poniedziałek, 30 października 2017

RECENZJA: Zemsta Stracharza - Joseph Delaney

Prawie dwa lata temu sięgnąłem po pierwszą książkę Josepha Delaneya, opowiadającą o starym stracharzu i jego uczniu. Uczyniłem to po obejrzeniu dość słabego filmu Siódmy Syn, bazującego na podstawie popularnej serii tego autora. Chciałem sprawdzić jak pierwowzór ma się do adaptacji i nie zawiodłem się. Pierwszy tom urzekł mnie pomysłem, wykreowanym światem, mrocznym nastrojem oraz ciekawymi postaciami.
Tak zaczęła się moja przygoda z Kronikami Wardstone, a każda kolejna książka ukazywała większy zamysł autora na całość,  oraz nowe, intrygujące przygody głównych bohaterów. I choć nie wszystkie tomy podobały mi się jednakowo, to muszę przyznać, że cykl ten  jest jedną z najciekawszych pozycji  literatury fantastycznej dla młodych czytelników, jaka pojawiła się w ciągu obecnej dekady.
 
W ostatnim, trzynastym tomie  Kronik oczekiwałem zamknięcia wszystkich  wątków,  oraz doprowadzenia  wydarzeń  do zaplanowanego  od dawna  finału.  Co ciekawe, Delaney osiągnął cel nie do końca tak, jak to sobie wyobrażałem. Dlaczego? O tym za chwilę. Najpierw zobaczmy, co czeka na bohaterów i czytelnika w tej właśnie części.
 
Po niebezpiecznej wędrówce po krainach Mroku, Alice wraca do swego świata, przynosząc Tomowi sztylet niezbędny do odprawienia rytuału zabicia Złego. Chłopak nie chce jednak dopuścić do obrzędu w planowanej formie, ponieważ musiałby zabić przyjaciółkę, na której bardzo mu zależy. Postanawia znaleźć inny sposób. Na podobny pomysł wpada również Alice. Z pomocą wiedźmy Grimalkin dziewczyna chce odprawić niebezpieczną inkantację z księgi Doomdryte. Niestety, podczas pierwszej próby nie wszystko idzie tak jak powinno, przez co nie tylko przyjaźń młodych zostaje wystawiona na bardzo ciężką próbę. Okazuje się, że bohaterowie nie wiedzieli wszystkiego o istocie zaklęć, którymi zamierzają się posłużyć. Wkrótce do głosu dochodzą wydarzenia, które przedwcześnie mogą zaważyć na bezpieczeństwie Hrabstwa, jak i całego świata. Tom wspierany radami swego mistrza musi stanąć przed największym niebezpieczeństwem, jakiego kiedykolwiek doświadczył, udowadniając, że jest godny dziedzictwa, do przejęcia którego był tak długo szkolony.
 
Lubię historie, przy poznawaniu których widać, że autor miał od samego początku spójny zamysł na każdą z nich.  Niestety, w finale opowieści, do którego byłem przygotowywany od kilku poprzednich tomów, wydźwięk całości został zakłócony przez zamiar Delaneya na stworzenie kolejnego cyklu.
Sądziłem, że tytuły takie jak Jestem Grimalkin czy Wijec będą miały większe znaczenie dla ostatniej części, tak jednak się nie stało. Wraz z niektórymi wydarzeniami z Zemsty Stracharza, poprzednie tomy posłużyły autorowi do wprowadzenia czytelnika w kolejną serię - Kroniki Gwiezdnej Klingi. Tym z Was, którzy jeszcze nie poznali książki, nie będę psuł radości czytania. Napiszę tylko, że poczułem się troszkę oszukany, szukając w tym tomie domkniętego, pełnego finału. Wizje przyszłości Toma oraz nadejście boga Kobalosów udowadniają, że wiele jeszcze przede mną i gdybym chciał zakończyć swą podróż już teraz, zostanę z poczuciem sporego niedosytu. Ale z drugiej strony, czy to naprawdę tak źle?...

 
Aby już dłużej nie  podkreślać wrażenia mojego lekkiego zawodu, przyznam, że finał Kronik mimo wszystko bardzo mi się podobał.
Kilka elementów zaskoczyło mnie w nim na plus, ponieważ nie spodziewałem się, że Delaney pozwoli sobie  na zmianę  decyzji niektórych bohaterów (tu znowu celowo niczego nie zdradzam). Dlatego warto podkreślić, że nieprzewidywalność jest zawsze mile widzianym elementem wszystkich wielotomowych historii.
Parę scen wywołało wzruszenie oraz zachwyt, a całość czytało się szybko i przyjemnie. Jak pisałem wcześniej, autor konsekwentnie realizował tu kierunek obrany jeszcze w Zemście Czarownicy.
Najciekawiej w Zemście Stracharza wypadł chyba wątek zacieśniania więzi pomiędzy Tomem i boginem. Ich wspólna relacja, szacunek i oddziaływanie na część opowieści bardzo podziałały na moją wyobraźnię. Fajnie się to czytało.
Cieszy też wprowadzenie wątku Kamienia Strażniczego, obecnego we wstępie do serii od początku jej istnienia. Przyznam, że bardzo czekałem na choćby muśnięcie tego tematu i jestem zaprezentowaną koncepcją wielce uradowany.
 
Jeśli chodzi o rozczarowania, to sądziłem, że śmierć stracharza (tego chyba jednak wszyscy się spodziewali, prawda?) będzie bardziej widowiskowa. Na szczęście końcowe rozdziały całkowicie oddały należny hołd tej postaci.
 
Zemsta Stracharza zamyka cykl trzynastu ksiąg o czarownicach, boginach, duchach i upiorach, oraz walczących z nimi sługami światła.
To była ciekawa, ekscytująca i mroczna wędrówka. Joseph Delaney stworzył wartą odkrywania serię, która nie tylko straszy, ale też traktuje o fundamentalnych wartościach, takich jak dobroć, przyjaźń i wzajemny szacunek. Pokazał w niej, że czasem sojuszników należy szukać tam, gdzie się ich zupełnie nie spodziewamy, oraz że otaczający nas świat nie jest wyłącznie czarno-biały.
 
Książki dla młodych czytelników są często ciekawsze niż te skierowane do dorosłych. Wszystkie tomy Kronik Wardstone są tego najlepszym przykładem. Jeśli jeszcze nie znacie tego cyklu, gorąco Was do niego zachęcam. I to nie tylko w noc Halloween. Na dobre historie z dreszczykiem zawsze jest odpowiedni czas.
 
Moja ocena: 4,5/6.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz