niedziela, 7 stycznia 2018

RECENZJA: Życie i Czasy Sknerusa McKwacza (Don Rosa)

Jakoś zawsze omijały mnie komiksy Disney'a. Kiedy w drugiej połowie lat 90-tych na polskim rynku nastąpił krach komiksowy, oprócz Asterixa i stopniowo dogorywającego TM-Semic, dostępne były tylko ich tytuły. Kaczor Donald i wszelkiego rodzaju Giganty licznie zalegały na kioskowych półkach, niestety ja byłem już na nie za stary. 
Moja pasja do Myszki Miki i Kaczogrodu skończyła się wraz z latami 80-tymi, kiedy jedyne dostępne tytuły pochodziły z Niemiec, a można je było zdobyć wyłącznie na jarmarkach i giełdach (kto jeszcze pamięta bazar na stadionie Skry w W-wie?).

Dlatego też historia Sknerusa McKwacza skutecznie mnie obeszła (podobnie jak dedykowany jej serial animowany) i pomimo dochodzących mnie głosów o jej niezłej jakości, jakoś nigdy nie miałem okazji przekonać się do zgłębienia tematu.
Oczywiście, błoga nieświadomość musi się kiedyś skończyć, nadszedł więc czas, aby nawet taki ignorant jak ja, wreszcie stanął na progu wielkiego skarbca najbogatszego kaczora na świecie. Tym bardziej, że to postać z założenia zmyślona, czyli ogólnie fantastyczna.

Okazja do poznania pracy Dona Rosy nadarzyła się właśnie teraz, ponieważ z okazji 70-tej rocznicy powstania postaci Sknerusa, Egmont wznowił komiksową opowieść o jego niezliczonych przygodach oraz usianej trudami drodze do bogactwa.

I napiszę Wam od razu, że to imponujące dzieło (ponad 440 stron!) jest absolutnie warte poznania!
To nie tylko świetna historia naładowana przygodami, intrygami i bajecznie kolorowymi postaciami. Oprócz tego, Życie i czasy Sknerusa McKwacza zaskakują niesamowitym humorem (często rozgrywającym się na drugim planie) oraz świetną budową psychologiczną tytułowego bohatera. Dzieje się tu więc dużo i często, a całość czyta się naprawdę szybko i niezwykle przyjemnie.


I tu w zasadzie mógłbym zakończyć moją recenzję, jednak pragnę zwrócić Waszą uwagę na dwa dość istotne fakty, które dostrzegłem podczas lektury.

Po pierwsze, godna odnotowania jest ciężka praca, jaką włożył Don Rosa w powstanie tego albumu. Opierając się na legendarnych komiksach Carla Barksa rozbudował, a niejednokrotnie napisał na nowo wątki, które w komiksach dawnego mistrza zostały jedynie zasygnalizowane. Autor wyjaśnia to szczegółowo we wstępach do wszystkich głównych dwunastu historii, a także kilku rozdziałów dodatkowych. 
Ta mozolna, ale też dająca rysownikowi wiele frajdy praca, zaowocowała niesamowitą spójnością z wcześniej przedstawionymi faktami. To również dzięki niej w przygodach Sknerusa pojawia się tak wiele miejsc i postaci historycznych (jak choćby Theodore Roosevelt, Samuel Benfield Steele czy Buffalo Bill). Co ciekawe, ani trochę nie kłóci się to ze specyficznym stylem opowieści, a wręcz dodaje mu niepowtarzalnego charakteru i uroku.


Niestety, istnieje też spory mankament nowego wydania. Jest nim tłumaczenie. I to właśnie druga sprawa, którą muszę tutaj poruszyć.

O ile wszystkie dialogi w dymkach, czcionka i inne tego typu elementy grają jak należy, wiele do życzenia pozostawia tłumaczenie wszelkich napisów (na budynkach, w gazetach czy ogłoszeniach), a także większość wyrazów dźwiękonaśladowczych. 
Problem jest taki, że znacznej większości z nich zwyczajnie nie przetłumaczono. Oczywiście, żyjemy w czasach kiedy język angielski jest znany dobrze nawet sześciolatkom, jednak produkt oddawany w ręce polskiego czytelnika nie powinien zawierać takich niedoróbek. Tym bardziej, że znaczna część nieprzetłumaczonych napisów współtworzy fabułę komiksu, wzbogacając akcję oraz (co najważniejsze) nieraz będąc głównym elementem żartów. 
Strasznie to wszystko razi i nawet rozumiejąc, że materiału było dużo, nic nie tłumaczy redakcji z tak niedbale wykonanej pracy. Jej efekty widać nawet na zamieszczonych tu planszach przykładowych.


Próbując pominąć ten naprawdę wielki zgrzyt, Życie i czasy Sknerusa McKwacza to świetny, wielce zabawny komiks przygodowy. Pokazuje drogę (znanej nawet takim malkontentom jak ja) postaci, która zyskuje ciekawą osobowość, głębię a nawet drugie dno. Pozostaje przy tym tak ciekawa, jak jest to tylko możliwe w przypadku kaczora z gwiazdozbioru Disney'a.

Don Rosa, rysując przygody Sknerusa w latach 1992-93 odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Zadbał o wielowątkowość i niepowtarzalność historii oraz mnogość najróżniejszych, dobrze wykreowanych postaci głównych czy drugoplanowych. Co jednak najważniejsze, tchnął w swe dzieło dużo życiowej mądrości oraz realizmu, o jakie nigdy nie posądziłbym komiksów tworzonych w podobnej stylistyce.

Gdy zdarzy się, że wpadnie Wam w ręce opisywany powyżej tom, nie wahajcie się ani chwili. Jeśli cenicie wyżej wymienione elementy, nie zawiedziecie się nim ani trochę. Nawet w przypadku, kiedy rodzime tłumaczenie pozostawia sporo do życzenia. Na szczęście pojedynek ten wygrywa sama opowiedziana tu historia.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


2 komentarze: