poniedziałek, 25 grudnia 2017

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 3 (Kriss De Valnor, t. 7, Ekho, t. 6, Titans, t. 2)

Ostatnio na blogu pojawia się tak dużo recenzji komiksów, że zastanawiałem się czy aby nie zamknąć na jakiś czas tego działu. Sytuacja może zmienić się w każdej chwili, toteż nie zamierzam czynić nic podobnego, tym bardziej, że dzielenie się z Wami  krótszymi wrażeniami z lektury historii obrazkowych nadal sprawia mi dużo frajdy.
Zatem witam w trzecim wydaniu Kiosku z Komiksami. Dziś na warsztat biorę dwa tytuły z Europy i jeden z USA.


Kriss De Valnor, tom 7 - Góra Czasu (F. Vignaux, X. Dorison, M. Mariole)
 
Ci z Was, którzy regularnie czytają Skrzydła Gryfa, wiedzą zapewne jakie jest moje podejście do serii Thorgal oraz wszystkich tytułów pobocznych. Niestety, bałagan jaki powstał przy tworzeniu rozszerzonego uniwersum oraz dużo słabsze scenariusze niż za czasów Van Hamme'a, mocno podkopały  ten kultowy  cykl. Najlepszym  przykładem tego kryzysu jest album Slivia.
Tymczasem najnowszy, 7-my tom serii Kriss De Valnor  udowadnia jak bardzo pokomplikowały się sprawy w rozpoczętym kilka lat temu przedsięwzięciu.
Góra czasu nie jest bynajmniej albumem złym. Wręcz przeciwnie, nosi on znamiona świetnej historii i byłby czymś naprawdę wyjątkowym, gdyby nie zabieg fabularny, który nakazał autorom podzielić wydarzenia z tego tomu na dwie, niezależne od siebie części. Musiało się tak stać, aby doprowadzić wszystkie wydarzenia do oczekiwanego (w przyszłym roku) finału wszystkich serii. I to właśnie może służyć jako przykład bałaganu, o którym wspomniałem powyżej.
W najnowszej części obserwujemy zmagania Kriss z próbą odnalezienia swego syna oraz losy Jolana, który robi co w jego mocy, aby pozostać dobrym i godnym zaufania władcą. I wszystko byłoby super, bo czyta się to nawet dobrze (szczególnie, że powraca interesujący temat podróży w czasie), ale urwanie obu historii w najbardziej nieoczekiwanym momencie nie tylko nie posłużyło za należyty suspens, lecz brutalnie je rozbiło. Tym bardziej więc widać, że w zapanowaniu nad wymyślonymi przez Sente'go tematami nowym autorom nadal idzie nadal jak po grudzie.
Za to rysunki nowego artysty, Frederica Vignauxa robią bardzo dobre wrażenie. Mocno szkicowa, lecz bardzo dynamiczna kreska świetnie oddaje pęd wydarzeń. Poszczególne grafiki przywodzą mi skojarzenia z pracami G. Rosińskiego w albumie Barbarzyńca czy Kriss De Valnor. Na tym polu wszystko więc gra jak należy.
Szkoda, że aby w pełni ocenić pomysł na te dwie historie, trzeba będzie poczekać do premiery kolejnego albumu.  Póki co, o potencjale tej niedokończonej opowieści przekonuje mnie sama okładka - jedna z najlepszych jakie stworzył sam Mistrz.


Ekho, tom 6 - Deep South (Ch. Arleston, A. Barbucci)

Ekho to seria, która od  początku trzyma pewien poziom, prawie nigdy nie schodząc poniżej przeciętnej. Przygody Fourmille Gratule, która wraz z Yurim Podrovem została przeniesiona do krainy Ekho, zawsze dostarczają dobrej, niezobowiązującej rozrywki.
Tym razem nasza kształtna bohaterka udaje się w podróż na południe, aby  pomóc w nagraniu płyty koncertowej  rozchwytywanej, lecz dość  kontrowersyjnej  gwiazdki Soledad. Niestety, autorce  popularnych  przebojów towarzyszy straszny pech, ponieważ odważne teksty piosenek nie podobają się pewnemu wielebnemu oraz jego wiernym poplecznikom. Fanatycy ruszają śladem ekipy muzyków, tymczasem Fourmille nawiedza duch niedawno zmarłego szeryfa. Wkrótce na jaw wychodzą pewne przemilczane fakty, które niebagatelnie wpłyną na sytuację obu bohaterek.
Po raz kolejny  dostałem porządną porcję dobrze narysowanej, pełnej humoru i świetnych pomysłów fantasy. Scenariusz Arlestona udowadnia, że autor, pomimo rozwikłania głównej tajemnicy serii, nadal może pochwalić się niejednym dobrym pomysłem. Wyczuwam wyraźnie, że wiele jeszcze przed nami, tym bardziej że związek Fourmille i Yuriego wszedł właśnie na nowy, obiecujący etap.
Album Deep South mnie nie zawiódł, dostarczając świetny klimat i niegłupią historyjkę (okraszoną nienachalnym morałem). Fanów lekkiego  komiksu europejskiego nie trzeba będzie do Ekho przekonywać, reszta powinna w końcu spróbować. Tym bardziej, że każdy tomik stanowi zamkniętą fabularnie całość. A po lekturze zawsze przychodzi ochota na więcej!


Titans, vol. 2 - Made in Manhattan (D. Abnett, B. Booth, N. Rapmond)

Tytani. Bohaterowie. Nieprzeciętne indywidualności. Grupa zgranych przyjaciół. Od startu tego tytułu w ramach inicjatywy DC Odrodzenie, grupa Nightwinga natychmiast zaskarbiła sobie moją wielką sympatię. Choć z jednej strony jest to typowe superhero z masą dynamicznej akcji i tajemnic, to najmocniejszym aspektem całej historii są jednak postacie.
Tyle samo miejsca poświęcono tu na dynamikę wydarzeń, co rozwój związków pomiędzy poszczególnymi bohaterami. A że łączy ich przyjaźń trwająca niezły szmat czasu, Dan Abnett ma z czego czerpać swoje pomysły.
Drugi tom podzielono na trzy fabularne części.
W pierwszej, po starciu z Abra Kadabrą, Tytani  obierają  miejsce swej nowej siedziby na Manhattanie.  Rozwiązanie  tajemnic zasygnalizowanych w poprzednim tomie będzie jednak musiało poczekać, bowiem na horyzoncie pojawili się ich dawni towarzysze. Karen Duncan, za namową swego męża Mala, udaje się do siedziby Meta Solutions, która pomaga osobom nie radzącym sobie z posiadanymi zdolnościami. Pod pozorem standardowej terapii, doktor Simon planuje pozyskać dla swoich celów jej moce.  Aby ratować przyjaciółkę z kłopotów, Tytani niezwłocznie wkraczają do akcji. Niestety, bohaterowie nawet nie spodziewają się, że ich nowe odkrycie, to zaledwie czubek góry lodowej, skrywającej dużo większą tajemnicę.
Druga historia zawarta w tym tomie stanowiła integralną część wydawnictwa Titans Annual #1, którą opisywałem dokładnie w tym miejscu. Specjalnym dodatkiem jest krótka opowiastka What a Year For a New Year, opublikowana w zeszłorocznym DC Rebirth Holiday Special #1.
Jeśli lubicie Tytanów, nowy tomik ich przygód nie powinien Was zawieść. Świetne rysunki Bootha, Weeksa i Junga nadają całej historii właściwego klimatu. Scenariusz dostarcza świetnie rozpisanych relacji oraz dość intrygującej fabuły. I choć wielu powie, że nie jest to nic, co wykraczałoby poza utarte schematy konwencji, ze swojej strony zapewniam, że ten tytuł czyta się naprawdę dobrze.


Jeśli już czytaliście któryś z powyższych tytułów, zapraszam Was do dzielenia się wrażeniami w komentarzach. Zawsze warto rozmawiać o interesujących nas rzeczach. ;-)
 

2 komentarze:

  1. Nowy Thorgal to całkiem przyjemne zaskoczenie, szczególnie pod względem scenariusza, choć po połowie albumu czułem małe rozczarowanie. Rysunkowo jest całkiem przyzwoicie, choć Vignaux jeszcze powinien trochę potrenować, ale potencjał jest. I to naprawdę duży. To co jest ogromnym minusem obecnych Thorgali to to, że ze starych pamiętam każdy album bardzo dobrze, każdy potrafił zrobić ogromne wrażenie, będąc jednocześnie zamknięta opowieścią i częścią czegoś większego. W tych nowszych wszystko jakby się zlewa, cała intryga jest niestety nieco mdła, i owszem, nie można odmówić lepszych momentów, ale przysłowiowe "to juz nie to samo"... Albo sie starzeję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybyśmy mieli te kilka lat mniej, pewnie ocenilibyśmy nowe Thorgale znacznie lepiej... Choć z drugiej strony masz dużo racji w kwestii wspomnień o klasycznych albumach cyklu. I to mimo wszystko jest coś, co podczas lektury dostrzeże nawet współczesny nastolatek. ;-)

      Usuń