poniedziałek, 9 października 2017

RECENZJA: Rat Queens, tom 1 - Magią i Maskarą

Fantasy jest trochę  jak rock'n'roll - ciężko wymyślić w nim coś zupełnie nowego. Klasyczna forma stworzona przed wieloma dekadami przez J. R. R. Tolkiena była już tak wiele razy kopiowana, powtarzana i wałkowana, że styl ten w swej pierwotnej postaci chyba mało kogo dziś interesuje. Dlatego dobrze, że czasem pojawiają się twórcy, pragnący dodać coś w tym gatunku od siebie, niekiedy całkowicie przetwarzając cały jego koncept.
 
Jednym ze sposobów na tchnięcie nowego ducha do fantasy  może być  pastisz i humor.  I od takiego właśnie  punktu wyjścia do tworzenia swej serii komiksowej zabrali się Kurtis J. Wiebe oraz Roc Upchurch's. A że jest to zadanie cokolwiek trudne i karkołomne, pozwólcie, że zapoznam Was z moją opinią na temat trafności ich artystycznego zabiegu.

Magią i Maskarą to pierwszy zbiorczy tomik gromadzący pięć zeszytów wydanych w oryginale przez wydawnictwo Image. Opowiada on losy pięciu dziewczyn pochodzących z różnych ras (m.in. krasnoludzkiej, elfiej, maluczkiej), które tworzą grupę łowczyń nagród o nazwie Rat Queens. Ich pełne awantur i potyczek życie zupełnie staje na głowie, w chwili gdy zostają wytypowane do wykonania pozornie prostego zadania. Okazuje się, że ich nowa misja była szeroko zaplanowanym spiskiem, a nasze bohaterki od tej chwili będą miały ręce i głowy pełne roboty. Zagadkę trefnego zlecenia należy bowiem rozwiązać, a winnych odszukać i przykładnie ukarać.

Jakkolwiek powyższy koncept brzmi zachęcająco, muszę niestety zacząć od tego, co moim zdaniem w komiksie nie zagrało.

Najbardziej zawiodłem się na samej idei  przeniesienia barwnych,  zachowujących się w iście współczesny sposób wojowniczek do świata fantasy. Jak pisałem na początku, podobne zabiegi są często ciekawe, ale jednocześnie dość trudne w realizacji. W tym przypadku nie wypaliło samo uniwersum oraz interakcje, od jakich pomiędzy bohaterami a otoczeniem powinno iskrzyć się w komiksie. Niestety, postacie oprócz używania średniowiecznej broni i ubiorów nie zdają się w bardziej przekonujący sposób należeć do tego świata. Zabrakło wypełnienia akcji nieodzownym pastiszem stylu fantasy, który miałby wpływ na otoczenie bohaterek oraz samą fabułę opowieści. Zaserwowano tu jedynie humor sytuacyjny, wynikający z bezprecedensowego stylu życia Rat Queens. I choć zabieg ten jak najbardziej bawi, jego nadmierne używanie dość szybko mnie znudziło, a z braku innych alternatyw już w połowie lektury poczułem się tym naprawdę przesycony.

Druga sprawa to sama treść albumu. Pozytywnie oceniam wrzucenie  czytelnika w wir akcji i stopniowe  odkrywanie świata, lecz po przeczytaniu całości mam dziwne wrażenie, że powiedziano mi o nim zbyt mało. Potęguje to wrażenie mikroskali, w jakiej rozgrywają się wydarzenia. Cała akcja skupia się jedynie w mieście Palisada oraz jego okolicach. Brakuje zabiegów poszerzających samo uniwersum. Sprawę dodatkowo pogrążają kadry, zbyt mocno zacieśnione, nie dające możliwości podziwiania piękna czy nietypowości tego świata.

Na plus wychodzą jednak same Rat Queens. Choć są fantastycznymi kopiami Harley Queen z DC Comics, bawiłem się w ich towarzystwie nadzwyczaj dobrze. Ilustracje nie kreują je na sex bomby, choć jednocześnie nie można nazwać ich brzydkimi. Ewentualne braki nadrabiają różnorodnością rasową i  wybuchowymi charakterami. Dlatego też muszę przyznać, że gdyby nie ich odmienne osobowości, komiks zupełnie nie nadawałby się do czytania. Myślę, że po przeczytaniu Magią i Maskarą każdy z Was będzie miał w tej grupie swoją faworytkę. Moją jak na razie została Betty.

Dużym atutem lektury są rysunki. Styl Upchurcha łączy w sobie fotograficzny realizm, mocno inspirowany historiami gatunku superhero. Obrazki są pełne dynamiki i ekspresji, jednocześnie nie rażąc golizną czy wulgarnymi odniesieniami. Krew za to leje się tu dość gęsto, a odcinane członki latają na prawo i lewo. Dostajemy więc stylistyczny miszmasz, który sam w sobie jest czymś bardzo unikalnym.

Choć Rat Queens nie spełniło pokładanych w sobie oczekiwań, za nic nie mogę nazwać tego komiksu złym.  Przeniesienie komizmu do świata fantasy zagrało co prawda tylko na pół gwizdka,  lecz i tak opowieść  bawi za sprawą świetnie wykreowanych bohaterek. Rysunki są wspaniałe. Warto też podkreślić, że większy zamysł na całość fabularnej intrygi objawia się nieśmiało  na ostatnich stronach.

Jeśli oczekujecie niczym nieskrępowanej zabawy, która opiera się na szalonych bohaterkach bluzgających i siekących kogo popadnie, będziecie tym albumem zachwyceni.  Jednak wypatrując pełni możliwości satyrycznego fantasy (np. w stylu Trolli z Troy), możecie się nieco zawieść. Mimo wszystko nie chcę być nazbyt pochopny, bo być może drugi tom wyprostuje te błędy.
Póki co, nie polecam Magią i Maskarą jako absolutnego "must have". Pożyczcie go od kolegi/koleżanki i przekonajcie się sami.

Moja ocena: 3/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz