Dlaczego? O tym za chwilę. Najpierw zobaczmy, co czeka na bohaterów i czytelnika w tej właśnie części.
 
Po niebezpiecznej wędrówce po krainach Mroku, Alice wraca do swego świata, przynosząc Tomowi sztylet niezbędny do odprawienia rytuału zabicia Złego. Chłopak nie chce jednak dopuścić do obrzędu w planowanej formie, ponieważ musiałby zabić przyjaciółkę, na której bardzo mu zależy. Postanawia znaleźć inny sposób. Na podobny pomysł wpada również Alice. Z pomocą wiedźmy Grimalkin dziewczyna chce odprawić niebezpieczną inkantację z księgi Doomdryte. Niestety, podczas pierwszej próby nie wszystko idzie tak jak powinno, przez co nie tylko przyjaźń młodych zostaje wystawiona na bardzo ciężką próbę. Okazuje się, że bohaterowie nie wiedzieli wszystkiego o istocie zaklęć, którymi zamierzają się posłużyć. Wkrótce do głosu dochodzą wydarzenia, które przedwcześnie mogą zaważyć na bezpieczeństwie Hrabstwa, jak i całego świata. Tom wspierany radami swego mistrza musi stanąć przed największym niebezpieczeństwem, jakiego kiedykolwiek doświadczył, udowadniając, że jest godny dziedzictwa, do przejęcia którego był tak długo szkolony.
 
Lubię historie, przy poznawaniu których widać, że autor miał od samego początku spójny zamysł na każdą z nich.  Niestety, w finale opowieści, do którego byłem przygotowywany od kilku poprzednich tomów, wydźwięk całości został zakłócony przez zamiar Delaneya na stworzenie kolejnego cyklu.
Sądziłem, że tytuły takie jak Jestem Grimalkin czy Wijec będą miały większe znaczenie dla ostatniej części, tak jednak się nie stało. Wraz z niektórymi wydarzeniami z Zemsty Stracharza, poprzednie tomy posłużyły autorowi do wprowadzenia czytelnika w kolejną serię - Kroniki Gwiezdnej Klingi. Tym z Was, którzy jeszcze nie poznali książki, nie będę psuł radości czytania. Napiszę tylko, że poczułem się troszkę oszukany, szukając w tym tomie domkniętego, pełnego finału. Wizje przyszłości Toma oraz nadejście boga Kobalosów udowadniają, że wiele jeszcze przede mną i gdybym chciał zakończyć swą podróż już teraz, zostanę z poczuciem sporego niedosytu. Ale z drugiej strony, czy to naprawdę tak źle?...

 
Aby już dłużej nie  podkreślać wrażenia mojego lekkiego zawodu, przyznam, że finał Kronik mimo wszystko bardzo mi się podobał.
Kilka elementów zaskoczyło mnie w nim na plus, ponieważ nie spodziewałem się, że Delaney pozwoli sobie  na zmianę  decyzji niektórych bohaterów (tu znowu celowo niczego nie zdradzam). Dlatego warto podkreślić, że nieprzewidywalność jest zawsze mile widzianym elementem wszystkich wielotomowych historii.
Parę scen wywołało wzruszenie oraz zachwyt, a całość czytało się szybko i przyjemnie. Jak pisałem wcześniej, autor konsekwentnie realizował tu kierunek obrany jeszcze w Zemście Czarownicy.
Najciekawiej w Zemście Stracharza wypadł chyba wątek zacieśniania więzi pomiędzy Tomem i boginem. Ich wspólna relacja, szacunek i oddziaływanie na część opowieści bardzo podziałały na moją wyobraźnię. Fajnie się to czytało.
Cieszy też wprowadzenie wątku Kamienia Strażniczego, obecnego we wstępie do serii od początku jej istnienia. Przyznam, że bardzo czekałem na choćby muśnięcie tego tematu i jestem zaprezentowaną koncepcją wielce uradowany.
 
Jeśli chodzi o rozczarowania, to sądziłem, że śmierć stracharza (tego chyba jednak wszyscy się spodziewali, prawda?) będzie bardziej widowiskowa. Na szczęście końcowe rozdziały całkowicie oddały należny hołd tej postaci.
 
Zemsta Stracharza zamyka cykl trzynastu ksiąg o czarownicach, boginach, duchach i upiorach, oraz walczących z nimi sługami światła.
To była ciekawa, ekscytująca i mroczna wędrówka. Joseph Delaney stworzył wartą odkrywania serię, która nie tylko straszy, ale też traktuje o fundamentalnych wartościach, takich jak dobroć, przyjaźń i wzajemny szacunek. Pokazał w niej, że czasem sojuszników należy szukać tam, gdzie się ich zupełnie nie spodziewamy, oraz że otaczający nas świat nie jest wyłącznie czarno-biały.
 
Książki dla młodych czytelników są często ciekawsze niż te skierowane do dorosłych. Wszystkie tomy Kronik Wardstone są tego najlepszym przykładem. Jeśli jeszcze nie znacie tego cyklu, gorąco Was do niego zachęcam. I to nie tylko w noc Halloween. Na dobre historie z dreszczykiem zawsze jest odpowiedni czas.
 
Moja ocena: 4,5/6.
 

niedziela, 29 października 2017

Swarovski w świecie droidów Star Wars

Jeśli wysadzany kryształami Swarovskiego Darth Vader okazał się dla Was zbyt kosztowny, spieszę poinformować, że firma przygotowała dla fanów Gwiezdnej Sagi coś zupełnie nowego!

Na ich oficjalnej stronie znajdziecie trzy unikalne figurki, które powstały specjalnie z myślą o miłośnikach Star Wars. Tym razem są to najukochańsze droidy wszystkich sympatyków fantastyki, czyli R2-D2, C-3PO oraz BB-8.

Wykonana z oryginalnych kryształów Swarovskiego wersja BB-8 kosztuje 399 zł, za R2-D2 trzeba zapłacić 799 zł, natomiast wartość C-3PO wynosi 1190 zł.

Jak cenne i kosztowne są produkty Swarovskiego, wiemy nie od dziś. Tym bardziej, jeśli porównamy wartość oferowanych produktów w stosunku do ich wielkości. A ta, w przypadku prezentowanych wersji droidów waha się pomiędzy trzema, a jedenastoma centymetrami.




No cóż, Moc jest niewątpliwie ze Swarovskim, ale czy również z naszymi portfelami?... ;-)
 

piątek, 27 października 2017

Thor: Ragnarok znakiem zmiany oblicza Marvela

Wygląda na to, że Marvel naprawdę wie co robi. Jeśli część z Was narzekała na pewną schematyczność w kinie superbohaterskim, spieszę zapewnić, że Thor: Ragnarok jest wreszcie czymś nowym. Nowym przede wszystkim w kategorii odbioru samego filmu, bo jest to jednak dalej komiksowe kino dla dzieciaków. Ale jakie kino!
O ile Strażnicy Galaktyki przetarli szlak autorskiej wizji Jamesa Gunna, tak Taika Waititi w nowej odsłonie przygód Boga Piorunów czyni kolejny krok w kierunku odmiany tego podgatunku filmowego, zmierzającego ostatnimi laty coraz bardziej donikąd.

Mamy tu trzy bardzo różne, ale za to idealnie połączone elementy. Z jednej strony Thor: Ragnarok to komiks pełną gębą, z drugiej strony film ten jest nierozerwalną częścią całego uniwersum, a na dodatek reżyser odcisnął na nim swe bardzo wyraźne piętno. Uczynił tym samym obraz kolejną wizytówką własnych możliwości i niepowtarzalnego stylu. Ci z Was, którzy oglądali Co Robimy w Ukryciu lub Dzikie Łowy, od razu będą wiedzieli o co mi chodzi.

Waititi jest mistrzem przewrotnej opowieści, gdzie humor podany jest w bardzo specyficzny sposób. Tu nie krótkie dowcipy decydują o wydźwięku całego obrazu, ale całe sceny, które zostały skomponowane tak, że oprócz oczywistego żartu bawią nas swą niedorzecznością czy nieodpartym dziwactwem. Przy tym wszystkim reżyser ani na chwilę nie zapomina o swym rzemiośle. Z pieczołowitością realizuje główne założenia historii, która pomimo wrzucenia w tak charakterystyczny dla niego język obrazu, nadal pozostaje opowieścią, która snuje zakończenie losów głównego bohatera.
Warto mieć świadomość, że pomimo abstrakcji i humoru jest to jednak bardzo poważny film. Zagrożenie w nim występujące jest realne, a konsekwencje bardzo znaczące. I właśnie przez to uwidacznia się geniusz reżysera oraz studia, które było na tyle odważne, aby powierzyć mu takie zadanie.


Wszystko w tej produkcji gra tak jak powinno. Thor: Ragnarok jest ostatnią częścią trylogii, toteż zamyka prawie wszystkie wątki, które zostały w niej wcześniej zaprezentowane.
Główny bohater jest postacią kompletną - wzbudza podziw, śmiech i szacunek. Wszystko w odpowiedniej ilości i właściwych momentach. Odbywa się to bez ryzyka utraty charakterystycznego balansu, przy braku którego wszystko posypałoby się jak domek z kart. Choć reżyser i aktor często puszczają oko do widza, pakując naszego protagonistę w coraz bardziej niedorzeczne sytuacje, cały czas nie gubimy świadomości, że Thor jest naszym ulubionym bohaterem i to on rozdaje tu wszystkie karty. Nawet, jeśli dość często śmiejemy się z jego nieporadności czy nieprzystosowania.

Zresztą nie tylko Thor - reszta postaci także ma czas, aby ich historia została opowiedziana od początku do końca. Mamy tu wprowadzenie, rozwinięcie i finał drogi wszystkich bohaterów, także tych zupełnie nowych. Dodatkowo oferuje się nam możliwość wczucia w ich położenie i zrozumienia poszczególnych relacji, a przy filmie takim jak ten (gdzie akcja leci na łeb, na szyję), wcale nie jest to takie oczywiste.
Zachwycają kreacje aktorskie. Odtwórcy poszczególnych ról zostali dobrani tak trafnie, a przy tym grają tak naturalnie, że przez cały czas ani przez chwilę nie dostrzegłem efektu sztuczności. Duża też w tym zasługa sporej improwizacji, do której Waititi nakłaniał aktorów.

Efekty specjalne i muzyka są wręcz surowcem na którym zbudowano ten obraz. Tak kolorowo i elektronicznie nie było chyba jeszcze w żadnym filmie Marvela. Wspaniale nawiązuje to do lat 80-tych ubiegłego wieku, gdzie podobne produkcje królowały w filmie i telewizji, choć nie mogły poszczycić się tak imponującą oprawą graficzną jak nowy Thor.


Mamy więc tak wiele elementów, a żaden nie jest zbędny ani wrzucony na siłę. Każda minuta filmu, każda postać, dialog czy zwrot akcji został dokładnie zaplanowany i pomimo wspomnianej improwizacji umiał sprawdzić się najlepiej jak tylko się dało.
I tu też tkwi siła tej opowieści. Przez sposób pracy reżysera, który pieczołowicie pilnował wydźwięku całości, aktorzy mogli poczuć się znacznie swobodniej, naprawdę wcielając się w poszczególne postacie, a nie wyłącznie odgrywając je na ekranie. Dało to efekt autentyczności, który w przypadku historii komiksowych jest czymś raczej niespotykanym i co najmniej ciekawym.

Zatem studiu filmowemu należą się brawa za to, że poszedł tą drogą i z determinacją postanowił wprowadzić powiew świeżości do swego uniwersum, obierając jako realizatora nowych założeń reżysera, tworzącego filmy w bardzo autorski sposób. Dzięki temu nie tylko udało się godnie zakończyć historię Thora, zaprezentować dramatyczne wydarzenia oraz otworzyć furtkę do ciągu dalszego w kolejnych filmach. Sądzę, że Thor: Ragnarok będzie wyraźną inspiracją i wyznacznikiem sposobu realizacji  kina superbohaterskiego w nadchodzących latach.
I oby tak właśnie się stało, a czeka nas wiele wrażeń oraz naprawdę przedniej zabawy!


czwartek, 26 października 2017

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 1 (Wbrew Naturze t. 1, Asterix w Italii, Scooby Apocalypse vol. 2)

Witam w pierwszym wydaniu Kiosku z Komiksami. Ponieważ ostatnim czasem czytam znacznie więcej obrazkowych historii, postanowiłem usprawnić metodę dzielenia się z Wami moimi wrażeniami z lektury. Dlatego teraz, zamiast dłuższych, pełnoprawnych recenzji, będę w tym dziale zamieszczał nieco krótsze notatki, dotyczące poszczególnych tytułów - o czym opowiadają, co mi się w nich podoba lub nie, oraz komu mogą przypaść do gustu. Krótko, szybko i na temat. Kiosk z Komiksami powinien pojawiać się raz, dwa lub nawet razy w miesiącu. Wszystko zależy od tego, czy na rynku pojawi się wystarczająca ilość interesujących mnie opowieści.
Oczywiście, jeśli jakiś komiks zrobi na mnie szczególne wrażenie, standardowa recenzja takiego tytułu także pojawi się na blogu.
To co, gotowi? Zaczynamy! :-)
 
 
Wbrew Naturze, tom 1 - Przebudzenie (Mirka Andolfo)
 
Pierwszy tom nowej, autorskiej serii Mirki Andolfo to bardzo udana historia. Poznajemy tu prześlicznie narysowany świat antropomorficznych zwierzaków,  w którym  prawo surowo zabrania trwałych związków pomiędzy przedstawicielami różnych gatunków. Główna bohaterka, świnka Leslie niezbyt chętnie akceptuje takie zasady, tym bardziej, że od pewnego czasu dręczą ją erotyczne sny z pewnym bardzo przystojnym wilkiem. Kiedy w dniu swych  25-tych urodzin zostaje włączona do przymusowego programu doboru partnera, nawet nie spodziewa się, gdzie doprowadzą ją nadchodzące, niesamowite wydarzenia.
Świetnie wykreowane postacie, zagadka kryminalna oraz barwny świat zwierzęcej metropolii to główne atuty tego komiksu. Na całość składają się cztery zeszyty, które za sprawą  pomysłowo rozegranego suspensu  zostawiły mnie z wielkim poczuciem niedosytu.
Jeśli miałbym wskazać jakieś minusy tomu pierwszego, to autorka trochę za mało czasu poświęciła na przedstawienie samego świata, a zbyt mocno skupiła się na zaprezentowaniu jednego z jego aspektów, czyli kontroli doboru naturalnego. Tak czy owak, Wbrew Naturze jest bardzo dobrą, wciągającą historią. Polecam ją też fanom nieco rozerotyzowanej kreski, oscylującej pomiędzy klimatem Disney'a i My Little Pony. ;-)


Asterix w Italii - album 37 (Jean-Yves Ferri, Didier Conrad)

To już trzeci album Asterixa  przygotowany przez nowy duet twórców, który przejął kultową serię po parze wielkich europejskich autorów (Goscinny, Uderzo). Jak wyszło im tym razem? Całkiem nieźle. Jak to w komiksach o nieugiętych Galach bywa, znajdziemy tu sporo akcji, trochę uniwersalnego humoru, odrealnioną przemoc i garść nawiązań do świata współczesnego.
Tym razem Asterix i Obeliks uczestniczą w Wielkim Transitalijskim Wyścigu, w którym mogą brać też udział barbarzyńscy auridzy (woźnicy rydwanów). Na swojej drodze spotykają wielu ciekawych współzawodników (te imiona!), z zamaskowanym Coronavirusem na czele. Kto zdobędzie główną nagrodę? O tym musicie już przekonać się sami.
Choć nowe przygody Galów nie są już tak śmieszne i pasjonujące jak kiedyś, i tak polecam ten album. Piękna, szczegółowa kreska Conrada oraz ogólnie wesoła fabuła Ferriego dostarczają całkiem sporo frajdy, pozwalając nieprzerwanie trwać tej wspaniałej serii. Asterix w Italii to komiks dla każdego, kto chce fajnie zabić godzinkę nudy.


Scooby Apocalypse vol.2 (K. Giffen, J. M. DeMatteis, D. Eaglesham)

Nie wszystkim musi przypaść do gustu nowatorskie potraktowanie serii o Scoobim, jednak fakty są takie, że jest to bardzo interesujący tytuł. Wydany niedawno, drugi tom Scooby Apocalypse to w moim odczuciu dziełko znacznie ciekawsze od swego poprzednika.
Apokalipsa potworów, która rozpętała się na świecie nadal nie została opanowana ani tym bardziej wyjaśniona. Grupa pod przywództwem Velmy i Daphne wciąż pcha się w coraz większe kłopoty, a my mamy dzięki temu prawdziwy odjazd! Zmutowane potwory czają się wszędzie, i tylko dzięki szybkim decyzjom gang Kudłatego może ujść z wszelkich opresji z życiem.
Choć długaśne dialogi nadal dominują w narracji, to jednak ta część zyskuje głównie dzięki kilku udanym pomysłom, na które pozwolili sobie twórcy. Sen Velmy, nawiedzony szpital na czele z potwornym chirurgiem, oraz sukcesywne rozwijanie niepokojącego wątku Scrappiego sprawiają, że pomimo pewnych niedociągnięć, nie da się przejść obok tego tytułu obojętnie. Fani kreskówek Hanny-Barbery wypatrzą też w kadrach kilka dodatkowych smaczków.
Scooby Apokalypse to z pewnością komiks nie dla każdego, jednak wielbiciele ociekających grozą historii z potworami z pewnością będą nim usatysfakcjonowani.


Tyle tym razem, do zobaczenia w kolejnym Kiosku z Komiksami! :-)
 

sobota, 21 października 2017

RECENZJA: Człowiek z Magicznym Pudełkiem (2017)

Pół roku temu zastanawiałem się  dlaczego w Polsce nie kręci się fantastyki. Na szczęście dla mnie i całej reszty wyczekujących, wreszcie pojawiło się małe światełko w tunelu. Tym promykiem nadziei jest najnowszy film Bodo Koxa - Człowiek z Magicznym Pudełkiem.

Ten futurystyczny obraz opowiada historię pewnego człowieka - Adama (Piotr Polak), który w nieznanych okolicznościach utracił pamięć. Mężczyzna znajduje zatrudnienie w firmie, która odpowiada za utrzymanie czystości w wieżowcu, należącym do pewnego koncernu. Tam poznaje jedną z pracownic wyższego szczebla - Gorię (Olga Bołądź), z którą zaczyna go łączyć specyficzna więź. W tym samym czasie Adam odkrywa w wynajmowanym przez siebie mieszkaniu stare radio, emitujące przedziwne głosowe przekazy. Dręczony przez niecodzienne wizje, jakich doświadcza przy odbiorniku, wkrótce zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co może być prawdziwym powodem jego amnezji, oraz, że tak naprawdę pochodzi z zupełnie innej rzeczywistości.

Bodo Kox w Człowieku z Magicznym Pudełkiem tworzy bardzo interesujący i dość mroczny świat. Warszawa roku 2030 to miasto brudne, zaniedbane, a jednocześnie przepełnione skomputeryzowaną nowoczesnością. Ludzie spędzają życie pochłonięci wyłącznie swoimi sprawami, nie umiejąc nawiązać bezpośredniego kontaktu z otoczeniem, nieustannie pędząc za polepszeniem swego statusu. Zewsząd otaczają  ich reklamy, wirtualna rzeczywistość oraz specjalnie skomponowane, energetyczne posiłki. W takim właśnie miejscu rozkwita znajomość Adama i Gorii. Co ciekawe, na wstępie nic jednak tego nie zapowiada. Już od pierwszych wspólnych scen widzimy, że ich związek jest skazany na porażkę. Wskazuje na to przynależność do innych światów, a także wzajemny stosunek bohaterów. Jednak dzięki silnemu pierwiastkowi fascynacji oraz niezastąpionej potrzebie bliskości, parze udaje się mimo wszystko umocnić swą relację. Nie w pełni zdając sobie z tego sprawę, obdarzają się wielkim uczuciem, które w ostatecznym rozrachunku staje się tak samo dziwne, jak wszystko co ich otacza. Gdy Goria dowiaduje się, że Adam zapadł w tajemniczą śpiączkę, w pełni zdaje sobie sprawę ze swych uczuć i próbuje znaleźć sposób na jego wybudzenie.

Film opowiada swoją historię w sposób oszczędny, przepełniony sprytnie dobranymi sugestiami. To produkcja mówiąca o miłości, lecz nie tylko. Drugim elementem jest zagadka Adama. Reżyser nie rzuca widzowi w twarz gotowych odpowiedzi. Stopniowo, wręcz dyskretnie odkrywa elementy układanki, jednak w większej części odpowiada na wszelkie pytania samym obrazem. Człowiek z Magicznym Pudełkiem to swoisty przykład lirycznej fantastyki, gdzie emocje bohaterów i obraz służą za najlepszą narrację.
Oprócz pary bohaterów, na wspomnienie zasługuje też niejaki Bernard (Sebastian Stankiewicz), kolega Adama z pracy. To bardzo dobrze zagrana postać, która ciekawie uzupełnia najbliższe otoczenie głównych postaci, dodając pewien komiczny i zarazem dość niepokojący aspekt. Sceny z jego udziałem rozjaśniają mrok opowieści, choć koniec końców nie wszystko okaże się tu takie, jak można by się tego spodziewać.


Bodo Kox odcisnął na tym obrazie swe wyraźne piętno. Od samego początku czuje się, że jest to dzieło w pełni autorskie, niepowstałe na skutek nacisku producentów czy wytwórni. W całym tym pochmurnym świecie czasem da się spostrzec mały żarcik, co tylko pokazuje, że reżyser na każdym etapie powstawania filmu był w pełni świadomy swego celu.
Człowiek z Magicznym Pudełkiem to nie jest film, który można oglądać z rodziną przy obiedzie. Tu trzeba się minimalnie wyciszyć i dać porwać przedstawianej opowieści, uważnie wnikając w jej specyficzną strukturę.
Film korzysta z pewnych klasycznych wzorców, widzianych już w mniej budżetowych produkcjach z tego gatunku, jednak niczego nie kopiuje, starając się zebrać wszystkie te elementy we własną, spójną całość.

Mam pełną świadomość, że polska fantastyka nigdy nie będzie przedstawiana i produkowana tak jak na Zachodzie. Może to i dobrze. Ten film pokazuje, że nie trzeba 100 mln dolarów budżetu, aby stworzyć dobrą, futurystyczną opowieść. Jeśli miałbym od czasu do czasu otrzymać produkcję tak ciekawą i dopracowaną na wielu płaszczyznach jak ta, byłbym naprawdę bardzo zadowolony. Czego sobie i Wam serdecznie życzę.

Moja ocena: 5/6.
 

czwartek, 19 października 2017

RECENZJA: Super Sons, vol. 1 - When I Grow Up... na NIE TYLKO GRY

Na stronie Nie Tylko Gry możecie już przeczytać  moją recenzję pierwszego tomiku zbiorczego bardzo udanej serii Super Sons (DC Rebirth).
Zapraszam Was serdecznie. :-)
 
 
 

wtorek, 17 października 2017

InkTober 2017 Enrico Mariniego

InkTober to październikowa  inicjatywa, zapoczątkowana przez Jake'a Parkera, polegająca na współzawodnictwie grafików i rysowników w wykonywaniu prac na ściśle określony temat. Jest tylko jeden warunek - wszystkie muszą być wykonane tuszem. I tak każdego dnia należy wykonać pracę charakteryzowaną przez jedno określenie, np: miecz, nieśmiałość, wdzięczność, wściekłość, zjednoczenie lub tajemnica. Następnie gotowy rysunek trzeba oznaczyć odpowiednim hasztagiem i zamieścić na Facebooku. 

 
Jeden z moich ulubionych artystów komiksowych - Enrico Marini (Drapieżcy, Skorpion, Orły Rzymu) także przystąpił do ogólnoświatowego współzawodnictwa. Oto kilka jego ostatnio powstałych prac, w których wykorzystał motyw Batmana, Jokera i spółki z zapowiedzianego na listopad komiksu The Dark Prince Charming.
Zauważcie, że większość z nich może funkcjonować jako samodzielne shoty humorystyczne! :-)

SHATTERED

LONG

niedziela, 15 października 2017

7 najlepszych smoków w filmie, komiksie i książce

rys. Paolo Barbieri
 
Smok jaki jest, każdy widzi. Tymczasem każdy z nas widzi go trochę inaczej. Jedni cenią za spryt i mądrość, inni podziwiają dziki wdzięk i potężną, nieokiełznaną siłę. Jedno jest pewne - te magiczne gady  zawładnęły wyobraźnią mas jeszcze zanim pojawiły się gazety, telewizja czy smartfony.
Istoty te kreowane były na bohaterów legend, wierzeń i przypowieści, a także stały się nieodzownymi nośnikami wszelkich symboli, szybko zajmując swe miejsce jako jeden z ważniejszych elementów naszego życia oraz całej popkultury. Od legendy o naszym rodzimym Smoku Wawelskim do współczesnego wysypu wszelkich przypinek, plakatów, kubków czy breloczków - smoki są dziś praktycznie wszędzie.

Ja w poniższym materiale skupię się na obecności tych istot w filmie, komiksie i literaturze. Tam bowiem ich wpływ jest widoczny bardzo wyraźnie, ponieważ media te dają prawie nieograniczone, kreatywne możliwości. A przy swobodzie twórców smoki czują się wszak najlepiej.
 
Zapewne macie w tej materii swych faworytów. Zapraszam do dzielenia się swoimi przemyśleniami w komentarzach, tymczasem zapraszam Was na moje prywatne zestawienie siedmiu najlepszych smoków. I lepiej uważajcie! Każdy z nich może być śmiertelnie groźny! ;-)

czwartek, 12 października 2017

RECENZJA: Lego DC Comics Super Heroes - Fantastyczny Przewodnik

Jeśli tak jak ja jesteście fanami Lego, zapewne ucieszy Was fakt, że w sprzedaży właśnie pojawiło się nowe wydawnictwo prezentujące serię DC Super Heroes.
Jak wiadomo, Lego już od 2006 roku rozpoczęło produkcję pierwszych zestawów z Batmanem, wreszcie przyszedł więc czas na pełne podsumowanie wszystkiego, czym firma uraczyła nas do tej pory. Co zatem można znaleźć w tym 96-stronicowym albumie?

Cavan Scott w  tym Fantastycznym Przewodniku  oprowadza czytelnika po klockowym świecie bohaterów DC Comics. Całość dzieli się na dwa obszerne działy - Superbohaterowie i Superzłoczyńcy. Znajdziemy tu informacje o postaciach, pojazdach, wydarzeniach i tajnych tożsamościach wszystkich bohaterów wydawnictwa, którzy zostali przeniesieni do klockowej formy. Wszystko zostało  podane w przystępny, kolorowy i wesoły sposób.

W  albumie poznacie dwie najważniejsze metropolie świata DC, porównacie siły i moce najważniejszych bohaterów, takich jak Flash, Superman, Batman, Green Arrow czy Aquaman. Dowiecie się dlaczego potrzebują oni pomocników oraz sprzymierzeńców, udacie się na planetę Krypton, a także zwiedzicie mroczne zaułki Azylu Arkham. Zrozumiecie dlaczego powstała Liga Sprawiedliwości, z kim kumplują się poszczególne postacie, a dodatkowo zapoznacie się z nieco mniej znanymi złoczyńcami, jak Brainiac czy Killer Moth.
Miłą atrakcją nie tylko dla najmłodszych będą zabawy, sprawdzające kto jest waszym alter ego lub jak nikczemni jesteście.
Wisienką na torcie jest w tym wydaniu limitowana figurka Wonder Woman z The New 52, niedostępna w żadnym innym zestawie Lego.


Muszę przyznać, że pomimo pierwszego,  nieco infantylnego wrażenia, Fantastyczny Przewodnik zrobił na mnie spore wrażenie ilością informacji w nim zawartych. Oczywiście, wszystkie fakty są podane w sposób zadowalający dla dzieciaków, ale ich szczegółowość i ilość naprawdę imponuje. Często bazują na wydarzeniach z komiksów jak i seriali oraz filmów, które mogliśmy oglądać w kinach i TV. Jeśli dodamy do tego fantastyczne zdjęcia figurek i zestawów, otrzymujemy pełny obraz tego niezwykłego albumu.


Jedynym mankamentem przewodnika jest wykorzystanie wyłącznie zdjęć promocyjnych zestawów i postaci Lego. Zabrakło tu trochę czegoś, co byłoby stworzone i dostępne wyłącznie w tym albumie. Chodzi mi o to, że pod względem wizualnym wydawnictwo nie zaoferowało mi niczego, czego już bym nie widział. Gdyby pokuszono się o rozszerzenie treści o dodatkowe konstrukcje czy grafiki, całość robiłaby pełniejsze wrażenie. A tak, jako dorosły czytelnik mam nieodparte wrażenie, że album jest w dużej części reklamą wszystkich wydanych dotychczas zestawów Lego. Pewnie dlatego też na końcu przewodnika zamieszczono indeks wszystkich zestawów, z których pochodzą zdjęcia.

Lego DC Super Heroes - Fantastyczny Przewodnik to wydawnictwo, na które z pewnością ostrzą sobie zęby kolekcjonerzy minifigurek (z powodu obecności ekskluzywnej wersji Wonder Woman), a dla wszystkich dzieciaków uwielbiających uniwersum DC będzie ono idealnym uzupełnieniem klockowych kolekcji i niezłym źródłem informacji o świecie ich ulubionych bohaterów.
Pomimo małego zgrzytu dotyczącego zawartości, gorąco Wam ten album polecam.

Moja ocena: 5/6.

Na koniec jeszcze małe porównanie Wonder Woman w wersji komiksowej z klockową:

 

środa, 11 października 2017

Plakaty do Star Wars - The Last Jedi

Do premiery VIII epizodu Gwiezdnych Wojen pozostały zaledwie dwa miesiące, pora zatem aby przyjrzeć się wszystkim dotychczasowym plakatom z tego filmu.
 
Zacznijmy więc od najnowszego, reklamującego premierę w sieci kin IMAX:


poniedziałek, 9 października 2017

RECENZJA: Rat Queens, tom 1 - Magią i Maskarą

Fantasy jest trochę  jak rock'n'roll - ciężko wymyślić w nim coś zupełnie nowego. Klasyczna forma stworzona przed wieloma dekadami przez J. R. R. Tolkiena była już tak wiele razy kopiowana, powtarzana i wałkowana, że styl ten w swej pierwotnej postaci chyba mało kogo dziś interesuje. Dlatego dobrze, że czasem pojawiają się twórcy, pragnący dodać coś w tym gatunku od siebie, niekiedy całkowicie przetwarzając cały jego koncept.
 
Jednym ze sposobów na tchnięcie nowego ducha do fantasy  może być  pastisz i humor.  I od takiego właśnie  punktu wyjścia do tworzenia swej serii komiksowej zabrali się Kurtis J. Wiebe oraz Roc Upchurch's. A że jest to zadanie cokolwiek trudne i karkołomne, pozwólcie, że zapoznam Was z moją opinią na temat trafności ich artystycznego zabiegu.

Magią i Maskarą to pierwszy zbiorczy tomik gromadzący pięć zeszytów wydanych w oryginale przez wydawnictwo Image. Opowiada on losy pięciu dziewczyn pochodzących z różnych ras (m.in. krasnoludzkiej, elfiej, maluczkiej), które tworzą grupę łowczyń nagród o nazwie Rat Queens. Ich pełne awantur i potyczek życie zupełnie staje na głowie, w chwili gdy zostają wytypowane do wykonania pozornie prostego zadania. Okazuje się, że ich nowa misja była szeroko zaplanowanym spiskiem, a nasze bohaterki od tej chwili będą miały ręce i głowy pełne roboty. Zagadkę trefnego zlecenia należy bowiem rozwiązać, a winnych odszukać i przykładnie ukarać.

Jakkolwiek powyższy koncept brzmi zachęcająco, muszę niestety zacząć od tego, co moim zdaniem w komiksie nie zagrało.

Najbardziej zawiodłem się na samej idei  przeniesienia barwnych,  zachowujących się w iście współczesny sposób wojowniczek do świata fantasy. Jak pisałem na początku, podobne zabiegi są często ciekawe, ale jednocześnie dość trudne w realizacji. W tym przypadku nie wypaliło samo uniwersum oraz interakcje, od jakich pomiędzy bohaterami a otoczeniem powinno iskrzyć się w komiksie. Niestety, postacie oprócz używania średniowiecznej broni i ubiorów nie zdają się w bardziej przekonujący sposób należeć do tego świata. Zabrakło wypełnienia akcji nieodzownym pastiszem stylu fantasy, który miałby wpływ na otoczenie bohaterek oraz samą fabułę opowieści. Zaserwowano tu jedynie humor sytuacyjny, wynikający z bezprecedensowego stylu życia Rat Queens. I choć zabieg ten jak najbardziej bawi, jego nadmierne używanie dość szybko mnie znudziło, a z braku innych alternatyw już w połowie lektury poczułem się tym naprawdę przesycony.

Druga sprawa to sama treść albumu. Pozytywnie oceniam wrzucenie  czytelnika w wir akcji i stopniowe  odkrywanie świata, lecz po przeczytaniu całości mam dziwne wrażenie, że powiedziano mi o nim zbyt mało. Potęguje to wrażenie mikroskali, w jakiej rozgrywają się wydarzenia. Cała akcja skupia się jedynie w mieście Palisada oraz jego okolicach. Brakuje zabiegów poszerzających samo uniwersum. Sprawę dodatkowo pogrążają kadry, zbyt mocno zacieśnione, nie dające możliwości podziwiania piękna czy nietypowości tego świata.

Na plus wychodzą jednak same Rat Queens. Choć są fantastycznymi kopiami Harley Queen z DC Comics, bawiłem się w ich towarzystwie nadzwyczaj dobrze. Ilustracje nie kreują je na sex bomby, choć jednocześnie nie można nazwać ich brzydkimi. Ewentualne braki nadrabiają różnorodnością rasową i  wybuchowymi charakterami. Dlatego też muszę przyznać, że gdyby nie ich odmienne osobowości, komiks zupełnie nie nadawałby się do czytania. Myślę, że po przeczytaniu Magią i Maskarą każdy z Was będzie miał w tej grupie swoją faworytkę. Moją jak na razie została Betty.

Dużym atutem lektury są rysunki. Styl Upchurcha łączy w sobie fotograficzny realizm, mocno inspirowany historiami gatunku superhero. Obrazki są pełne dynamiki i ekspresji, jednocześnie nie rażąc golizną czy wulgarnymi odniesieniami. Krew za to leje się tu dość gęsto, a odcinane członki latają na prawo i lewo. Dostajemy więc stylistyczny miszmasz, który sam w sobie jest czymś bardzo unikalnym.

Choć Rat Queens nie spełniło pokładanych w sobie oczekiwań, za nic nie mogę nazwać tego komiksu złym.  Przeniesienie komizmu do świata fantasy zagrało co prawda tylko na pół gwizdka,  lecz i tak opowieść  bawi za sprawą świetnie wykreowanych bohaterek. Rysunki są wspaniałe. Warto też podkreślić, że większy zamysł na całość fabularnej intrygi objawia się nieśmiało  na ostatnich stronach.

Jeśli oczekujecie niczym nieskrępowanej zabawy, która opiera się na szalonych bohaterkach bluzgających i siekących kogo popadnie, będziecie tym albumem zachwyceni.  Jednak wypatrując pełni możliwości satyrycznego fantasy (np. w stylu Trolli z Troy), możecie się nieco zawieść. Mimo wszystko nie chcę być nazbyt pochopny, bo być może drugi tom wyprostuje te błędy.
Póki co, nie polecam Magią i Maskarą jako absolutnego "must have". Pożyczcie go od kolegi/koleżanki i przekonajcie się sami.

Moja ocena: 3/6.
 

czwartek, 5 października 2017

RECENZJA: Superman, vol. 3 - Multiplicity

Superman z DC Rebirth (Odrodzenie) jest przez wielu uważany za najlepszą serię  publikowaną obecnie przez wydawnictwo. Choć nie do końca się z tym zgodzę, uważam bowiem, że znacznie lepsi są choćby Titans, Aquaman, Suicide Squad czy Green Arrow, jednak nie mogę nowemu Supermanowi odmówić tego, że jest bardzo różnorodnym i ciekawie prowadzonym tytułem.
 
Właśnie miałem przyjemność zapoznać się z trzecim tomem przygód Człowieka ze Stali. Po przygodach z Frankensteinem, podróży na Wyspę Dinozaurów oraz kumplowaniem się z rodziną Bruce'a Wayne'a, Clark boryka się tym razem z zupełnie innymi problemami.
 
Album podzielony został na trzy segmenty, z czego każdy opowiada odmienną przygodę.
Pierwszy to starcie z Potworem z Bagien, którego Superman napotyka prowadząc małe dochodzenie w sprawie suszy na farmie. Pomysłowe i dość ciekawe, choć wymiana sił i energii pomiędzy bohaterami wyszła autorom (Peter J. Tomasi, Patrick Gleason) nieco dziwnie i chaotycznie. Górnolotne dialogi oraz przemądrzałe sentencje psują nieco efekt zabawy z formą oraz interesujące spotkanie tej  dwójki bohaterów. Mimo wszystko pomysł zapanowania nad energią Supermana był interesujący i wart szerszego zaprezentowania.
W drugiej części, która jest tytułową kwintesencją tego tomu, Człowiek ze Stali staje przed trudnym wyzwaniem, jakim są niecne zamierzenia pewnej potężnej postaci. Istota ta porywa Supermanów z Ziemi równoległych, aby brutalnie posiąść ich moce. Superman łączy swe siły z Justice League Incarnate, grupą superbohaterów chroniących interesów bezpieczeństwa światów równoległych. Na szali stoi bowiem równowaga wszechświata oraz życie Kenana Konga, młodego Supermana z Chin.
Trzeci segment to w zasadzie krótka historyjka o przygodzie Jona i jego sąsiadki Kathy, którzy wybierają się pod nieobecność Clarka i Lois na poszukiwania zaginionej krowy oraz wujka dziewczynki. Idealna opowiastka na Halloween, gdzie przerażający las i stary opuszczony dom robią za miejsce strachów, a wyobraźnia bohaterów prowadzi ich od jednego niebezpieczeństwa do drugiego.

Na ilustracjami w tym albumie pracowała znaczna liczba artystów (J. Jimenez, I. Reis, J. Prado, E. Benes, T. S. Daniel i inni), lecz różnorodność ich stylów nie razi w oczy aż tak, jak można by się tego spodziewać. Rysunki są dynamiczne, przejrzyste, a w paru miejscach nawet dość ekspresyjne.
 
Multiplicity to w moim odczuciu satysfakcjonujący album, próbujący  dać nam tyle ciekawego z życia i przygód Supermana ile tylko się dało. Nie obyło się bez kilku zgrzytów (pierwsza historia) oraz celowych, choć generalnie udanych  zapychaczy  (trzecia opowieść). Pojawiło się kilka pytań (tożsamość postaci w końcówce drugiego aktu,  oraz nazwanie Supermana anomalią), a wizualnie komiks stanął na zadowalającym, wysokim poziomie. Wielkie potyczki krzyżowały się z losami zwykłych ludzi,  zarysowano troskę o dobro natury, a  sympatycy  równoległych Ziemi z uniwersum DC poznali kilku ciekawych bohaterów zamieszkujących te światy (moi ulubieńcy to Aquawoman z Ziemi 11 i Red Racer z Ziemi 36).  
 
Czytelnicy lubiący Człowieka ze Stali nie powinni czuć się tym tomem zawiedzeni, nowicjusze mogą jednak zacząć swą przygodę z Supermanem od innego albumu. Aby nie pogubić się w treści, najlepsza będzie tu pierwsza część losów Clarka z Odrodzenia.
 
Moja ocena: 4,5/6.
   

poniedziałek, 2 października 2017

RECENZJA: The X-Files - Funko Universe

Okazuje się, że Funko nie samymi figurkami żyje. W ostatnich dniach w moje ręce trafił bardzo sympatyczny komiksowy zeszyt, skupiający się na przeniesieniu winylowych ludzików firmy na grunt papierowych historyjek. 

Wybór Funko padł na The X-Files (Z Archiwum X) i muszę napisać, że jak na produkt około-tematyczny (a także z zasady nieco wymuszony), komiks ten prezentuje się naprawdę fajnie.
Wydanie składa się z czterech krótkich, wyposażonych w bardzo prościutką linię fabularną przygód. Ich bohaterami są oczywiście agenci FBI Mulder i Scully, zajmujący się rozwiązywaniem trudnych zagadek paranormalnych.

Pierwsza (To Believe, or Not To Believe) skupia się na codziennej pracy pary agentów, druga (You Are What You Eat) opowiada o barze z niebezpiecznymi fast-foodami, zarządzanym przez ukrywającego się na Ziemi kosmitę, trzecia (Escape From Space Mountain) prowadzi nas tropem misji Muldera w strefie 51 i 1/2, natomiast czwarta (Sasquatch on the Set) traktuje o poszukiwaniach dzikiego człowieka z lasu. 
Przyznam, że najbardziej spodobała mi się pierwsza z nich, ponieważ w prześmieszny i inteligentny sposób przypomniała mi specyficzną relację pomiędzy bohaterami serialu, gdzie Scully zawsze była sceptyczna, a Mulder nazbyt łatwowierny.

Za scenariusz historyjek odpowiadają D. Fridolfs, M. Raicht, M. Dow Smith i D. J. Tipton. W sferze rysunkowej charakterystyczny czar figurek przenieśli na papier P. Lovas, Ch. P. Wilson III, Ch. Fenoglio oraz T. Little. Wszyscy ci artyści wykonali naprawdę dobrą robotę. W kwestii graficznej do gustu przypadły mi prace Chrisa Fenoglio z trzeciej opowiastki.

The X-Files - Funko Universe to komiks polecany do czytania, gdy nie mamy zbyt wiele czasu, a chcemy miło spędzić kwadrans nad czymś wesołym, jednocześnie dość inteligentnie korzystającym z dorobku serialowego świata.
Ci, którzy pamiętają Archiwum X z telewizji, na pewno będą dobrze się bawić, natomiast reszcie te krótkie formy mogą wydać się niezbyt przekonujące.
Dodatkowym plusem zeszytu jest prosta warstwa tekstowa, która może pomóc początkującym w nauce języka angielskiego.

Dla sympatyków X-Files oraz figurek Funko jest to pozycja udana, reszta może potraktować ją jako osobliwą ciekawostkę, zadowalając się wyłącznie powyższą recenzją.
Komiks ten na pewno umili fanom oczekiwanie na 11 sezon serialu, zapowiedziany na pierwszą połowę 2018 roku.

Moja ocena: 4/6.