wtorek, 28 listopada 2017

RECENZJA: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 1 - Prawo Sinestro

Inwazja komiksów  Odrodzenie DC  trwa na całym świecie w najlepsze. Także w Polsce możemy cieszyć się wieloma tytułami z tej linii wydawanymi przez Egmont. Do owego zacnego grona dołączyła właśnie seria o Halu Jordanie i Korpusie Zielonych Latarni. Choć dotąd zdecydowanie bliżej było mi do przygód Simona Baza i Jessiki Cruz, opisywanych w zeszytach Green Lanterns, kiedy tylko nadarzyła się okazja sięgnięcia po zbiorczy zeszyt z historiami Hala, z prawdziwą chęcią zagłębiłem się w lekturze.
 
Korpus Zielonych Latarni przepadł bez śladu. Ich przywódca, Hal Jordan, po okryciu się niesławą i kradzieży prototypu broni Lanternów  poddał się jej złowieszczemu działaniu. Tymczasem, na głównych strażników Wszechświata wyrósł niebezpieczny Korpus Sinestro, którego poplecznicy posługują się żółtym światłem strachu. Ich władza zagraża wszystkim światom tym bardziej, gdyż Sinestro zawiązał pakt z sektą Sakrament, która obiecała mu zwiększenie mocy strachu.  Kiedy  wzmocniony siłą  Parallaxa Sinestro planuje poszerzyć swe wpływy, Hal postanawia uwolnić się od zgubnego działania Rękawicy Krony. Jeśli mu się to uda, sam jeden stanie przeciwko przytłaczającej sile przeciwnika. A co, jeśli jest choć cień szansy na to, że Zielone Latarnie jednak powrócą?...
 
Większość komiksów z Odrodzenia jest pisanych w ten sposób, że nawet ta część z Was, która niespecjalnie orientuje się w wielowątkowym świecie bohaterów DC, nie powinna mieć problemów z rozpoczęciem czytania poszczególnych serii.
Nie inaczej jest z Halem Jordanem i Korpusem Zielonych Latarni. Choć historia tego bohatera jest długa i skomplikowana, Prawo Sinestro możecie czytać bez strachu o bycie przytłoczonym ciężkim bagażem poprzednich wydarzeń. Wszystkie niejasności zostały tu wyjaśnione na początkowych stronach historii oraz bezpośrednio w trakcie jej trwania.

 
Bardzo dobrze, że tak się stało, bo wydarzeń w pierwszym tomie jest naprawdę bez liku. Cała narracja historii została podzielona na kilka niezależnych części, przy czym każda dzieje się w nawiązaniu do pozostałych. Z jednej strony mamy Hala Jordana i jego powrót do światła Latarni, z drugiej obserwujemy Thaala Sinestro, za wszelką cenę próbującego osiągnąć wszystkie niezrealizowane cele. W kontraście do tych sytuacji obserwujemy powrót Korpusu Zielonych Latarni i ich pierwsze decyzje. Dodatkiem do dwóch głównych bohaterów są postacie Soranik oraz niepokornego Guy'a Gardnera.
 
Scenariusz Roberta Vanditti jest napisany pomysłowo, wydarzenia prą do przodu nie rozmieniając się na drobne, a wyraziści bohaterowie uzupełniają historię swą niepowtarzalną charyzmą. Nie ma tu niepotrzebnych wątków, a ewentualne pytania, które pozostają chwilowo bez odpowiedzi, z pewnością doczekają się swego rozwiązania w kolejnych tomach serii.

 
Prawdziwą ucztą dla oczu są w tym tomie rysunki. Prace Rafa Sandowala oraz Ethana Van Scivera to istnie wybuchowa mieszanka. Graficy nie tylko rewelacyjnie prezentują czytelnikowi wszystkie niezbadane, obce światy, ale robią to też szalenie dynamicznie i z niezaprzeczalnym przepychem.
Wierzcie mi na słowo, Prawo Sinestro to taka lektura, podczas której nie jeden raz będziecie musieli zatrzymać się na moment, aby dłużej poprzyglądać się poszczególnym kadrom. To, co tam się wyprawia, to prawdziwe bogactwo stylu i szczegółów. Ale czemu się tu dziwić, skoro w komiksie obcujemy z pięknem nieznanych światów, wspomaganym nieskrępowaną fantazją autorów?
 
Pierwszy tom Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni to lektura, która przypadnie do gustu przede wszystkim wielbicielom odległych galaktyk i nieszablonowych pomysłów. Znajdziemy tu ciekawe, zadziorne postacie, przemyślany scenariusz oraz emocje, a także niezłą przygodę.
Jeśli nie lubicie wydumanych, przesyconych kolorami i szczegółami historii, ostrzegam - trzymajcie się od Prawa Sinestro z daleka. Jednak gdy takie klimaty nie są wam obce, zakładajcie zielone pierścienie i zabierajcie się do czytania. Przygoda czeka!
 
 
Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont. 
 
 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Newt Scamander od Star Ace Toys Ltd.

Sympatyków filmowego cyklu Fantastyczne Zwierzęta i Jak Je Znaleźć, ucieszy zapewne informacja o nowej figurce od firmy Star Ace Toys Ltd. 
Newt Scamander, autor tytułowej książki może już wkrótce stanąć na Waszej półce z dziełami J. K. Rowling oraz adaptacjami wszystkich jej powieści!


Newt, brawurowo sportretowany w zeszłorocznym filmie przez Eddiego Redmayne'a, w swej figurkowej postaci oddany został z należytą dokładnością i realizmem. Dodatkowo, wyposażono go w liczne akcesoria, które pozwolą Wam zaprezentować postać tak, jak najlepiej Wam pasuje.
Mamy tu więc magiczną walizkę, różdżkę, dwie wersje Niuchacza, Nieśmiałka, jajo Żmijoptaka, a także głowę Demimozy, która może wystawać z walizki (wszystko to możecie zobaczyć na ostatnim zdjęciu). 


Figurka Newta Scamandera posiada kilkadziesiąt punktów artykulacji, dzięki czemu będzie można umieścić ją w dowolnej pozie. 
Jej wysokość wyniesie około 30 cm, a w sprzedaży pojawi się w pierwszej połowie przyszłego roku. Niestety, koszt takiej pamiątki to aż 243 $. Jeśli chcecie, możecie zamawiać ją na stronie producenta. Tam też znajdziecie jeszcze więcej zdjęć.

Dla fanów ciągle powiększającego się Świata Harry'ego Pottera, Newt Scamander to pozycja z pewnością warta uwagi. Tym bardziej, że za rok w kinach zagości kolejna odsłona przygód tego dziwacznego autora książki o Fantastycznych Zwierzętach.


sobota, 25 listopada 2017

RECENZJA: Młodzieńcze Lata Thorgala, tom 5 - Slivia

Thorgal to seria, na której wychowało się prawie całe pokolenie dzisiejszych 40-latków. Ja też jestem szczęśliwcem, zaliczającym się do tej grupy.
 
Jak dziś pamiętam te czasy, kiedy na przełomie lat 80-tych i 90-tych, przy ulicy Wilczej w Warszawie  ustawiała się długaśna kolejka,  kończąca się przy kasie Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Zaaferowany tłum młodych ludzi pospiesznie wymieniał tam otrzymane od rodziców kieszonkowe na upragnione komiksy o dzielnym wojowniku z północy.
 
Seria Thorgal pojawiła się wówczas w naszym kraju dzięki wydawnictwu Orbita, a najlepsze albumy z tamtego okresu to Łucznicy, Alinoe, Wilczyca i Kraina Qa. Wraz z moimi szkolnymi kolegami, z wypiekami na twarzy czytaliśmy raz po raz wszystkie te historie, snując domysły co stanie się dalej.
Czasy późnego dzieciństwa minęły, ale Thorgal nigdy mnie nie opuścił. Oczywiście, kryzys rynku komiksowego zabrał go Polskim czytelnikom na prawie całą dekadę, lecz gdy w 1999 roku Egmont wznowił serię, wydając nowe, nieznane dotąd albumy, byłem jednym z wielu, którzy dosłownie piszczeli ze szczęścia.
 
Siłą Thorgala oprócz wspaniałych, kreatywnych i realistycznych ilustracji Grzegorza Rosińskiego zawsze były postacie i scenariusze tworzone przez Jeana Van Hamme'a. Twórca ten, jak nikt inny potrafił tkać sieć niesamowitych, fabularnych zdarzeń, tworzących jedną, ściśle powiązaną ze sobą historię. Jednocześnie, bez względu na to, jak bardzo rozpisywał wszystkie wątki, potrafił zawiązać je w każdym albumie w zamkniętą, autonomiczną całość.

 
Niestety, czas mocy twórczej Van Hamme'a dobiegł końca i wraz z 29 albumem scenarzysta pożegnał się z serią. Wydawało się, że nadejdą nowe, być może lepsze czasy, lecz kolejny pomysłodawca serii - Sente, zamarzył sobie rozszerzenie cyklu na osobne, poboczne serie.
Niestety, to właśnie wtedy Thorgal zaczął cierpieć na brak stylistycznej jedności oraz rozwleczenie poszczególnych wątków.
Dwa z cykli pobocznych, czyli Kriss De Valnor oraz Louve wiązały się bezpośrednio z główną serią, natomiast Młodzieńcze Lata miały pokazać wcześniejsze losy Thorgala i Aaricii, jeszcze sprzed albumu Zdradzona Czarodziejka.
 
I tak w tym roku w ręce czytelników trafił już piąty tom Młodzieńczych Lat - Slivia.
Jaki jest ten album? Niestety, w moim pojęciu wypada najgorzej ze wszystkich dotychczasowych. Nie tylko nie prezentuje zamkniętej historii, ale też jest zaledwie wstępem do późniejszych wydarzeń, które zostały zasygnalizowane w jego końcówce.
 
 
Główny bohater nie ma tu do odegrania prawie żadnej roli, ponieważ scenarzysta (Yann) nakazał mu poszukiwać zaginionego Hierulfa. Biedny chłopak robi to niemalże od pierwszej do ostatniej strony, klucząc blisko wydarzeń, w które obfituje ten tom. Niestety, one również nie są zbyt zajmujące. Tytułowa bohaterka, Slivia boryka się z Gandalfem Szalonym, który uwięził ją w kamiennej wieży, próbując znaleźć sposób na ucieczkę. Szczęśliwie dla niej, w końcu osiąga sukces, jednak stali czytelnicy serii nie będą tym wcale zdziwieni. Po prostu wszystcy znamy te fakty już z pierwszego komiksu o Thorgalu. Tu, zamiast fabuły, która powinna powiązać ucieczkę Slivii z bieżącymi wydarzeniami, otrzymuję jedynie odpowiedź na to, jak młody Skald stracił zdolność mowy. To też nie jest zbyt angażujące.
Tak samo nudna wydaje się pomoc Aaricii w ucieczce Enyd i Isoline. Fakt, że ich brawura zakończyła się dość dramatycznie, wpływa dobrze na zakończenie albumu, lecz w większej części po prostu nuży.
Najśmieszniejsze jest to, że w tym momencie mógłbym napisać, że nie zdradzę już więcej z fabuły, lecz prawda jest taka, że nie za bardzo zostało co zdradzać. 
 
Slivia to album nudny, nie potrafiący zaangażować czytelnika głównie poprzez ukazywanie zdarzeń, których finał znamy już od wielu lat. Natomiast w kwestii nowości, nie oferuje nic prawdziwie zajmującego. Na pewno niemały wpływ ma na to odsunięcie tytułowego bohatera od głównej nici fabularnej.
 
 
Nie bez powodu wspomniałem o całej historii Thorgala, bo w moim pojęciu Van Hamme umiałby to wszystko opowiedzieć na połowie zawartych w tym albumie stron.
Mało tego, dobrze wiemy, że potrafił on wrócić w czasie, aby ukazać odległe wydarzenia, bez rozbijania serii na cykle poboczne. Za przykład niech posłużą albumy Aaricia i Gwiezdne Dziecko. 
 
Jeśli jest coś dobrego w tym albumie, na pewno będą to rysunki. Roman Surżenko ilustruje opowieść w stylu podobnym do Rosińskiego, a jego prace są klarowne, szczegółowe i dynamiczne. I choć troszkę przypominają mi obrazki z religijnych publikacji, za każdym razem daję się uwieść ich magii.
 
Jako wierny fan Thorgala nie jestem w stanie porzucić ukochanej serii, toteż rad nie rad, staram się przeczytać każdy pojawiający się na rynku tom. Mam jednak nadzieję, że kiedy już wszystkie serie poboczne połączą się w przyszłym roku z tą główną, twórcy nie będą się spieszyć i postarają się dostarczyć mi solidne, przemyślane fabularnie albumy.
Bo Thorgal to taki cykl, na którego nową odsłonę mogę czekać nawet kilka lat. Ważne, żeby to każdorazowe spotkanie było niepowtarzalną, niezapomnianą przygodą! 
 
 
Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

 

piątek, 24 listopada 2017

RECENZJA: Oskar i Fabrycy, tom 1 - Straszne Smoczysko

Zdziwiłby się ten, kto pomyślałby, że na polskim rynku komiksowym  brakuje tytułów dla najmłodszych. I to w dodatku takich, które są tworzone przez artystów z naszego rodzimego podwórka.
Za przykład niech posłuży inicjatywa Konkursu im. Janusza Christy, rozpoczęta w 2013 roku przez Klub Świata Komiksu. Na przestrzeni ostatnich kilku lat, trzy edycje wyłoniły wiele interesujących twórców, którzy stworzyli  imponującą liczbę nowych serii. 
 
Jednym z laureatów konkursu jest Mieczysław Fijał, którego album  Straszne Smoczysko właśnie pojawił się w sklepach z komiksami.
W tej  przepełnionej dobrym humorem historii poznajemy Oskara i Fabrycego, dwóch nierozłącznych przyjaciół, którzy za sprawą czarów pewnego maga przenoszą się do najprawdziwszego średniowiecza.
Jak to  jest w ogóle możliwe? Na to pytanie odpowie Wam już lektura powyższej opowieści. Ja dodam tylko, że za całym zamieszaniem stać będzie zazdrość, niespełniona miłość oraz pewien  okrutny gad, siejący grozę  na ziemiach księcia Nierada.
 
Już od pierwszej strony Oskara i Fabrycego widać, że autor inspiruje się komiksami z lat swego dzieciństwa. To pewnie dlatego wpływ Janusza Christy jest tu bardzo widoczny. Odnajdujemy go w scenariuszu, formie dialogów czy w samych rysunkach. Muszę jednak zauważyć, że pomimo wyraźnego wpływu legendy, album nie jest  kopią  historii o Kajku i Kokoszu. Oczywiście, poza rysunkami mamy tu do czynienia z  opowieścią osadzoną w średniowieczu, jednak główni bohaterowie pochodzą jak najbardziej ze świata współczesnego.
 
 
Sam styl Fijała sprawia w niektórych momentach wrażenie o wiele bardziej bogatszego od swego idola. Nawet jeśli Christa nie jest jedynym grafikiem, którego prace miały wpływ na autora (w poszczególnych kadrach dostrzegłem też inspirację T. Baranowskim), potrafi on świetnie odnaleźć się we własnej konwencji. Widać to szczególnie na planszach, gdzie głównymi postaciami są Oskar i Fabrycy lub inni, współcześni bohaterowie.
Poszczególne  obrazki nierzadko zarysowane są bardzo gęsto,  nie sprawiając jednak wrażenia nadmiernego przepychu. Tu i ówdzie pojawia się też jakiś miły ozdobnik w postaci zwierzątka, czy subtelnego nawiązania do innych rysowanych dzieł (np. Bocianów Chełmońskiego).
 
Oskar i Fabrycy to przede wszystkim pełna humoru historia, skierowana do czytelników w każdym wieku. Nie ma tu przemocy, prostackich dowcipów czy nużących, powtarzanych w kółko schematów.
Autor umie zainteresować odbiorcę, przedstawiając mu bohaterów, których da się lubić oraz całkiem pomysłową fabułę. Tajemnica, będąca przyczyną całego fabularnego zamieszania jest w pewnym sensie schematyczna, ale Fijał podał ją w swym komiksie tak sprawnie, że każdy powinien dać się wciągnąć w wir zdarzeń.
Cieszy też kontrast pomiędzy chłopcami z teraźniejszości, a ludźmi żyjącymi kilkaset lat temu. Telefony komórkowe, szkoła czy gry na konsole świetnie wspomagają wszystkie żarty sytuacyjne, będąc również główną przyczyną nieporozumienia, w wyniku którego bohaterowie przenieśli się w czasie.
Jedynym minusem jest bardzo skromna liczba postaci płci pięknej. Trochę brakuje tu ciekawych, dynamicznych kobiet, a takich trudno uświadczyć nawet na dalszych planach. 

 
Zastanawia mnie, czy następne albumy z serii również osadzone będą w średniowieczu. Być może byłoby to ciekawym pomysłem, jednak wydaje mi się, że autor powinien spróbować czegoś nowego. Niech Straszne Smoczysko pozostanie jednorazowym hołdem dla Christy, a my, czytelnicy poznajmy twórcę w historiach umieszczonych w zupełnie nowym otoczeniu.
 
Oskar i Fabrycy to album, który z pewnością nie ma zamiaru ustanawiać nowych prawideł w komiksowym, rodzimym świecie. Sądzę, że pomyślany został jako prosta i radosna rozrywka, wynikająca z dziecięcych inspiracji oraz chęci oddania czci patronowi konkursu, w którym został zwycięzcą. Jako taki sprawdza się znakomicie, będąc godnym polecenia dla młodego czytelnika.
 
Uroczy humor, dobra, przemyślana historia oraz ciekawe rysunki zdecydowanie zapadają w pamięć. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Mieczysław Fijał wykorzysta w przyszłości nowe, jeszcze ciekawsze pomysły, aby opowiedzieć nam kolejne, niecodzienne historie.
 
 
Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

 

wtorek, 21 listopada 2017

RECENZJA: Hidden (2015)

Czasami zdarzają się takie filmy, które od razu trafiają na rynek DVD/Blu-ray. Nie wiedzieć czemu, wytwórnie nie pokładają w nich wielkich nadziei, bądź też nie są w stanie w  danej chwili sprostać wymogom na promocję tytułu. Przykładem takiej produkcji jest właśnie dzieło Braci Duffer (The Stranger Things), zatytułowane Hidden (Ukryci).

Film nie pojawił się w dystrybucji kinowej, zaczynając i kończąc swój żywot na sklepowych i domowych półkach. I wielka to szkoda, ponieważ w porównaniu z resztą historii  spod szyldu grozy, Hidden jawi się w ostatnich latach bardzo świeżo i dość oryginalnie.

Dzieło Rossa i Matta Dufferów opowiada historię trzyosobowej rodziny, ukrywającej się w przeciwatomowym bunkrze pod powierzchnią ziemi. Ojciec (Alexander Skarsgard), matka (Andrea Riseborough) i ich córeczka Zoe (Emily Alyn Lind) zmuszeni są przebywać w tak niekomfortowym otoczeniu, ponieważ na powierzchni ziemi grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo.
Odmierzając czas poprzez wycinanie kresek na spróchniałym drewnie oraz żywiąc się pokarmem z puszek, nieustannie drżą ze strachu przed Wdychaczami, niezwykle groźnymi i tajemniczymi istotami, z którymi spotkanie grozi  niechybną śmiercią. Czy kiedykolwiek uda się im wyjść z ciemnego schronu i odnaleźć bardziej komfortową kryjówkę?...

Hidden to film nastawiony na powolną, spokojną narrację, gdzie groza stopniowana jest niespiesznie, w miarę upływu seansu. W pierwszej połowie mamy okazję poznać sytuację bohaterów, to jak sobie radzą i co muszą poświęcić, aby nie zwariować w klaustrofobicznym, nieprzyjaznym otoczeniu. Informacje o zdarzeniach, które doprowadziły ich do ukrycia, dawkowane są również bardzo skromnie, przez co uczucie niepokoju udziela się także widzowi.

Film stawia na portretowanie bohaterów i ich relacji, z czego obronną ręką wychodzą postacie Ray'a i Zoe. W zasadzie już od pierwszych scen widzimy, że więzi ojca z córką  są  bardzo głębokie. Wspólne pokonywanie strachu, zapewnianie się o poczuciu bezpieczeństwa oraz panowanie nad emocjami jest tu rozegrane bardzo realistycznie.


Druga połowa opowieści zbiera żniwo zasiane w pierwszych kilkudziesięciu minutach seansu.
Akcja nabiera tempa, a fabularne rozwiązania ujawniają coraz więcej okoliczności, w jakich znaleźli się nasi bohaterowie. Niczym po nitce do kłębka, poprzez pogoń za szczurem, aż do wywołania niekontrolowanego pożaru, sytuacja całej rodziny ulega dramatycznej zmianie. Obawa przed wykryciem zmusza ich do wyjścia na zewnątrz, a w rezultacie do konfrontacji z tym, czego tak bardzo się boją. I nagle okaże się, że zabezpieczony łańcuchami właz niekoniecznie musi dać im realne schronienie.

W tym momencie mamy już do czynienia z konkretnymi odpowiedziami, choć tak naprawdę nie wszystkie wybrzmią tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Na tym właśnie polega kunszt twórców, że nie starszą nas pokazaniem potwora, ale na utwierdzaniu nas w przekonaniu jak bardzo jest straszny.
Nie zamierzam zdradzać kluczowych elementów fabuły, ale zwrot akcji w ostatnich 20-stu minutach Hidden jest dodatkowym plusem, sprawiającym, że o produkcji nie mogę wypowiadać się inaczej, niż w samych superlatywach.

Są tu oczywiście drobne błędy i wpadki, jak choćby kwestia pustej puszki z brzoskwiniami, słabsza rola matki Zoe czy pewne niezaplanowane dłużyzny. Są one jednak do wybaczenia, bo film daje nam nowatorskie, dość ambitne spojrzenie na ograne już do granic możliwości historie o próbie przeżycia w postapokaliptycznym świecie.

Hidden jest zatem świetnie opowiedzianą, mroczną historią, która stawia przede wszystkim na klimat oraz więzi pomiędzy bohaterami. W drugiej połowie wynagradza fanom horroru długie oczekiwanie na coś strasznego, oferując zaskakujący finał oraz kilka kluczowych wyjaśnień.

Jeśli tak jak mnie, nużyło Was straszenie pewnego klauna ze zbyt wieloma rzędami zębów, a w kinie grozy stawiacie na napięcie oraz zaskoczenie, Hidden z pewnością przypadnie Wam do gustu.
To opowieść, która zapada w pamięci na dłużej niż jeden wieczór, udowadniając, że jej twórcy zasłużenie uwielbiani są za swe kolejne dzieło, czyli serial The Stranger Things.
Naprawdę, gorąco polecam.
 

sobota, 18 listopada 2017

Lego BrickHeadz z Justice League

Nie przepadam za tegoroczną serią Lego BrickHeadz. Wydaje mi się, że firma za bardzo goni sukces figurek Funko Pop, a na dodatek postacie z komiksów i filmów wyglądają w klockowej wersji strasznie pokracznie. 

Tym razem zdarzył się jednak wyjątek. Zobaczcie, co takiego trafi na sklepowe półki z początkiem stycznia! 





Tak, nie ma mowy o pomyłce. To cztery interpretacje postaci znanych z filmu Justice League!

Muszę Wam oświadczyć, że coś wyjątkowego ujęło mnie w wyglądzie Flasha i Aquamana. I nie sądzę, aby było tak z powodu mojej wielkiej sympatii do tych właśnie bohaterów DC. Ta dwójka po prostu ma w sobie to "coś".

A Wam jak podobają się najnowsze BrickHeadz'y? Będziecie na nie polować w sklepach?

piątek, 17 listopada 2017

RECENZJA: Liga Sprawiedliwości (2017)

Fani komiksów DC na ekranizację historii o czołowej supergrupie wydawnictwa czekali wiele lat. Wreszcie, po wielu perturbacjach i wewnętrznych problemach, film trafił na ekrany kin całego świata. Czy się udał? Jak wyszło połączenie niezależnej pracy dwóch reżyserów? Czy zachowany został duch obrazkowego pierwowzoru?...
 
Powyższe pytania zadawałem sobie przed premierą także ja sam, bowiem od dłuższego już czasu jestem wielkim miłośnikiem komiksowego uniwersum DC. Obiecałem sobie nawet, że podejdę do tego filmu w sposób bardzo krytyczny, ponieważ temat jest zbyt bliski mojemu sercu, aby go zwyczajnie zbagatelizować.
I wiem, że ktoś może powiedzieć,  iż Liga Sprawiedliwości to tylko głupi film o superbohaterach. Niby prawda, ale jeśli w tej produkcji mamy aż dwie tak ikoniczne postacie jak Superman i Batman, sprawa zaczyna wyglądać już nieco inaczej.
 
Zacznę więc od początku, czyli od omówienia samej fabuły.
Film to oczywista kontynuacja historii z Batman vs Superman. Naturalnym jest więc, że rozwija wątki mocno zasygnalizowane w drugiej połowie tamtego filmu.  Mamy więc nadchodzące zagrożenie, Batmana zbierającego drużynę do pomocy w ogarnięciu nadchodzących kłopotów i świat stopniowo pogrążający się w chaosie, spowodowanym śmiercią Supermana. Gdy na Ziemi pojawia się tajemniczy antagonista - Steppenwolf z armią parademonów, nowo powołana drużyna bohaterów będzie musiała nie tylko ruszyć do ataku, ale też przezwyciężyć wewnętrzne tarcia i stać się zgraną, silną oraz gotową do wszelkich poświęceń grupą.

I już tutaj muszę napisać, że pomimo wszelkich oczekiwań, wiele istotnych elementów w Lidze Sprawiedliwości zwyczajnie nie zagrało. Zanim przejdę do ewentualnych pochwał, chcę zwrócić Waszą uwagę na te liczne niedociągnięcia, będące solą w oku nie tylko fana komiksów, ale też zwyczajnego kinomana.
 
Pierwszą i chyba najistotniejszą sprawą są efekty specjalne. Napisać, że były one słabe, będzie strasznym uproszczeniem. Jeśli wysoki poziom dzisiejszego CGI weźmiemy za standard przy produkcjach tego typu, to te w Lidze zwyczajnie nie istnieją. To, co tu zaprezentowano, jest chyba gorsze od fabularyzowanych wstawek w grach z PlayStation sprzed kilkunastu lat. Wyraźnie widać brak czasu i chęci, aby poprawić choć część z nich. Szczególnie rzuca się to w oczy w końcowym akcie filmu, gdzie użyto ich najwięcej. Strach pomyśleć, że na coś takiego poszły grube miliony.

Druga kwestią, poniekąd związaną z efektami specjalnymi jest postać Steppenwolfa. Nie dość, że jest szablonowym do bólu antagonistą, to jeszcze w całości  został stworzony komputerowo. Czy naprawdę tak trudno było zatrudnić normalnego aktora, dodając mu odpowiednią charakteryzację? W Hobbicie P. Jacksona robiono tak z większością pierwszoplanowych postaci i efekt jest znacznie lepszy!
Niestety, Steppenwolf jest nudny, gada wyświechtanymi frazesami,  źle się go ogląda, a jego motywacje są identyczne jak Apokalipse'a z (nie)pamiętnego filmu o X-Men. Na dodatek trudno ogarnąć jak dokładnie działa ten jego podbój świata. Mother Boxy, gigantyczne gniazdo, itd. - ale właściwie co i jak? Tego Steppenwolf niestety nie mówi...
 
Kolejnym punktem rozpaczy są filtry obrazu,  jakie Warner nagminnie stosuje w swoich produkcjach  spod szyldu  DC. Czy to wszystko musi być takie szare? Takie czerwone lub niebieskie? Rozumiem podkreślanie pewnych scen w filmie poprzez kolorystykę i paletę odcieni, ale tu nie było to zupełnie potrzebne. Przykro to pisać, ale Liga Sprawiedliwości to kolejny film, który powtarza ten sam błąd tworzonego uniwersum.
 
Z tego, co w Lidze Sprawiedliwości uwierało mnie najbardziej, to byłoby wszystko. Teraz przejdźmy do części, w której prezentuję, co w filmie było godne dobrej zabawy. A było tego, o dziwo, dość sporo!

Najważniejsze, że pierwsze skrzypce w tej historii grają główni bohaterowie. Udało się zgromadzić naprawdę dobrą obsadę, bo każdy z aktorów dał z siebie sporo, przez co postacie wypadły naprawdę wiarygodnie.
Batman (Ben Affleck) jest tym zmęczonym, sprawiedliwym stróżem prawa, Wonder Woman (Gal Gadot) jawi się jako empatyczna, wojownicza obrończyni ludzkości, a Aquaman (Jason Momoa) to bezkompromisowy zawadiaka, gotów do bitki i bystrej wymiany zdań. Nawet Cyborg (Ray Fisher), który musi poradzić sobie z traumą przeżycia w skomputeryzowanym stroju, w końcu odnajduje sposób, aby pogodzić się ze swoją sytuacją.
 
Tymczasem  Flash (Ezra Miller), o którego powodzenie na wielkim ekranie bałem się najbardziej, został zaprezentowany z pewnym pomysłem (trochę żartowniś, po części nowicjusz), także jako przeciwwaga do obytych ze swoimi mocami i powinnościami towarzyszy. Od razu muszę tu dodać, że to nie jest mój Barry Allen (ten komiksowy), ale jako chłopak, który dopiero znalazł się na początku swej drogi, wypadł bardzo ciekawie (włącznie z wątkiem jego zamkniętego w więzieniu ojca).

Ale co tam Flash czy Batman! Zdecydowanie najjaśniejszym elementem był w Lidze Sprawiedliwości powrót Supermana (Henry Cavill)!
Ten wreszcie uśmiechnięty,  potężny i nieprzejednany potomek Kryptona pokazał, dlaczego tak bardzo był potrzebny światu, oraz że jest najważniejszym superbohaterem na Ziemi. Naprawdę, sceny z nim (choć nie jest ich wiele) dosłownie wgniatają w fotel. Szczególnie zapadła mi w pamięci ta z końcowych napisów (tu już nic nie zdradzę, koniecznie zobaczcie to sami).
 
O ile główny przeciwnik drużyny wypadł strasznie słabo, jego armia robiła całkiem niezłe wrażenie. Owadopodobne parademony nie były tu zwyczajnym mięsem armatnim, a potyczki z nimi poszczególnych członków Ligi dawały sporo emocji. Jest to tym bardziej ciekawe, że w filmie, gdzie tak wiele aspektów tła potraktowanych zostało po macoszemu, ta kwestia nieoczekiwanie wyszła dość zadowalająco.
 
Choć przy produkcji pracowało dwóch reżyserów (Zack Snyder i Joss Whedon), nie odczułem wielkiej różnicy pomiędzy charakterem i stylem pracy każdego z nich. Oczywiście, pewne elementy ich stylu są bardzo zauważalne, lecz przejścia pomiędzy nimi wyszły bardzo naturalnie. Dlatego też nie miałem odczucia pośpiesznego sklejania poszczególnych scen na stole montażowym.
 
Moją uwagę zwróciło też strukturalne podobieństwo Ligi do Avengers. Być może była to sprawka poprawek Jossa Whedona (reżysera wspomnianego filmu), ale wyraźnie widać tu bliźniacze elementy: ukazanie zagrożenia, zbieranie drużyny, pierwsza walka, różnice zdań, nowe wytyczne, finałowa potyczka. 

Czy Liga Sprawiedliwości jest więc dobrym filmem? Na to pytanie musicie niestety odpowiedzieć sobie sami. Sądzę, że jak to często bywa w przypadku tak oczekiwanych premier, ile osób w kinie, tyle też będzie opinii. Inaczej spojrzą na tą produkcję osoby pasjonujące się komiksami DC, odmiennie odbiorą ją ci, którzy do kina chodzą zaledwie kilka razy w roku.
Produkcja ma wiele niesamowicie rażących błędów, lecz jako typowe komiksowe widowisko sprawdza się całkiem nieźle. Film jest nastawiony na czystą rozrywkę i tym razem (patrz: Batman vs Superman) nie stara się uderzać w tony, których zwyczajnie nie miałby prawa udźwignąć.
 
Pomimo moich odmiennych oczekiwań, dostałem film, na którym bardzo dobrze się bawiłem. Za kilka lat na pewno nie wymienię go wśród swoich ulubionych i jest to wielka szkoda, bo Liga Sprawiedliwości zasługiwała na znacznie lepszą wersję.
Po zwycięskiej stronie stoi na pewno udany kolaż pracy obu reżyserów. Ujęły mnie postacie, liczne nawiązania do komiksów oraz ogólny ton opowieści. Nie jest to na pewno obraz o Lidze na jaki czekałem, lecz w tej chwili cieszę się tym, co dostałem.
 
Sądzę, że wytwórnia wyciągnie teraz wnioski ze swojej pracy i do kolejnych filmów przyłoży się jeszcze bardziej. Jest na to potencjał, a pewne rzeczy, które tu zaistniały, mogą nieźle zaprocentować w przyszłości. Oby tylko umiano to dostrzec i mądrze wykorzystać. Wtedy ocena publiczności i kasa studia zgadzać się będzie ze sobą jeszcze bardziej.

 
 
Za możliwość obejrzenia filmu na przedpremierowym seansie dziękuję sieci kin Cinema City Imax.

 

sobota, 11 listopada 2017

RECENZJA: Wiedźma Opiekunka - Olga Gromyko

Po kilkumiesięcznej przerwie powróciłem do świata fantasy stworzonego językiem i wyobraźnią Olgi Gromyko. Wiedźma Opiekunka to drugi tom cyklu Kroniki Belorskie, opowiadającego o losach Wolhy Rednej, bohaterki powieści Zawód Wiedźma.
Jeśli czytaliście moją recenzję pierwszego tomu, wiecie, że jestem pod wielkim wrażeniem talentu i historii zaprezentowanej przez autorkę. Dlatego też spieszę donieść, że kolejna odsłona przygód wiedźmy jest nieomal tak samo dobra jak pierwsza.

Początek serii traktował o zdobywaniu doświadczeń naszej bohaterki. Tym razem sednem powieści jest zaprezentowanie czarodziejskich możliwości W. Rednej, zdobytych przez wszystkie lata nauki.
Po ukończeniu Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa dziewczyna musi zdobyć niezbędną praktykę. I tu pojawiają się problemy, które będą miały przeważający wpływ na całą fabułę. Młoda wiedźma nie jest osobą, która bezwolnie przyjmowałaby polecenia przełożonych, toteż sprytnie unika obowiązku służenia królowi Naumowi. Dziewczyna nawet nie przypuszcza, dokąd zaprowadzi ją ta ambitnie podjęta decyzja. Jak się wkrótce okaże, jej największy przyjaciel, władca wampirów z Dogewy wplątał się w nie lada kłopoty i tylko Wolha będzie w stanie mu pomóc. A stawka jest wysoka, bowiem Len może już nigdy nie powrócić do swej poprzedniej postaci.

Nowa powieść Gromyko przynosi w większości to samo, co stanowiło sedno i sukces jej poprzedniej książki. Mamy tu więc świetnie wykreowany świat, inteligentne dialogi, interesujące postacie i wartką akcję. Wszystko podane w charakterystycznym, pogodnym stylu pisarki.
Nowością jest podzielenie fabuły na mniejsze przygody, które świetnie urozmaicają główną oś wydarzeń. Dzięki temu wiele rozdziałów można czytać w oderwaniu od całości. Historie o smokach pilnujących skarbów, duchach w starych zamkach czy żywołykach nękających mieszkańców bagiennych terenów, to tylko niektóre z atrakcji, na jakie musicie się przygotować.

Pewnym minusem dla męskiej części czytelników może być uczucie, jakim rudowłosa wiedźma darzy Lena. Wątek romantyczny, czyli coś, co w poprzednim tomie nie było aż tak wyeksponowane, tutaj znacznie bardziej rzuca się w oczy i mi, jako przedstawicielowi męskiej rzeszy czytelników nie do końca przypadło do gustu. Choć trzeba otwarcie przyznać, że gdyby nie to uczucie, wszystkie wydarzenia z książki raczej nie miałaby racji bytu.

Cokolwiek by nie pisać, Wiedźma Opiekunka do bardzo solidna, pomysłowa powieść. Być może efekt nowatorstwa stylistycznego (które zachwyciło mnie za pierwszym razem) nie działa tu już tak intensywnie, jednak lektura wciąż daje wiele radości i emocji.
Pojawia się tu też wiele nowych postaci. Szczególnie w pamięci zapadła mi wojownicza Orsana. Mam nadzieję, że dziewczyna powróci w kolejnych odsłonach cyklu, bo jest bohaterką, z którą każdy może się utożsamić, kibicując jej i śledząc niezwykle angażujące poczynania. Uparta, wesoła i z charakterem, stanowi wielką konkurencję dla tytułowej, pomysłowej wiedźmy.

Warto więc sięgnąć po drugi tom Kronik Belorskich, ponieważ jest to lektura lekka, emocjonująca i wciągająca. Ci z Was, którzy czytali książki Olgi Gromyko, zapewne wiedzą czego się spodziewać. Reszta śmiało powinna spróbować. Sporo humoru, ciekawie poprowadzona akcja i zagadkowe elementy stanowią o sile tego tytułu. Jeśli dodamy do tego interesujące postacie (pomijając elementy uczuciowe pomiędzy głównymi bohaterami), otrzymamy ogólny zarys tej powieści. Dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po przygody wiedźmy. Nie powinniście być zawiedzeni.

Moja ocena: 4,5/6.

czwartek, 9 listopada 2017

RECENZJA: The Dark Prince Charming (1/2) - Enrico Marini

Enrico Marini to uznany europejski twórca komiksowy. Do jego dzieł należą serie Cygan, Skorpion, Orły Rzymu czy rewelacyjni Drapieżcy. Tym razem utalentowany artysta sięgnął po jedną z prawdziwych ikon komiksowej popkultury, czyli postać Batmana.

Jego założeniem było stworzyć opowieść o Mrocznym Rycerzu, która będzie w całości indywidualną, autorską historią.
Nie ma więc w The Dark Prince Charming mowy o jakimkolwiek kontinuum obecnego uniwersum DC, czy którejś z wersji alternatywnego świata lub kolejnego obrazowania Ziemi równoległej.
Batman Mariniego to osobna, umieszczona w Gotham opowieść, gdzie twórca na nowo  powołał do życia większość znaczących dla całości elementów. Mamy tu więc  nieco inne  podejście do  siedziby Wayne'ów, kostiumu Nietoperza czy nawet nowy wygląd Batmobilu. Lecz nie martwcie się, te wszystkie zabiegi to tak naprawdę tylko kosmetyka. Z łatwością rozpoznacie na poszczególnych kadrach ulubione miejsca, sprzęty czy postacie.
 
The Dark Prince Charming to w zasadzie zamknięta,  jednorazowa historia, z przyczyn wydawniczych podzielona na dwie części. Pierwsza ukazała się właśnie teraz, na drugą przyjdzie nam poczekać do wiosny przyszłego roku. W planach nie ma kontynuacji ani żadnych spin-offów. Chociaż, jeśli komiks się przyjmie, to kto wie?...
 
Historia Mariniego opowiada o porwaniu 9-letniej dziewczynki przez Jokera. Z początku nie wiemy konkretnie co powodowało socjopatycznym przestępcą do popełnienia podobnego czynu, jednak wkrótce do głosu dochodzą nieznane, wielce interesujące fakty. Na pomoc uprowadzonej spieszy oczywiście  Batman, a determinacja, z jaką usiłuje on poznać miejsce kryjówki Jokera, jest naprawdę zatrważająca.
 
Autor nie próbuje tu  wykuć kolejnego kamienia milowego opowieści o Mrocznym Rycerzu. Treść The Dark Prince Charming jest dość prosta, natomiast  kwintesencję tego komiksu stanowią występujące w nim postacie.
Trzeba to zaznaczyć krótko i wyraźnie - Marini świetnie rozumie przedstawianych bohaterów. Umie wczuć się w misję Batmana, świetnie interpretuje Jokera, komisarz Gordon jest w jego wersji  tak samo praworządny jak dotychczas, a Selina Kyle na przemian uwodzi i ekscytuje.
 
Fabularnie uwagę przyciąga szczególnie sam Joker, którego w moim odczuciu jest tu nieco więcej niż tytułowego obrońcy Gotham.
Marini świetnie przedstawił tę postać. Jego wersja klauna jest śmieszna i przerażająca zarazem. To, jakie rozkazy wydaje swym ludziom w czasie ucieczki przed policją, a także prezent wręczany Harley Quinn przy okazji jej urodzin, kontrastują ze scenami masakry w kryjówce, czy zaplanowanego zderzenia z samochodem. Wierzcie mi na słowo, ten Joker naprawdę zapada w pamięć.

Zresztą, każdy bohater ma w tej historii do odegrania konkretną rolę. Nawet porwana dziewczynka nie jest zwykłym dzieciakiem cicho chlipiącym w kącie. W chwili strachu i zniecierpliwienia potrafi dobitnie sprzeciwić się swemu prześladowcy.
Wydaje się, że autor umiejętnie przemyślał wszystkie wątki, które przeplatając się wzajemnie, uczynią tą opowieść dziełem kompletnym. Oczywiście, na pełną ocenę przyjdzie czas, gdy tylko ukaże się druga część.
 
Jednak oprócz świetnie przedstawionych postaci, komiks robi wielkie wrażenie za sprawą samych ilustracji. Tych z Was, którzy zdążyli pokochać styl artysty, na pewno nie trzeba będzie namawiać  do zapoznania się z jego najnowszym dziełem.
Reszta niech ma świadomość, że Marini rysuje poszczególne kadry tuszem, kolorując wszystko akwarelami (żadnych aplikacji, programów,  czy komputerów!). Poszczególne ujęcia są niezwykle dynamiczne i plastyczne. Na dodatkową uwagę zasługują także  dalsze plany. Kolejne plansze czyta się  dość organicznie, co potęguje wrażenie oglądania niezwykłego, animowanego filmu. Postacie są oddane z niezwykłą pieczołowitością. Ruch, walka czy emocje  zostały  przeniesione z pomysłem. Szczególnie widać to choćby w scenach walki Batmana z Killer Crockiem.
 
The Dark Prince Charming jest wciągającą, rewelacyjnie narysowaną historią, która robi niesamowity apetyt na dalszy ciąg. Marini przy prostocie scenariusza doskonale adaptuje postacie, zmienia czas niektórych wydarzeń, nieustannie bawiąc, zastanawiając i ekscytując czytelnika.
 
Jeśli przemyślana, autorska adaptacja oraz nieprzeciętne ilustracje są tym, czego poszukujecie w historiach o Batmanie, to The Dark Prince Charming nie wymaga już żadnej dodatkowej rekomendacji.
 
Moja ocena: 5,5/6.
 

środa, 8 listopada 2017

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 2 (Thorgal: Młodzieńcze Lata t. 5, Nastoletni Tytani t. 1, Żywe Trupy t. 27)

Witam w drugim wydaniu Kiosku z Komiksami. Co znajdziemy na półkach tym razem? Oczywiście, komiksy, które udało mi się ostatnio przeczytać! Dlatego też spieszę, aby opowiedzieć Wam o nich w kilku zdaniach. ;-)


Thorgal: Młodzieńcze Lata, tom 5 - Slivia (Yann, R. Surżenko)

Niestety, nowa odsłona młodzieńczych przygód Thorgala nie zostawiła po sobie dobrego wrażenia. Jeśli myślicie, że album ma choć trochę samodzielną strukturę, jesteście w błędzie. Wszystko co tutaj się dzieje jest  wyrwane z  większego kontekstu,  a jedynym celem pchania prezentowanych  wydarzeń do przodu  jest  interakcja z innymi częściami cyklu.
Główny bohater snuje się na dalszym planie, szukając zaginionego Hierulfa i oprócz starcia z bandą rzezimieszków nie ma nic ciekawego do roboty. Aaricia angażuje się w awanturę pomiędzy Enyd, Isoline i Bjornem. Tu też nie znalazłem nic, co przyciągnęłoby moją uwagę na dłużej. Ot, zwykła sprzeczka i wspólna próba ucieczki.
Wychodzi na to, że najciekawsze jest tu wszystko, co dotyczy tytułowej postaci - Slivii. No tak, tylko, że jej ucieczka jest przecież wielce spodziewana (któż  z nas nie czytał Zdradzonej Czarodziejki?), a geneza relacji z Sharnem średnio angażująca. Pozostaje więc historia pewnego włóczącego się po ziemiach wikingów dzieciaka, lecz  ma ona raczej na celu przybliżenie serii do cyklu Louve, niż zaprezentowanie dobrego, pobocznego wątku.
Wszystko to wyszło niestety mało angażująco, a opowieść nie broni się ani trochę jako samodzielny twór.
I tylko rysunki Surżenki oraz zapowiedź dalszych wydarzeń, rozjaśniają chmury nad tym wydaniem. A to jednak trochę za mało. Bo w przypadku Thorgala mamy przecież do czynienia z prawdziwą legendą...


Nastoletni Tytani, tom 1 - Damian Wie Lepiej (B. Percy, K. Pham, J. Meyers)

W nowej ofercie Odrodzenia DC znaleźli się również Nastoletni Tytani. Jak sama nazwa wskazuje, tytuł ten skierowany został do nieco młodszej grupy odbiorców.
Historia nowej drużyny bohaterów to oczywiście rasowe superhero, lecz autorzy kładą tu  też nacisk na przyjaźń postaci i odkrywanie przez nich wspólnego celu działania. Brzmi to może nieco poważnie, lecz w rzeczywistości dobrze sprawdza się jako lekka, pouczająca zabawa.
Większość akcji skupia się na Damianie Waynie - Robinie. To, kim chłopak jest, oraz oczekiwania rodziny wobec należnego mu dziedzictwa, sprawnie łączy się z motywem formowania przez niego nowej, choć nie od początku zgranej drużyny. Dylemat potomka Batmana i bezwzględnego Ra's Al-Ghula  jest zarysowany ciekawie i wyraźnie, lecz na szczęście nie dominuje całości serii. Każda z  pozostałych  postaci  także dostaje tu swoje pięć minut.
Damian Wie Lepiej,  wykorzystując przygodową konwencję, porusza dość istotne pytania, a jednocześnie wprowadza grupę interesujących bohaterów (Beast Boy, Kid Flash, Starfire, i Raven), z którymi czytelnik może się łatwo utożsamić.
Świetne, troszkę kojarzące się z mangą rysunki oraz dynamiczny scenariusz, tworzą z Nastoletnich Tytanów komiks, przy którym fajnie spędzą czas nie tylko nastolatki. Zdecydowanie polecam.


Żywe Trupy, tom 27 - Wojna z Szeptaczami (R. Kirkman, Ch. Adlard, C. Rathburn) 

Po ostatnim, bardzo dobrym tomie Żywych Trupów, nie bez powodu  spodziewałem się  utrzymania wysokiego poziomu. Nieoczekiwanie, dostałem jeszcze więcej!
Tytułowa wojna z Szeptaczami rozpoczęła się na dobre i cokolwiek mogłem sobie myśleć, to nie Negan był w centrum wydarzeń (co może sugerować okładka). Oczywiście, jego wątek jest nadal bardzo ważny, lecz tym razem to heroiczne działania poszczególnych postaci mają wpływ na dramaturgię historii. Odwaga, poświęcenie i upór, idą w parze z ciekawie zarysowanymi rozwiązaniami fabularnymi oraz graficznymi.
Chyba pierwszy raz w historii, niektóre plansze podzielono na cztery paski, po cztery obrazki w każdym. Uzyskany efekt pozwolił opowiedzieć fragmenty historii dziejących się w różnych miejscach, nieustannie budując dramaturgię i znacznie podnosząc napięcie. Dotychczas poszczególne wątki dostawały całe strony, zatem miło, że autorzy myślą stale o wprowadzaniu czegoś świeżego. Zabieg ten działa doskonale, ponieważ mnogość wydarzeń w tym tomie jest naprawdę imponująca.
Co tu dużo pisać, po raz kolejny dostałem to, co w  Żywych Trupach najlepsze!
W Wojnie z Szeptaczami jest walka o przetrwanie, ludzkie emocje i słabości, mocne, drastyczne sceny oraz wciągająca fabuła. Nie ma tu może wydarzeń będących kamieniem milowym serii, lecz jeśli miałbym wskazać na jeden z najlepszych tomów, byłby to właśnie ten. Wy także się na nim nie zawiedziecie.


Tyle tym razem. Zapraszam do dyskusji i do zobaczenia w kolejnym wydaniu!
 

poniedziałek, 6 listopada 2017

RECENZJA: Star Wars - Encyklopedia Ilustrowana

Zawsze przed premierą nowej odsłony Gwiezdnych Wojen, księgarnie zalewa fala wszelkiego rodzaju publikacji na temat  kosmicznej sagi wszechczasów. W tym roku nie jest inaczej, a ponieważ do premiery The Last Jedi został zaledwie miesiąc, Egmont uraczył nas nową Encyklopedią Ilustrowaną, autorstwa Tricii Barr, Adama Bray'a i Cole'a Hortona.

Ta 200-stronicowa księga przedstawia nam całą odległą galaktykę  znaną z filmów, książek czy seriali.
Znajdziemy tu opisy kosmicznego świata podzielone na pięć podstawowych działów: geografię, naturę, historię, kulturę oraz technologię i naukę.
W ten sposób w przystępny i klarowny sposób zgromadzimy wiedzę na temat poszczególnych planet, ras i postaci, wyposażenia, ubiorów, polityki czy przedmiotów codziennego użytku. Wszystko poukładane,  a także  przygotowane w bardzo czytelny sposób.

To, co jednak najbardziej zwraca uwagę w czasie lektury, to mnogość fotografii i grafik, ilustrujących wszelkie pojęcia oraz terminy. Według opisu na okładce, znalazło się ich tu grubo ponad dwa i pół tysiąca!
Zaprezentowane zdjęcia nie są w większości zbyt duże, toteż zawartość albumu idzie w parze z dokładnością przedstawienia wszelkich zagadnień. Każda postać, pojazd, przedmiot - znajdziecie tu naprawdę wiele. Od rodzajów mieczy świetlnych, poprzez modele droidów, kwintesencję Mocy, instrumenty muzyczne, przekrój sarlacca, metody klonowania, aż po wystrój wnętrz czy rodzaje ścigaczy. Naprawdę, nie zabrakło tu chyba niczego.


Warto też zaznaczyć, że Encyklopedia Ilustrowana zbiera wszystko, co dotychczas znalazło się w kanonie Gwiezdnych Wojen. Od Mrocznego Widma do Przebudzenia Mocy, nie wykluczając seriali animowanych Wojny Klonów czy Rebelianci.
W ten sposób można za jednym zamachem nadrobić wszelkie zaległości przed kolejną wizytą w kinie.


Jeśli miałbym wskazać na jakieś minusy tego wydania, zwróciłbym uwagę na dział chronologii. Wydarzenia tam opisane są wybrane dość losowo i w żaden sposób nie ukazują ciągu przyczynowo - skutkowego, który miał przecież ogromne znaczenie w kształtowaniu historii serii.
Myślę, że gdyby autorzy poświęcili tej kwestii dodatkowe dwie strony, większość nieobeznanych z historią Star Wars czytelników, miałoby lesze pojęcie o tym, co działo się w cyklu przez cały ten czas.


Encyklopedia Ilustrowana Star Wars jest idealną pozycją dla każdego sympatyka Gwiezdnej Sagi. Niejeden fan odnajdzie w niej informacje, o których nie miał jeszcze pojęcia, a reszta zainteresowanych (o ile nie przytłoczy ich ilość informacji) też znajdzie tu coś dla siebie.

Dbałość o jakość wydania (twarda okładka, świetny papier), bogata zawartość merytoryczna oraz niesamowita ilość zdjęć, czyni z tego albumu rzecz naprawdę godną polecenia.
I tak będzie zapewne do następnego uzupełnionego wznowienia, bo przecież historia Gwiezdnych Wojen nigdy się nie kończy!

Moja ocena: 5,5/6.
 

niedziela, 5 listopada 2017

piątek, 3 listopada 2017

Funko Mystery Minis - DC Justice League

Premiera Justice League (Liga Sprawiedliwości) zbliża się coraz większymi krokami, toteż oczywistym było, że Funko zaserwuje nam tematyczną serię produktów w oparciu o film.
Tym razem moją uwagę przyciągnęły rewelacyjne miniaturki bohaterów, wydawane w wariancie Mystery Minis. 

Jak sama nazwa wskazuje, kupując jedną z takich malutkich figurek (około 7 cm wysokości), zupełnie nie wiemy co wybraliśmy. Poszczególne postacie zapakowane są bowiem w specjalne, nieprzezroczyste pudełka. 
Podobny patent stosuje Lego przy sprzedaży Collectible Minifigures, toteż wyłącznie kwestią czasu było, kiedy inni podpatrzą u nich ten sposób.

Co sądzicie o poniższej kolekcji? W/g mnie figurki idealnie oddają komiksowe korzenie postaci, nie rezygnując ze specyficznego, karykaturalnego stylu.


Choć w głównej puli jest zaledwie 13 figurek, lepiej uważajcie! Kilka z nich występuje bowiem w odmiennych, kolekcjonerskich wariantach. 



No cóż, nawet jeśli film okaże się klapą, sądzę że i tak warto uzbierać tą całą, prawdziwie uroczą kolekcję. :-)