sobota, 25 listopada 2017

RECENZJA: Młodzieńcze Lata Thorgala, tom 5 - Slivia

Thorgal to seria, na której wychowało się prawie całe pokolenie dzisiejszych 40-latków. Ja też jestem szczęśliwcem, zaliczającym się do tej grupy.
 
Jak dziś pamiętam te czasy, kiedy na przełomie lat 80-tych i 90-tych, przy ulicy Wilczej w Warszawie  ustawiała się długaśna kolejka,  kończąca się przy kasie Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Zaaferowany tłum młodych ludzi pospiesznie wymieniał tam otrzymane od rodziców kieszonkowe na upragnione komiksy o dzielnym wojowniku z północy.
 
Seria Thorgal pojawiła się wówczas w naszym kraju dzięki wydawnictwu Orbita, a najlepsze albumy z tamtego okresu to Łucznicy, Alinoe, Wilczyca i Kraina Qa. Wraz z moimi szkolnymi kolegami, z wypiekami na twarzy czytaliśmy raz po raz wszystkie te historie, snując domysły co stanie się dalej.
Czasy późnego dzieciństwa minęły, ale Thorgal nigdy mnie nie opuścił. Oczywiście, kryzys rynku komiksowego zabrał go Polskim czytelnikom na prawie całą dekadę, lecz gdy w 1999 roku Egmont wznowił serię, wydając nowe, nieznane dotąd albumy, byłem jednym z wielu, którzy dosłownie piszczeli ze szczęścia.
 
Siłą Thorgala oprócz wspaniałych, kreatywnych i realistycznych ilustracji Grzegorza Rosińskiego zawsze były postacie i scenariusze tworzone przez Jeana Van Hamme'a. Twórca ten, jak nikt inny potrafił tkać sieć niesamowitych, fabularnych zdarzeń, tworzących jedną, ściśle powiązaną ze sobą historię. Jednocześnie, bez względu na to, jak bardzo rozpisywał wszystkie wątki, potrafił zawiązać je w każdym albumie w zamkniętą, autonomiczną całość.

 
Niestety, czas mocy twórczej Van Hamme'a dobiegł końca i wraz z 29 albumem scenarzysta pożegnał się z serią. Wydawało się, że nadejdą nowe, być może lepsze czasy, lecz kolejny pomysłodawca serii - Sente, zamarzył sobie rozszerzenie cyklu na osobne, poboczne serie.
Niestety, to właśnie wtedy Thorgal zaczął cierpieć na brak stylistycznej jedności oraz rozwleczenie poszczególnych wątków.
Dwa z cykli pobocznych, czyli Kriss De Valnor oraz Louve wiązały się bezpośrednio z główną serią, natomiast Młodzieńcze Lata miały pokazać wcześniejsze losy Thorgala i Aaricii, jeszcze sprzed albumu Zdradzona Czarodziejka.
 
I tak w tym roku w ręce czytelników trafił już piąty tom Młodzieńczych Lat - Slivia.
Jaki jest ten album? Niestety, w moim pojęciu wypada najgorzej ze wszystkich dotychczasowych. Nie tylko nie prezentuje zamkniętej historii, ale też jest zaledwie wstępem do późniejszych wydarzeń, które zostały zasygnalizowane w jego końcówce.
 
 
Główny bohater nie ma tu do odegrania prawie żadnej roli, ponieważ scenarzysta (Yann) nakazał mu poszukiwać zaginionego Hierulfa. Biedny chłopak robi to niemalże od pierwszej do ostatniej strony, klucząc blisko wydarzeń, w które obfituje ten tom. Niestety, one również nie są zbyt zajmujące. Tytułowa bohaterka, Slivia boryka się z Gandalfem Szalonym, który uwięził ją w kamiennej wieży, próbując znaleźć sposób na ucieczkę. Szczęśliwie dla niej, w końcu osiąga sukces, jednak stali czytelnicy serii nie będą tym wcale zdziwieni. Po prostu wszystcy znamy te fakty już z pierwszego komiksu o Thorgalu. Tu, zamiast fabuły, która powinna powiązać ucieczkę Slivii z bieżącymi wydarzeniami, otrzymuję jedynie odpowiedź na to, jak młody Skald stracił zdolność mowy. To też nie jest zbyt angażujące.
Tak samo nudna wydaje się pomoc Aaricii w ucieczce Enyd i Isoline. Fakt, że ich brawura zakończyła się dość dramatycznie, wpływa dobrze na zakończenie albumu, lecz w większej części po prostu nuży.
Najśmieszniejsze jest to, że w tym momencie mógłbym napisać, że nie zdradzę już więcej z fabuły, lecz prawda jest taka, że nie za bardzo zostało co zdradzać. 
 
Slivia to album nudny, nie potrafiący zaangażować czytelnika głównie poprzez ukazywanie zdarzeń, których finał znamy już od wielu lat. Natomiast w kwestii nowości, nie oferuje nic prawdziwie zajmującego. Na pewno niemały wpływ ma na to odsunięcie tytułowego bohatera od głównej nici fabularnej.
 
 
Nie bez powodu wspomniałem o całej historii Thorgala, bo w moim pojęciu Van Hamme umiałby to wszystko opowiedzieć na połowie zawartych w tym albumie stron.
Mało tego, dobrze wiemy, że potrafił on wrócić w czasie, aby ukazać odległe wydarzenia, bez rozbijania serii na cykle poboczne. Za przykład niech posłużą albumy Aaricia i Gwiezdne Dziecko. 
 
Jeśli jest coś dobrego w tym albumie, na pewno będą to rysunki. Roman Surżenko ilustruje opowieść w stylu podobnym do Rosińskiego, a jego prace są klarowne, szczegółowe i dynamiczne. I choć troszkę przypominają mi obrazki z religijnych publikacji, za każdym razem daję się uwieść ich magii.
 
Jako wierny fan Thorgala nie jestem w stanie porzucić ukochanej serii, toteż rad nie rad, staram się przeczytać każdy pojawiający się na rynku tom. Mam jednak nadzieję, że kiedy już wszystkie serie poboczne połączą się w przyszłym roku z tą główną, twórcy nie będą się spieszyć i postarają się dostarczyć mi solidne, przemyślane fabularnie albumy.
Bo Thorgal to taki cykl, na którego nową odsłonę mogę czekać nawet kilka lat. Ważne, żeby to każdorazowe spotkanie było niepowtarzalną, niezapomnianą przygodą! 
 
 
Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

 

1 komentarz:

  1. Mam podobne odczucia, pod względem scenariusza album jest mocno nijaki, i może tragedii nie ma, ale do poziomu Thorgala z dawnych lat, sporo tu brakuje. Natomiast rysunki to dla mnie rewelacja, Surżenko to klasa sama w sobie!

    OdpowiedzUsuń