piątek, 27 października 2017

Thor: Ragnarok znakiem zmiany oblicza Marvela

Wygląda na to, że Marvel naprawdę wie co robi. Jeśli część z Was narzekała na pewną schematyczność w kinie superbohaterskim, spieszę zapewnić, że Thor: Ragnarok jest wreszcie czymś nowym. Nowym przede wszystkim w kategorii odbioru samego filmu, bo jest to jednak dalej komiksowe kino dla dzieciaków. Ale jakie kino!
O ile Strażnicy Galaktyki przetarli szlak autorskiej wizji Jamesa Gunna, tak Taika Waititi w nowej odsłonie przygód Boga Piorunów czyni kolejny krok w kierunku odmiany tego podgatunku filmowego, zmierzającego ostatnimi laty coraz bardziej donikąd.

Mamy tu trzy bardzo różne, ale za to idealnie połączone elementy. Z jednej strony Thor: Ragnarok to komiks pełną gębą, z drugiej strony film ten jest nierozerwalną częścią całego uniwersum, a na dodatek reżyser odcisnął na nim swe bardzo wyraźne piętno. Uczynił tym samym obraz kolejną wizytówką własnych możliwości i niepowtarzalnego stylu. Ci z Was, którzy oglądali Co Robimy w Ukryciu lub Dzikie Łowy, od razu będą wiedzieli o co mi chodzi.

Waititi jest mistrzem przewrotnej opowieści, gdzie humor podany jest w bardzo specyficzny sposób. Tu nie krótkie dowcipy decydują o wydźwięku całego obrazu, ale całe sceny, które zostały skomponowane tak, że oprócz oczywistego żartu bawią nas swą niedorzecznością czy nieodpartym dziwactwem. Przy tym wszystkim reżyser ani na chwilę nie zapomina o swym rzemiośle. Z pieczołowitością realizuje główne założenia historii, która pomimo wrzucenia w tak charakterystyczny dla niego język obrazu, nadal pozostaje opowieścią, która snuje zakończenie losów głównego bohatera.
Warto mieć świadomość, że pomimo abstrakcji i humoru jest to jednak bardzo poważny film. Zagrożenie w nim występujące jest realne, a konsekwencje bardzo znaczące. I właśnie przez to uwidacznia się geniusz reżysera oraz studia, które było na tyle odważne, aby powierzyć mu takie zadanie.


Wszystko w tej produkcji gra tak jak powinno. Thor: Ragnarok jest ostatnią częścią trylogii, toteż zamyka prawie wszystkie wątki, które zostały w niej wcześniej zaprezentowane.
Główny bohater jest postacią kompletną - wzbudza podziw, śmiech i szacunek. Wszystko w odpowiedniej ilości i właściwych momentach. Odbywa się to bez ryzyka utraty charakterystycznego balansu, przy braku którego wszystko posypałoby się jak domek z kart. Choć reżyser i aktor często puszczają oko do widza, pakując naszego protagonistę w coraz bardziej niedorzeczne sytuacje, cały czas nie gubimy świadomości, że Thor jest naszym ulubionym bohaterem i to on rozdaje tu wszystkie karty. Nawet, jeśli dość często śmiejemy się z jego nieporadności czy nieprzystosowania.

Zresztą nie tylko Thor - reszta postaci także ma czas, aby ich historia została opowiedziana od początku do końca. Mamy tu wprowadzenie, rozwinięcie i finał drogi wszystkich bohaterów, także tych zupełnie nowych. Dodatkowo oferuje się nam możliwość wczucia w ich położenie i zrozumienia poszczególnych relacji, a przy filmie takim jak ten (gdzie akcja leci na łeb, na szyję), wcale nie jest to takie oczywiste.
Zachwycają kreacje aktorskie. Odtwórcy poszczególnych ról zostali dobrani tak trafnie, a przy tym grają tak naturalnie, że przez cały czas ani przez chwilę nie dostrzegłem efektu sztuczności. Duża też w tym zasługa sporej improwizacji, do której Waititi nakłaniał aktorów.

Efekty specjalne i muzyka są wręcz surowcem na którym zbudowano ten obraz. Tak kolorowo i elektronicznie nie było chyba jeszcze w żadnym filmie Marvela. Wspaniale nawiązuje to do lat 80-tych ubiegłego wieku, gdzie podobne produkcje królowały w filmie i telewizji, choć nie mogły poszczycić się tak imponującą oprawą graficzną jak nowy Thor.


Mamy więc tak wiele elementów, a żaden nie jest zbędny ani wrzucony na siłę. Każda minuta filmu, każda postać, dialog czy zwrot akcji został dokładnie zaplanowany i pomimo wspomnianej improwizacji umiał sprawdzić się najlepiej jak tylko się dało.
I tu też tkwi siła tej opowieści. Przez sposób pracy reżysera, który pieczołowicie pilnował wydźwięku całości, aktorzy mogli poczuć się znacznie swobodniej, naprawdę wcielając się w poszczególne postacie, a nie wyłącznie odgrywając je na ekranie. Dało to efekt autentyczności, który w przypadku historii komiksowych jest czymś raczej niespotykanym i co najmniej ciekawym.

Zatem studiu filmowemu należą się brawa za to, że poszedł tą drogą i z determinacją postanowił wprowadzić powiew świeżości do swego uniwersum, obierając jako realizatora nowych założeń reżysera, tworzącego filmy w bardzo autorski sposób. Dzięki temu nie tylko udało się godnie zakończyć historię Thora, zaprezentować dramatyczne wydarzenia oraz otworzyć furtkę do ciągu dalszego w kolejnych filmach. Sądzę, że Thor: Ragnarok będzie wyraźną inspiracją i wyznacznikiem sposobu realizacji  kina superbohaterskiego w nadchodzących latach.
I oby tak właśnie się stało, a czeka nas wiele wrażeń oraz naprawdę przedniej zabawy!


1 komentarz:

  1. No mnie właśnie tego dramatycznego wydźwięku pewnych elementów fabuły nieco zabrakło. Cenię za humor i świetnie improwizowane dialogi, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że jak na to co spotkało głównego bohatera zbyt mało czasu mieliśmy i my, i on żeby pogodzić się niektórymi wydarzeniami. Poza tym sztosiwo jakiego w MCU nie było od czasu pierwszej cześci "Strażników galaktyki"

    OdpowiedzUsuń