czwartek, 15 lutego 2018

RECENZJA: Czarna Pantera (2018)

Czekanie dobiegło końca. Pierwszy z trzech zapowiedzianych na 2018 rok filmów Marvela pojawił się w kinach. T'Challa rozpoczyna swe rządy w Wakandzie, ale czy dla obeznanego w komiksowej stylistyce widza jego panowanie będzie znakiem nowej jakości i świeżych pomysłów? Oto jak wypada na tle tych oczekiwań najnowsza produkcja z dzikim kotem w roli głównej.

Akcja Czarnej Pantery rozpoczyna się wkrótce po wydarzeniach przedstawionych w filmie Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów.
Syn zabitego w wybuchu T'Chaki szykuje się do przejęcia obowiązków swego ojca. Black Panther nie przeczuwa jednak, że poprzedni król Wakandy zataił przed nim i resztą rodziny pewną niechlubną tajemnicę. Gdy zamiecione pod dywan problemy wychodzą na jaw, zagrożone staje się spokojne panowanie nowego władcy oraz przyszłość reszty świata, nie zdającego sobie sprawy z potęgi technologicznej i militarnej Wakandy.

Choć film Ryana Cooglera (scenariusz i reżyseria) zrobił na mnie dość pozytywne wrażenie, nie mogę przejść obojętnie obok schematów, powtórek i przewidywalności jego dzieła.

To chyba największy problem filmów prezentujących tzw. origin story, że wszystko w nich musi rozgrywać się według ściśle ustalonych zasad. I pomimo tego, że filmy Marvela są z nami od ponad dziesięciu lat, schemat stosowany przy wprowadzaniu nowych postaci nie zmienił się przez ten czas ani trochę.
Tak jest właśnie w przypadku Czarnej Pantery. Nie chcę pisać zbyt dokładnie co i jak, aby nie psuć Wam zabawy przy odkrywaniu poszczególnych zdarzeń. Warto jednak wspomnieć, że twórcy nie musieli obierać tak oczywistej drogi. Wszak T'Challa pojawił się w Wojnie bohaterów i to bynajmniej nie na chwilę. Znaliśmy go więc dość dobrze. Zapewne chęć ukazania głównej postaci w kontekście jej ojczystego świata skłoniła studio do podążania tą bezpieczną drogą, uważam jednak, że można było spróbować czegoś nowego.


Niestety, znaczna część filmu rozbija się też o dłużyzny. Rozumiem, że mając do czynienia z państwem Wakandy, które przedstawiono poniekąd jak obcą planetę na Ziemi, potrzebowano więcej czasu aby pokazać nam co i jak. Nie wiem tylko, czemu na tą prezentację wybrano tak wiele scen z pierwszego aktu filmu, kiedy z powodzeniem całą ekspozycję można byłoby skrócić, a co najważniejsze, rozłożyć ją równomiernie na szerszy czas trwania produkcji. Niestety, na skutek tej dziwnej decyzji akcja w pierwszej połowie filmu ślimaczy się jak diabli, a kiedy już coś się dzieje, urywa się to bardzo szybko.

Trzecia kwestia to budowa całej opowieści na typowo powtarzalnym schemacie, który w przypadku Czarnej Pantery jedynie obleczono w nowe barwy. Dzięki temu nie od razu widać, że ogląda się znów to samo, jednak w połowie seansu prawda ukazuje się już w całej swej krasie. Pod względem fabularnym produkcja przywodzi na myśl Thora (a nawet Króla Lwa), który opowiadał o utracie władzy przez następcę tronu oraz walce o odzyskanie pozycji. Tu jest nieomal identycznie, z tą tylko różnicą, że w Czarnej Panterze zaniedbano wątek miłosny.

Boli brak wyraźnej przemiany głównego bohatera. Pomimo zdolności aktorskich Chadwicka Bosemana, T'Challa w jego wykonaniu jest nieustannie tą samą postacią. Silny, dobry i sprawiedliwy, pozostaje niezmienny przez całą historię. A przecież to, co najbardziej przyciąga nas do protagonistów, to możliwość obserwowania zmiany ich światopoglądu, który daje nam naukę i rozrywkę. Co prawda Pantera w finale otwiera swój kraj na świat, ale jest to raczej zmiana podyktowana koniecznością rozwoju uniwersum. Zabrakło tu czegoś bardziej osobistego.

Czy jest zatem Czarna Pantera filmem słabym? Niekoniecznie. Pomimo zastosowania ogranych już sztuczek, film wywarł na mnie jednak dość dobre wrażenie.

Wizualny przepych, kreacja nieznanego państwa oraz kilka nieźle napisanych i zagranych postaci drugoplanowych było tym, co podczas tego dwugodzinnego seansu niepodzielnie zawładnęło moim sercem.
Wierzcie mi na słowo, czegoś takiego jak Wakanda jeszcze na dużym ekranie nie widzieliście! I nie chodzi mi tylko o ładne widoki czy krajobrazy. Technologia, kultura, przyroda, a także wielobarwne, wymyślne stroje naprawdę zapierają dech w piersi. To właśnie dlatego jestem w stanie przymknąć oko na wspomniane dłużyzny, bo dzięki nim mogłem spokojnie chłonąć cały zaprezentowany świat.

Postacie Nakii (Lupita Nyong'o), M'Baku (Winston Duke) czy mojej ulubionej Shuri (Letitia Wright) oraz Okoye (Danai Gurira) wzniosły tą superprodukcję na wyższy poziom. Choć humoru było tu mniej niż w innych produkcjach Marvela, dobrze rozpisane role utrzymały cały film na bardzo ludzkim poziomie. Niespecjalnie przypadło mi do gustu rozwinięcie roli Everetta K. Rossa (Martin Freeman). Odniosłem wrażenie, jakby koniecznie chciano stworzyć tu nową postać, mocno wzorowaną na pamiętnym agencie Coulsonie.

Efekty specjalne nie rażą zbytnio w oczy, choć było kilka scen, gdzie dało się je mocniej odczuć (pościg samochodowy w Hong Kongu czy finałowa walka na torach podziemnej kolei).
Muzykę nieomal w całości wypełniają czarne rytmy, które idealnie uzupełniają wydarzenia na ekranie. Duże brawa dla Ludwiga Goranssona oraz Kendricka Lamara za dodanie do filmu dźwięków, które współgrały z klimatem miejsca i akcji.

Czarna Pantera jest filmem, który może dać sporo zabawy, jeśli nie znudziła się Wam jeszcze konwencja przyjęta w adaptacjach komiksowych historii. Ma wiele przewidywalnych i zapożyczonych elementów, jednak egzotyka samej historii powoduje, że warto zwrócić na niego uwagę.
Szkoda jednak, że przy tworzeniu kolejnego origin story nie spróbowano bardziej złamać schematu, tworząc czegoś na kształt zeszłorocznych Thor: Ragnarok czy Logan. Być może na takie filmy przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka lat (patrz tutaj), tymczasem teraz mamy to, co mamy.
Trochę szkoda, bo w czasie gdy oczy publiczności powoli kierują się ku Avengers: Infinity War, sądzę, że Czarna Pantera zostanie dość szybko zapomniana.

1 komentarz:

  1. Recenzje soundtracku i filmu są niezłe, co zachęca do wyprawy do kina, ale też obawiam się zapomnienia tego filmu w odmętach innych filmów Marvela. Więcej w stylu Logana to jest to! Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń