poniedziałek, 26 lutego 2018

Dyskusja o Czarnej Panterze na NIE TYLKO GRY

Jak widać, temat Czarnej Pantery wciąż się nie wyczerpał. Razem z moimi redakcyjnymi znajomymi z serwisu Nie Tylko Gry - Martyną "Idris" Halbiniak i Tomaszem "tomxyz" Nguyen Xuanem rozmawiamy o przeróżnych aspektach tego wielce ciekawego filmu.

Zainteresowanych zapraszam pod TEN LINK



niedziela, 25 lutego 2018

RECENZJA: Superman, tom 2 - Pierwsze Próby Superboya

Superman to najbardziej znana postać komiksowa. Podziwiana i inspirująca, towarzyszy nam już od wielu dekad. Choć w swej obrazkowej karierze miał momenty lepsze i gorsze, znów nastał dobry czas dla broniącego Ziemi Kryptończyka. Dowodem na to stał się cykl DC Odrodzenie, gdzie Kal-El pokazywany jest znów w pełnej chwale, jak również w najbardziej ludzki, bliski nam sposób.

Mało tego, drugi tom losów Supermana (o pierwszym i trzecim możecie przeczytać na blogu od jakiegoś czasu) jest lekturą, która może zainteresować nawet czytelnika niespecjalnie kochającego stylistykę superhero. Zamiast ratowania świata przed wielką inwazją z kosmosu czy przeciwstawianiu się złowrogim zakusom Lexa Luthora, Clark staje tu twarzą w twarz z problemami bardziej przyziemnymi, nietypowymi a nawet tajemniczymi.

Pierwsze próby Superboya to cztery zamknięte fabularnie historie. Opowiadają o wizycie rodziny Smithów (pod takim nazwiskiem Clark, Lois i Jon ukrywają się w Hrabstwie Hamilton przed resztą świata) na jarmarku z wesołym miasteczkiem, przedziwnej teleportacji do zaginionego świata pełnego przeróżnych niebezpieczeństw i dinozaurów, tytułowym próbom, którym poddani zostają młodzi Jon i Damian (Robin) oraz pościgu za groźną obcą istotą, w który zostaje wplątany potwór Frankensteina wraz ze swoją narzeczoną.

Brzmi niecodziennie, prawda? A to dopiero początek atrakcji! Drugi tomik przygód Supermana pokazuje przede wszystkim, jak pomysłowo można odejść od nieco wymęczonej, superbohaterskiej formuły. Mamy tu relacje rodzinne, przygodę w odległym świecie, zacieśniającą się przyjaźń młodych, a na okrasę pełną gamę niecodziennych wydarzeń i wartkiej akcji. Jakby tego było mało, znajdziemy tu hołd dla Darwyna Cooke'a, autora słynnej Nowej granicy.

Peter J. Tomasi wraz z Patrickiem Gleasonem stworzyli historię, która tak jak w tomie pierwszym, najbardziej stawia na słowo rodzina. I pokazują nam różne tego aspekty. Miłość ojca do syna, wspólne spędzanie czasu czy pomoc w nauce szczelnie wypełniają strony komiksu, nie męcząc nas jednak przesadnym dydaktyzmem. Pokuszono się nawet o przedstawienia więzi rodzinnych z perspektywy potwora Frankensteina i jego narzeczonej. Co ciekawe, ten wątek przybliża nas do kwestii bólu i straty, na które trudno jest znaleźć ukojenie.

Pierwszych próbach Superboya wszystko ukazane jest jednak lekko i zabawnie. Być może poczucie wielkości stawki straciło w tej sytuacji na znaczeniu, lecz jednocześnie przysłużyło się trafnemu ukazaniu relacji pomiędzy bohaterami. I taki chyba był zamysł twórców.
Komiks wypełniają postacie, które dobrze znamy, jednak za sprawą zręcznie przedstawionych historii zaczynamy dostrzegać w nich coś nowego. Nawet wkurzający Damian czy nieco beznamiętna Candice z dziennika Hamilton Horn budzą nasze cieplejsze uczucia.
W tym tomie znajdziemy też sporo humoru, który w przypadku Człowieka ze Stali nie jest przecież czymś oczywistym.

Warto przypomnieć, że historia z próbami Superboya i Robina jest wprowadzeniem tych bohaterów do ich własnej serii. Tam znajdziecie rozwinięcie tej kiełkującej z trudem przyjaźni oraz kolejne niesamowite przygody, w które chłopcy pakują się raz za razem.

Rysunki do albumu wykonali liczni artyści. Patrick Gleason, Doug Mahnke, Jaime Mendoza, Mick Gray i inni świetnie oddali klimat poszczególnych opowieści.
W lżejszych rozdziałach (Nasze miasteczko czy W imię ojca) ilustracje są mniej szczegółowe i bardziej kreskówkowe, z kolei tam gdzie dominuje klimat przygody i potyczki (Super-Potwór i Ucieczka z Wyspy Dinozaurów), świetnie sprawdzili się graficy obdarzający kadry większą dynamiką, ciemniejszą paletą barw czy bogatszą strukturą rysunków.
Mimo pozornego bałaganu wszystko działa na korzyść całości, uwypuklając różnorodny charakter poszczególnych historii.

Jeśli zamierzacie przeczytać w tym roku tylko jeden komiks z gatunku superhero, od razu sięgnijcie po drugi tom Supermana. To historia, ze zrozumieniem której nie powinien mieć większych problemów żaden laik, a co najważniejsze, pozbawiona została męczącego nadęcia fabularnego.

Największą zaletą Pierwszych prób Superboya jest różnorodność treści, atrakcyjne rysunki oraz lekkość przekazu. To komiks, który czyta się szybko i przyjemnie, jednak jego zawartość nie wylatuje nam od razu z głowy. Wręcz przeciwnie, ten tytuł robi ochotę na więcej!
Dlatego nie żałujcie sobie, czytajcie Supermana z Odrodzenia. Zapewniam, że naprawdę warto.



Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont



środa, 21 lutego 2018

RECENZJA: Liber Horrorum: Księga Grozy (M. Cetnarowski, M. Kułakowski)

Mocno narzekam sobie na kondycję polskiej fantastyki filmowej, na szczęście nie mogę tego samego powiedzieć o rodzimym komiksie. Rynek opowieści obrazkowych rozwija się w naszym kraju w najlepsze (o czym świadczy też znacznie większa ilość recenzji komiksowych na tym blogu). Tym bardziej cieszy mnie, gdy do moich rąk trafia historia napisana i narysowana przez rodzimych twórców. Liber Horrorum jest tego najlepszym przykładem.

Księga grozy to historia Kacpra i Natalii, młodych ludzi prowadzących agencję handlującą rzadkimi i nietypowymi towarami. W ich posiadanie często trafiają rzeczy uważane za magiczne, tajemnicze czy wręcz nieistniejące. Nie inaczej dzieje się tym razem.
Ze specjalistami kontaktuje się pewien mężczyzna, chcący sprzedać słynną Księgę Grozy. Jest to dla Kacpra nie lada gratka, bowiem dokumentacja ta pozostawała zaginiona od ponad dwustu lat, a co najważniejsze, przedstawia relacje z pierwszej ręki na temat pojawienia się diabłów. Jest jednak pewien szkopuł. Książki nie wolno czytać. Ci, którzy to zrobili, doświadczyli rzeczy, o których nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby nawet pomyśleć. Dawne przesądy nie są w stanie zakłócić podsycanej pasją ciekawości Kacpra, toteż mężczyzna częściowo bagatelizuje wszelkie ostrzeżenia. Nawet nie przypuszcza, co sprowadzi na siebie po otwarciu pierwszych stron księgi...

Michał Cetnarowski stworzył komiks czerpiący z naszych narodowych wierzeń, będący jednocześnie połączeniem wciągającego thrillera z historią typowo fantastyczną. Od pierwszych stron potrafi wymyślną fabułą zainteresować czytelnika, stawiając pytania, na które niezwłocznie chce się poznać odpowiedzi. Zręcznie łączy ze sobą realia XVIII wieku z tak dobrze znaną nam teraźniejszością.

W zaprezentowanej historii nic nie jest oczywiste. Mamy tu więc do czynienia z tajemnicą i wierzeniami, jakoby Lublin w 1917 roku był miejscem pojawienia się najprawdziwszych diabłów. W jaki sposób się tam znalazły oraz jakie były ich cele, na tym etapie pozostaje jeszcze sekretem. Faktem jest, że spisane wtedy wydarzenia w jakiś sposób wpłynęły na samą księgę, w której zawarto ową relację.

Akcja komiksu naprzemiennie przenosi się pomiędzy stuleciami i raz za razem wracamy do współczesnej Warszawy, gdzie konsekwencje zdarzeń z przeszłości na nowo odżywają w aktualnej rzeczywistości.
W Księdze grozy wydarzenia toczą się szybko, nieustannie zaskakując czytelnika. Jednak to, co sprawia, że komiks jest wart poznania, to wywoływanie nieustannego poczucia niepewności. Skrzypnięcie drzwi na korytarzu, dziwne spojrzenia ludzi wokół czy ogólne przeświadczenie, że nie wszystko jest takie jak powinno sprawia, że całość czyta się z wielką przyjemnością.
Ważne jest też tempo przedstawianej historii. Dobrze wyważono tu krótkie chwile na oddech, dodając okoliczności powołania Sądu Trybunalskiego oraz sceny, kiedy bohaterowie budzą się lub zajmują zwyczajnymi sprawami.

Postaci przedstawione w komiksie są niewątpliwie jego mocną stroną. Kacper, Natalia czy nawet hydraulik Wojtek są przez cały czas naszymi przewodnikami po rozgrywających się wydarzeniach. To wraz z nimi przeżywamy wszystkie przygody i na każdym etapie opowieści nie wiemy wiele więcej niż oni. Za sprawą używanego przez nich języka czujemy, że pochodzą z realnego świata (to świetnie oddziałujący element w komiksie pełnym pradawnych wierzeń oraz fantastycznych odwołań).

Rysunki Marcina Kułakowskiego są dość specyficzne. Cały komiks przygotowany został w czerni i bieli, a kreska grafika ma dość szkicowy charakter. Osobiście nie przepadam za podobnymi rozwiązaniami, ponieważ w czasie lektury muszę niejednokrotnie zwalniać, aby zastanowić się, jakie szczegóły kryje praca artysty. Należy jednak przyznać, że taki styl dość dobrze oddaje klimat prezentowanej historii. 
Na szczególną uwagę zasługuje umiejętność ukazania większych, bogatych w szczegóły i postacie kadrów, a także gra cieni i pewna umowność w prezentowaniu poszczególnych osób.
Być może kolor dodałby Księdze grozy nieco więcej czytelności, lecz zdaję sobie sprawę, że wówczas utracilibyśmy specyficzny klimat, wymagany w tego typu historii.

Dzieło M. Cetnarowskiego i M. Kułakowskiego spodoba się przede wszystkim osobom ceniącym dobrze przedstawioną, mroczną historię oraz nieszablonową, nieco trudniejszą w odbiorze grafikę. Znajdziemy tu wciągającą tajemnicę, dawne legendy i wartką akcję. 
Cieszy mnie niezmiernie, że wreszcie w polskim komiksie mogłem zobaczyć znane warszawskie miejsca, będące tłem dla zupełnie nierzeczywistych wydarzeń. A ponieważ zakończenie ma bardzo otwarty charakter, z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Mam nadzieję, że będzie warto.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Genius Creations.


wtorek, 20 lutego 2018

RECENZJA: Batman, tom 2 - Jestem Samobójcą

Po wydarzeniach z poprzedniego tomu - Jestem Gotham, Batman przyjmuje propozycję Amandy Waller i udaje się na wyspę Santa Prisca. Jego celem jest wydostanie z łap Bane'a Psychopirata, który jest jedyną osobą mogącą powstrzymać nasilające się ataki paniki Gotham Girl.
Batman jest jednak ostrożny, wie jak niebezpiecznym przeciwnikiem jest Bane, dlatego też montuje własną ekipę śmiałków. Nie jest to jednak Liga Sprawiedliwości ani drużyna Nietoperza z Gotham. Tym razem Gacek na swych kompanów wybiera kilku pacjentów z Azylu Arkham. Do grupy udającej się na wyspę dołącza Scarface, Bronze Tiger, Jewelee, Punch i Catwoman.
Ich misja nie będzie łatwa, bowiem Bane używa zdolności Psychopirata do sobie tylko znanych celów...

Zanim dostąpiłem możliwości zapoznania się z tą historią, słyszałem wiele niezbyt pochlebnych opinii o pisanym do niej scenariuszu. Ja już tak mam, że jeśli ktoś mówi, że coś jest złe, to od razu zakładam, że nie musi mieć racji. Zagłębiłem się więc w najnowszą przygodę Batmana i... wcale nie było tak najgorzej.

Opowieść przedstawiona w Jestem samobójcą jest przemyślana, wszystkie wątki mają swój początek i koniec, a mnogość postaci nie przeszkadza w odbiorze całości. Każdy ma tu konkretną rolę do odegrania. Ogólnie Tom King spisał się więc dobrze, kreując przygodę, która wzbogaca nowe losy Nietoperza. Co więc poszło nie tak jak powinno?

Zaznaczmy to sobie od razu: nie jest to komiks, który ukazywałby Batmana jako wielkiego detektywa. Jest on tu przedstawiony jako pociągająca za wszystkie sznurki figura, która z góry wie, czego w danej chwili może się spodziewać. I na tym przeświadczeniu buduje swój sprytny plan.
Choć wiem, że takie potraktowanie sprawy może nie przypaść do gustu niektórym czytelnikom, ja podstęp Nietoperza kupiłem bez większego zgrzytu. Od zwracania uwagi na jego nielogiczną bezbłędność powstrzymywały mnie liczne sceny akcji i bogata galeria postaci. To właśnie umiejętności zbieraniny indywiduów towarzyszącej Batmanowi zapewniły powodzenie jego planu. Gacek okazał się naprawdę niezłym strategiem, wiedząc kto i co w danym momencie może zrobić. Czy taka kreacja scenarzysty pozwoli Wam zaakceptować tą historię, musicie już ocenić sami.

Jak to czasem bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego chcę zwrócić uwagę na pewne elementy, które pomimo dobrego odbioru całości przeszkadzały mi podczas lektury.

Najbardziej uderzyły mnie słowa Batmana, które ten niejednokrotnie kierował pod adresem Bane'a. Czytałem wszystkie przygody Nietoperza w New 52 (których cykl Odrodzenia jest kontynuacją) i nigdzie nie znalazłem powodu, dla którego Batman miałby nawiązywać do złamania kręgosłupa Bane'owi (historię z filmu Powrót Mrocznego Rycerza z oczywistych względów odrzucam). Jest to prawdopodobnie metafora, której kilkakrotne wyrażenie mogłoby podnieść dramatyzm komiksu. Jeśli jednak identyczne zdanie pada w historii nieskończoną ilość razy, robi się to więcej niż męczące.

Drugą sporną kwestią jest dobór postaci w drużynie Nietoperza. Mam jednak zastrzeżenia wyłącznie do pewnej dwójki. Punch i Jewelee to zbyt marne kopie Jokera i Harley, a ich udział w misji nie był w ogóle konieczny. Mimo wszystko bardzo spodobał mi się absurdalny pomysł z gumami do żucia.

Przejdźmy teraz do scen akcji. Czy Batman naprawdę jest w stanie pokonać tak ogromną liczbę najemników? Skąd tylu mięśniaków wzięło się w ogóle na wyspie? Czy Bane był w stanie ich w ogóle wykarmić?... Jakkolwiek przyjemne było obserwowanie Gacka naparzającego się z tymi nieszczęśnikami, poczucie przekroczenia pewnych granic było zbyt zauważalne.

Za świetny pomysł uznaję wplecenie w całą historię Seliny Kyle. Wątek Batmana i Catwoman przybiera na sile, więc Tom King nie szczędzi okazji, aby ukazać go w odpowiednim świetle. Narracja akcji w całym komiksie rozpisana w formie listów była może dziwnym pomysłem, ale mi przypadł on do gustu.
Rozwinięciem romansu dwójki bohaterów jest też krótsza opowieść zaprezentowana na końcu wydania. Klimatyczna i nastrojowa, pokazuje głębszą, skrywaną stronę Nietoperza i Kotki.

Rysunki w Jestem samobójcą to klasa sama w sobie. Mikel Janin, Mitch Gerads i Hugo Petrus przedstawili losy Batmana w niezwykle dynamicznym stylu, prawie za każdym razem świetnie uchwytując ruch oraz dynamikę postaci. Wiele kadrów robi wrażenie graficznej fotografii, zrobionej w najbardziej ekscytującym momencie. Warto też zwrócić uwagę na większe, pomysłowo rozrysowane plansze, których także nie brakuje w tym tomie.

Druga część Batmana z Odrodzenia jest komiksem, który może dać wiele frajdy, jeśli tylko przymkniemy oko na niektóre rozwiązania scenarzysty. Jest to komiks z nieomylnym bohaterem, pełno w nim jednak dobrej akcji, zabawy i nie najgorzej wykreowanych postaci.
Jeśli nie czytaliście zbyt wielu klasycznych historii z Batmanem, ta z pewnością się Wam spodoba. Nie jest to komiks, który ma na celu stać się wielką klasyką DC, a jedynie zapewnić chwilę niezłej rozrywki. I w tym zadaniu sprawdza się zupełnie poprawnie.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


niedziela, 18 lutego 2018

RECENZJA: Odrodzenie, tom 2 - Życie ma Sens (Tim Seeley, Mike Norton)

Od mojej recenzji pierwszego tomu Odrodzenia minęły dwa miesiące, a my znów wracamy do Wisconsin.
Tak, to właśnie tu, w miasteczku Wausau doszło do niezwykle niepokojących wydarzeń, związanych z powrotem do życia niektórych zmarłych mieszkańców. Jak to bywa w podobnych przypadkach (oczywiście wyłącznie w opowieściach fantastycznych), sprawą natychmiast zainteresowały się media. Tłumy ludzi oczekujących na dalsze cuda oblegają drogi prowadzące do miejscowości, a policja zmuszona jest borykać się zarówno z nimi, jak i tajemniczymi przypadkami, będącymi następstwem niewyjaśnionych odrodzeń.

W tych wszystkich wydarzeniach uczestniczy córka lokalnego szeryfa, policjantka Dana. Bohaterka ukrywa przed resztą świata tajemnicę swej siostry Marthy (zwanej po prostu Em), która także powróciła do życia, po tym jak ktoś ją zamordował. Nasza bohaterka ma ręce pełne roboty, bo oprócz tajemniczych morderstw i dziwnych zachowań odrodzonych, w Wausau pojawił się jeszcze problem handlu organami przywróconych do życia osób.

Drugi tom Życie ma sens to bezpośrednia kontynuacja wątków zaprezentowanych w Jesteś wśród przyjaciół. Znów otrzymujemy tą samą mieszankę opowieści kryminalnej oraz horroru, podanej w stylu niepokojącej opowieści obyczajowej. Dużo tu specyficznego klimatu noir, lecz tym co stanowi o sile komiksu, są przede wszystkim postacie.

Bohaterowie Odrodzenia dzielą się na dwie grupy. Takie, które nie mają przed nami tajemnic, oraz te, które ze skrywania wszelkich sekretów uczyniły swoje drugie ja. Oczywiście nie jest to ich wolny wybór, lecz dzieło odpowiedzialnego za scenariusz Tima Seeleya. Tak czy inaczej, jedni i drudzy fascynują nas jednakowo, choć z oczywistych powodów gorąco kibicujemy wyłącznie tym pierwszym. Mnie zaczęła szczególnie fascynować postać Em, która coraz bardziej zatraca się w swych uzyskanych zdolnościach, z każdym zwrotem akcji coraz bardziej oddalając się od tego kim była kiedyś.
Trzeba też podkreślić, że Odrodzenie nie jest serią, w której bohaterowie są jednoznacznie dobrzy lub wyłącznie źli. Tu prawie każdy ma coś "za uszami", a niejedna drobna tajemnica ma wpływ na fabułę oraz powoli wyjaśniającą się zagadkę.

Taka jest właśnie struktura tej serii, że pomimo ustalenia głównej linii fabularnej, poszczególne elementy dodawane są tu naturalnie wraz z rozwojem sytuacji. Nowe, ważne wątki wyskakują niczym pajacyk z pudełka, paradoksalnie pozwalając nam zrozumieć złożony świat komiksu. Autorzy cyklu panują jednak mistrzowsko nad wszystkimi elementami i pomysłowo odsłaniają prawdziwą przyczynę zamieszania.
Myliłby się jednak ten, kto stwierdzi, że w tym tomie poznamy szczegółowe odpowiedzi. O nie, na to jest jeszcze za wcześnie. Czuję jednak wyraźnie, że pewne elementy już są na swoich miejscach, gotowe do ujawnienia większej całości.

Odrodzenie to taka seria, która prezentuje wątki, jakie częściej chciałbym widzieć w telewizyjnych produkcjach obyczajowych. Łączy w jedno ludzkie relacje, liczne tajemnice oraz interesującą zagadkę. I choć przy pierwszym czytaniu wyraźnie widać ten scenariuszowy galimatias, nigdy nie gubimy się w natłoku wydarzeń, stale wiedząc w którą stronę zmierza fabuła.

Rysunki Mike'a Nortona utrzymują solidny poziom tomu pierwszego. Dalej czujemy klimat codzienności, przez co dramatyczne i niesamowite wydarzenia opowieści wybrzmiewają w mocny, zapadający w pamięci sposób. Podobnie sprawa ma się z kolorystyką. Barwy są żywe, wręcz radosne, a mocne sceny uderzają nas całą swą brutalnością. Tak jak w normalnym życiu.

Życie ma sens nie zawodzi chyba w żadnym aspekcie. Jest tu wszystko co sprawiło, że tak bardzo zaciekawił mnie tom pierwszy. Jeśli szukacie historii w klimacie zbliżonym do Twin Peaks lub The X-Files, Odrodzenie szybko stanie się jednym z Waszych ulubionych komiksów. Znajdziecie tu historię kryminalną wzbogaconą o wątki paranormalne i obyczajowe, które zapewnią wam kilka kwadransów naprawdę wciągającej rozrywki.
Przy takim obrocie spraw, pozostaje tylko czekać na kolejny tom opowieści, który ukaże się nakładem wydawnictwa NSC już w maju.



Komiks Odrodzenie został wydany przez Non Stop Comics


sobota, 17 lutego 2018

Lego 76105 - Marvel Super Heroes The Hulkbuster: Ultron Edition

Tęskno Wam do Hulkbustera? Ten kolos, który po raz pierwszy pojawił się w filmie Avengers: Czas Ultrona, dysponuje niezwykłą siłą rażenia niezbędną do powstrzymania Bruce'a Bannera w jego złowieszczym wcieleniu.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom najbardziej oddanych fanów filmowego uniwersum Marvela, Lego przedstawiło nową, w pełni kolekcjonerską wersję tej popularnej maszyny zniszczenia.

czwartek, 15 lutego 2018

RECENZJA: Czarna Pantera (2018)

Czekanie dobiegło końca. Pierwszy z trzech zapowiedzianych na 2018 rok filmów Marvela pojawił się w kinach. T'Challa rozpoczyna swe rządy w Wakandzie, ale czy dla obeznanego w komiksowej stylistyce widza jego panowanie będzie znakiem nowej jakości i świeżych pomysłów? Oto jak wypada na tle tych oczekiwań najnowsza produkcja z dzikim kotem w roli głównej.

Akcja Czarnej Pantery rozpoczyna się wkrótce po wydarzeniach przedstawionych w filmie Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów.
Syn zabitego w wybuchu T'Chaki szykuje się do przejęcia obowiązków swego ojca. Black Panther nie przeczuwa jednak, że poprzedni król Wakandy zataił przed nim i resztą rodziny pewną niechlubną tajemnicę. Gdy zamiecione pod dywan problemy wychodzą na jaw, zagrożone staje się spokojne panowanie nowego władcy oraz przyszłość reszty świata, nie zdającego sobie sprawy z potęgi technologicznej i militarnej Wakandy.

Choć film Ryana Cooglera (scenariusz i reżyseria) zrobił na mnie dość pozytywne wrażenie, nie mogę przejść obojętnie obok schematów, powtórek i przewidywalności jego dzieła.

To chyba największy problem filmów prezentujących tzw. origin story, że wszystko w nich musi rozgrywać się według ściśle ustalonych zasad. I pomimo tego, że filmy Marvela są z nami od ponad dziesięciu lat, schemat stosowany przy wprowadzaniu nowych postaci nie zmienił się przez ten czas ani trochę.
Tak jest właśnie w przypadku Czarnej Pantery. Nie chcę pisać zbyt dokładnie co i jak, aby nie psuć Wam zabawy przy odkrywaniu poszczególnych zdarzeń. Warto jednak wspomnieć, że twórcy nie musieli obierać tak oczywistej drogi. Wszak T'Challa pojawił się w Wojnie bohaterów i to bynajmniej nie na chwilę. Znaliśmy go więc dość dobrze. Zapewne chęć ukazania głównej postaci w kontekście jej ojczystego świata skłoniła studio do podążania tą bezpieczną drogą, uważam jednak, że można było spróbować czegoś nowego.


Niestety, znaczna część filmu rozbija się też o dłużyzny. Rozumiem, że mając do czynienia z państwem Wakandy, które przedstawiono poniekąd jak obcą planetę na Ziemi, potrzebowano więcej czasu aby pokazać nam co i jak. Nie wiem tylko, czemu na tą prezentację wybrano tak wiele scen z pierwszego aktu filmu, kiedy z powodzeniem całą ekspozycję można byłoby skrócić, a co najważniejsze, rozłożyć ją równomiernie na szerszy czas trwania produkcji. Niestety, na skutek tej dziwnej decyzji akcja w pierwszej połowie filmu ślimaczy się jak diabli, a kiedy już coś się dzieje, urywa się to bardzo szybko.

Trzecia kwestia to budowa całej opowieści na typowo powtarzalnym schemacie, który w przypadku Czarnej Pantery jedynie obleczono w nowe barwy. Dzięki temu nie od razu widać, że ogląda się znów to samo, jednak w połowie seansu prawda ukazuje się już w całej swej krasie. Pod względem fabularnym produkcja przywodzi na myśl Thora (a nawet Króla Lwa), który opowiadał o utracie władzy przez następcę tronu oraz walce o odzyskanie pozycji. Tu jest nieomal identycznie, z tą tylko różnicą, że w Czarnej Panterze zaniedbano wątek miłosny.

Boli brak wyraźnej przemiany głównego bohatera. Pomimo zdolności aktorskich Chadwicka Bosemana, T'Challa w jego wykonaniu jest nieustannie tą samą postacią. Silny, dobry i sprawiedliwy, pozostaje niezmienny przez całą historię. A przecież to, co najbardziej przyciąga nas do protagonistów, to możliwość obserwowania zmiany ich światopoglądu, który daje nam naukę i rozrywkę. Co prawda Pantera w finale otwiera swój kraj na świat, ale jest to raczej zmiana podyktowana koniecznością rozwoju uniwersum. Zabrakło tu czegoś bardziej osobistego.

Czy jest zatem Czarna Pantera filmem słabym? Niekoniecznie. Pomimo zastosowania ogranych już sztuczek, film wywarł na mnie jednak dość dobre wrażenie.

Wizualny przepych, kreacja nieznanego państwa oraz kilka nieźle napisanych i zagranych postaci drugoplanowych było tym, co podczas tego dwugodzinnego seansu niepodzielnie zawładnęło moim sercem.
Wierzcie mi na słowo, czegoś takiego jak Wakanda jeszcze na dużym ekranie nie widzieliście! I nie chodzi mi tylko o ładne widoki czy krajobrazy. Technologia, kultura, przyroda, a także wielobarwne, wymyślne stroje naprawdę zapierają dech w piersi. To właśnie dlatego jestem w stanie przymknąć oko na wspomniane dłużyzny, bo dzięki nim mogłem spokojnie chłonąć cały zaprezentowany świat.

Postacie Nakii (Lupita Nyong'o), M'Baku (Winston Duke) czy mojej ulubionej Shuri (Letitia Wright) oraz Okoye (Danai Gurira) wzniosły tą superprodukcję na wyższy poziom. Choć humoru było tu mniej niż w innych produkcjach Marvela, dobrze rozpisane role utrzymały cały film na bardzo ludzkim poziomie. Niespecjalnie przypadło mi do gustu rozwinięcie roli Everetta K. Rossa (Martin Freeman). Odniosłem wrażenie, jakby koniecznie chciano stworzyć tu nową postać, mocno wzorowaną na pamiętnym agencie Coulsonie.

Efekty specjalne nie rażą zbytnio w oczy, choć było kilka scen, gdzie dało się je mocniej odczuć (pościg samochodowy w Hong Kongu czy finałowa walka na torach podziemnej kolei).
Muzykę nieomal w całości wypełniają czarne rytmy, które idealnie uzupełniają wydarzenia na ekranie. Duże brawa dla Ludwiga Goranssona oraz Kendricka Lamara za dodanie do filmu dźwięków, które współgrały z klimatem miejsca i akcji.

Czarna Pantera jest filmem, który może dać sporo zabawy, jeśli nie znudziła się Wam jeszcze konwencja przyjęta w adaptacjach komiksowych historii. Ma wiele przewidywalnych i zapożyczonych elementów, jednak egzotyka samej historii powoduje, że warto zwrócić na niego uwagę.
Szkoda jednak, że przy tworzeniu kolejnego origin story nie spróbowano bardziej złamać schematu, tworząc czegoś na kształt zeszłorocznych Thor: Ragnarok czy Logan. Być może na takie filmy przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka lat (patrz tutaj), tymczasem teraz mamy to, co mamy.
Trochę szkoda, bo w czasie gdy oczy publiczności powoli kierują się ku Avengers: Infinity War, sądzę, że Czarna Pantera zostanie dość szybko zapomniana.

poniedziałek, 12 lutego 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tom 4 - Klasyczne Opowieści 4

Czwarty tom Kolekcji Komiksów Star Wars przynosi nam ciąg dalszy historii spod szyldu A long time ago, znanej również jako Klasyczne opowieści.
To oczywiście najstarsze komiksowe przygody w uniwersum Gwiezdnych wojen jakie kiedykolwiek powstały. Pierwotnie publikowano je od premiery Nowej nadziei, aż do chwili gdy Powrót Jedi zagościł w amerykańskich kinach. Ich tematem była adaptacja wszystkich filmów klasycznej trylogii, a także przedstawienie losów bohaterów rozgrywających się pomiędzy produkcjami z cyklu.
Poprzednie trzy tomy opisywałem na blogu w minionych tygodniach (tom 1, tom 2, tom 3), upewnijcie się więc żeby przeczytać moje wrażenia, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.

Autorem scenariusza do wszystkich jedenastu rozdziałów Klasycznych opowieści 4 jest Archie Goodwin. Rysunkami zajęli się Carmine Infantino, Gene Day, Michael Golden oraz Al Williamson.
O ile graficy wywiązali się ze swojej pracy na znanym już z poprzednich wydań poziomie, to praca A. Goodwina najwyraźniej przeszła pewną interesującą metamorfozę.

Całość dzieli się na trzy wyodrębnione segmenty. Pierwszy jest kontynuacją wątków znanych z ostatniego tomu, drugi opowiada krótką, dość nietypową dla Gwiezdnych wojen historię, natomiast trzeci to początek komiksowej adaptacji Imperium kontratakuje.
Luke, Leia, Han i Chewbacca znów stają naprzeciw mrocznej siły Lorda Sith - Dartha Vadera oraz mściwej rodziny Tagge. Zakładają bazę na mroźnej planecie Hoth, a rodzeństwo Skywalkerów robi sobie nieplanowaną wycieczkę poza układy galaktyki, prosto do nieprzyjaznej i niezamieszkanej próżni.

W Klasycznych opowieściach 4 moją uwagę najbardziej zwrócił znaczny postęp, jaki wykonał od swych ostatnich prac scenarzysta. Przedstawione historie są tu wyraźnie uporządkowane, bohaterowie ukazani zostali pełniej, a ich motywacje i decyzje stają się bardziej dojrzałe. Nie ma tu już wszechobecnego, radosnego chaosu, który często dominował poprzednie części. Co najważniejsze, sama treść stała się bardziej mroczna, przemyślana i ciekawa. Być może A. Goodwin w czasie pisania scenariusza miał już pewne wytyczne jak potoczy się akcja nadchodzącego Imperium kontratakuje i postanowił nakierować klimat komiksu w stronę nowego, poważniejszego stylu.

Prawdziwą gwiazdą tego tomu jest jednak Darth Vader. Mroczny Lord Sith stał się wreszcie postacią jaką możemy kojarzyć z dużego ekranu. To świetny wojownik, mściwy strateg i opanowany zabójca. Przede wszystkim jednak Vader stał się też spiskowcem, który pociąga za wszystkie sznurki aby dopaść młodego Skywalkera i zniszczyć nastające na jego pozycję rodzeństwo Tagge. Czytanie finału tej historii będzie prawdziwą frajdą dla każdego fana Star Wars.

Ciekawie prezentuje się też krótka miniaturka Jeźdźcy w próżni. To nietypowa dla kanonu Gwiezdnych wojen opowieść science-fiction, gdzie zarówno rysunki jak i scenariusz odstają od tego, co prezentowano do tej pory w klasycznej serii.

W tym tomie nie udało mi się wyszukać zbyt wielu ciekawostek i niezgodności.
Najciekawszą jest chyba scena, w której Vader używa potęgi Mocy, aby omamić Luke'a podczas walki na miecze świetlne. Tworzy wówczas na zmanipulowanym Ormanie Tagge swój hologram i dopiero po zadaniu ciosu przez Luke'a, baron odzyskuje swój normalny wygląd. Warto odnotować, że zdolność ukazywania sylwetki za pomocą Mocy zobaczyliśmy dopiero w Ostatnich Jedi.
Kolejną niespodzianką jest wersja scenariusza do Imperium kontratakuje, która jest identyczna z tą, jaka pierwotnie została napisana na potrzeby filmu. Znajdziemy tu niespodziewany atak śnieżnych wamp na bazę Rebeliantów na Hoth. Szkoda, że ze względu na ówczesne ograniczenia budżetowe, nie mogliśmy nigdy zobaczyć tego zdarzenia w filmie.
Pewnym minusem jest graficzne przedstawienie Mistrza Yody. O ile na bliższych kadrach jego postać wygląda poprawnie, to na dalszych narysowany jest bardzo dziwnie. Ma za długie nogi i często jest mniejszy niż być powinien.

Rysunki w Klasycznych opowieściach 4 to mieszanka trzech, nieco różniących się od siebie stylów. Szczególnie do gustu przypadły mi prace M. Goldena oraz A. Williamsona. Pierwszy z nich kreuje odmienną jakość w klimacie komiksu z początku lat 80-tych, a drugi utrzymuje realizm potrzebny przy przeniesieniu filmowego obrazu na potrzeby adaptacji.

Czwarty tom Kolekcji Komiksów Star Wars jest moim zdaniem najciekawszy z dotychczasowych. Dostajemy bardziej przemyślaną, wciągającą historię, a także ciekawe rysunki oraz postacie, które wreszcie bardziej rozpoznajemy z filmowych wersji.
Jeśli nie byliście dotąd przekonani o słuszności zapoznania się z tą serią, być może teraz zmienicie zdanie. Warto znać historię komiksów Star Wars i dlatego dobrze przeczytać te wydania, nawet jeśli początkowo mogą wydawać się bardzo archaiczne.












Za udostępnienie tomu kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


piątek, 9 lutego 2018

Jak mogą wyglądać filmy Marvela za 2-3 lata?...

Filmy Marvela bawią nas nieprzerwanie już od ponad dziesięciu lat. I nie chodzi mi o wszystkie produkcje sygnowane przynależnością do słynnego Domu Pomysłów, ale całe przedsięwzięcie znane jako Marvel Cinematic Universe (czyli MCU).

Od pierwszego pojawienia się na dużym ekranie Iron Mana, po najnowszy film Czarna Pantera, historie o superbohaterach i ich walce o nasz świat przyciągają do kin coraz większe rzesze odbiorców. Kulminacją tego specyficznego procesu twórczego będzie pierwszy z dwóch filmów opowiadających o inwazji sił Thanosa, czyli Avengers: Infinity War. Zobaczymy go już na początku maja, natomiast kontynuacja przedstawionych w nim wydarzeń opowiedziana zostanie w przyszłym roku.


Co jednak czeka nas w niedalekiej przyszłości (tak powiedzmy po roku 2020), kiedy już kurz wzniesiony podczas wojny z Thanosem opadnie, a widzowie otrzymają kolejną porcję filmów z uniwersum? Jak będzie wyglądać świat tak lubianych przez nas superbohaterów i jakie zajdą w nim zmiany?

Od razu wyjaśnię, że tych kilka moich pomysłów podyktowanych jest wyłącznie znajomością filmów Marvela. Niestety, komiksy wydawnictwa są mi wciąż dość słabo znane (co innego DC Comics), w przypuszczeniach opieram się więc jedynie na analizie kinowych przygód ulubionych superbohaterów.

Możemy otwarcie założyć, że wszystko co nadejdzie, w jakiś sposób będzie powiązane z Infinity War. Nie od dziś zza kulis tej produkcji dochodzą nas słuchy, że świat pozostawiony po wojnie z Thanosem nie będzie już taki sam jak dotychczas.
Co jednak może się z tym wiązać? Śmierć niektórych bohaterów? Nieodwracalne zniszczenie Ziemi? Być może. Już te możliwości są w stanie wytyczyć wiele ścieżek dla nowych wydarzeń. Załóżmy więc, że te obie wersje będą kluczowe dla przyszłości MCU, głównie za sprawą dużej dozy prawdopodobieństwa, a także pewnych doniesień z planu filmowego. Co nam to da?


Przede wszystkim odświeży to obraz filmowego świata, a także usunie z pola widzenia mniej popularnych lub bardziej ogranych bohaterów.
Nie bójmy się tego powiedzieć: są w MCU postaci, które mocno opatrzyły się większości widzów, a pewnym aktorom grozi niekorzystne zestarzenie się w jednej roli. Ich śmierć lub przejście na przysłowiową emeryturę zwolni miejsce dla nowych odtwórców. Nie bez znaczenia jest fakt, że filmy Marvela są kierowane głównie do młodej widowni, a ta niekoniecznie chce oglądać ponad 50-letnich aktorów w obcisłych kostiumach. Tym bardziej, że podstarzali herosi po prostu nie wyglądają zbyt dobrze.

Jeśli więc przykładowa śmierć Thora lub Steve'a Rogersa oraz wycofanie się Tony'ego Starka dałaby możliwość wprowadzenia ich następców, odbędzie się to z korzyścią dla wszystkich.
Nowy Thor (zdaje się że w komiksach mamy teraz Gromowładną) kolejny Kapitan Ameryka czy wyposażony przez Starka młody i zdolny Iron Man (pamiętacie małego Harley'a Keenera z Iron Man 3?), wprowadziliby oczekiwany powiew świeżości.
Mało tego, nieobecność dawnych bohaterów mogłaby przenieść środek ciężkości na inne, nieeksploatowane aż tak postacie (np. Loki, Bucky, Lady Sif). Na pewno bogactwo pomysłów zaczerpniętych prosto ze stron komiksów również przyszłaby tu z oczekiwaną pomocą.


Ciekawie wypadłoby przeniesienie większej części akcji w przestrzeń kosmiczną. Eksplorowanie innych planet czy układów gwiezdnych nie tylko za sprawą Strażników Galaktyki wprowadziłoby jeszcze więcej nowatorskich, ciekawych elementów. Można byłoby ukazać świat Thanosa (oczywiście jeśli przeżyje stracie w czwartym filmie z serii Avengers) i jego popleczników.
Mało tego, film ukazany z punktu widzenia złoczyńców miałby nowatorską siłę nieprezentowaną jeszcze w kinowym Marvelu.

Najbardziej oczekiwane będzie jednak ujrzenie drużyny X-Men w MCU. Tylko jak tego dokonać?... Mam pewien pomysł.
Być może Thanos użyje do podboju Ziemi jakiejś broni powodującej zmiany układu DNA u niektórych ludzi. W następstwie tego u młodych osób pojawią się nieodwracalne mutacje, a oni sami uznani zostaną za zagrożenie dla podnoszącego się po katakliźmie społeczeństwa. I tu do gry wejdą nieznani, młodzi aktorzy, a co najważniejsze, nowa wersja Wolverine'a i Profesora X.
Czas na tak wielkie zmiany także będzie odpowiedni, bo za 2-3 lata prawna kwestia przejęcia wytwórni Fox przez Disney'a powinna być już zakończona. Tu też zrobi się miejsce dla Fantastycznej Czwórki.


Oczywiście, powyższe dywagacje należy traktować jako moją własną "gdybaninę", a jedynie czas pokaże czy bardzo się pomyliłem. Potraktujmy więc to wszystko jako swoistą kapsułę czasu. Odkopiemy temat około 2020/21 roku i sprawdzimy co z tego się sprawdziło. ;-)

Napiszcie też, co według Was wydarzy się niedługo w uniwersum Marvela. Fakt, że mamy na co czekać nie ulega żadnej wątpliwości! Zapraszam do dyskusji.

czwartek, 8 lutego 2018

RECENZJA: Paper Girls, tom 2 (B. K. Vaughn, C. Chiang)

Nie minęło wiele czasu od mojej recenzji tomu pierwszego powyższej serii, a tu na sklepowe półki już trafiła jej kontynuacja.
W jaką podróż zabiorą nas tym razem panowie Vaughn i Chiang? Czy będą to znów lata 80-te, czy może więcej czasu spędzimy w przyszłości, ukazanej pod koniec pierwszej części Paper girls?

Jeśli obstawialiście drugie rozwiązanie, już teraz możecie sobie pogratulować. Wraz z bohaterkami przenosimy się bowiem do roku 2016, a akcja komiksu rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie poprzednio została przerwana. Erin poznaje swoją czterdziestoletnią wersję z przyszłości, KJ gdzieś przepadła, a jakby tego wszystkiego było mało, w okolicy pojawia się jeszcze jedna wersja jednej z przyjaciółek.
No cóż, wszystko wskazuje na to, że jeszcze niejedno przed nami...

I znów mam problem z przybliżeniem akcji w tej części, bo cokolwiek napiszę, mogłoby zepsuć Wam frajdę z samodzielnego odkrywania historii. Przemilczę więc fabułę, pisząc jedynie o artystycznych i koncepcyjnych aspektach wydania. A jest tego sporo!

Trzeba to zaznaczyć od razu: niezwykle pojemny umysł Briana K. Vaughna tworzy rzeczy, o których zwyczajni zjadacze chleba nawet nie byliby w stanie pomyśleć. I choć ja nie czuję już zbytnio obecnej w pierwszym tomie nostalgii czy inspiracji latami 80-tymi, to nadal odnajdziemy tu ten sam, pełen niewyjaśnionych tajemnic galimatias.
W czasie lektury poprzedniej części często łapałem się na myśli, że niewiele brakuje, aby tak misternie zaplanowana intryga runęła jak domek z kart. Mało tego, scenariusz często wykazywał mocno poszarpaną strukturę, przez co zastanawiałem się też, czy aby na pewno autor splótł ze sobą zawczasu wszystkie ważne elementy. Na szczęście wszelkie obawy były bezpodstawne.

W drugim tomie wiele rzeczy się wyjaśnia, choć należy otwarcie przyznać, że jest to metoda dwóch kroków do przodu i jednego w tył. O ile zrozumiałe stają się pewne główne elementy całości (linie czasowe, różne wersje bohaterek), to inne kwestie nadal pozostają otwarte.
Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że Vaughn skrupulatnie zaplanował całą akcję od a do z. Widać to bardzo wyraźnie.

Pod pewnymi względami komiks Paper girls przypomina mi lekturę Niesłychanych losów Ivana Kotowicza. Tam też mieliśmy do czynienia z wartką akcją oraz ogromną ilością niesamowitych czy też tymczasowo niewyjaśnionych wydarzeń. Nie bez znaczenia była również spora ilość postaci, z których każda miała jakąś rolę do odegrania.

Czytanie Paper girls pokazuje jak wiele małych, lecz niezwykle istotnych elementów kryje się w tej pozornie standardowej historii science fiction. Od drobnych oznak znaczenia każdego faktu (do których należą choćby sny Erin), po tajemniczy plan sił Wielkiego Ojca.
Istotna jest tu też sama forma zabawy z treścią. Podróże w czasie, nieznane technologie, przerażające stwory czy prawidłowe odczytywanie znaków fascynują czytelnika nie mniej niż same bohaterki.

Bo pomysł na fabułę to jedno, a przedstawienie jej za sprawą odpowiednich postaci to drugie. Trzeba stanowczo przyznać, że dziewczyny z Paper girls to bohaterki, z którymi możemy się utożsamiać, chłonąc każdą stronę tej historii ich własnymi oczami. Są dobrze wykreowane, naturalne, a ich reakcje na wszystko wokół z pewnością mogłyby być naszymi.
Dlatego pragniemy im kibicować, i to nie tylko z powodu chęci poznania dalszych faktów. Robimy to, ponieważ autentycznie je lubimy.

Ilustracje Cliffa Chianga nie odstają od tego, co artysta zaprezentował nam w pierwszym tomie. Rysunki nadal świetnie oddają realizm wszelkich sytuacji, pomimo pewnej umowności stylu.
Występuje tu jeszcze jedna rzecz, którą zauważyłem dopiero teraz. Szczególnie świetnie wychodzi mu oddawanie emocji bohaterów za sprawą oczu. To, jak wiele wyrażają spojrzenia wszystkich postaci jest niezwykłe i jednocześnie bardzo trudne do podrobienia.

Drugi tom Paper girls nie zawiedzie tych, którzy polubili tą serię przy pierwszej odsłonie. To świetne science fiction, podane w przyjazny wizualnie sposób, prezentujące świetne postacie oraz tajemnicę, którą pragnie się rozwikłać. Mimo, że takich historii poznałem już kilka w swoim życiu, urok dziewczyn od gazet robi w tym przypadku swoje.
Jeśli szukacie inteligentnej i zastanawiającej rozrywki, niewątpliwie będzie to komiks dla Was.














Komiks Paper girls został wydany przez Non Stop Comics.


wtorek, 6 lutego 2018

RECENZJA: Żywe Trupy, tom 16 - Większy Świat na NIE TYLKO GRY

Zapraszam do zapoznania się z moją recenzją szesnastego tomu Żywych trupów - Większy świat
Oczywiście, tekst dostępny jest wyłącznie na portalu Nie Tylko Gry. :-)



poniedziałek, 5 lutego 2018

RECENZJA: Green Arrow, tom 2 - Wyspa Blizn

Uwielbiam Zieloną Strzałę. Tak po prawdzie to właśnie seriale Arrow i Flash sprawiły, że dwa lata temu sięgnąłem po komiksy DC Comics. Niestety, po trzech sezonach Arrowa i pierwszym Flasha poziom tych produkcji spadł tak nisko, że obecnie w ogóle nie da się ich oglądać... Na szczęście pozostały świetne historie obrazkowe, w których ci bohaterowie nadal błyszczą i bawią czytelników swymi świetnymi przygodami. To oczywiście stwierdzenie bardzo ogólne.
Sprawdźmy zatem, jak ma się Green Arrow w drugiej odsłonie z Odrodzenia w albumie Wyspa blizn...

Oliver Queen znów znalazł się na bezludnej wyspie gdzieś na Oceanie Spokojnym. Inferno zarządzane przez Dziewiąty Krąg zatonęło, zabierając ze sobą na dno otchłani wiele złowrogich tajemnic. Teraz jedyne co zostało Arrowowi to jego łuk i dobre chęci. No, może niezupełnie, bo wraz z nim na wyspę trafili też Dinah i Diggle. A towarzystwo Black Canary szczególnie cieszy samotnego Olivera. Jednak nie tylko radosne kąpiele w oceanie będą stanowiły ich główną rozrywkę. Wyspa skrywa bowiem tajemnicę mocno związaną z ostatnimi wydarzeniami w życiu Arrowa...
Tymczasem, jego przyrodnia siostra Emiko trafia do Japonii z nadzieją uwolnienia swej matki od wpływu Yakuzy. To tu przyjdzie jej stoczyć prawdziwą walkę na śmierć i życie w zamkniętym kręgu oprawców i morderców.

Przyznam Wam, że mam pewien problem z Wyspą blizn. Po pierwszym, bardzo zadowalającym tomie serii (Śmierć i życie Olivera Queena) spodziewałem się równie ekscytującej kontynuacji. I w zasadzie dostałem coś w tym stylu, tylko że... utrzymane w klimacie banalnej historyjki dla dzieci. Co ciekawe, w samej treści nie widać tej tendencji, leży ona zdecydowanie po stronie scenariusza i jakości prowadzonych pomiędzy bohaterami dialogów.

Poniższy tom dzieli się na trzy historie. Pierwsza opowiada o misji Emiko w Japonii, druga traktuje o pobycie Olivera i spółki na wyspie i odkryciu tajnego ośrodka naukowego, natomiast trzecia to jazda bez trzymanki superszybkim Empire Expressem, po którym krąży niebezpieczny zabójca pracujący dla Dziewiątego Kręgu. 

Akcja toczy się wartko, bohaterowie przeżywają przygodę za przygodą, ale niestety poziom opowiadanych historii jest skierowany docelowo raczej dla dwunastolatków. Szczególnie widać to w pierwszej i drugiej części, gdzie główną bohaterką jest Emiko, a my zgłębiamy tajemnice związane z laboratorium na wyspie. To wszystko wywołuje u mnie straszny niesmak, powodowany wysokim poziomem infantylności oraz nadmiaru uproszczeń. Dopiero trzecia część naprawia nieco błędy wstępu i rozwinięcia, ale pierwsze wrażenie pozostaje.
Jedynym plusem scenariusza jest wspomniana różnorodność wydarzeń oraz dobrze nakreślone postacie Olivera, Emiko i Dinah. Z pewnością bez słownych utarczek z siostrą i przekomarzania się z Black Canary ten tom straciłby jeszcze więcej ze swojego skromnego uroku.

O ile nie mogę zbytnio rozpływać się nad treścią Wyspy blizn, sfera ilustracyjna komiksu szczęśliwie nie pozostawia wiele do życzenia. Rysunki wykonane przez Stephena Byrne'a, Otto Schmidta i Juana Ferreyrę są wspaniałe. Choć artyści prezentują odmienny styl, łatwo przełknąć tą rozmaitość, podziwiając malowniczość, dynamiczną szkicowość czy zbliżoną do animacji kreskę każdego z nich.
Zauważyłem jednak jeden mocny zgrzyt w pracy Schmidta. Jego wersja postaci Any różni się kolorem włosów od wersji prezentowanej przez Byrne'a. I to bardzo, ponieważ ta bohaterka ma białe, a nie czarne włosy. Dostrzegłem też zupełnie inny ubiór kobiety, ale to jeszcze można jakoś artystom wybaczyć.

Jest więc Wyspa blizn albumem bardzo dziwnym. Z jednej strony dość niestrawnym dla dojrzałego czytelnika, z drugiej fajnie narysowanym i bardzo dynamicznym.
Nie polecam Wam zatem rozpoczynania przygody z Zieloną Strzałą od tej pozycji. Jeśli czytaliście tom pierwszy i zamierzacie dalej śledzić losy Arrowa, na pewno i tak go kupicie.
Zresztą, mogę w tajemnicy zapewnić Was, że w kolejnych odsłonach cyklu będzie już znacznie lepiej. I tak być powinno, bo przecież Oliver Queen to jedna z ciekawszych postaci panteonu sław DC Comics!


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


sobota, 3 lutego 2018

RECENZJA: Happy! (2017)

Nick Sax był niegdyś całkiem niezłym gliną, lecz aktualnie trudni się zabójstwami na zlecenie. Podczas wykonywania jednego ze standardowych zleceń, zostaje wplątany w aferę związaną z pewnym hasłem, bardzo istotnym dla jednego z największych gangsterów w mieście. Pech chciał, że w czasie tej akcji Nick został postrzelony, a na dodatek dostał zawału.
Lecz to okazało się dopiero początkiem dziwnych zdarzeń, bowiem w trakcie reanimacji w karetce przed jego oczami pojawił się niebieski, latający jednorożec. Tak, mały latający jednorożec o imieniu Happy! I to taki, którego widzi tylko Nick. Rozśpiewany Happy oświadcza, że jest wyimaginowanym przyjacielem pewnej 8-letniej dziewczynki, która została porwana przez złego Św. Mikołaja. I tylko Nick może pomóc mu ją odnaleźć! Dziwaczne, prawda? A to dopiero początek tej pokręconej i nieprzewidywalnej historii!

Serial Happy! produkcji stacji SyFy jest adaptacją komiksu Granta Morrisona i Daricka Robertsona, wydawanego w 2013 roku. Na potrzeby ekranizacji za sterami stanął Brian Taylor (reżyseria i scenariusz) wspierany przez Matthew White'a i Kena Kristensena (scenariusz). Zadanie stojące przed twórcami było dość trudne, ponieważ G. Morrison słynie z mocno specyficznego podejścia do tworzonych przez siebie komiksów.

I choć misja podjęta przez Taylora nie była łatwa, udało mu się z wszystkiego wyjść obronną ręką. Stworzył nie tylko nietypową historię z interesującymi postaciami, ale też zachował specyficzny klimat komiksu, prowadząc widza przez wszystkie dziwactwa i niedorzeczności, jakie stanowią o niepowtarzalności tekstu źródłowego.


Dobrą produkcję telewizyjną lub kinową charakteryzują dwie ważne cechy. Powinna przyciągać uwagę ciekawą historią, a aktorzy wybrani do głównych ról muszą bawić widza, niosąc na swych barkach ciężar całej opowieści.
Przy tych założeniach obsadzenie Christophera Meloniego w roli Nicka Saxa było decyzyjnym strzałem w dziesiątkę! Aktor, którego znałem z wcześniejszych ról w True blood czy Man of steel nigdy nie jawił mi się jako osoba potrafiąca tak bezkompromisowo i plastycznie przedstawić graną przez siebie postać. Tymczasem jego Sax to prawdziwa postać z krwi i kości. Choć wizualnie odrzucająca, jest jednocześnie bardzo ludzka i zabawna. A co najważniejsze, wywołuje w odbiorcy naprawdę ciepłe uczucia. Dzięki temu można się z nim utożsamić, beztrosko chłonąc każdą chwilę, kiedy były glina bryluje na ekranie.

Oczywiście, Nick Sax byłby nikim bez pomocy i udziału Happy'ego. Doskonale zanimowany, obdarzony głosem Pattona Oswalta jednorożec kradnie każdą scenę ze swym udziałem. Choć został zaplanowany jako głos sumienia i zdrowego rozsądku Saxa, z odcinka na odcinek staje się pełnoprawnym bohaterem całej tej zakręconej historii.
Mało tego, postać Happy'ego wzbogaca serial o dodatkowe wątki wymyślonych przyjaciół. Jego obecność odnosi się płynnie do całego tego zjawiska, a twórcy nie boją się wykorzystać tego do połączenia z pozostałymi elementami historii.
Być może z początku można odnieść mylne wrażenie co do sensu umieszczenia latającego jednorożca w serialu, jednak szybko okazuje się, że Happy i Nick uzupełniają się prawie w każdej sytuacji. Cała dramaturgia produkcji często spoczywa na ich wspólnych barkach. Nie po raz pierwszy postać wykreowana na ekranie komputera (oraz obdarzona głosem znanego aktora) wybrzmiewa na równi z innymi bohaterami. Choć tak różni od siebie, Happy i Sax tworzą parę idealną, godną wszelkich porównań z innymi słynnymi parami filmowymi.


Nie bez znaczenia jest w serialu reszta warstwy fabularnej. Wątek małej Haley nie wypełnia całości ekranowego czasu, choć jest oczywiście główną osią treści. Pozostałe elementy skupiają się wokół wspomnianego powyżej zamieszania z hasłem, a także przeszłości głównych bohaterów oraz wszystkich osób wplątanych w porwanie dziewczynki. Łatwo się domyślić, że sprawa ma drugie dno, jednak prawda jest taka, że na tym nie kończy się nić wzajemnych powiązań.
Warto zaznaczyć, że w historii występuje nie jeden, ale aż trzech złoczyńców. Biorąc pod uwagę osadzenie akcji w okresie Bożego Narodzenia, zły Mikołaj wydaje się wyborem idealnym, lecz nie tylko on zagraża Haley i naszym dwóm bohaterom.
Sporo w Happy'm! pomysłów rodem z Tarantino i Rodrigueza. Krew leje się często, przekleństwa rzucane są na prawo i lewo, a krótkie, pomysłowe wstawki (szczególnie świetna jest ta z Jerrym Springerem) wzbudzają gromki śmiech. Niedorzeczność, groteska i przesada mieszają się z typową historią kryminalną, skąpaną w gęstym klimacie noir.
Co najdziwniejsze, przy całym tym fabularnym zamieszaniu jest to też serial o dramacie rodziny. Happy jako uosobienie sumienia Saxa prowadzi widza przez cały obraz sytuacji, w której zrozpaczona matka próbuje odzyskać swą jedyną córeczkę.

Wierzcie mi, Happy! to serial, o którym można napisać wiele, lecz jednocześnie łatwo niechcący zdradzić za dużo z fabuły. Przy czym należy mieć świadomość, że nie jest ona wybitnie nowatorska, jednak sposób ukazania całej historii oraz wszystkie jej elementy czynią ją prawdziwie niepowtarzalną.


Czy jest więc w Happy'm! coś, co mi się nie podobało? Tak.
Jak na serial, który jest dość krótki (zaledwie osiem odcinków), w drugiej połowie historia dość wyraźnie traci impet. Choć nadal zostają zachowane wszystkie niezbędne elementy produkcji, wszystko zaczyna wydawać się nieco rozmyte. Akcja zdecydowanie zwalnia, żarty pojawiają się rzadziej, a poczynania bohaterów nie mają takiej dynamiki jak na początku.
Mimo wszystko serial broni się właśnie za sprawą swej długości. Gdyby wyprodukowano kilka odcinków więcej, stałby się zwyczajnie nudny. Dlatego też dzięki dobrze dobranej ilości epizodów spadek intensywności nie jest aż tak dotkliwy.

Happy! jest produkcją godną polecenia wszystkim, którzy cenią dobre, dynamiczne historie z wyrazistymi bohaterami. Łączy w jedno groteskę, odrealnione sytuacje, czarny humor i zagadkę kryminalną.
Wierzcie lub nie, ale serial ten sprawi też, że zupełnie inaczej pomyślicie o swych wymyślonych przyjaciołach z dzieciństwa. Kto wie, może zawdzięczamy im więcej niż tylko odległy, beztroski czas?...