wtorek, 30 stycznia 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tom 3 - Klasyczne Opowieści 3

Kolejny tom Kolekcji Komiksów Star Wars przynosi ciąg dalszy zbioru historii zebranych pod wspólnym tytułem A long time ago. W tej serii znalazły się opowieści obrazkowe ze świata Gwiezdnych wojen wydawane bezpośrednio po premierze IV epizodu sagi.
O poprzednich tomach kolekcji możecie przeczytać tu i tu. Jeśli macie to już za sobą, przejdźmy od razu do rzeczy.

Autorami najnowszego wydania są Archie Goodwin i Chris Claremont (scenariusz) oraz Carmine Infantino, Bob Wiacek i Steve Leialoha (rysunki). Zarówno pod względem ilustracji jak i treści, album utrzymuje poziom podobny do dwóch poprzednich tomów.

W warstwie fabularnej dzieje się tu naprawdę wiele. W Klasycznych opowieściach 3 otrzymujemy kilka krótszych historii, które za sprawą związków przyczynowo-skutkowych układają się w większą, powiązaną ze sobą całość.

Album rozpoczyna finał historii rozgrywającej się na stacji Koło. Kolejną część stanowi opowieść o pewnej misji Obi-Wana, którą opowiada Luke'owi Leia. W następnych powraca pół-android Valance, pałający nienawiścią do Skywalkera za sympatyzowanie ze swoimi robotami.
Oczywiście, pojawiają się też nowi antagoniści. Jednym z ciekawszych jest baron Tagge, niewidomy witruoz miecza świetlnego, który za cel obrał sobie zdyskredytowanie Dartha Vadera. To właśnie mroczny Lord Sith jest odpowiedzialny za ślepotę barona. Tagge skrycie dąży do zniszczenia sojuszu rebeliantów, aby wkupić się w łaski Imperatora.
Jedną z ciekawszych części jest opowieść o wizycie Luke'a i Lei na górzystej planecie Marat V, zamieszkanej przez skrzydlaty lud S'Kytri. Autorzy pokazują w niej dobitnie, że Gwiezdnym wojnom gatunkowo jest często bliżej klimatom fantasy niż klasycznemu science-fiction.


Poziom wszystkich historii zawartych w tym wydaniu podyktowany jest czasem, w którym powstały. Nie są to zawiłe fabuły z wielowymiarowymi postaciami, a jedynie zwykłe opowieści, pełne przygód oraz nieszablonowych postaci. Dzieje się tu dużo i ciekawie, co w większej części decyduje o archaicznym uroku całości.

Najfajniejsze podczas lektury są dla mnie chwile, kiedy mogę wyłapać liczne ciekawostki, smaczki czy niezgodności z aktualnym kanonem serii. Także w tym tomie znalazłem kilka interesujących przykładów.

W pierwszym rozdziale (Ucieczka w furię) Luke używa Mocy, aby przenieść swą wściekłość do umysłu ścigającego go Vadera. Jakby na to nie patrzeć, chłopak właśnie posłużył się nieświadomie ciemną stroną Mocy. Kto jak kto, ale Obi-Wan byłby bardzo niezadowolony...
W szóstej części (Co słychać u Jabby?) znów pojawia się słynny gangster ścigający Hana Solo. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że postać ta z wyglądu zupełnie nie przypomina Hutta znanego z VI epizodu sagi. Tak samo Jabba był też przedstawiany w pierwszym tomie kolekcji.
W przedostatniej historii (Pojedynek orłów) powtórzono błąd z Nowej nadziei, w/g którego ojciec Luke'a i Vader byli dwiema różnymi osobami. Jak wynika z opowieści patriarchy Aragha, na planetę Skye przybyły niegdyś trzy osoby. Jedną był Obi-Wan, pozostałymi dwoma byli jego uczniowie. Jeden z nich zabił poźniej swego Mistrza, natomiast miecz drugiego odziedziczył Luke. Oczywiście kanon ustawił tą wersję we właściwy sposób, lecz w świetle późniejszego tłumaczenia Obi-Wana o odmiennym punkcie widzenia, przedstawiona relacja wydaje się jeszcze bardziej bez sensu.
Kolejnym smaczkiem jest pojawienie się (Powrót na Tatooine) lądowego transportera imperialnego, który nigdy nie był pokazywany w filmach. Niby nic, lecz pojazd ten na mały ekran powrócił w pełnej chwale dopiero w pierwszym sezonie serialu Rebelianci. Oczywistym staje się więc, skąd swe pomysły czerpali twórcy produkcji.

Na osobną uwagę zasługuje niezmienne ukazywanie głównych bohaterów w tych samych strojach. Biorąc pod uwagę ich najróżniejsze misje oraz stałe ukrywanie się przed Imperium, mały kamuflaż byłby z pewnością bardzo przydatny. No, ale pewnie takie były odgórne wytyczne dla twórców komiksu...

Jeśli lubicie klimat komiksów z lat 70-tych ubiegłego wieku wraz z ich charakterystyczną kreską, tom trzeci Kolekcji Komiksów Star Wars na pewno sprawi Wam sporo frajdy. Dla oddanych fanów Gwiezdnych wojen będzie też okazją do zapoznania się z popkulturową historią cyklu.
I to jest tu chyba najważniejsze, ponieważ gwiezdna saga zmieniała i rozwijała się na przestrzeni ostatnich dekad niejednokrotnie. Warto pójść tą ścieżką, aby dostrzec jej wszystkie transformacje.


Za udostępnienie tomu kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


piątek, 26 stycznia 2018

RECENZJA: Batman - Gotham w Świetle Lamp Gazowych (2018)

Legenda Kuby Rozpruwacza - nieuchwytnego zabójcy kobiet lekkich obyczajów, który terroryzował Londyn u schyłku XIX wieku do dziś rozbudza wyobraźnię wszelkich twórców popkultury. Nic więc dziwnego, że ta niewyjaśniona zagadka co jakiś czas powraca w takiej czy innej formie artystycznej, aby przerażać, zastanawiać oraz zmuszać nas do stawienia czoła własnym lękom.

Brian Augustyn oraz Mike Mignola w 1989 roku byli tak zauroczeni mitem londyńskiego rzeźnika, że poświęcili mu krótkie wydanie komiksu o Batmanie, w którym to Mroczny Rycerz żył i działał w czasach słynnego zabójcy. Ich dzieło uznane zostało za tzw. Elseworld, czyli wersję świata alternatywnego DC (kilkanaście lat później określonego mianem Ziemi-19).

W tym roku Warner Bros wraz z DC Universe postanowili przenieść historię wspomnianych panów na ekran domowych telewizorów. Tak powstała animacja Gotham w świetle lamp gazowych, wyreżyserowana przez Sama Liu do scenariusza Jamesa Kriega.
Niestety, pomimo mojej wielkiej miłości do komiksów DC, pierwowzór powyższej produkcji pozostaje mi nieznany, dlatego też swoją opinię wyrażam wyłącznie na podstawie tego co zobaczyłem. Optymistycznie zakładam jednak, że animacja jest dość wierną ekranizacją komiksu, ponieważ nie zauważyłem w filmie żadnych udziwnień, jakie miały miejsce w niedawnej ekranizacji Zabójczego żartu.

Twórcy animacji przenoszą nas do wiktoriańskich czasów przemysłu parowego, gdzie widok sunących po nieboskłonie sterowców jest typowym obrazem codzienności. Właśnie w takim otoczeniu w mieście Gotham rozpoczynają swą działalność dwie ukrywające się w mroku nocy postacie.
Jedną jest mężczyzna przebrany za nietoperza, który sieje postrach wśród rzezimieszków i oszustów, drugi to zabójca kobiet, dokonujący swych zbrodni z niezwykłą precyzją i okrucieństwem. Ich ścieżki wkrótce się skrzyżują, a ukryty pod przebraniem nietoperza detektyw będzie zmuszony rozwiązać zagadkę Kuby Rozpruwacza nie tylko ze względu na własną misję, ale też po to, aby oczyścić swe dobre imię z fałszywych oskarżeń. Jego nieoczekiwanym sprzymierzeńcem okaże się charyzmatyczna Selina Kyle, słynna artystka estradowa.
Oczywiście, jak to w historiach z Batmanem bywa, nie wszystko w Gotham okaże się takie, jakim się wydaje i nie każda postać działać będzie według spodziewanych przez widza zasad.

Gotham w świetle lamp gazowych warto zobaczyć ze względu na nowatorskie potraktowanie historii Mrocznego Rycerza oraz samą legendę Kuby Rozpruwacza. To dwa niewątpliwe atuty filmu, które mogą przyciągnąć przed małe ekrany nie tylko wiernych sympatyków Batmana.
Znane z kart komiksów postacie, takie jak Poison Ivy, komisarz Gordon, Hugo Strange czy Harvey Dent ożywają tu w zupełnie innej epoce. Stroje, sposób zachowania czy ich motywacje to coś, czego wyłapywanie będzie wielką frajdą dla fanów Nietoperza. Laicy natomiast, z pewnością złapią się na wciągającą kryminalną zagadkę, która pełni tu rolę głównego magnesu fabularnego.


Historia Kuby Rozpruwacza została przedstawiona w animacji bardzo pomysłowo. O ile w prawdziwym dochodzeniu dotyczącym londyńskiego mordercy do dnia dzisiejszego nic nie jest oczywiste, w Gotham w świetle lamp gazowych otrzymujemy nie tylko wyjaśnienie całej zagadki, ale również pełną motywację działań zabójcy. Dodane zostały też liczne elementy, które w rzeczywistych zdarzeniach nie miały racji bytu.
Oczywiście nie zdradzę, kto zyskał w mieście Batmana miano słynnego zabójcy, lecz wiedzcie, że rozwiązanie tajemnicy jest równie ciekawe co szokujące.

Niestety, sporym minusem animacji jest sama postać Batmana. Jeśli ktoś nigdy nie słyszał o Człowieku-Nietoperzu, z filmu nie dowie się wiele o jego przeszłości ani motywacjach. Po macoszemu potraktowano cały sens krucjaty Wayne'a, znacznie bardziej skupiając się na jego życiu prywatnym (co ma pewien sens w przedstawieniu związku bohatera z Seliną Kyle). Wielka to szkoda, bo przedstawienie ideologii Batmana w kontekście sensu działania Kuby Rozpruwacza dodałoby filmowi niebagatelną warstwę psychologiczną.
Na szczęście związek Bruce'a z Seliną to jeden z lepszych elementów produkcji. Dobrze zbudowano psychikę obu postaci, a ich wzajemne relacje są bardzo zajmujące od samego początku do końca. Mamy tu chemię, ciekawą nić porozumienia oraz romans, czyli wszystko, czego dojrzały widz oczekuje po obecności tej pary bohaterów na ekranie.

Choć Gotham w świetle lamp gazowych jest produkcją dla młodego widza, znajdziemy tu sporo przemocy. Nie dominuje ona większości scen, jednak w kilku z nich brutalność Kuby Rozpruwacza przedstawiono dość dosadnie. W USA film dostał kategorię wiekową "R", dzięki czemu widzowie poniżej 17-go roku życia mogą oglądać go wyłącznie w towarzystwie dorosłych.

Sama animacja jest utrzymana w stylu, do którego Warner zdążył nas już przyzwyczaić. Nie jest to produkcja zachwycająca nowoczesną techniką i z pewnością wiele rzeczy dałoby się tu zrobić znacznie lepiej, lecz sympatycy animowanej kreski z lat 90-tych nie powinni być zawiedzeni.

Znacznie lepiej wypadli aktorzy użyczający głosów postaciom. Bruce Greenwood, Jennifer Carpenter, Chris Cox czy Anthony Head dali swym bohaterom wiele głębi i charakteru. Zresztą nie od dziś wiadomo, że animacje DC pod względem doboru aktorów stoją na bardzo wysokim poziomie.


Gotham w świetle lamp gazowych do film, który nie ustrzegł się kilku niedociągnięć, lecz poprzez interesujące potraktowanie świata Batmana oraz legendy Kuby Rozpruwacza jest z pewnością godny polecenia. Zagadka mordercy jest niezwykle ciekawa, bohaterowie przemawiają do odbiorcy, a mroczny i niebezpieczny klimat filmu wynagradza z nawiązką spędzony czas.

Dla sympatyków Mrocznego Rycerza i kryminałów z gatunku noir to pozycja warta rozważenia, reszta z Was musi podjąć decyzję sama. Tak czy inaczej, to jedna z ciekawszych animacji DC Universe, która pojawiła się w ciągu kilku ostatnich lat.

niedziela, 21 stycznia 2018

Trening Rey od Sideshow Collectibles

Nie macie czasem dość tematu Ostatnich Jedi?... Jeśli nie, to pewnie ucieszy Was wiadomość, że Sideshow Collectibles przygotowało właśnie coś dla oddanych fanów VIII epizodu.


Figurka, którą dziś przedstawiam, to oczywiście Rey w czasie treningu Jedi na wyspie Ahch-To.
Postać głównej bohaterki nowych Gwiezdnych wojen oddano w imponującej skali 1:6.

Ma ona aż 28 punktów artykulacji (co oznacza, że możecie ustawiać ją praktycznie w dowolnej pozie), a dodatkowo wyposażono ją w całą masę przydatnych akcesoriów. 7 rodzajów dłoni, dwie wersje miecza świetlnego, blaster i praktyczna podstawka oraz dwie figurki porgów, z pewnością pozwolą ciekawie wzbogacić jej dynamiczny wygląd.

























Artystom odpowiedzialnym za ostateczny wygląd postaci (Lee So-Young, Kim Hyun-Jung, JC Hong) naprawdę udało się oddać jej realizm, połączony z praktyczną funkcjonalnością figurki.

Rey w wersji treningowej ma wysokość około 28 cm.
W sprzedaży dostępna będzie dopiero latem tego roku. Już dziś możecie zamówić ją na stronie Sideshow.
Koszt tej pięknej zabawki wynosi 228 $ (czyli 809 zł).



środa, 17 stycznia 2018

RECENZJA: Kształt Wody (2017)

Czy dorośli mogą wierzyć w bajki? Czy na świecie istnieje prawdziwa, szczera i głęboka miłość? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa, lecz z pomocą przychodzi właśnie najnowszy film Guillermo del Toro. Kształt wody to produkcja ambitna, doskonale zrealizowana, a co najważniejsze ukazująca magię kina w sposób, który przemawia do mnie najlepiej.

Ciężko napisać cokolwiek o tym filmie, nie zdradzając zbyt wiele z jego treści. I choć sama historia jest niezwykle prosta, samo jej sedno leży w nadanym jej ostatecznym kształcie. To właśnie za sprawą indywidualizmu reżysera i scenarzysty (Guillermo del Toro) całe to przedsięwzięcie uzyskuje tak wyraźny charakter, przemawiając do widza w przejrzysty i emocjonalny sposób.

Akcja Kształtu wody osadzona została w Baltimore, w czasach zimnej wojny z początków lat 60-tych ubiegłego wieku. To tu poznajemy naszą główną bohaterkę, Elisę. Kobieta pracuje jako sprzątaczka w tajnym rządowym ośrodku laboratoryjnym. Wiedzie proste, poukładane życie, a każdy jej dzień wygląda dokładnie tak samo. Troski codzienności pomaga jej przezwyciężyć koleżanka z pracy oraz starszy sąsiad. Dla bohaterki filmu wszystko zmienia się w chwili, gdy w jednym z pomieszczeń ośrodka odkrywa istnienie pewnego niezwykłego, biologicznego obiektu. Szczerość i empatia Elisy pozwalają jej nawiązać szczególną nić porozumienia z przedziwną, całkowicie odmienną istotą.

Bajkowa forma opowiadanej historii jest widoczna podczas trwania całego filmu. Już słowa narratora (sąsiad Elisy, Giles) wprowadzają widza w ten specyficzny, nieco odrealniony klimat. Co ciekawe, osadzenie akcji w oddalonej o ponad pięćdziesiąt lat rzeczywistości dodatkowo pogłębia to wrażenie. Jednocześnie jest to film bardzo prawdziwy. Oprócz świetnie nakreślonych bohaterów doskonale działają tu również elementy scenografii, stroje oraz inne elementy otoczenia.

Kształt wody to oczywiście film o miłości (o tym za chwilę), ale w moim odczuciu stał się też specyficzną opowieścią o poszukiwaniu szczęścia. Wypatrują go podświadomie wszyscy ważni dla fabuły bohaterowie.
Elisa (Sally Hakins), która jest niema od dzieciństwa, pragnie bliskości oraz bycia akceptowaną taką, jaka jest. Zagubiony w życiu osobistym i zawodowym Giles (Richard Jenkins) spędza dni zatraciwszy się w próbach powrotu do pracy. Mężczyzna zagłusza swoją samotność próbując znaleźć nić uczucia w pobliskim barze. Koleżanka Elisy, Zelda (Octavia Spencer) pełni rolę jej nadopiekuńczej przewodniczki, lecz sama od lat tkwi w nieszczęśliwym, bezwartościowym związku. Nawet główny antagonista obrazu, Richard Strickland (Michael Shannon) tłumi swe pragnienia głęboko, pozwalając aby presja zawodowego otocznia zamknęła mu oczy na szczerość i otwarcie wobec innych.

Jak można się domyślić, owo poszukiwanie szczęścia splata ze sobą wszystkie postacie, prowadząc je do jakże oczekiwanego finału. Tu okaże się ostatecznie, czy ich wzajemne oddziaływanie pozwoli na wyzwolenie się z matni codziennej szarości i marazmu.

Kluczowym elementem jest tu jednak sama istota z laboratorium. To postać ważna dla ukazania uczuć i historii głównej bohaterki, jednak łączy ze sobą wszystkie części filmu. Wzajemne relacje bohaterów, dramatyczne wydarzenia, tajemnica ośrodka czy siły obcego wywiadu próbujące zagarnąć dla siebie cenny eksponat - wszystko to dzieje się i rozwija za sprawą nieznanej formy życia.

Wspaniały popis talentów dali w Kształcie wody wszyscy główni aktorzy. Często zdarza mi się oglądać filmy, w których postacie są odtworzone dość zwyczajnie, przez co czuję, że nie są prawdziwymi bohaterami z krwi i kości. Tu sprawa ma się zupełnie inaczej. Szczerość i wewnętrzne ciepło wręcz biją z ekranu. Dzięki temu identyfikowałem się z nimi wszystkimi, a wszelkie porażki, sukcesy i zmartwienia odbierałem bardzo osobiście.

Dużą wpływ na odbiór produkcji ma humor. Nie slapstickowy, czy wymuszony za sprawą głupkowatych gagów. Tu śmiech wywołują typowe ludzkie działania oraz reakcje. Prym wiedzie postać Zeldy, jest ona czymś w rodzaju środka łagodzącego troski reszty bohaterów.
Wszystkie żarty są zwyczajne, codzienne, a co najważniejsze bardzo życiowe. To pozytywnie wpływa na ich odbiór oraz pogłębia charaktery postaci.

Najważniejsza w Kształcie wody jest jednak historia o miłości. Co można stwierdzić już po samym plakacie, film niesie ze sobą skojarzenia z opowieścią o Pięknej i bestii.
Mamy tu do czynienia z miłością niemożliwą, taką, która nigdy nie będzie mogła znaleźć swego spełnienia. Niestety, Elisie oraz jej niecodziennemu wybrankowi nie jest pisane być razem ze względu na liczne niesprzyjające okoliczności. Ich wspólny los został przypieczętowany w chwili, w której oboje wyciągnęli do siebie ręce.
W filmie i literaturze występuje ogrom podobnych do tej historii przykładów. Film bynajmniej nie unika tych skojarzeń. Guillermo del Toro bawi się archetypami w bardzo kreatywny sposób, podając nam na tacy dobrze znane danie, lecz o zupełnie innym smaku.

Choć finał historii jest w pewien sposób oczywisty, reżyser zafundował nam go w iście poetycki sposób. W zakończeniu wybrzmiewa cały sens tej baśni o miłości, jej sedno i krzepiąca nuta. To coś, co każdy musi przeżyć sam. Żadne słowa nie oddadzą tego tak dobrze jak obraz.

Dla mnie Kształt wody to niecodzienny film o prostych, dobrze znanych nam sprawach. O uczuciach, samotności, potrzebie akceptacji, zrozumieniu i celu. O pokonywaniu przeszkód oraz wykorzystaniu każdej chwili, aby być prawdziwą wersją siebie. To też opowieść o człowieczeństwie, ukazanym w kontraście do uczuć ulokowanych w obcej istocie. Dopiero za sprawą tej wizji widać jak bardzo jest nam to potrzebne i jak bez tego życie traci swój sens.
Sądzę, że warto poświęcić temu więcej uwagi, niż te dwie godziny spędzone w kinie.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tom 2 - Klasyczne Opowieści 2

Drugi tom Kolekcji Komiksów Star Wars przynosi kontynuację serii rozpoczętej w premierowym wydaniu. To oczywiście najstarsze obrazkowe opowieści ze świata Gwiezdnych Wojen, zebrane pod wspólnym tytułem A Long Time Ago.
Ich cechą charakterystyczną jest to, że powstawały w czasach, kiedy po sukcesie filmu z 1977 roku nikt jeszcze dokładnie nie wiedział jak potoczy się historia tego uniwersum. Sprawiło to, że wiele pomysłów w nich zaprezentowanych nijak ma się do treści sagi znanej nam dziś, a sam świat sprawia wrażenie nieco innego, niż ten rozpoznawany w późniejszych komiksach.
Właśnie z tego powodu A Long Time Ago dość szybko uznane zostało za niekanoniczne, a po przejęciu praw do serii przez Disney'a zepchnięto je jeszcze dalej w hierarchii mitologii świata.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie warto znać tych historii!
Jak pisałem już w recenzji pierwszego tomu kolekcji, jest to szansa na zapoznanie się z dorobkiem cyklu w jego pierwotnej, a do tego całkiem udanej formie. Nie wszystko wypada tu idealnie, ale jeśli nie będziemy traktowali tematu zbyt zasadniczo, obrazkowa opowieść szybko okaże się całkiem sympatyczną rozrywką.

W drugim tomie kolekcji znalazło się jedenaście zeszytów, w tworzeniu których po R. Thomasie i H. Haykinie pałeczkę przejęli Archie Goodwin (scenariusz) oraz Carmine Infantino i Terry Austin (rysunki). Ich prace są bezpośrednią kontynuacją wątków zapoczątkowanych w tomie pierwszym.

W tej odsłonie Klasycznych Opowieści znajdziemy trzy przeplatające się ze sobą historie. Wraz z Lukiem, Leią, Hanem i Chewbaccą stoczymy niesamowitą potyczkę na wodnej planecie w układzie Drexel, poznamy droida pałającego chęcią zemsty na młodym Jedi, a także odwiedzimy największą siedzibę hazardu w Galaktyce. Tu też zobaczymy jakimi metodami posługiwało się Imperium, aby zagrozić rosnącemu znaczeniu Rebelii oraz jak wysoko postawione osobistości wykorzystywały swoją pozycję, za pomocą intryg i spisków osiągając upragniony cel.
Niezliczone przygody, barwne postacie i wciągający scenariusz to niewątpliwe atuty tej nieco archaicznej, choć nadal mającej sporo uroku opowieści.

To co najbardziej ujmuje mnie w tej historii, to tak charakterystyczny dla Gwiezdnych Wojen duch przygody oraz bardzo wyraziste postacie. I to nie tylko te pierwszoplanowe, bowiem A. Goodwin umie powołać do życia również świetnych arcyłotrów.
A tych znajdziemy w komiksie całą masę. Wredny i nieustępliwy gubernator Quarg z ogromnych statków-miast, podstępny senator Greyshade, planujący zyski Koła bez względu na okoliczności, czy imperialny generał Strom, ślepo zapatrzony w służbę dla swej organizacji. Jest też oczywiście Darth Vader, jednak jego postać pełni w tej części historii rolę dość marginalną. Na większy udział Lorda Sith trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać.

Pewnymi minusami tej opowieści jest bez wątpienia niespójność z jakimkolwiek kanonem oraz pewna archaiczność komiksu. Jak już jednak wspominałem, przy odrobinie dobrej woli można jednak przymknąć na to oko i zwyczajnie bawić się tą historią. Tym bardziej, że dzieje się tu naprawdę wiele, a czytelnik nie dostaje praktycznie chwili na oddech.

Z interesujących smaczków wymieniłbym ten, w którym jeden z oficerów imperialnych zwraca się do Vadera per "drogi chłopcze". Oczywiście, Sith nie pozostaje mu dłużny, a wkrótce i tak go zabija, jednak sam fakt takiej rozmowy jest dość komiczny. Dziś dobrze wiemy, że jedyną osobą która pozwoliłaby sobie na pewną bezceremonialność w stosunku do mrocznego Lorda był (oprócz Imperatora) Wielki Moff Tarkin. To jego Anakin darzył wielkim podziwem jeszcze za czasów Wojen Klonów.

Rysunki Infantino i Austina robią dobre wrażenie, jednak czasem brak im pewnej konsekwencji. Zdarza się, że bohaterowie są rysowani na poszczególnych kadrach nieco inaczej niż na poprzednich.
Na pewno należy pochwalić dobre oddanie dynamiki ruchu postaci oraz sporą szczegółowość ilustracji na większych planszach.

Jeśli uwielbiacie Gwiezdne Wojny, tom drugi Kolekcji Komiksów Star Wars jest tytułem, który na pewno warto włączyć do swojej biblioteczki. Po przełknięciu archaicznych niuansów, jako nagrodę otrzymacie wciągającą, napakowaną akcją historię ze swoimi ukochanymi bohaterami.
Właśnie dlatego, a także dla samej ciekawości tematu można śmiało sięgnąć po tą pozycję.


Za udostępnienie tomu kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


niedziela, 14 stycznia 2018

Lego Elves 2018

W 2018 roku Lego nie zapomniało o serii stworzonej specjalnie dla najmłodszych wielbicielek fantastki - Lego Elves. Jakiś czas temu pisałem o tej niezwykle barwnej kolekcji, przybliżając jej mitologię, a także typując swoje ulubione zestawy.

Co tym razem wydarzyło się w krainie Azari, Ferrana, Airy i Naidy? Co ponownie spotka Emily i Sophie Jones, dwie dziewczynki z naszego świata? Czy warto ponownie zainteresować się tą kolekcją zabawek?
Pozwólcie, że wprowadzę Was w najnowszą historię.


Czy zastanawialiście się kiedyś skąd pochodzi magia krainy Elvendale? Otóż istnieje ona za sprawą czterech niezwykłych istot: lwa ognia, lisa ziemi, wodnego żółwia oraz smoka powietrza. To one są jej podstawowym źródłem, a Elfy pełnią rolę ich wiernych strażników.
Niestety, jak to często bywa, niebezpieczeństwo pozostaje przyczajone w mroku. W bajkowej krainie nikt nawet nie przeczuwa, że zwierzęta żywiołów wkrótce staną się celem polowania pradawnego zła. 

Na ich moc czyha bowiem Noctura, mroczna wiedźma z Krainy Cienia, miejsca do tej pory ukrytego przed Elvendale. Do tego mrocznego świata dostać się można wyłącznie za pomocą tajemniczego portalu.
Przez ostatnie tysiąc lat Noctura cierpliwie knuła swoją zemstę, lecz teraz z pomocą swych złośliwych nietoperzych sług postanowiła dopaść i zniewolić wszystkie stworzenia żywiołów. Elfy próbowały z nią walczyć, lecz wiedźma podstępnie odebrała im moce. Od tej pory Elvendale stało się mrocznym, a co gorsza pozbawionym magii miejscem. 

Na szczęście Emily, Azari i reszcie przyjaciół udało się odnaleźć Lumię, tajemniczą Strażniczkę Światła. Jest ona jednym z najpotężniejszych Elfów. Lumia poprowadziła naszych bohaterów przez mroczny portal do Krainy Cienia, aby stoczyć najcięższą bitwę jaka kiedykolwiek miała miejsce. 
Czy uda im się ocalić zwierzęta i przywrócić magię do Elvendale bez względu na koszty?...
No cóż, teraz wszystko zależy od Waszej wyobraźni!


Wraz z tą niesamowitą historią idą w parze nowe zestawy, które w sklepach pojawią się już na wiosnę. Zobaczcie, czego już niedługo będą pragnąć wszystkie dziewczynki (i nie tylko) zakochane w dobrych, kreatywnych historiach fantasy.

piątek, 12 stycznia 2018

Black Canary od Sideshow Collectibles

Sideshow Collectibles przygotowało kolejną niespodziankę dla fanów bohaterek DC Comics. Tym razem na Wasze półki może trafić dziewczyna Green Arrowa, czyli Black Canary.


Figurka Black Canary ukazała się w serii Premium Format Figure. Jest to edycja limitowana, ponieważ nakład ograniczono do 1500 sztuk.

Za projekt postaci odpowiedzialność wzięli Ian MacDonald, Stanley "Artgerm" Lau, Kris Anka i Zac Roane, natomiast rzeźbą zajęli się Pablo Viggiano oraz Dan Ulrich.

Statuetka Dinah Lance (prawdziwa tożsamość Canary) ma 53 cm wysokości, a jej koszt wynosi 450 $. Możecie już kupować ją na stronie producenta.




Jeśli zainteresowała Was Black Canary, zobaczcie jak prezentuje się w towarzystwie innych figurek z tej serii. Na zdjęciu poniżej możecie podziwiać Huntress, Batgirl, Supergirl, Zatannę i Power Girl.  


czwartek, 11 stycznia 2018

środa, 10 stycznia 2018

RECENZJA: Wonder Woman, tom 1 - Kłamstwa (DC Odrodzenie)

Wonder Woman to obok Supermana i Batmana najważniejsza postać z panteonu sław DC Comics. Od ponad siedmiu dekad wzbudza nasz szacunek, podziw i zdumienie. Jest też jedyną tak dobrze rozpoznawalną superbohateką w zdominowanym przez mężczyzn, komiksowym świecie mocarzy.

DC Odrodzenie (Rebirth) dało okazję opowiedzenia historii wielu postaci w sposób zrozumiały nawet dla początkujących fanów.
Dla mnie był to wyraźny sygnał, że wreszcie historie Wonder Woman będą pisane tak jak lubię. Niestety, przygody amazonki w serii New 52 zupełnie do mnie nie przemówiły, ucieszyłem się więc, że kontrolę nad serią przejmie znów Greg Rucka, znany z najlepszych scenariuszy do tego cyklu.

W świecie Diany z Temiskiry coś zaczyna się psuć. Bohaterka traci pewność czy konkretne wydarzenia z jej życia miały miejsce w rzeczywistości, czy są tylko wytworem nieznanych, przedziwnych sił. Aby dowiedzieć się prawdy, postanawia odnaleźć swoją dawną przyjaciółkę. Wojowniczka nawet nie podejrzewa, że wyprawa ponownie zwiąże ją ze Stevem Trevorem, który został wysłany z małym oddziałem w niebezpieczną misję. Wkrótce los ukaże Dianie pozostałe części układanki, które poprowadzą ją ku obaleniu wszelkich kłamstw...

Przyznam, że Kłamstwa to komiks o Wonder Woman jaki od dawna chciałem przeczytać. Dostałem tu wszystko to co lubię w dobrych opowieściach przygodowych, a jednocześnie cała fabuła jest bardzo daleka od standardowej historii o superbohaterach.
Po sumiennym wprowadzeniu w sytuację bohaterki, akcja przenosi się w egzotyczne rejony afrykańskiej Bwundy. Wątki komiksu nieustannie mieszają się z tajemnicą otaczającą główną bohaterkę, a pradawna magia wzbogaca smak nieznanego.


Mamy tu wszystko co sprawia, że czyta się ten tom z prawdziwą przyjemnością. Wonder Woman jest postacią zdeterminowaną i pewną swego, choć wszystko w jej życiu wskazuje na to, że już dawno powinna się załamać. Wie o jaką stawkę toczy się gra, mądrze wybierając kolejne kroki i sojuszników. To bohaterka, której chce się kibicować, bo choć popełnia błędy, to uparcie wierzy w swoją rolę w tym świecie.
Doskonale zarysowano krótkotrwały rozkwit jej związku z Trevorem. Pomimo tego, że oczywistym staje się jego rychłe zakończenie, sceny dawnej pary wywołują przyjemne ciepło w sercu.

Greg Rucka umie tworzyć realne, żywe postacie, których losy są nam bliskie, mimo, że z założenia w ogóle nie powinny nas angażować. To jedna z jego wielu zdolności, bowiem w Kłamstwach ciekawi wydają się również bohaterowie drugoplanowi, tacy jak Etta Candy czy doktor Barbara Ann.

Świetnie wypada tu również odpowiednie podzielenie całej historii, która w oryginale rozgrywała się w 25-ciu wydawanych w USA zeszytach. Wychodziły one naprzemiennie, ukazując całą historię w dwóch fazach: od środka do finału oraz od początku do półmetka. Dzięki temu skutek przeplatał się z przyczyną, a czytelnicy mogli dość nietypowo poznawać wszystkie elementy fabularnej układanki. Nie inaczej jest w przypadku tomików zbiorczych.


Rysunki Liama Sharpa są doskonałe, choć ja widzę w jego pracach pewien istotny mankament. O ile tworzone przez artystę zbliżenia pokazują najdrobniejsze detale postaci oraz ich otoczenia, to kadry, w których bohaterowie są mniejsi, wychodzą mu zupełnie bez wyrazu. Doprowadza to do tego, że ich mimika jest kompletnie niewyraźna lub wyraża sprzeczne emocje.

Kłamstwa są komiksem, który ucieszy sympatyków tajemniczych historii przygodowych, w których na pierwszy plan wysuwa się akcja i tajemnica. To doskonale skrojona, wielowątkowa opowieść, w której bohaterowie są tak samo ważni jak zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach fabuła.
Zawiodą się na nim jedynie ci, którzy oczekują krótszych treści i dużo szybszych odpowiedzi. Jeśli jednak macie czas aby zagłębić się w pełen niedopowiedzeń i emocji komiks o Wonder Woman, jesteście w dobrym miejscu. To wydawnictwo z pewnością Was nie oszuka.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


niedziela, 7 stycznia 2018

RECENZJA: Życie i Czasy Sknerusa McKwacza (Don Rosa)

Jakoś zawsze omijały mnie komiksy Disney'a. Kiedy w drugiej połowie lat 90-tych na polskim rynku nastąpił krach komiksowy, oprócz Asterixa i stopniowo dogorywającego TM-Semic, dostępne były tylko ich tytuły. Kaczor Donald i wszelkiego rodzaju Giganty licznie zalegały na kioskowych półkach, niestety ja byłem już na nie za stary. 
Moja pasja do Myszki Miki i Kaczogrodu skończyła się wraz z latami 80-tymi, kiedy jedyne dostępne tytuły pochodziły z Niemiec, a można je było zdobyć wyłącznie na jarmarkach i giełdach (kto jeszcze pamięta bazar na stadionie Skry w W-wie?).

Dlatego też historia Sknerusa McKwacza skutecznie mnie obeszła (podobnie jak dedykowany jej serial animowany) i pomimo dochodzących mnie głosów o jej niezłej jakości, jakoś nigdy nie miałem okazji przekonać się do zgłębienia tematu.
Oczywiście, błoga nieświadomość musi się kiedyś skończyć, nadszedł więc czas, aby nawet taki ignorant jak ja, wreszcie stanął na progu wielkiego skarbca najbogatszego kaczora na świecie. Tym bardziej, że to postać z założenia zmyślona, czyli ogólnie fantastyczna.

Okazja do poznania pracy Dona Rosy nadarzyła się właśnie teraz, ponieważ z okazji 70-tej rocznicy powstania postaci Sknerusa, Egmont wznowił komiksową opowieść o jego niezliczonych przygodach oraz usianej trudami drodze do bogactwa.

I napiszę Wam od razu, że to imponujące dzieło (ponad 440 stron!) jest absolutnie warte poznania!
To nie tylko świetna historia naładowana przygodami, intrygami i bajecznie kolorowymi postaciami. Oprócz tego, Życie i czasy Sknerusa McKwacza zaskakują niesamowitym humorem (często rozgrywającym się na drugim planie) oraz świetną budową psychologiczną tytułowego bohatera. Dzieje się tu więc dużo i często, a całość czyta się naprawdę szybko i niezwykle przyjemnie.


I tu w zasadzie mógłbym zakończyć moją recenzję, jednak pragnę zwrócić Waszą uwagę na dwa dość istotne fakty, które dostrzegłem podczas lektury.

Po pierwsze, godna odnotowania jest ciężka praca, jaką włożył Don Rosa w powstanie tego albumu. Opierając się na legendarnych komiksach Carla Barksa rozbudował, a niejednokrotnie napisał na nowo wątki, które w komiksach dawnego mistrza zostały jedynie zasygnalizowane. Autor wyjaśnia to szczegółowo we wstępach do wszystkich głównych dwunastu historii, a także kilku rozdziałów dodatkowych. 
Ta mozolna, ale też dająca rysownikowi wiele frajdy praca, zaowocowała niesamowitą spójnością z wcześniej przedstawionymi faktami. To również dzięki niej w przygodach Sknerusa pojawia się tak wiele miejsc i postaci historycznych (jak choćby Theodore Roosevelt, Samuel Benfield Steele czy Buffalo Bill). Co ciekawe, ani trochę nie kłóci się to ze specyficznym stylem opowieści, a wręcz dodaje mu niepowtarzalnego charakteru i uroku.


Niestety, istnieje też spory mankament nowego wydania. Jest nim tłumaczenie. I to właśnie druga sprawa, którą muszę tutaj poruszyć.

O ile wszystkie dialogi w dymkach, czcionka i inne tego typu elementy grają jak należy, wiele do życzenia pozostawia tłumaczenie wszelkich napisów (na budynkach, w gazetach czy ogłoszeniach), a także większość wyrazów dźwiękonaśladowczych. 
Problem jest taki, że znacznej większości z nich zwyczajnie nie przetłumaczono. Oczywiście, żyjemy w czasach kiedy język angielski jest znany dobrze nawet sześciolatkom, jednak produkt oddawany w ręce polskiego czytelnika nie powinien zawierać takich niedoróbek. Tym bardziej, że znaczna część nieprzetłumaczonych napisów współtworzy fabułę komiksu, wzbogacając akcję oraz (co najważniejsze) nieraz będąc głównym elementem żartów. 
Strasznie to wszystko razi i nawet rozumiejąc, że materiału było dużo, nic nie tłumaczy redakcji z tak niedbale wykonanej pracy. Jej efekty widać nawet na zamieszczonych tu planszach przykładowych.


Próbując pominąć ten naprawdę wielki zgrzyt, Życie i czasy Sknerusa McKwacza to świetny, wielce zabawny komiks przygodowy. Pokazuje drogę (znanej nawet takim malkontentom jak ja) postaci, która zyskuje ciekawą osobowość, głębię a nawet drugie dno. Pozostaje przy tym tak ciekawa, jak jest to tylko możliwe w przypadku kaczora z gwiazdozbioru Disney'a.

Don Rosa, rysując przygody Sknerusa w latach 1992-93 odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Zadbał o wielowątkowość i niepowtarzalność historii oraz mnogość najróżniejszych, dobrze wykreowanych postaci głównych czy drugoplanowych. Co jednak najważniejsze, tchnął w swe dzieło dużo życiowej mądrości oraz realizmu, o jakie nigdy nie posądziłbym komiksów tworzonych w podobnej stylistyce.

Gdy zdarzy się, że wpadnie Wam w ręce opisywany powyżej tom, nie wahajcie się ani chwili. Jeśli cenicie wyżej wymienione elementy, nie zawiedziecie się nim ani trochę. Nawet w przypadku, kiedy rodzime tłumaczenie pozostawia sporo do życzenia. Na szczęście pojedynek ten wygrywa sama opowiedziana tu historia.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


piątek, 5 stycznia 2018

Fraglesy od Funko Pop!

Pamiętacie serial Fraglesy? Dla mnie i moich rówieśników w czasach szkoły podstawowej był to obok Muppetów najfajniejszy serial komediowy (jeszcze zanim pojawił się Alf).
Niesamowita wyobraźnia i talent Jima Hensona stworzyły niezapomnianą opowieść o krainie znajdującej się tuż obok naszego świata, choć tak od niego odmiennej.


Gobo, Mokey, Red, Wembley, Boober, Sprocket czy rodzina obleśnych Gorgów - ta ferajna co tydzień przyciągała przed TV wszystkie dzieciaki z podwórka.
Zaśmiewaliśmy się z przepowiedni Wiedźmy Ple-Ple, zachwycaliśmy pracowitością malutkich Duzersów, z utęsknieniem czekaliśmy na kolejną pocztówkę od wujka Matta. Nuciliśmy piosenki śpiewane przez wszystkich bohaterów i często spoglądaliśmy w szpary pod schodami i szafkami, sprawdzając czy czasem nie skrywają kolorowego, bajkowego świata.

Aby ucieszyć oddanych fanów tej produkowanej w latach 1983-87 serii (w tym roku mija 35 lat!), firma Funko wypuściła figurki najbardziej rozpoznawalnych bohaterów.
Jak Wam się podobają? Chyba udało się idealnie połączyć charakterystyczny styl serialu z unikalną formułą Funko, prawda?