piątek, 29 grudnia 2017

czwartek, 28 grudnia 2017

Filmowe podsumowanie 2017 roku

Mijający rok, podobnie jak poprzednie lata, dostarczył nam wielu fantastyczno-filmowych emocji. Oglądaliśmy produkcje świetne, żenująco słabe oraz te, na których bawiliśmy się w miarę poprawnie, lecz za jakiś czas i tak nie będziemy już o nich pamiętać.

 
Przyznam, że niespecjalnie przepadam za wszelkimi zestawieniami, podsumowaniami czy rankingami, szufladkującymi mijający czas w najróżniejszych kategoriach.  Mimo wszystko, aby wyjść naprzeciw Waszym oczekiwaniom, a jednocześnie pozostać wiernym subiektywnym założeniom tego bloga,  kilkanaście dni temu zorganizowałem na naszym facebook'owym profilu małą zabawę.
Składały się na nią cztery ankiety, z czego każda dotyczyła innej, filmowej kategorii. Można w nich było zaznaczać jedną z dwóch, zaproponowanych przeze mnie opcji. Oczywiście taką, z którą najbardziej się zgadzaliście.
 
Czas minął, eksperyment zakończył się sukcesem i teraz, w świetle mijającego 2017 roku, wreszcie mogę przedstawić oficjalne wyniki naszego wspólnego podsumowania. Nie ze wszystkim się zgadzam, ale cóż? Na tym właśnie polegała ta zabawa!


Największe rozczarowanie.

Tak, trzeba otwarcie przyznać, że zacząłem od najgorszej z możliwych kategorii. Jeśli dany film jest zwyczajnie słaby, po pewnym czasie łatwiej jest o nim zapomnieć. Jeśli jednak na konkretną produkcję czekamy pełni nadziei przez długi czas, a w rezultacie dostajemy coś, co niekoniecznie pokrywa się z naszymi nadziejami, wtedy mamy problem.
W tym roku największym rozczarowaniem dla mnie okazał się Kong: Wyspa Czaszki oraz remake To. Pierwszy raził scenariuszową głupotą oraz wszelkimi niekonsekwencjami, natomiast drugi zwyczajnie nie straszył (co w przypadku horroru jest poważnym zarzutem). I choć generalnie nie były to filmy, które można spisać całkowicie na straty, potencjał, który w nich tkwił, został mocno zmarnowany.
67 % Waszych głosów na To, czyni film zwycięzcą w tej kategorii.



Największe zaskoczenie.

Tak, były filmy, które niewiele po sobie obiecywały, tymczasem okazały się całkiem niezłą rozrywką. Lubię takie niespodzianki, a w tym roku cieszę się jeszcze bardziej, bo wśród wytypowanych historii znalazła się wreszcie polska produkcja.
Człowiek z Magicznym Pudełkiem  to film, który w moim prywatnym rankingu zaszedł bardzo wysoko, tymczasem Wy zdecydowaliście, że bardziej zaskakiwał poziom Zombie Express. No cóż, jedno trzeba przyznać - jakość tej produkcji  udowadnia, że w kinie grozy (a w szczególności w temacie żywych trupów) można jeszcze to i owo powiedzieć.
Zombie Express wygrał tę rywalizację zbierając 54 % głosów.



Najgorszy film.

Bardzo niechlubna kategoria. Tu w zasadzie nie ma o czym mówić. Są to filmy złe i tak beznadziejne, że chcemy jak najszybciej wymazać je z pamięci.
Baba Jaga prezentowała wyjątkowo żenujący poziom, natomiast  Obcy: Przymierze  był filmem tak złym, że mimo szczerych chęci nie udało mi się umieścić go w kategorii największego rozczarowania. Po tak znakomitej marce oczekuje się czegoś znacznie lepszego. No cóż, najwyraźniej Ridley Scott stracił swoje słynne wyczucie, tym razem serwując nam obraz tak głupi i wtórny, że prawie nie dało się go oglądać...
Jednak Wy zdecydowaliście, że to Baba Jaga zasłużyła na zwycięstwo w tej kategorii. Ten nieudany horror zdobył aż 75% Waszego poparcia.



Najlepszy film.

Najlepszy. Jedyny. Wspaniały.
2017 rok przyniósł wiele świetnych, godnych zapamiętania filmów. Strażnicy Galaktyki vol. 2Thor: RagnarokWojna o Planetę Małp czy Annabelle: Narodziny Zła - to tylko najważniejsze z nich. Moim zdaniem na to najbardziej zaszczytne miano zasłużyły Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi i The Lego Batman Movie.
Historia Rey i Kylo jest opowieścią, która zyskuje z każdym kolejnym obejrzeniem, oferując kilka nowych, nieszablonowych rozwiązań. Bezsprzecznie kieruje markę Star Wars w nowe, nie do końca znane rejony, tym samym wytyczając ścieżkę finałowej produkcji sagi.

Tymczasem The Lego Batman Movie zaskoczył humorem, detalami fabuły i dobrze przemyślanymi wątkami. Był jednocześnie inteligentną rozrywką dla dorosłych, jak i świetną zabawą dla najmłodszych. Miłość do tematu, szacunek dla widza, a przede wszystkim tony dobrych pomysłów (i klocków!), a także świetna realizacja sprawiły, że musiałem umieścić ten film w naszej ankiecie. Ku mojej uciesze okazało się, że myślicie podobnie!
Najlepszym filmem fantastycznym 2017 roku został The Lego Batman Movie, zbierając 67 % Waszych głosów!

 

poniedziałek, 25 grudnia 2017

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 3 (Kriss De Valnor, t. 7, Ekho, t. 6, Titans, t. 2)

Ostatnio na blogu pojawia się tak dużo recenzji komiksów, że zastanawiałem się czy aby nie zamknąć na jakiś czas tego działu. Sytuacja może zmienić się w każdej chwili, toteż nie zamierzam czynić nic podobnego, tym bardziej, że dzielenie się z Wami  krótszymi wrażeniami z lektury historii obrazkowych nadal sprawia mi dużo frajdy.
Zatem witam w trzecim wydaniu Kiosku z Komiksami. Dziś na warsztat biorę dwa tytuły z Europy i jeden z USA.


Kriss De Valnor, tom 7 - Góra Czasu (F. Vignaux, X. Dorison, M. Mariole)
 
Ci z Was, którzy regularnie czytają Skrzydła Gryfa, wiedzą zapewne jakie jest moje podejście do serii Thorgal oraz wszystkich tytułów pobocznych. Niestety, bałagan jaki powstał przy tworzeniu rozszerzonego uniwersum oraz dużo słabsze scenariusze niż za czasów Van Hamme'a, mocno podkopały  ten kultowy  cykl. Najlepszym  przykładem tego kryzysu jest album Slivia.
Tymczasem najnowszy, 7-my tom serii Kriss De Valnor  udowadnia jak bardzo pokomplikowały się sprawy w rozpoczętym kilka lat temu przedsięwzięciu.
Góra czasu nie jest bynajmniej albumem złym. Wręcz przeciwnie, nosi on znamiona świetnej historii i byłby czymś naprawdę wyjątkowym, gdyby nie zabieg fabularny, który nakazał autorom podzielić wydarzenia z tego tomu na dwie, niezależne od siebie części. Musiało się tak stać, aby doprowadzić wszystkie wydarzenia do oczekiwanego (w przyszłym roku) finału wszystkich serii. I to właśnie może służyć jako przykład bałaganu, o którym wspomniałem powyżej.
W najnowszej części obserwujemy zmagania Kriss z próbą odnalezienia swego syna oraz losy Jolana, który robi co w jego mocy, aby pozostać dobrym i godnym zaufania władcą. I wszystko byłoby super, bo czyta się to nawet dobrze (szczególnie, że powraca interesujący temat podróży w czasie), ale urwanie obu historii w najbardziej nieoczekiwanym momencie nie tylko nie posłużyło za należyty suspens, lecz brutalnie je rozbiło. Tym bardziej więc widać, że w zapanowaniu nad wymyślonymi przez Sente'go tematami nowym autorom nadal idzie nadal jak po grudzie.
Za to rysunki nowego artysty, Frederica Vignauxa robią bardzo dobre wrażenie. Mocno szkicowa, lecz bardzo dynamiczna kreska świetnie oddaje pęd wydarzeń. Poszczególne grafiki przywodzą mi skojarzenia z pracami G. Rosińskiego w albumie Barbarzyńca czy Kriss De Valnor. Na tym polu wszystko więc gra jak należy.
Szkoda, że aby w pełni ocenić pomysł na te dwie historie, trzeba będzie poczekać do premiery kolejnego albumu.  Póki co, o potencjale tej niedokończonej opowieści przekonuje mnie sama okładka - jedna z najlepszych jakie stworzył sam Mistrz.


Ekho, tom 6 - Deep South (Ch. Arleston, A. Barbucci)

Ekho to seria, która od  początku trzyma pewien poziom, prawie nigdy nie schodząc poniżej przeciętnej. Przygody Fourmille Gratule, która wraz z Yurim Podrovem została przeniesiona do krainy Ekho, zawsze dostarczają dobrej, niezobowiązującej rozrywki.
Tym razem nasza kształtna bohaterka udaje się w podróż na południe, aby  pomóc w nagraniu płyty koncertowej  rozchwytywanej, lecz dość  kontrowersyjnej  gwiazdki Soledad. Niestety, autorce  popularnych  przebojów towarzyszy straszny pech, ponieważ odważne teksty piosenek nie podobają się pewnemu wielebnemu oraz jego wiernym poplecznikom. Fanatycy ruszają śladem ekipy muzyków, tymczasem Fourmille nawiedza duch niedawno zmarłego szeryfa. Wkrótce na jaw wychodzą pewne przemilczane fakty, które niebagatelnie wpłyną na sytuację obu bohaterek.
Po raz kolejny  dostałem porządną porcję dobrze narysowanej, pełnej humoru i świetnych pomysłów fantasy. Scenariusz Arlestona udowadnia, że autor, pomimo rozwikłania głównej tajemnicy serii, nadal może pochwalić się niejednym dobrym pomysłem. Wyczuwam wyraźnie, że wiele jeszcze przed nami, tym bardziej że związek Fourmille i Yuriego wszedł właśnie na nowy, obiecujący etap.
Album Deep South mnie nie zawiódł, dostarczając świetny klimat i niegłupią historyjkę (okraszoną nienachalnym morałem). Fanów lekkiego  komiksu europejskiego nie trzeba będzie do Ekho przekonywać, reszta powinna w końcu spróbować. Tym bardziej, że każdy tomik stanowi zamkniętą fabularnie całość. A po lekturze zawsze przychodzi ochota na więcej!


Titans, vol. 2 - Made in Manhattan (D. Abnett, B. Booth, N. Rapmond)

Tytani. Bohaterowie. Nieprzeciętne indywidualności. Grupa zgranych przyjaciół. Od startu tego tytułu w ramach inicjatywy DC Odrodzenie, grupa Nightwinga natychmiast zaskarbiła sobie moją wielką sympatię. Choć z jednej strony jest to typowe superhero z masą dynamicznej akcji i tajemnic, to najmocniejszym aspektem całej historii są jednak postacie.
Tyle samo miejsca poświęcono tu na dynamikę wydarzeń, co rozwój związków pomiędzy poszczególnymi bohaterami. A że łączy ich przyjaźń trwająca niezły szmat czasu, Dan Abnett ma z czego czerpać swoje pomysły.
Drugi tom podzielono na trzy fabularne części.
W pierwszej, po starciu z Abra Kadabrą, Tytani  obierają  miejsce swej nowej siedziby na Manhattanie.  Rozwiązanie  tajemnic zasygnalizowanych w poprzednim tomie będzie jednak musiało poczekać, bowiem na horyzoncie pojawili się ich dawni towarzysze. Karen Duncan, za namową swego męża Mala, udaje się do siedziby Meta Solutions, która pomaga osobom nie radzącym sobie z posiadanymi zdolnościami. Pod pozorem standardowej terapii, doktor Simon planuje pozyskać dla swoich celów jej moce.  Aby ratować przyjaciółkę z kłopotów, Tytani niezwłocznie wkraczają do akcji. Niestety, bohaterowie nawet nie spodziewają się, że ich nowe odkrycie, to zaledwie czubek góry lodowej, skrywającej dużo większą tajemnicę.
Druga historia zawarta w tym tomie stanowiła integralną część wydawnictwa Titans Annual #1, którą opisywałem dokładnie w tym miejscu. Specjalnym dodatkiem jest krótka opowiastka What a Year For a New Year, opublikowana w zeszłorocznym DC Rebirth Holiday Special #1.
Jeśli lubicie Tytanów, nowy tomik ich przygód nie powinien Was zawieść. Świetne rysunki Bootha, Weeksa i Junga nadają całej historii właściwego klimatu. Scenariusz dostarcza świetnie rozpisanych relacji oraz dość intrygującej fabuły. I choć wielu powie, że nie jest to nic, co wykraczałoby poza utarte schematy konwencji, ze swojej strony zapewniam, że ten tytuł czyta się naprawdę dobrze.


Jeśli już czytaliście któryś z powyższych tytułów, zapraszam Was do dzielenia się wrażeniami w komentarzach. Zawsze warto rozmawiać o interesujących nas rzeczach. ;-)
 

wtorek, 19 grudnia 2017

RECENZJA: Jezioro Ognia (N. Fairbairn, M. Smith)

Czasem trafiają się takie historie, które pomimo tego, że  zbudowano je na bardzo powtarzalnym schemacie, potrafią zainteresować i wciągnąć czytelnika bez reszty.
Jezioro Ognia autorstwa Nathana Fairbairna i Matta Smitha jest właśnie takim komiksem. Odgrzewanie kotleta czuć tu już na kilometr, a jednak czytelnik podąża za historią, jakby czytał ją pierwszy raz.
Czemu tak się dzieje, zapytacie?...
 
Jest rok 1220, czas morderczych żniw  krucjat chrześcijańskich. Theo z Szampanii oraz Hugh z Blois wreszcie doczekali chwili, gdy staną się częścią wyprawy przeciwko heretykom z Langwedocji. Niestety, zanim to nastąpi,  lord Montfort wysyła ich na czele małego oddziału do wioski Montaillou. Pod przewodnictwem barona  Mondragona  będą musieli zgasić tamtejsze ogniska herezji, dowodząc swego powołania w służbie Pana.
Niestety, jak się wkrótce okaże, prawda jest zupełnie inna. Montfort znalazł bowiem świetny sposób aby pozbyć się nadgorliwców, a mała wioska skrywa coś, czego krzyżowcy zupełnie się nie spodziewają. Już wkrótce przyjdzie im stanąć oko w oko z nieznaną i niebezpieczną formą życia, która trafiła na francuskie Pireneje bezpośrednio z otchłani kosmosu...
 
 
Jezioro Ognia jest klasyczną historią o podróży i walce z nieznanym, jednak jej czar polega na bezbłędnym skomponowaniu kilku bardzo istotnych składników.
Pierwszy z nich to rys postaci. Odważny i pełen brawury Theo, ambitny i sprytny Hugh oraz mądra i  charakterna Benadette stanowią świetną przeciwwagę dla mocno zgorzkniałego i pozbawionego złudzeń Mondragona. To na ich relacjach oparto znaczną część albumu.  Postacie przechodzą ogromną przemianę mierząc się z dramatycznymi wydarzeniami, a jednocześnie zmuszone są skonfrontować swe ideały z zastaną sytuacją.
Dzięki dobrze zarysowanej fabule, która współgra z podejmowanymi przez bohaterów decyzjami, szybko zdobywają oni sympatię czytelnika. Poprzez ten zabieg komiks angażuje naszą uwagę niemalże od pierwszych stron.
 
 
Opowieść obrazkowa Smitha i Fairbairna świetnie oddaje klimat odarcia z ideałów. Dwaj młodzi mężczyźni szybko przekonują się, że życie to nie tylko piękne obietnice, kochająca się rodzina i wesołe polowania wśród przyjaciół. Natomiast stary dowódca po wielu gorzkich latach w końcu dostrzega to, co dawno już umknęło jego uwadze.
 
To właśnie dzięki wprowadzeniu do komiksu wielkiego zagrożenia, w bohaterach mogły rozwinąć się i dojrzeć powyższe zmiany. Żarłoczne stwory z kosmosu nie są może bardzo oryginalne, ani też otoczka ich istnienia  nie jest zbyt nowatorska, jednak  dzięki zderzeniu  najeźdźcy z dobrze napisanymi postaciami, cała opowieść wchodzi na właściwe tory.
Groza o własne życie, nieuchronność tego co czai się w mroku, a nawet drugoplanowe tragedie - wszystko to idealnie wypełnia całą opowieść. Choć podczas lektury (a szczególnie w jej drugiej połowie) miałem wrażenie powtórki z filmu Aliens, przemyślane rozwiązania pozwoliły uniknąć typowej kalki, dając mi naprawdę ciekawą rozrywkę.
 
Warto też podkreślić, że Jezioro Ognia to historia obfitująca w wiele dynamicznych scen, gdzie to co oczekiwane, szybko zmienia się w z góry zaplanowaną nieszablonowość. To właśnie ona skutecznie oddalała mnie od nudnego wychwytywania schematów. Tu nikt nie jest bezpieczny, a fakt zamknięcia całej opowieści wyłącznie w jednym tomie  zdecydowanie podwyższa stawkę  oraz wszelkie zmagania bohaterów.

 
Komiksowi sprzyjają też rysunki Smitha. Jego dość prosta kreska, sprawiająca wrażenie nieco szkicowej, na pierwszy rzut oka wygląda na kierowaną dla młodzieży. Nic bardziej mylnego! Kiedy do akcji wchodzą pełne krwi i makabry sceny, wydźwięk tomu błyskawicznie zmienia się nie do poznania. Nagle zaczynamy dostrzegać ile emocji przedstawiają twarze bohaterów, oraz jak idealnie akcja łączy się zaprezentowanym otoczeniem.
 
Jezioro Ognia jest pozycją, po której spodziewałem się zwykłego czytadła, a dostałem wciągającą, bardzo dobrze napisaną opowieść.
Całość urzekła mnie budową postaci oraz scenariuszem, który w dużej mierze korzysta z dorobku filmów grozy lat 80-tych ubiegłego wieku, jednak potrafi te inspiracje zamienić na coś niepowtarzalnego.
 
Jeśli zamierzacie kupić komuś pod choinkę komiks, który będzie zwartą, jednotomową historią, którą czyta się za jednym podejściem, sięgnijcie po tą pozycję. Gwarantuję, że obdarowany będzie bardzo zadowolony, a i Wy szybko zapragniecie poznać zawartość prezentu.
 
 
Komiks Jezioro Ognia został wydany przez  Non Stop Comics.
 
 

niedziela, 17 grudnia 2017

RECENZJA: Amazing Spider-Man, tom 2 - Preludium do Spiderversum

Nie jestem wielkim fanem Spider-Mana. Byłem nim kiedyś, jeszcze za czasów komiksów wydawanych w naszym kraju przez TM-Semic. Od tamtej pory wiele w moich gustach uległo zmianie, zainteresowaniami wróciłem do komiksów europejskich, a później poświęciłem się opowieściom z DC Comics.

Kiedy nadarzyła się okazja zerknięcia na najnowsze przygody Pająka, postanowiłem spróbować. Zastanawiałem się, jak to będzie znów pobujać się wraz z Peterem pomiędzy budynkami ścigając nieuchwytnych złoczyńców, lub walczyć o miłość niezastąpionej Mary Jane.
Niestety, drugi tom Amazing Spider-Man nie przyniósł mi nic z tych rzeczy...

Historia w tym albumie toczy się niejako dwutorowo. Pierwszy wątek zajmuje Peter Parker, który znów jest Człowiekiem-Pająkiem, po uprzednim przejęciu tej roli przez Otto Octaviusa. Drugi natomiast, opowiada o Spiderze z 2099 roku, który śledzi sprawę brutalnych morderstw poszczególnych wersji Pająków z całego multiwersum. Za makabryczną tajemnicą kryje się potężny stwór zwany Karnem oraz członkowie jego tajemniczej rodziny. Oba wątki szybko splatają się ze sobą, prowadząc czytelnika do zajmującego finału, będącego wstępem do kolejnej, jeszcze ważniejszej części.

Jak już zasugerowałem na wstępie, nie śledziłem przez wiele lat przygód Parkera, toteż moja znajomość aktualnej sytuacji w uniwersum była prawie zerowa. Interesowało mnie, jak z punktu widzenia czytelnika-laika może przypaść mi do gustu ta nowa historia.


I muszę Wam przyznać (bo to chyba najważniejsze), że jako wyrwany z całości fragment, sprawdziła się nawet dobrze, choć jestem daleki od zachwytów. Nie porwała mnie specjalnie, ale też bardzo nie zniechęciła. Choć czasami gubiłem się w zawiłościach poszczególnych światów oraz sytuacji bohaterów, narracja została rozpisana na tyle sprawnie, że pod koniec tomiku wszystko ułożyło się na swoich miejscach.

Preludium do Spiderversum to komiks, który stawia w największym stopniu na akcję. Dzieje się tu naprawdę dużo, główny antagonista zbiera swe mordercze żniwo gdzie tylko się da, a sceny walk wypełniają wiele kadrów. Na szczęście znalazło się w tym wszystkim miejsce na zarysowanie obecnej sytuacji kilkorga z bohaterów, a nawet gościnny występ Ms Marvel. Za duży plus muszę uznać jeszcze sporą różnorodność Pająków z poszczególnych światów.
Christos Gage umie opowiedzieć dość zawiłą historię w zrozumiały sposób, tak aby nieobeznani z tematem czytelnicy też mogli mieć nieco frajdy z lektury.
Czuć jednak w tym wszystkim tytułowy wstęp do kontynuacji poniższej historii, przez co nieustannie odnosiłem wrażenie, że zaserwowano mi zaledwie przystawkę, a nie znakomite główne danie.


Z kolei Giuseppe Camuncoli, któremu powierzono prace nad wizualną częścią zmagań Spider-Mana, poradził sobie z tematem nad wyraz poprawnie. 
Jego ilustracje są właśnie takie, jakie powinny być w komiksach z gatunku superhero. Tam gdzie trzeba, rysownik stosuje stonowane kadry, natomiast w miejscach, w których akcja przyspiesza, szczegółowo kreśli wszystkie najdrobniejsze detale. I dzieje się to bez wywoływania wrażenia nadmiernego przesycenia.
Postacie rysowane przez artystę są czasami nieco kanciaste, co tylko dodaje jego pracom swoistej rozpoznawalności.

Tom drugi Amazing Spider-Mana nie jest może dziełem wybitnym, ale mogą go bez większych zgrzytów przeczytać osoby, które dopiero odkurzają swe pajęcze sieci. Nie od razu jednak zapałają odrodzoną miłością do tytułowego bohatera.
Za największy plus uważam to, że mimo wszystko nie pogubiłem się w dość rozbudowanej fabule. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jest to opowieść, która nakazuje mi z utęsknieniem czekać na kolejny tom.
Dla oddanych fanów Pająka Preludium do Spiderversum na pewno stanowi waży punkt w historii postaci i to oni są docelowym odbiorcą tego albumu. Ja niestety, ze względu na zbyt małe zaangażowanie w treść, w najbliższej przyszłości nie przewiduję powrotu do serii.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


sobota, 16 grudnia 2017

Trening Rey w wersji Lego - 75200 Szkolenie na wyspie Ahch-To

Temat Gwiezdnych Wojen w tym miesiącu dominuje w mediach, nie dziwi więc, że na Skrzydłach Gryfa także pozostajemy w klimacie Jedi.
Tych z Was, którzy podobnie jak ja pasjonują się budowlami z klocków Lego, na pewno zainteresuje ciekawy zestaw, który pojawi się w sprzedaży już w styczniu.

Szkolenie na wyspie Ahch-To (75200) przedstawia pamiętne sceny z filmu Ostatni Jedi, kiedy to Rey pobierała nauki u dawnego Mistrza Jedi, Luke'a Skywalkera.

Zestaw składa się z 241 elementów i zawiera minifigurki Rey, Luke'a oraz porga, przy czym ten ostatni jest postacią w całości zbudowaną z klocków.
Warto zauważyć, że w tym dość niewielkim zestawie znalazło się miejsce na sporo ciekawych funkcji oraz interesujące, bawialne wnętrze.

Oczywiście, w życiu  wszystko jest kwestią gustu,  dlatego też  powyższy zestaw bardzo  mi się spodobał. Oprócz unikalnych minifigurek ma w sobie coś, co rozbudza moją wyobraźnię, przywołując w pamięci rewelacyjne sceny z filmu.
Co o nim sądzicie?


piątek, 15 grudnia 2017

RECENZJA: Gwiezdne Wojny - Ostatni Jedi (2017)

Odkąd dwa lata temu pozostawiliśmy Rey stojącą przed Lukiem na wyspie Anch-To, oczekiwania i wszelkie spekulacje rosły  proporcjonalnie do upływającego czasu. Kim jest ta dziewczyna? Czemu Luke odszedł? Co zrobi Kylo Ren i jak to wszystko potoczy się dalej?...
Minęły 24 miesiące i już znamy odpowiedzi na (przynajmniej) część z tych pytań. Ostatni Jedi przynosi nowe przygody, ekscytujące wątki, a przede wszystkim tą niepowtarzalną magię, która trwa na świecie nieprzerwanie już od 40-tu lat.

VIII epizod zaczyna się dokładnie tam, gdzie zakończyło się Przebudzenie Mocy. Walka z Najwyższym Porządkiem, która wydawała się częściowo wygrana, rozpoczyna się na nowo z nieznaną dotąd siłą.
I to w zasadzie wszystko, co mogę napisać o filmie. Konstrukcja tego obrazu, napisanego i wyreżyserowanego przez Riana Johnsona skomponowana została tak, że każda próba przedstawienia  większego  zarysu fabuły, poskutkuje zdradzeniem bardzo  istotnych szczegółów.
Aby tego uniknąć, pozwólcie, że od razu przejdę do wyrażenia mojej opinii o tej produkcji. Zresztą i tak tego głównie oczekujecie.

Ostatni Jedi to bardzo nierówny, a także dość ciężki do oceny film. Z jednej strony otrzymujemy dzieło będące kontynuacją wątków z Przebudzenia Mocy, natomiast z drugiej, twórcy pokusili się o pewne radykalne zmiany względem stylu całej serii. I to z pewnością podzieli fanów Sagi, ja na szczęście znalazłem się w grupie, która najnowszą historię jak najbardziej docenia. I choć Ostatni Jedi zdobył moje serce, jestem świadomy pewnych zgrzytów, jakie niesie ze sobą ta produkcja.

Wielka zmiana polega na skierowaniu fabuły w rejony do tej pory nie eksplorowane. Dzieje się to zarówno w szerokim spektrum całości, jak i w rozwiązaniach poszczególnych, nawet króciutkich scen. Dzięki temu Ostatni Jedi bardzo mocno zaskakuje. Tu  nie możemy spodziewać się tego co zazwyczaj. Kiedy już przeczuwamy jak potoczy się dana scena, całość robi nieoczekiwany zwrot w przeciwnym kierunku. Dzięki temu film nabiera nowej jakości, udowadniając, że w Gwiezdnych Wojnach sporo można zmienić, a narrację poprowadzić tak, aby nieustannie cieszyła i zdumiewała.

Najważniejszym elementem filmu jest relacja pomiędzy Rey (Daisy Ridley), Kylo Renem (Adam Driver) i Lukiem (Mark Hamill). Gra aktorska wraz z istotą oddziaływania tych postaci na siebie, robi kolosalne wrażenie. Ostatni Jedi to film prezentujący swą historię poprzez wzajemne relacje tych bohaterów. Ich walka, zmagania i uczucia napędzają obraz, dostarczając nam najwyższej jakości wrażeń. Sądzę, że wiele z tych scen przejdzie do historii cyklu, jeśli nie do historii kina w ogóle.
Wspaniale wybrzmiewa wewnętrzna walka Kylo, żal i stan emocjonalny Luke'a, oraz próba odnalezienia się w tym wszystkim Rey. Co najważniejsze, sedno tych scen wybrzmiewa doskonale bez względu na otaczające je tło efektów specjalnych.

A te są jak zawsze imponujące. Połączenie efektów praktycznych z magią komputera po raz kolejny zbudowało świat, który jest tak daleki od tego co widzimy na co dzień, jak to tylko możliwe. I choć czasem da się wyczuć tą nutę sztuczności, wszystko maskuje sama historia, która jest sednem opowieści.

Niestety, chęć nadania  Ostatnim Jedi  nowej jakości poskutkowała kilkoma zgrzytami, które jeśli nie podzielą fanów, to na pewno sprawią, że odbiór filmu jak nigdy przedtem będzie zależał od indywidualnych preferencji widzów.

Najbardziej istotny jest czas trwania filmu. Podarowano nam najdłuższą historię cyklu, która mogłaby jednak być znacznie krótsza, gdyby zrezygnowano z kilkunastu scen oraz jednego lub dwóch, niezbyt istotnych dla całości wątków.
Poszczególne elementy fabularne, a nawet poczucie humoru, tak charakterystyczne dla tej serii, nie zawsze działają tak jak powinny. W wielu przypadkach odniosłem wrażenie, że coś było robione na siłę, tylko po to, aby usatysfakcjonować oddanych fanów. Ja oddanym fanem jestem na pewno, lecz sporo z tych zagrań na mnie nie podziałało.
Rozczarowałem się również na polu wyjaśnień pewnych zagadnień, które pozostawały niejasne już od poprzedniej części. Film skupia się za mocno na przedstawianiu świata oraz postaci tu i teraz, nie próbując nawet wedrzeć się w ich szerszą historię. Dlatego też spora ilość pytań stawianych tuż przed premierą nadal pozostaje bez wyjaśnienia. Zaledwie części z nich domyślimy się z kontekstu.


Wracając do kwestii nowych pomysłów, należy zwrócić uwagę na kilka istotnych rzeczy.
Ostatni Jedi jak żaden poprzedni film z  Sagi (wyłączając Rogue One) pokazuje wnętrze rebelii. Zawsze stanowiła ona tło dla działań głównych bohaterów, jednak tym razem, dzięki udziałowi postaci takich jak Poe Dameron (Oscar Isaac), Finn (John Boyega) czy Rose (Kelly Marie Tran) możemy przyjrzeć się, jak wygląda trud walki z punktu widzenia zwykłych pilotów czy żołnierzy. Znajdziemy tu sceny, które na pewno nie oddają klimatu filmów wojennych, ale świetnie przedstawiają istotę walki i poświęceń dużo lepiej, niż miało to miejsce w Nowej Nadziei czy Imperium Kontratakuje.
Znajdziemy  tu  też postacie i wątki, które z powodzeniem kontynuowane będą  w serialach, komiksach i książkach. To już chyba taka tradycja Gwiezdnych Wojen, że niejeden bohater, który pojawił się choć na chwilę w filmie, odnajdywał swój byt w pozostałych mediach. No i w wyobraźni fanów, oczywiście.
Cieszy mnie też nienachalny wątek miłosny. Kogo dotyczy i jak się rozwija, będziecie musieli przekonać się już sami.


Ostatni Jedi jest więc filmem, który jak żaden ze swych poprzedników, na wielką skalę wprowadza nowe, innowacyjne elementy. Odbywa się to kosztem trwania filmu, specyficznego balansu fabuły i równowagi samego obrazu. Wychodzi on jednak z tej walki w pełni zwycięski, choć z niejedną raną, która latami będzie omawiana przez wszystkich oddanych fanów.

VIII epizod pomimo eksponowanego ładunku emocjonalnego i fabularnego pokazuje, że cykl Gwiezdnych Wojen może i powinien wciąż się rozwijać. Nie musi to być wyłącznie cechą produkcji pobocznych, takich jak Rogue One czy Solo. W końcu nie chcemy przecież ciągle oglądać tego samego.

Mógłbym jeszcze długo pisać o tym co było, a czego zabrakło w Ostatnich Jedi, jednak prawda jest taka, że Moc jest i tak silna w tej produkcji.
Gwiezdne Wojny to cykl, który jak żaden inny angażuje wszystkich widzów, dając im zabawę, fascynację i niezliczone wzruszenia. Na ponad dwie godziny zabiera nas do odległej Galaktyki dawno, dawno temu, i choć każdy z nas oceni tą podróż inaczej, na pewno jeszcze nieraz tu wrócimy.
I wierzcie mi na słowo: za każdym razem będzie warto.

 

wtorek, 12 grudnia 2017

RECENZJA: Odrodzenie, tom 1 - Jesteś Wśród Przyjaciół (Tim Seeley, Mike Norton)

Jak wyglądałoby Wasze życie, gdyby ktoś  bliski powrócił ze świata zmarłych? Co stałoby się, gdyby  zdarzyło się to w małym, prowincjonalnym miasteczku? Jaki wpływ miałoby to wydarzenie na cały świat? Kto byłby odpowiedzialny za ten cud oraz jakim sposobem można byłoby wszystko wyjaśnić?...
 
Pierwszy tom komiksu Odrodzenie opowiada właśnie taką historię.
Tim Seeley wraz z rysownikiem Mikiem Nortonem zapraszają nas do małej mieściny w Wisconsin, gdzie mieszka i pracuje główna bohaterka komiksu, Dana Cypress. Dana jest policjantką, a także córką miejscowego szeryfa. To właśnie jej przypadło w udziale stanowić trzon nowo powołanej grupy do wyjaśnienia sprawy odrodzonych mieszkańców.
Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że mamy tu do czynienia z plagą krwiożerczych, żywych trupów. Przywróceni do życia (w odciętym kwarantanną od reszty świata Wausau) są w pełni świadomi swego odrodzenia, czują i zachowują się prawie normalnie. Jest z nimi tylko jeden szkopuł. Niezwykle trudno jest ich ponownie zabić.
Jakby tego było mało, wkrótce okazuje się, że młodsza siostra głównej bohaterki jest jedną z przywróconych. Nie pamięta w jaki sposób umarła, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś ją zamordował.
Wszystko nabiera tempa, kiedy podczas domowej interwencji, powstała z martwych, starsza kobieta zabija w dziwnym amoku swoją własną córkę.
Sytuacji nie poprawia też obecność snującego się po okolicy bytu, do złudzenia przypominającego ducha.
 
 
Odrodzenie to przede wszystkim opowieść mówiąca o tym, co zdarzy się, jeśli w naszym uporządkowanym świecie zdarzy się coś  nietypowego i niezrozumiałego. Tim Seeley w niesamowicie wciągający sposób kreuje  pozornie obyczajową historię,  przeplatając ją dramatycznymi, przerażającymi wydarzeniami. Tu nie ma  miejsca na nudę. Akcja komiksu rozgrywa się na przestrzeni trzech tygodni, choć zasadniczo najważniejsza jego część ma miejsce w ciągu dwóch, bardzo istotnych dla fabuły dni.
 
Niczym w najlepszym thrillerze, stopniowo odkrywane są przed nami poszczególne wydarzenia i fakty, jednak dzieje się to w taki sposób, że na obecnym etapie niczego nie możemy być pewni. Niemały udział ma w tym wszystkim spora ilość postaci, z których każda ma jakąś rolę do odegrania.
Tu prawie wszyscy mają też coś do ukrycia, lecz o większości z nich nie dowiemy się na razie zbyt wiele. Znamienny jest również sam tytuł pierwszego tomu. Bo czy istotnie wszyscy w Wausau są dla siebie przyjaciółmi?...

 
Tom pierwszy Odrodzenia jest swoistym połączeniem horroru z thrillerem, gdzie na pierwszy plan wysuwają się tajemnice mieszkańców oraz nierozwiązana zagadka kryminalna. Uzupełnieniem tego są wszelkie aspekty paranormalne, które stanowią drugie koło, na którym obraca się cała fabuła.

Dana Cypress pełni rolę naszej przewodniczki po tej opowieści. Tylko jej czytelnik może naprawdę zaufać, ponieważ większość wydarzeń widzimy właśnie jej oczami. Tylko ona nie ma sekretów przed resztą świata i wie tyle samo co my, czytelnicy śledzący historię na kartach komiksu.
 
Rysunki Mike'a Nortona są utrzymane w dość prostej, realistycznej stylistyce. Nadaje to opowieści pożądany klimat zwyczajności, dzięki czemu wszystkie niesamowite wydarzenia mogą wybrzmieć w bardzo konkretny, zamierzony przez scenarzystę sposób.

 
Jesteś Wśród Przyjaciół to początek bardzo dobrze zaplanowanej historii. Całość skonstruowano tak, aby nasz apetyt rósł w miarę jedzenia i trzeba przyznać, że pod koniec tomu zrobiłem się bardzo głodny. Niestety, na zaspokojenie łaknienia trzeba będzie chwilkę zaczekać, jednak za sprawą tego co już przeczytałem, wiem, że na pewno będzie warto.
 
 
Komiks Odrodzenie został wydany przez  Non Stop Comics.
 
 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

RECENZJA: Monstressa, tom 1 - Przebudzenie (Marjorie Liu, Sana Takeda)

Zdarzają się takie komiksy, gdzie warstwa graficzna jest tak nierozerwalnie związana z treścią, że zwyczajnie nie sposób wyobrazić sobie innego rozwiązania. Seria Monstressa, autorstwa Marjorie Liu i Sany Takedy jest tego najlepszym przykładem.
Choć sam cykl jest bardzo zręcznie i ciekawie opowiedzianym fantasy, to właśnie ilustracje Takedy dodają jej nuty niepowtarzalności, sprawiając że całkowicie wsiąkamy w przedstawiony świat.
 

Przebudzenie to pierwszy tom opowieści o Maice Półwilk, 17-letniej arkanijce, próbującej rozwiązać zagadkę swej przeszłości. Mrok, który skrywa dziewczyna jest w równym stopniu niebezpieczny dla jej otoczenia, jak i dla niej samej.
Chęć poznania nieznanych faktów z dzieciństwa rzuca bohaterkę do miasta Zamora, gdzie zostaje sprzedana Sophii Fekete, członkini zakonu Cumaea. Tam odnajduje osobę, która być może zna odpowiedzi na palące ją pytania. Pogoń za nieznanym sprawia, że o mocy dziewczyny dowiadują się najpotężniejsi przedstawiciele walczących ze sobą ras. Od tej chwili od sprytu Maiki oraz życzliwości jej sprzymierzeńców zależeć będzie dalszy los pokoju na świecie.
 

Jeśli to, co przeczytaliście powyżej zrodziło w Was więcej pytań niż odpowiedzi, to bardzo dobrze. Monstressa jest bowiem komiksem, w przypadku którego wyjawienie zbyt wielu informacji o fabule mogłoby dotkliwie popsuć całą przyjemność lektury.
 
Struktura scenariusza jest przygotowana tak, że wraz rozwojem wydarzeń, dowiadujemy się coraz więcej o bohaterach oraz zasadach panujących w tym niezwykłym świecie. Rodzi to pewne skojarzenia z Archiwum Burzowego Światła Brandona Sandersona, gdzie autor zaserwował czytelnikom podobny zabieg. Dzięki tej praktyce musimy bardziej wysilić szare komórki, przy czym należy przyznać, że sama treść nie jest aż tak skomplikowana.
Monstressa to w sumie dość prosta historia, jednak złożona ze sporej ilości łączących się wzajemnie elementów. W trakcie czytania obserwujemy jak kolejne kawałki tej układanki dołączają do głównego wzoru, czyniąc całą opowieść coraz bardziej interesującą.
 

Głównym napędem pierwszego tomu jest przerażająca tajemnica głównej bohaterki, która poszukuje odpowiedzi na temat tego, co kiedyś ją spotkało. Zarówno Maika jak i wszystkie postacie wypełniające Przebudzenie  mocno zapadają  w pamięci. Jednocześnie sprawiają wrażenie potrzebnych dla płynnego i sensownego ukazania całej historii. Każda z nich ma swoją własną  przeszłość i cel, toteż  pozostaje tylko czekać,  aż wszystkie te wątki zbiegną się w oczekiwanym finale.

Nie ma tu żadnych niepotrzebnych elementów. Czas teraźniejszy miesza się z przyszłym, dynamika akcji współgra z bardziej nostalgicznymi, czy nawet humorystycznymi scenami. Znajdziemy tu również sporo przemocy. Nie jakiejś przesadzonej czy brutalnie ukazanej, ale na tyle dosadnej, aby pokazać nam, że ten komiks, choć jest typową fantastyką, rozgrywa się zupełnie na poważnie.

Interesujące informacje na temat komiksowego świata Maiki podane są w jednoplanszowych, bardzo pomysłowych przemówieniach (wykładach) jednej z postaci. Miłym dodatkiem jest umieszczona na końcu albumu mapa, która uzmysławia nam, że mamy do czynienia z prawdziwie rasową historią fantasy.
 

Ilustracje  stanowią  prawdziwe sedno Monstressy. Są niesamowicie obrazowe, piękne i nie pozbawione swoistej duszy. Prezentują doskonałą dynamikę,  pozostając  jedynym  sposobem opowiadania tej mrocznej historii. Przebudzenie po prostu nie istnieje bez tych rysunków.
Doskonale widać tu szkołę klasycznej mangi. Niektóre z kadrów są jakby żywcem wyjęte z tamtych historii.
Przez większość czasu grafiki tworzą samo sedno treści, zdając się wręcz wyprzedzać scenariusz. Ciemność, nadzieja wraz z unikalnością świata i głębią zamieszkujących go postaci - wszystko to zostało uchwycone oraz uwypuklone doskonale.

Przyznam, że Monstressa jest jednym z najlepszych komiksów jakie ostatnio czytałem. Stało się tak za sprawą niesamowicie pomysłowej opowieści i rysunków, które pokazują, że w dziedzinie komiksu jeszcze niejedno można opowiedzieć.
Świat Maiki  angażuje czytelnika emocjonalnie i estetycznie, zmuszając szare komórki do zastanowienia nad tajemnicą bohaterki. A kiedy album dobiega końca, staje się jasne, że autorki będą miały nam do pokazania jeszcze wiele w tej niesamowitej, niepowtarzalnej historii.
 
 
Komiks Monstressa został wydany przez  Non Stop Comics.
 
 

niedziela, 10 grudnia 2017

RECENZJA: Artbook Thorgal 40 lat - Grzegorz Rosiński

Thorgal to seria komiksowa, której sympatykom obrazkowych historii raczej przedstawiać nie trzeba. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że przygody wikinga z gwiazd oraz jego najbliższych śledzimy już od 40-tu lat!
Aby uczcić tą okrągłą i jak najbardziej chlubną rocznicę, wydawnictwo Egmont uraczyło nas wspaniałym, 224-stronicowym albumem  Artbook  Thorgal 40 Lat, gromadzącym rysunki jednego z największych artystów naszych czasów - Grzegorza Rosińskiego.
 
I od razu stwierdzam, że jest to coś, co każdy sympatyk tej serii po prostu musi mieć. I to nie tylko ze względu na szacunek do samego komiksu, ale także za sprawą zawartości, która w idealny sposób podsumowuje wszystkie spędzone z nim lata.
 
Całość albumu wypełniają  obrazy i grafiki, które zostały wykorzystane w promocji  serii oraz olbrzymia ilość szkiców, tworzonych na różnych etapach powstawania poszczególnych części.
Dla nielubiących czytać jest też dobra informacja - nie znajdziemy tu wiele tekstu. Słowo pisane ogranicza się jedynie do wstępu autorstwa Patricka Gaumera, oraz krótkich przypisów dotyczących poszczególnych ilustracji.

Album otwiera galeria okładek do wszystkich tomów (od Zdradzonej Czarodziejki do Kah-Aniela). Być może nie jest to nic specjalnie nowego, jednak możliwość podziwiania tych  rysunków pozbawionych charakterystycznego logo pozwala spojrzeć na nie z zupełnie innej strony.
 
W dalszej kolejności przedstawiono różnego rodzaju okładki alternatywne oraz szkice do niektórych z nich, grafiki na wydania zbiorcze, plakaty, szkice oraz okładki do magazynów komiksowych (m.in. Tintin, BoDoi) czy gier. Jest tego naprawdę sporo.


Następnie znów podziwiamy oficjalne okładki, tym razem do wszystkich serii pobocznych (Louve, Młodzieńcze Lata, Kriss De Valnor). Warto zaznaczyć, że mamy tu do czynienia z wydawnictwem bardzo aktualnym, bowiem wśród prac znalazły się grafiki zdobiące najnowsze tomy Slivii czy Góry Czasu.
Pomiędzy nimi ponownie zagłębiamy się w szkice powstałe w okolicach tworzenia tychże albumów, wykonane najróżniejszymi technikami.
 
Ostatnia część  artbooka jest chyba najbardziej unikalna. Zebrano tu wszelkie szkice, koncepty czy prace próbne do wszystkich tomów z serii. A najważniejsze, że ułożono je chronologicznie, co pozwala prześledzić proces zmian w twórczości G. Rosińskiego na przestrzeni lat. Występuje tu też ciekawy przykład dwóch stron ze scenariusza do albumu Kah-Aniel, na które artysta naniósł swoje wstępne rysunki postaci.




W tej ostatniej części znajdziemy też wiele unikalnych pomysłów, które nie trafiły do komiksów. Warto tu wymienić choćby rysunek Thorgala z kolczykiem w lewym uchu, projekty masek Ogotaia czy postać Kriss z bujną czupryną gęstych, puszystych włosów.

Cokolwiek by nie mówić o aktualnej  treści Thorgala (czy reszty serii pobocznych), warstwa graficzna autorstwa Grzegorza Rosińskiego zawsze stała i wciąż stoi na najwyższym z możliwych poziomów.
Mało tego, nasz rodak jest bez wątpienia artystą bardzo twórczym i nieustannie rozwijającym się. Można to zauważyć śledząc poszczególne komiksy, albo zagłębiając się w ten przepiękny, rocznicowy album.
 

Artbook Thorgal  40 Lat to wspaniała, nostalgiczna  wycieczka  po historii jednej z najlepszych światowych serii komiksowych. Z jednej strony jest portretem artysty, który poświęcił jej znaczną część swego życia, z drugiej wizytówką piękna tych fantastycznych, niesamowitych opowieści. Zbiera w jednym miejscu to, czego raczej nigdy nie byłoby dane nam doświadczyć. Jest jak wejście cichaczem do pracowni Mistrza i obcowanie z jego własnym, nieomal intymnym światem.
 
Zaryzykuję stwierdzenie, że ten album to wielkie święto dla wszystkich fanów Thorgala. Wynagradza lata spędzone na niezapomnianej lekturze i daje nowe, niezapomniane wrażenia. To prawdziwa nostalgiczna podróż w czasie i przestrzeni wybitnego popkulturowego dzieła. Powinna znaleźć się na półce każdego fana komiksów.