środa, 17 stycznia 2018

RECENZJA: Kształt Wody (2017)

Czy dorośli mogą wierzyć w bajki? Czy na świecie istnieje prawdziwa, szczera i głęboka miłość? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa, lecz z pomocą przychodzi właśnie najnowszy film Guillermo del Toro. Kształt wody to produkcja ambitna, doskonale zrealizowana, a co najważniejsze ukazująca magię kina w sposób, który przemawia do mnie najlepiej.

Ciężko napisać cokolwiek o tym filmie, nie zdradzając zbyt wiele z jego treści. I choć sama historia jest niezwykle prosta, samo jej sedno leży w nadanym jej ostatecznym kształcie. To właśnie za sprawą indywidualizmu reżysera i scenarzysty (Guillermo del Toro) całe to przedsięwzięcie uzyskuje tak wyraźny charakter, przemawiając do widza w przejrzysty i emocjonalny sposób.

Akcja Kształtu wody osadzona została w Baltimore, w czasach zimnej wojny z początków lat 60-tych ubiegłego wieku. To tu poznajemy naszą główną bohaterkę, Elisę. Kobieta pracuje jako sprzątaczka w tajnym rządowym ośrodku laboratoryjnym. Wiedzie proste, poukładane życie, a każdy jej dzień wygląda dokładnie tak samo. Troski codzienności pomaga jej przezwyciężyć koleżanka z pracy oraz starszy sąsiad. Dla bohaterki filmu wszystko zmienia się w chwili, gdy w jednym z pomieszczeń ośrodka odkrywa istnienie pewnego niezwykłego, biologicznego obiektu. Szczerość i empatia Elisy pozwalają jej nawiązać szczególną nić porozumienia z przedziwną, całkowicie odmienną istotą.

Bajkowa forma opowiadanej historii jest widoczna podczas trwania całego filmu. Już słowa narratora (sąsiad Elisy, Giles) wprowadzają widza w ten specyficzny, nieco odrealniony klimat. Co ciekawe, osadzenie akcji w oddalonej o ponad pięćdziesiąt lat rzeczywistości dodatkowo pogłębia to wrażenie. Jednocześnie jest to film bardzo prawdziwy. Oprócz świetnie nakreślonych bohaterów doskonale działają tu również elementy scenografii, stroje oraz inne elementy otoczenia.

Kształt wody to oczywiście film o miłości (o tym za chwilę), ale w moim odczuciu stał się też specyficzną opowieścią o poszukiwaniu szczęścia. Wypatrują go podświadomie wszyscy ważni dla fabuły bohaterowie.
Elisa (Sally Hakins), która jest niema od dzieciństwa, pragnie bliskości oraz bycia akceptowaną taką, jaka jest. Zagubiony w życiu osobistym i zawodowym Giles (Richard Jenkins) spędza dni zatraciwszy się w próbach powrotu do pracy. Mężczyzna zagłusza swoją samotność próbując znaleźć nić uczucia w pobliskim barze. Koleżanka Elisy, Zelda (Octavia Spencer) pełni rolę jej nadopiekuńczej przewodniczki, lecz sama od lat tkwi w nieszczęśliwym, bezwartościowym związku. Nawet główny antagonista obrazu, Richard Strickland (Michael Shannon) tłumi swe pragnienia głęboko, pozwalając aby presja zawodowego otocznia zamknęła mu oczy na szczerość i otwarcie wobec innych.

Jak można się domyślić, owo poszukiwanie szczęścia splata ze sobą wszystkie postacie, prowadząc je do jakże oczekiwanego finału. Tu okaże się ostatecznie, czy ich wzajemne oddziaływanie pozwoli na wyzwolenie się z matni codziennej szarości i marazmu.

Kluczowym elementem jest tu jednak sama istota z laboratorium. To postać ważna dla ukazania uczuć i historii głównej bohaterki, jednak łączy ze sobą wszystkie części filmu. Wzajemne relacje bohaterów, dramatyczne wydarzenia, tajemnica ośrodka czy siły obcego wywiadu próbujące zagarnąć dla siebie cenny eksponat - wszystko to dzieje się i rozwija za sprawą nieznanej formy życia.

Wspaniały popis talentów dali w Kształcie wody wszyscy główni aktorzy. Często zdarza mi się oglądać filmy, w których postacie są odtworzone dość zwyczajnie, przez co czuję, że nie są prawdziwymi bohaterami z krwi i kości. Tu sprawa ma się zupełnie inaczej. Szczerość i wewnętrzne ciepło wręcz biją z ekranu. Dzięki temu identyfikowałem się z nimi wszystkimi, a wszelkie porażki, sukcesy i zmartwienia odbierałem bardzo osobiście.

Dużą wpływ na odbiór produkcji ma humor. Nie slapstickowy, czy wymuszony za sprawą głupkowatych gagów. Tu śmiech wywołują typowe ludzkie działania oraz reakcje. Prym wiedzie postać Zeldy, jest ona czymś w rodzaju środka łagodzącego troski reszty bohaterów.
Wszystkie żarty są zwyczajne, codzienne, a co najważniejsze bardzo życiowe. To pozytywnie wpływa na ich odbiór oraz pogłębia charaktery postaci.

Najważniejsza w Kształcie wody jest jednak historia o miłości. Co można stwierdzić już po samym plakacie, film niesie ze sobą skojarzenia z opowieścią o Pięknej i bestii.
Mamy tu do czynienia z miłością niemożliwą, taką, która nigdy nie będzie mogła znaleźć swego spełnienia. Niestety, Elisie oraz jej niecodziennemu wybrankowi nie jest pisane być razem ze względu na liczne niesprzyjające okoliczności. Ich wspólny los został przypieczętowany w chwili, w której oboje wyciągnęli do siebie ręce.
W filmie i literaturze występuje ogrom podobnych do tej historii przykładów. Film bynajmniej nie unika tych skojarzeń. Guillermo del Toro bawi się archetypami w bardzo kreatywny sposób, podając nam na tacy dobrze znane danie, lecz o zupełnie innym smaku.

Choć finał historii jest w pewien sposób oczywisty, reżyser zafundował nam go w iście poetycki sposób. W zakończeniu wybrzmiewa cały sens tej baśni o miłości, jej sedno i krzepiąca nuta. To coś, co każdy musi przeżyć sam. Żadne słowa nie oddadzą tego tak dobrze jak obraz.

Dla mnie Kształt wody to niecodzienny film o prostych, dobrze znanych nam sprawach. O uczuciach, samotności, potrzebie akceptacji, zrozumieniu i celu. O pokonywaniu przeszkód oraz wykorzystaniu każdej chwili, aby być prawdziwą wersją siebie. To też opowieść o człowieczeństwie, ukazanym w kontraście do uczuć ulokowanych w obcej istocie. Dopiero za sprawą tej wizji widać jak bardzo jest nam to potrzebne i jak bez tego życie traci swój sens.
Sądzę, że warto poświęcić temu więcej uwagi, niż te dwie godziny spędzone w kinie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz