piątek, 30 marca 2018

RECENZJA: Flash, tom 2 - Pęd Ciemności

Jeśli sądziliście, że po wydarzeniach z pierwszego tomu Flasha (Piorun uderza dwa razy), nasz bohater będzie mógł odetchnąć, muszę Was rozczarować. Rozwiązanie sytuacji z nowymi sprinterami oraz wtrącenie Godspeeda za kratki Iron Heights było zaledwie początkiem nowych przygód Barry'ego. Tym razem nasz bohater nie będzie też narzekał na brak towarzystwa, ponieważ u jego boku stanie nie jeden, ale aż dwóch Kid Flashów!

Wydarzeń opisanych w Pędzie ciemności jest dość sporo. Od wspólnego spotkania obu Wallych Westów, poprzez nieoczekiwaną wycieczkę Flasha do Krainy Cienia, aż po gwiazdkową randkę Barry'ego z Iris.
Joshua Williamson zadbał o to, aby scenariusz każdej z zawartych w tym tomie historii był oryginalny i interesujący. Za spory plus należy też uznać brak przeładowania akcji rozbuchanymi scenami walk z zagrożeniem pochodzącym z Mocy Prędkości. Ogólny ton komiksu jest lekki, a prezentowane wydarzenia są na tyle wciągające, że całość czyta się szybko i przyjemnie.

Ta część nie obyła się oczywiście bez nawiązań do powrotu starszego Wally'ego Westa, który przez dłuższy czas pozostawał zapomniany przez rodzinę i przyjaciół. Ten aspekt tajemnicy Odrodzenia był bardziej eksplorowany w serii Tytani, dlatego też wielka szkoda, że Egmont nie zechciał dodać tego tytułu do swojej linii wydawniczej. Jakby nie patrzeć, znajomość tamtych wydarzeń nie jest absolutnie niezbędna (tym bardziej przydatnym dodatkiem do tomu jest wprowadzenie Małgorzaty Chudziak). Tymczasem na temat tajemnicy zniknięcia Westa nie dowiadujemy się wciąż prawie nic. Najwyraźniej pewne tajemnice muszą na razie takimi pozostać.

W Pędzie ciemności mamy do czynienia z mocno rozszerzoną rolą Kid Flasha. W zasadzie można powiedzieć, że stał się on w tej części kolejną pierwszoplanową postacią. Widać też wyraźnie, że ma on bezpośredni wpływ na wszystko co dzieje się z Barrym.
Ponieważ Flash czuje silny związek emocjonalny z bratankiem swej ukochanej Iris, po zniknięciu Meeny postanawia samodzielnie nauczać Wally'ego wszystkiego co umie. Jak to jednak z nastolatkami bywa, sporo rzeczy nie idzie zgodnie z planem. Upór i młodzieńcza lekkomyślność pchają młodego Flasha w coraz to gorsze kłopoty, a jego największą wpadką okazują się poszukiwania tajemniczego cienia, który wieczorami nęka mieszkańców Central City. Za sprawą niefrasobliwości Westa, do mrocznej krainy Shade'a wciągnięty zostaje nie tylko Barry, ale również poszukująca bratanka Iris.

Powyższe zabiegi fabularne świetnie ukazują stosunki pomiędzy postaciami, dając czytelnikowi o wiele więcej frajdy niż suche potyczki ze złoczyńcami. Możemy dzięki temu lepiej zrozumieć bohaterów, a także chłonąć rozgrywające się pomiędzy nimi relacje. Daje nam to kolejną okazję do wejrzenia w psychikę Flasha i jego bliskich. To podejście sprawia, że ten tom jest lżejszy i pod wieloma względami czyta się go nawet lepiej niż poprzedni.
Jakby nie patrzeć, galeria przeciwników również nie została zaniedbana. Choć nie są to może łobuzy pokroju Zooma czy Reverse Flasha - Papercut, Shade czy Tar Pit fajnie wpisują się w obraną przez Williamsona konwencję.

Historia poznania obu Wallych czy misja powstrzymania mroku przed ucieczką z Krainy Cienia dają sporo frajdy, jednak najbardziej ujęła mnie finałowa historia. To właśnie w niej Kid Flash stara się zapewnić spokój podczas randki Iris i Barry'ego, nie dopuszczając, aby coś złego wydarzyło się w mieście. Jak przystało na historię gwiazdkową, znajdziemy tu nieco świątecznego lukru, ale ogólny klimat tej części oraz przełożenie ciężaru głównej postaci na Westa bardzo przypadło mi do gustu.

Ilustracje w albumie wykonali Davide Gianfelice, Jorge Corona i Neil Googe. W odróżnieniu od odpowiedzialnego za poprzedni tom Carmine'a Di Giandomenico ich prace są dużo bardziej czytelne. Wszyscy ci artyści potrafią odnaleźć idealny balans pomiędzy fajnie narysowanymi postaciami, a wciągającą dynamiką akcji. Pęd ciemności to komiks, który zdecydowanie cieszy oko, choć zdaję sobie sprawę, że zawarte w nim rysunki mogą wydać się niektórym z Was zbyt młodzieżowe.

Drugi tom przygód Flasha wypada więc jak najbardziej w porządku. Nie jest to bynajmniej żaden punkt przełomu dla całej serii, ale pomysłowo rozrysowuje stosunki pomiędzy bohaterami szykując nas na kolejne, nieoczekiwane wydarzenia. A tych będzie w tej serii pod dostatkiem, ponieważ już wkrótce do Central City powrócą Łotrzy, a Batman poprosi Barry'ego o pomoc w rozwiązaniu zagadki pewnej odnalezionej przypinki...


We wszystkie aktualne przygody Flasha bez problemu zaopatrzycie się na stronie Egmontu.


środa, 28 marca 2018

RECENZJA: Thor, tom 1 - Gromowładna

Moje nadrabianie Marvela trwa w najlepsze. Po ostatnich recenzjach AxisZłu, które ludzie czynią sięgnąłem po pierwszy tom nowej serii opowiadającej o bardzo znanym herosie. Tylko czy aby na pewno o niego tutaj chodzi?...

Gromowładna stanowi kontynuację cyklu Thor Gromowładny, który jak dotąd składa się z wydanych w Polsce czterech tomów. Być może w tytule serii nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że tym razem scenarzysta Jason Aaron głównym bohaterem tej opowieści uczynił kobietę. Jak do tego doszło i kim ona jest? No cóż, to właśnie jest elementem pewnej tajemnicy, która oprócz rozwijania wątków z poprzednich części jest jednym z najważniejszych elementów fabuły.

Thor utracił moc podnoszenia swego młota. Po tym jak Nick Fury, znający sekrety Watchera szepnął mu coś do ucha, następca tronu Asgardii przestał być godny swojej broni. Na jego miejsce pojawiła się nieoczekiwanie nowa kandydatka. Nikt nie wie czyja twarz skrywa się pod hełmem Thora, pewne jest tylko to, że z jakiegoś powodu ma ona prawo dzierżyć Mjolnir. Taki obrót spraw okazuje się nie tyle nieoczekiwany, co jak najbardziej pożądany, ponieważ pan mrocznych elfów - Malekith, z pomocą lodowych olbrzymów pragnie odzyskać pewien cenny artefakt, niedawno odnaleziony na Ziemi. Do boju z nowym zagrożeniem ruszają bogowie wspierani przez Avengers, jednak szybko ponoszą druzgocącą klęskę. Wygląda na to, że Mitgard nie obejdzie się bez nowego obrońcy. Tajemniczy Thor będzie miał więc ręce pełne roboty.

Gromowładna to komiks, który od pierwszych stron rozkłada swój ciężar na dwóch, ściśle powiązanych ze sobą płaszczyznach. Pierwszą jest dynamiczna, pełna emocji akcja, druga skupia się na kontynuacji wątków z poprzednich części.
I tu muszę przyznać, że pomimo nieznajomości dotychczasowych przygód Thora z Marvel Now, ten tom czytało mi się bardzo dobrze. Po prostu bez trudu mogłem połapać się w fabule (co nie zawsze jest oczywiste w przypadku wydawnictwa). 

Myślę, że wiele osób będzie kręcić nosem na zmianę wiodącego bohatera. Zapewne będziecie mieli rację, ale też spieszę Was uspokoić - syn Odyna wciąż jest jedną z najważniejszych postaci w tej serii. Mało tego, zagłębiając się w treść czułem wyraźnie, że zmiana na stanowisku protagonisty jest raczej nietrwała i wkrótce młot powróci do swego prawowitego właściciela. Nowa bohaterka sprawia raczej wrażenie dodanego elementu fabularnego, niż trwałego zastępstwa lubianej postaci. Kiedy i w jakich okolicznościach sprawy wrócą do normy, na razie trudno powiedzieć. Stała obecność Thora oraz zarysowany w tym tomie wydźwięk serii nie pozwalają mi jednak sądzić inaczej.

Tymczasem sporo obiecuję sobie po ciągu dalszym. Wydarzenia wprawione w ruch są na tyle interesujące, że dają mi nadzieję na naprawdę interesujące rozwinięcie. Zapewne ci z Was, którzy czytali poprzednie części Thora będą już mieli jakieś przeczucia, ja tymczasem cieszę się z efektu nieznajomości dotychczasowej fabuły cyklu.

Za rysunki w Gromowładnej w większości odpowiada Russell Dauterman. Trzeba przyznać, że jego kreska jest dość specyficzna. Artysta tworzy bardzo szczegółowe, często przepełnione detalami kadry, jednocześnie dodając do tego osobliwy, nieco karykaturalny rys postaci. Czasem wywołuje to uczucie przesytu, lecz warto później wrócić do komiksu jeszcze raz, aby w spokoju podziwiać wszelkie interesujące niuanse.
Drugi z rysowników, Jorge Molina prezentuje bardziej stonowany i mniej szczegółowy styl. Jego rysunki są dużo prostsze, przywodząc na myśl pełnometrażowe animacje dla młodzieży. Za sprawą kolorów wydają się być też nieco mroczniejsze niż prace poprzednika.

Gromowładna to komiks, który czyta się całkiem nieźle. Jego wielkim plusem jest równomierne rozłożenie ciężaru pomiędzy akcję i interesującą fabułę. Dla nowych czytelników dodatkowym plusem będzie możliwość czytania tomu bez znajomości poprzednich części (oczywiście, jeśli choć trochę orientujecie się w uniwersum Marvela).
Jeśli więc, idąc moimi śladami zabieracie się za stopniowe poznawanie świata Domu Pomysłów, śmiało sięgajcie po nowego Thora. W trakcie lektury nie powinniście się nudzić, a chęć poznania tożsamości tytułowej bohaterki oraz dalszych wydarzeń zapewne skusi Was do przeczytania kolejnej części.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


poniedziałek, 26 marca 2018

Niesamowite historie Z Archiwum X, oraz jak finałowe sezony zmarnowały powrót tego wspaniałego serialu.

Z achiwum X to niewątpliwie najważniejszy serial mojego życia. Serial, który kształtował telewizję sprzed ponad dwóch dekad, nadając jej nowatorski, bardziej odważny kształt. Bez niego dzisiejszy świat rozrywki małego ekranu z pewnością wyglądałby zupełnie inaczej. Był to inteligentny i przemyślany, choć jednak w pełni komercyjny twór, pozwalający wysilić szare komórki bezwolnie wpatrującego się w szklany ekran widza. Za sprawą swojego twórcy i mentora - Chrisa Cartera, serial zadawał pytania, które czaiły się gdzieś w najdalszych zakątkach naszego umysłu. Pytania, które nie zawsze chcieliśmy zadać, ale i tak bardzo pociągała nas możliwość uzyskania odpowiedzi.

A było ich sporo. Od najważniejszego - czy jesteśmy sami we wszechświecie, po rozważania o prawdziwości tajnych rządowych spisków, niewyjaśnionych morderstwach, psychopatycznych zabójcach oraz wszelkich monstrach, duchach czy istotach z innego wymiaru. Każdy odcinek opowiadał inną historię, każdy częściowo przybliżał nas do poznania tak pożądanej prawdy (Truth is out there).
Wraz z dwójką głównych bohaterów, agentami FBI - Foxem Mulderem (David Duchovny) i Daną Scully (Gillian Anderson) tropiliśmy niewyjaśnione, mroczne zagadki. Choć włoski często jeżyły się nam na karku, spragnieni więcej wracaliśmy przed telewizor co tydzień o tej samej porze. Warto dodać, że każde z bohaterów prezentowało odmienne spojrzenie na prowadzone dochodzenia. Mulder był tym, który opowiadał się po stronie najbardziej nieprawdopodobnych wyjaśnień, natomiast Scully wolała naukowe podejście do tematu. 

Fenomen Z archiwum X kryje się w kilku bardzo istotnych aspektach. Jak to często bywa, jednym z nich jest czas powstania serialu, czyli coś, na co twórcy nie mieli bezpośredniego wpływu.
Pierwszy odcinek serii wyemitowany został w USA jesienią 1993 roku. Był to czas, kiedy elementy napędzające rywalizację światowych mocarstw powoli odchodziły w zapomnienie, a ludzkość coraz bardziej odczuwała ekscytację z powodu zbliżającego się nowego tysiąclecia. Takie okazje zawsze wywołują specyficzne pytania i tu serial wstrzelił się znakomicie. Oferował widzom to, co w tej chwili niezwykle ich intrygowało. Rozwój technologii oraz lepszy dostęp do środków masowego przekazu pokazał, że pewne do tej pory zbywane niewiadome mogą wymagać dodatkowych wyjaśnień. Czas mydlenia oczu odchodził bezpowrotnie, a wszyscy coraz bardziej czuli, że być może nie mówi się nam wszystkiego.

Drugą sprawą była forma serialu. Zamiast ciągłości fabularnej zdecydowano się wzorem popularnej Strefy mroku opowiadać w poszczególnych odcinkach krótsze, zamknięte historie. W ten sposób odbiorca, któremu nie udało się obejrzeć jakiegoś odcinka (a pamiętajmy, że były to czasy kiedy usługi VOD czy Netflix jeszcze nie działały), mógł bez problemu wrócić do serialu podczas kolejnej emisji. Mało tego, wiele z tych pojedynczych epizodów stało się wkrótce absolutnymi klasykami gatunku, przywoływanymi w dyskusjach o najlepszych historiach grozy. Niemniej ciekawe, utrzymujące ciągłość fabularną odcinki z głównego nurtu (skupiające się na sprawach UFO i rządowych spisków) stanowiły zaledwie 1/4 poszczególnych sezonów.


Nie bez znaczenia był oczywiście budżet serialu. Warto zauważyć, że do tej pory żadna produkcja telewizyjna nie wykraczała poza wąskie, finansowe ramy cotygodniowego show. Seriale zawsze uważane były za rozrywkę gorszą od kina, przez co nigdy nie otrzymywały zbyt wielkich funduszy. To zmieniło się właśnie przy Z archiwum X, którego poszczególne odcinki wkrótce zaczęły wyglądać jak krótkie, 42-minutowe filmy. Mało tego, twórcy często samodzielnie tworzyli od podstaw efekty specjalne, zawstydzając tym samym wiele ówczesnych produkcji kinowych.

Odpowiedzią na powyższe elementy była stale rosnąca popularność serialu oraz wzrost zainteresowania tematami w nim poruszanymi. Mało tego, do kin trafiły też dwie pełnometrażowe produkcje spod szyldu Z archiwum X - Fight The Future (1998) oraz I Want To Believe (2008). O ile pierwszy film w interesujący sposób rozwijał tematykę głównych wątków serialu, drugi pozostał jedynie cieniem tego, co było w nim najlepsze.

Niestety, wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Pora na nieuniknione przyszła również dla Z Archiwum X. Kiedy pod koniec prac nad siódmym sezonem serii David Duchovny nie zechciał przedłużyć umowy na drugą połowę ósmego sezonu, studio zmuszone było poszukać idealnego zastępstwa. Niestety, jak to często bywa, nie da się łatwo wymienić gwiazdy, która ciągnie połowę produkcji na własnych barkach.
Pewien spadek zainteresowania publiczności ósmym i dziewiątym sezonem podyktowany był pojawieniem się nowych twarzy w zespole, czyli Johna Doggetta (Robert Patrick) i Moniki Reyes (Annabeth Gish). Choć według mnie te dwa lata oferowały ciekawą zmianę perspektywy oraz oczekiwane odświeżenie konwencji, wkrótce po starcie dziewiątego sezonu zapadła decyzja o zakończeniu serialu.


Po zaprzestaniu produkcji w 2002 roku, nikt chyba nie myślał o powrocie Z archiwum X. Nikt, oprócz jego twórcy, Chrisa Cartera. Raz na jakiś czas za jego pośrednictwem do mediów docierały wieści o reaktywacji serialu, aż wreszcie, w 2016 roku wreszcie stało się to faktem. Ku uciesze oddanych fanów, telewizja FOX zamówiła kolejny sezon, lecz miał się on składać wyłącznie z sześciu odcinków. Dobre i to, choć jak pokazała praktyka, nie zawsze chęci przekładają się na możliwości. Efekt ten pogłębił właśnie zakończony sezon jedenasty, również krótki (tylko dziesięć odcinków) i jeszcze trudniejszy do zaakceptowania niż swój poprzednik.

Mądrzy ludzie mówią, że nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Często bywa to słuszne, niemniej jednak, los dwóch ostatnich sezonów Z archiwum X potwierdza tą tezę w dość dosadny sposób.
Błędem ze strony Cartera było sądzić, że po tak długiej przerwie nowi widzowie będą zainteresowani powrotem dawnej produkcji. Co było minęło, nadeszły nowe czasy. Zmienił się sposób opowiadania tajemniczych historii, zmieniły się oczekiwania widzów. Z archiwum X było marką bazującą na elementach, które opisałem powyżej i dlatego w żaden sposób nie mogło obronić się po tak długim czasie. Tym bardziej, że powrót serialu nie obył się bez pewnych niedopatrzeń.

Pierwszym z nich była ilość odcinków. Jak się szybko okazało, więcej godzin do wykorzystania działało twórczo na piszących historie scenarzystów. Przy ograniczonej ilości godzin zaoferowano nam odcinki w większości ciężkie, zrozumiałe jedynie dla grupy bardzo oddanych fanów. Docenić je mogli w pełni tylko ci, którzy wciąż mieli w pamięci wszystkie elementy mitologii serialu. Ja dałem radę się w tym połapać, ale przeciętny Kowalski z Wałbrzycha już nie.


Kolejny ważny błąd to zapętlenie fabularne, które zadziałało niczym w powiedzonku "zabili go i uciekł". Z grobu powstała (przy dość marnym wytłumaczeniu) pewna bardzo ważna postać, a teoria spiskowa (choć nieźle dostosowana do obecnych czasów) została uszyta zbyt grubymi nićmi. Zupełnie niepotrzebnie, bo klimat serialu zawsze opierał się na niedopowiedzeniach. Nie dość tego, w pierwszym odcinku jedenastego sezonu odwrócono kota ogonem, tłumacząc widzowi, że zaprezentowana dwa lata temu, rzekoma eksterminacja ludzkości była jedynie wizją Dany Scully. Choć całość uzasadniono, było to jednak typowe pójście na łatwiznę.
Moją czarę goryczy przelał finał ostatniego sezonu, którego końcowy kwadrans sprawiał wrażenie, jakby został wycięty z zupełnie innego (bardzo durnego) serialu. Bezsensowna śmierć ważnych postaci, Scully wyznająca swoją tajemnicę Mulderowi oraz ogólny bałagan w scenariuszu zostawiły mnie z uczuciem niespełnienia i pewnego rozczarowania.

Na szczęście były też w ostatnich sezonach momenty i odcinki genialne, jednak ich należyty odbiór oceniam wyłącznie przez pryzmat oddanego fana. Niestety, skromna ilość tych treści nie pozwala mi uznać powrotu serialu za naprawdę udany. Mieliśmy do czynienia z zabawą formą, swoistym puszczaniem oka do widza, ale ja czułem w tym wszystkim, że ktoś opowiada mi wciąż tą samą bajkę, zanadto próbując, aby pasowała do obecnych czasów.
Jak pokazuje zakończenie Z archiwum X, nie zawsze dobre chęci można przekuć w sukces. Tam gdzie w grę wchodzi niemoc twórcza oraz pragnienie przywrócenia świetności tytułu, możemy sądzić, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. Choć łudziłem się, że będzie inaczej, w ostatecznym rozrachunku moje nadzieje okazały się płonne.

Co więc mi zostało? Miłość fana do poprzednich sezonów. Pomimo, że zestarzały się one nieco w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami, nadal stanowią dla mnie pewien wyznacznik w tworzeniu rozrywki oraz kwintesencję jej jakości. Są też świadectwem dziedzictwa tego wspaniałego serialu, który na stałe zagościł w historii telewizji oraz moim sercu.


piątek, 23 marca 2018

RECENZJA: Superman - Action Comics, tom 2 - Powrót do Daily Planet

W DC Odrodzenie nadal trwa sprzątanie po New 52, czego najlepszym przykładem jest drugi tomik Action Comics. Bałagan jaki powstał po wszelkich zmianach dokonanych na łamach wielu serii przez kilka ładnych lat nie dał się uporządkować kilkoma zeszytami wprowadzającymi czy wydaniem specjalnym DC Rebirth. Jak pokazuje Powrót do Daily Planet, który koncentruje się wyłącznie na życiu Supermana, potrzeba było wielu stron, aby choć w tym tytule częściowo wyjść na prostą. Co wcale nie znaczy, że należy spisać poniższą część na straty!

Action Comics to seria, która już niedługo będzie obchodzić swój wielki jubileusz. Za kilka tygodni w USA ukaże się bowiem tysięczny numer tego komiksowego magazynu. Magazynu, w którym tak wiele dekad temu zadebiutował nasz niezastąpiony Człowiek Ze Stali, zmieniając świat (nie tylko) komiksowy na zawsze. Ponieważ nazwa zobowiązuje, wydawnictwo często prezentowało mocne i pełne akcji historie z udziałem Supermana. Podobnie było też w pierwszym tomie DC Odrodzenie - Ścieżka zagłady, gdzie nasz bohater ponownie zmierzył się z morderczym Doomsday'em.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że i w tym tomie znajdziemy całą masę potyczek, podniebnych walk czy efektownego zatrzymywania rozpędzonych pociągów. O nie, tym razem Action Comics przypomina bardziej Detective Comics, ponieważ jej scenarzysta, Dan Jurgens najważniejszym elementem fabuły uczynił zagadkę. I to w zasadzie nie jedną, ale aż trzy zagadki! Oczywiście wszystkie powiązane są ściśle ze spuścizną New 52, o której wspominałem powyżej.

Najważniejsza wydaje się tu obecność Clarka Kenta, zupełnie prawdziwego i w żaden sposób nie powiązanego z rodzinnym dziedzictwem herosa zmarłego w Ostatnich dniach Supermana. Jego śledztwo w firmie Geneticron prowadzi go w opiekuńcze objęcia Supermana, który chce się wreszcie dowiedzieć kim jest ten pochodzący znikąd mężczyzna. Śledztwo przeprowadzone w Fortecy Samotności przynosi pewne odpowiedzi, lecz cała sprawa staje się jeszcze bardziej dziwna niż początkowo można się było tego spodziewać.

Podobnie ma się sytuacja z Lois Lane, która zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. To właśnie dlatego żona naszego bohatera pojawia się w redakcji Daily Planet, podszywając się pod nieobecną reporterkę. Prowadzi ją tam list otrzymany od dziennikarki, a także bardzo dziwny sen. Lois nawet nie przeczuwa, że jej śledztwo poruszy samą Superwoman, która także zataiła przed światem pewne fakty.

Jeśli do tego wszystkiego dodamy obraz nieznanego mężczyzny pojawiającego się to tu, to tam, a ostatecznie stojącego za zniknięciem budynku Genetriconu, na pewno zrozumiecie, że Powrót do Daily Planet jest tytułem, który zdecydowanie trzeba przeczytać.

I jest to całkowita racja. Choć dynamicznej akcji jest tu raczej jak na lekarstwo, tom z powodzeniem utrzymuje należyte napięcie, w ciekawy sposób prezentując i wyjawiając poszczególne elementy fabularnej układanki.
Oprócz wszelkich tajemnic Jurgensowi udało się też wepchnąć do komiksu satysfakcjonujący wątek Lexa Luthora (który jest bardzo niezadowolony z pojawienia się nowego Supermana w Metropolis) oraz kilka stron o bliskich więziach Clarka ze swoim synem.

Rysunkowo album stoi na standardowym poziomie. Patch Zircher, Stephen Segovia, Tom Grummet i inni prezentują realistyczno-dynamiczny portret postaci oraz wydarzeń. I choć czasami większość bohaterów rysowanych jest w nieco kanciasty sposób, nie można odmówić im charakterystycznego uroku, tak częstego w opowieściach superhero.

Pomimo rozliczania się z dziedzictwem poprzedniej serii, nowy tom Action Comics sprawi dużo frajdy fanom obeznanym z uniwersum DC. Przynajmniej dla mnie, czytelnika nie zawsze pożądającego soczystego mordobicia album okazał się bardzo wciągający.
Niestety, nowicjusze pragnący rozpocząć swą przygodę z Supermanem, powinni poszukać sobie innego tytułu. Zbyt wiele rzeczy wymaga znajomości kilku poprzednich albumów, dlatego polecam Wam wrócić do tej części dopiero po przeczytaniu poprzednich tomów Supermana z DC Odrodzenie.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


czwartek, 22 marca 2018

Lego Ideas 21314 - TRON: Legacy


Lego Ideas to projekt, który pozwala konstruktorom-amatorom urzeczywistniać swoje marzenia, współzawodnicząc w projektowaniu ulubionych zestawów. Wystarczy uzyskać 10 tysięcy głosów poparcia dowolnego projektu na oficjalnej stronie Lego Ideas, aby przejść do etapu wewnętrznej kwalifikacji. Jeśli tutaj również dopisze nam szczęście, za kilka miesięcy gotowy model znajdzie się na sklepowych półkach.

Najnowszy projekt braci Toma i Drew z kanału BrickBros UK na YouTube poświęcony został filmowi Tron: Dziedzictwo. 
W zestawie składającym się z 230 elementów znajdziemy dwa wspaniałe światłocykle, trzy minifigurki przedstawiające główne postacie produkcji (wraz z dyskami identyfikacyjnymi) oraz kolekcjonerską podstawkę nawiązującą do podłoża sieci. 


Lego 21314 - TRON: Dziedzictwo pojawi się w sprzedaży już pod koniec tego miesiąca, a kupować go będzie można na stronie oficjalnego sklepu Lego. Jego cena wyniesie 150 zł. 

W/g mnie wszystko w tym zestawie wyszło idealnie. Wierne oddanie modeli, doskonale zaprojektowane figurki oraz ogólny klimat filmu pozwalają przypuszczać, że ten gadżet  znajdzie swe miejsce na półkach niejednego fana dobrej fantastyki.


poniedziałek, 19 marca 2018

RECENZJA: Władza, tom 1 - Pora Demonów (S. Runberg, O. Boiscommun)

Wyobraźcie sobie świat bez ludzi. Taki, w którym z nieznanych przyczyn zniknęliśmy z powierzchni ziemi, a nasze miejsce zajęły inteligentne, antropomorficzne zwierzęta. W nowym, nieprzyjaznym otoczeniu istoty te prowadzą życie wyznaczane przez coroczną porę demonów. Jest to niebezpieczny okres, za który odpowiedzialnością obarcza się tajemniczych bogów-ludzi. Aby uniknąć katastrofy, wszyscy przedstawiciele rozumnych ras udają się do sanktuarium w Shrine. Jednak podróż jest bardzo niebezpieczna, a za wstęp do schronienia należy słono zapłacić...

W tak przedstawionych okolicznościach poznajemy rodzinę Jazona i Dafne, którzy wzorem pozostałych klanów wybierają się w długą podróż do sanktuarium. Nieoczekiwanie z pomocą w walce przeciw podstępnym łupieżcom przychodzi im trzyosobowa grupa najemników. Aby móc spokojnie podróżować, Jazon przystaje na ich ofertę ochrony. Odtąd grupa podróżników będzie zdana na pomysłowość i zdolności przewodników, którzy z przetrwania uczynili swoją życiową profesję.

Komiksy europejskie cechuje nie stosowany za oceanem zamknięty styl opowieści. Każdy album wyróżnia się osadzeniem scenariusza w ściśle określonych, fabularnych ramach. Poszczególne tomy są na ogół większą częścią zaplanowanej całości, a nie krótkimi odcinkami bardzo długiej historii.
Podobnie jest w Porze demonów. Album zaczyna się od rozpoczęcia podróży, a kończy tuż przed dotarciem do celu. Tym co pozostawia uczucie niedosytu jest jednak wszystko, co znajdziemy pomiędzy.

Największy problem Pory demonów stanowią jej bohaterowie. Aby czytelnik mógł zaangażować się w treść historii, musi w odpowiednim czasie poznać i polubić postacie. Tu nie jest to do końca możliwe. Zarówno rodzina Jazona jak i grupa najemników pod przywództwem Izaaka ukazana jest bez jakiegokolwiek wprowadzenia czy genezy.
Wraz z bohaterami zostałem wrzucony w wir wydarzeń. Niestety, nie dano mi możliwości kibicowania im, ponieważ przez cały tom nie pogłębiono ich wizerunku. Skąd pochodzą, jak się poznali i do czego dążą? Retrospekcje, wspomnienia, dialogi. Odpowiedzi nie znalazłem ani w narracji, ani w rozmowach. Pewne informacje przynosi dodatek o postaciach zamieszczony na końcu albumu, lecz w żaden sposób nie wyczerpuje on tematu.
Mocno widoczny jest też brak chemii pomiędzy Izaakiem, Oktawią i Pantakriuszem. Boli to tym bardziej, ponieważ wiem, jak kolorowymi indywidualistami bywają bohaterowie pokroju łowców nagród.

W przyswajaniu treści nie pomaga stylistyka dialogów. Za sprawą nieudolności Runberga wszystkie postacie wypowiadają się w podobny sposób, a poszczególne kwestie są dość krótkie. Trudno odróżnić specyficzne cechy charakteru, kiedy każdy z bohaterów brzmi jak jedna i ta sama osoba.

Sam pomysł na komiks jest natomiast ciekawy i oferuje autorom sporą swobodę artystyczną. Ukazanie świata jest bardzo dosadne, a często nawet dość brutalne. W scenach akcji krew leje się obficie i nigdy do końca nie wiadomo kto wyjdzie cało z potyczki. Mnogość przygód nie pozwala się nudzić, co w połączeniu z krótkimi dialogami sprawia, że komiks czyta się bardzo szybko.
Warto też zwrócić uwagę na funkcję tajemnicy. Przez całą lekturę zastanawiałem się co właściwie stało się z ludźmi, czym jest sanktuarium i jakie sekrety skrywają czuwający nad nim mnisi-wojownicy?

W parze z dynamicznymi wydarzeniami oraz udaną koncepcją idzie również warstwa graficzna. Rysunki są niewątpliwym atutem serii. Boiscommun potrafi tworzyć bardzo przejrzyste kadry, co świetnie sprawdza się zarówno na zbliżeniach, jak i dużo szerszych ujęciach. Mimika postaci wychodzi mu rewelacyjnie, mam jednak nadzieję, że w przyszłości poćwiczy jeszcze oddawanie ruchu. W kilku ujęciach wyszedł mu on dość sztucznie. Przy omawianiu rysunków warto też zwrócić uwagę na barwy. Paleta kolorów jest stonowana, dominuje tu zieleń, szarość i brąz. W sam raz do ukazania świata zwierząt.

Pierwszy tom Władzy wyszedł więc autorom na "pół gwizdka". Jeśli seria utrzyma tendencję zwyżkową, a całość okaże się zaledwie wprowadzeniem, chętnie poznam ciąg dalszy. Na razie Pora demonów nie zachwyciła mnie, ale też specjalnie nie odrzuciła. Jeśli nie jesteście jeszcze pewni, czy chcecie ją poznać, poczekajcie na recenzję tomu drugiego. Może wtedy uda mi się Was bardziej zachęcić.


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


czwartek, 15 marca 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tomy 5 i 6 - Klasyczne Opowieści 5, 6


Po raz kolejny zanurzamy się w obrazkowy świat galaktyki daleko, daleko stąd. Kolekcja Komiksów Star Wars już po raz kolejny zebrała najstarsze historie, publikowane w latach 1981-1982. 
Za scenariusze poszczególnych rozdziałów zamieszczonych w obu tomach odpowiadają Archie Goodwin, Wally Lombego, Mike W. Barr, Larry Hama, David Michelinie i Chris Claremont. Rysunki wykonali Walter Simonson, Al Williamson, Carmine Infantino i Tom Palmer.
Tym z Was, którzy nie czytali moich wrażeń z poprzednich wydań, zapraszam tu: tom 1, tom 2, tom 3 i tom 4.

W Klasycznych opowieściach 5 i 6 otrzymujemy w zasadzie to samo, do czego zdążyła przyzwyczaić nas ta seria. To oczywiście niczym nie skrępowana, radosna, i co najciekawsze - niekanoniczna już twórczość. Podobne stwierdzenie absolutnie nie znaczy, że nie warto zagłębić się w te historie. A mamy ich tu bez liku!

Poznajemy ciąg dalszy komiksowej adaptacji Imperium kontratakuje, razem z Lukiem stajemy naprzeciw groźnej zabójczej sondzie, a wraz z Leią, C-3PO i R2-D2 lądujemy na Aargau, gdzie księżniczka z Alderaana podejmie próbę uzyskania finansowej pożyczki na rzecz rebelii. Zobaczymy też jak idą przygotowania do wybrania nowej bazy rebeliantów i poznamy przygodę Lando podczas powrotu na Bespin.
Należy mieć pełną świadomość, że to co wymieniłem powyżej jest zaledwie początkiem! Mnogość przygód znanych i lubianych bohaterów idzie w parze z kreatywnością autorów, którzy w czasach powstawania niniejszych komiksów mieli chyba dużo większą swobodę twórczą.

Jakkolwiek pomysłowe wydają się być te opowieści, dla mnie największą frajdą jest wyszukiwanie odniesień, błędów czy wszelkich zmian względem późniejszego kanonu uniwersum. Jest ich tu całkiem sporo. Nie zawsze jednak wprawne oko fana zdoła wyłapać je wszystkie, toteż poniżej przedstawiam te, które udało mi się dostrzec w trakcie pierwszego czytania.
A Was zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich własnych uwag (mogłem przecież coś przegapić!).

Najbardziej rzucającą się w oczy kwestią jest brak konsekwencji w jednym z najważniejszych elementów fabuły. Jak się być może domyślacie, chodzi mi o misję odbicia Hana Solo z rąk łowcy nagród, Boby Fetta. Okazuje się, że stan wiedzy bohaterów zmienia się wraz z każdym kolejnym rozdziałem komiksu. Raz mówią, że Han został zabrany na Tatooine, innym razem nie mają pojęcia gdzie porwany przyjaciel się znajduje. I tak na zmianę, przez cały tom piąty. A scenariusz ewidentnie sugeruje, że są już prawie gotowi na misję ratunkową. No błagam!...
W szóstym tomie na szczęście kwestia Hana nie powraca już prawie w ogóle, więc przynajmniej pod tym względem robi się już dość normalnie.

Kolejnym błędem jest pojawienie się nowego miecza świetlnego Luke'a, zaraz po tym jak stracił poprzedni w czasie potyczki z Vaderem na Bespin. Żadnego słowa wyjaśnienia, żadnej próby pokazania budowy nowej broni...

Z ciekawostek należy wymienić wspomnienia C-3PO, który w Trzecim prawie twierdzi, że jednym z jego poprzednich właścicieli był jakiś kolekcjoner motyli.
W rozdziale Zło powstaje z martwych pojawiają się gundarki (wiecie, te stwory o których wspomina Luke'owi Han w Imperium kontratakuje). Jest to o tyle ciekawe, ponieważ dużo później, a dokładnie w serialu The Clone Wars zaprezentowano zupełnie inny wygląd tych drapieżników. No, ale komiks był pierwszy. Tymczasem to wersja telewizyjna pozostaje w pełni kanoniczna.
W Ogniu rebelii wśród gwiazd Leia wyraźnie czuje Moc, choć nie zostało to nazwane bezpośrednio. Księżniczka wspomina, że czuła na odległość jak umiera załoga imperialnego niszczyciela. Podczas tej chwili doznała ich strachu i bólu, co nagle zastąpiła okropna, wszechobecna pustka.
Humorystycznym zagraniem w historii Witaj, Bespinie, i żegnaj! jest wspomnienie Lando o koncie bankowym posiadanym przez Vadera. W innym rozdziale narracja podpowiada, że Carlissian miał wielkie wzięcie także wśród przedstawicieli tej samej płci.


Rysunki nie odstają od tego, co prezentowane było w cyklu poprzednio. To nadal ta sama, klasyczna kreska, dominująca w komiksach amerykańskich na przełomie lat 70-tych i 80-tych.

Czego by nie sądzić o serii Klasycznych opowieści, są one prawdziwą kopalnią smaczków, dobrych i bardzo twórczych pomysłów. Niestety, wiele z nich jest również zupełnie nietrafionych. 
Na pewno wiele osób odrzuci nieco zramolały sposób opowiadania przygód bohaterów, toteż sądzę, że kolekcja najlepiej przemówi do oddanych fanów, chcących poznać rozwój historii sagi albo bardzo młodych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z komiksem. 
Reszta musi sięgnąć po ten tytuł na własną odpowiedzialność i przekonać się samodzielnie czy coś takiego im odpowiada. Ja myślę, że ponownie warto dać serii szansę.


Za udostępnienie tomów kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


wtorek, 13 marca 2018

RECENZJA: Anihilacja (2018)

Są takie filmy, które już od chwili zobaczenia pierwszej zapowiedzi budzą we mnie ciekawość, oczekiwanie i nadzieję. Alex Garland, po świetnie zrealizowanych produkcjach Ex Machina i 28 dni później na swój reżyserski warsztat wziął pierwszą z cyklu książek autorstwa Jeffa VanderMeera.

Anihilacja już od pierwszej chwili zapowiadała się jako co najmniej bardzo intrygujące kino science-fiction, a ja, zachęcony niepowtarzalnością takich produkcji jak Nowy początek (Arrival), bardzo chciałem zobaczyć raz jeszcze coś w podobnym stylu. W podobnym, czyli bez przesadnego nadęcia, a jednocześnie nie przesyconego tanią efektownością lub realizacją pod masowego, pożerającego popcorn widza.

Fabuła Anihilacji jest jednocześnie prosta i zagadkowa. Pewna pani biolog (Natalie Portman) decyduje się na wzięcie udziału w ściśle tajnej misji organizowanej przez wojsko, prowadzącej do miejsca, gdzie z niewyjaśnionych przyczyn przestały obowiązywać prawa natury. Doktor Lena podejmuje to wyzwanie, ponieważ jej mąż Kane (Oscar Isaac) jest żołnierzem, który wcześniej uczestniczył w tajnej wyprawie na ten sam obszar. Wraz z grupą czterech wykształconych kobiet (Jennifer Jason Leigh, Gina Rodriguez, Tessa Thompson, Tuva Novotny) Lena wchodzi do świata, który jak się wkrótce okaże, jest równie fascynujący co niebezpieczny.

Od pewnego czasu wykształciłem w sobie przekonanie, że filmy z gatunku fantastyki powinny nieść ze sobą sporą ilość zabawy, natomiast dobre, mięsiste science-fiction musi zmuszać mnie do myślenia, proponując pewnego rodzaju rozważania natury filozoficznej. Nie zawsze jest to regułą, na szczęście film Garlanda skutecznie uderza właśnie w te nuty.


Anihilacja nie jest bowiem filmem dla wszystkich. To dość powolna, doskonale wyważona historia o podróży do miejsca, gdzie każdemu uczestnikowi (a także widzowi) przyjdzie skonfrontować swoje stanowisko odnośnie świata, wartości czy tego co jest nam znane. Nie znajdziecie tu akcji pędzącej na łeb na szyję, plastikowych starć z nieznaną siłą czy płaskich, na szybko planowanych scen pod publiczkę. To kino przemyślane, w pełni autorskie, zaskakujące tak w czasie oglądania jak i wiele godzin później.

Przyznam, że sam miałem z początku problem z tym filmem. Po zakończonym seansie nie za bardzo wiedziałem czy jestem zadowolony, czy może wolę zupełnie inną formę opowieści. Jednak po kilkunastu minutach Anihilacja zaczęła we mnie dojrzewać, sprawiając, że z każdą chwilą inaczej myślałem o tym, co dane mi było zobaczyć. To, co z początku nie trafiło na podatny grunt, chwila po chwili zaczęło się przyjmować i teraz już wiem, że film bardzo mi się podobał.


A ma się tu co podobać! Samo rozpisanie fabuły wywołuje spore zainteresowanie, bo wiele początkowych scen (a także krótkich retrospekcji) rozgrywa się tu w pozornie losowej kolejności. Nie jest to zupełnie tak, że najpierw oglądamy koniec, a dopiero później początek, ale ta intuicyjnie wykreowana przypadkowość ma na celu utrzymanie widza w większej niepewności. Postacie nakreślone zostały nad wyraz poprawnie. Bohaterki nie sprawiają wrażenia bandy głupków gotowych do poświęcenia się w imię rozrywki widza. Ich historia nieustannie służy fabule, podążając wraz z nią w mroczne i tajemnicze miejsca, wykreowane w umyśle twórcy obrazu.

Choć film sprawia wrażenie nieco rozciągniętego w czasie, miłośnicy interesujących zwrotów akcji też znajdą tu wiele dla siebie. Samo spotkanie bohaterek z niezwykłą fauną i florą niesamowicie pobudza wyobraźnię, a kilka scen podnosi dynamikę filmu, sprawiając, że naprawdę mocno zapadają w pamięci. Szczególnie ciekawie wypada jedna z finałowych sekwencji, kiedy Lena nawiązuje bliski kontakt z organiczną materią. To właśnie wtedy efekty specjalne, gra aktorska i muzyka tworzą coś prawdziwie unikalnego.


Anihilacja obudziła we mnie myśli nieobecne w moim umyśle od dłuższego już czasu. Sprawiła, że zacząłem znów zastanawiać się nad tym jak mało wiem, a także inaczej spojrzałem na siebie i swoje otoczenie w kontekście człowieczeństwa. Co rozumiemy przez wiedzę o samych sobie i jak poukładany jest świat? Co decyduje o funkcjach percepcji poznania? Film kładzie spory nacisk na biologiczną sferę ludzkiego istnienia, zderzając ją z wołaniem o odpowiedzi z dalszych zakamarków wszechświata.

Jedyny niedosyt pozostawia niemożność obejrzenia produkcji w kinie. Podstępny Netflix wprowadził Anihilację w wielu krajach od razu na swoją platformę, przez co wielkoekranowa wizja reżysera ginie w specyficznym zaciszu domowego ogniska.
A szkoda, bo kolejne mądre pytanie o nas samych oraz możliwość istnienia życia w kosmosie znacznie bardziej zasługuje na typowo kinową interpretację. Ale nawet bez tego daje wiele do myślenia, odciskając trwały ślad w umyśle wrażliwego widza.


piątek, 9 marca 2018

RECENZJA: Rat Queens, tom 2 - Dalekosiężne Macki N'Rygotha

Są takie serie, którym zdecydowanie warto dać drugą szansę. Kiedy pół roku temu opisywałem swoje wrażenia po lekturze pierwszego tomu Rat Queens, narzekałem na słabą kreację świata i jednowymiarowy humor. Podczas gdy sam pomysł stworzenia bardziej rubasznego i dosadnego fantasy był godny pochwały, nie do końca przypadł mi do gustu sposób w jaki Kurtis J. Wiebe ten cel realizował.

Ogólnie przygody wojowniczych przyjaciółek nie były aż tak złe, dlatego z zaciekawieniem przeczytałem drugi tom. Musiałem przekonać się czy ten statek pójdzie z hukiem na dno, czy może utrzyma się na powierzchni. O dziwo, okazało się, że autor scenariusza nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a seria stopniowo nabrała rumieńców, wypełniając się nie tylko oczekiwanymi przeze mnie elementami, ale również stając się coraz ciekawszą.

W Dalekosiężnych mackach N'Rygotha otrzymujemy ciąg dalszy historii Betty, Dee, Violet i Hannah, wojowniczych łowczyń nagród i wielbicielek dobrej zabawy. Dziewczyny wracają do życia po dość hucznej imprezie, lecz jak można się spodziewać, poranek przy wspólnym śniadaniu szybko zmieni się w kolejne karkołomne zadanie do wykonania. Oczywistym jest, że wątek zemsty Gerriga będzie grał tu pierwsze skrzypce. Śledzimy więc losy przyjaciółek, poznając także nowe fakty dotyczące pozostałych postaci. Najciekawsze jest jednak to, że zmyślna intryga łączy się bezpośrednio z przeszłością Dee oraz kapitana Sawyera. Ten z kolei znika w tajemniczych okolicznościach, trafiając na ślad zaginionej Bernadetty.

Początek tomu pierwszego (Magią i maskarą) robił wrażenie wyrwanego z kontekstu. Na szczęście, w Dalekosiężnych mackach N'Rygotha te braki w przedstawieniu świata wreszcie przestały mieć większe znaczenie. Wraz z rozwojem akcji coraz bardziej zagłębiamy się w przygodach Rat Queens, a one same nie są już wyłącznie buńczucznymi, klnącymi na prawo i lewo dziewuchami. K. J. Wiebe postanowił ukazać nam liczne retrospekcje z ich przeszłości, wzbogacając tym samym obraz bohaterek. Co ciekawe, udało mu się w ten sposób uzupełnić o zupełnie nowe elementy wspomniane braki w obrazowaniu świata. 

I to zadziałało rewelacyjnie! O ile nie mogę jeszcze całkowicie rozpłynąć się nad rozwinięciem treści, przyznaję, że drugi tom dał całej historii znacznie więcej serca, sensu i fabularnej głębi.
Zagadka zaprezentowana w pierwszej części weszła w drugą, decydującą fazę, lecz sporo kwestii pozostało jak na razie bez odpowiedzi. Nawet w przeszłości Królowych Szczurów znalazło się kilka pytań, których rozwiązania będę oczekiwał z niecierpliwością. To jest już jednak zadanie dla kolejnych odsłon serii.

Dalekosiężne macki N'Rygotha zaplanowane zostały podobnie do Magią i maskarą. Początek komiksu jest spokojny, wręcz wyważony, aby stopniowo przejść do kumulacji wszystkich wydarzeń w niezwykle wybuchowym finale. Oba te elementy sprawdzają się bardzo dobrze. Pierwsza połowa daje nam możliwość jeszcze lepszego poznania bohaterek, a zakończenie oferuje dynamiczną akcję, gdzie kumuluje się większość najważniejszych wątków.

Ilustracje do drugiego tomu wykonali Roc Upchurch i Stjepan Sejic. Pierwszy z artystów prezentuje dynamiczny, nieco fotograficzny realizm, natomiast drugi tworzy bardziej szkicowe kadry (z nowszych prac tego twórcy warto wymienić czwartą odsłonę przygód Aquamana z DC Rebirth).
Oba, nieco różniące się od siebie style pasują tu jednak idealnie, skupiając się przede wszystkim na postaciach oraz rozmachu prezentowanych wydarzeń.

Tom drugi Rat Queens ma moim zdaniem do zaoferowania więcej niż swój poprzednik. Dziewczyny stały się jeszcze ciekawszymi i głębszymi postaciami, dzięki czemu mogłem bardziej wkręcić się w fabułę i zaakceptować specyficzny humor. Stawka znacznie wzrosła, a więź zaciągnięta pomiędzy bohaterkami i czytelnikiem sprawia, że bardziej angażujemy się w całą historię.

K. J. Wiebe stworzył opowieść, która (mam nadzieję) będzie zyskiwała z każdym kolejnym spotkaniem z Królowymi Szczurów. Wygląda na to, że im dalej w las, tym bardziej widać, że celem autora nie było wykreowanie zwykłego pastiszu gatunku fantasy, lecz opowiedzenie zaplanowanej historii w bardzo autorski, indywidualny sposób. Osiągnął to, tworząc niepowtarzalne bohaterki, które na swych barkach dźwigają cały ciężar jego dzieła. A skoro to działa, to na cóż jeszcze można narzekać?...

A jak Wam podoba się seria Rat Queens? Która z bohaterek jest Waszą ulubioną? Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach!


Seria Rat Queens jest wydawana przez Non Stop Comics.  


wtorek, 6 marca 2018

RECENZJA: Liga Sprawiedliwości, tom 2 - Epidemia

Komiksy o Lidze Sprawiedliwości były pierwszymi (obok Flasha) po które sięgnąłem jakiś czas temu zaczynając swoją przygodę z superbohaterszczyzną. Z miejsca zakochałem się w lekkości, polocie i niezwykłej różnorodności losów tej niesamowitej grupy. Większość tomów wydanych w ramach Nowego DC Comics (The New 52) uważam za udane (w szczególności 1-3 oraz 7-8), a zamknięte historie, takie jak Kryzys tożsamości tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto sięgać po te tytuły.

W ubiegłym roku, kilkanaście miesięcy po amerykańskim starcie inicjatywy DC Rebirth (Odrodzenie) w naszym kraju zaczęły ukazywać się komiksy z tej odświeżonej serii. Liga Sprawiedliwości dołączyła do grona bohaterów opisywanych na jej łamach, lecz jak pokazał pierwszy tom, scenarzysta Bryan Hitch zbyt górnolotnie potraktował przygody tej super-drużyny. Maszyny zagłady odstraszały czytelnika pompatycznym stylem, napuszonymi dialogami i brakiem zasadniczej więzi z postaciami. Do tego dziwne, nie do końca zrozumiałe zagrożenie, z którym walczyła Liga przyczyniło się do tego, że tom pierwszy czytało się ciężko i bez wyraźnej przyjemności. Czy w Epidemii coś zmieniło się na lepsze?

Najnowszy tom wypełniają dwie historie. Pierwsza opowiada o ataku dziwnego, wyzwalającego nieopanowany strach symbionta, druga traktuje o nieznanym systemie, który wdarł się do oprogramowania Cyborga, zagrażając reszcie Ligi. I choć już ten krótki opis może wywołać pewne obawy co do niechcianej powtórki z rozrywki, spieszę Was uspokoić. Tym razem nie jest aż tak źle. Oczywiście, obie historie nie ustrzegły się kilku rażących niedoróbek, lecz jako całość wypadają już dość poprawnie.

Sparaliżowani strachem to pierwsza opowieść i do niej mam największe zastrzeżenia. Obca materia, która atakuje Ligę miała w sobie niezwykły potencjał aby pokazać, co stanie się gdy członków drużyny opanuje niepohamowany lęk. Niestety, Bryan Hitch nie rozwinął należycie swego pomysłu, pozbawiając nas jakiegokolwiek wstępu oraz zakończenia samej historii. Owszem, bohaterowie pokonali nienazwanego przeciwnika, lecz czytelnik pozostał bez wyjaśnienia co i dlaczego się stało. Ot, po prostu, drużyna oswobodziła się z przemożnego wpływu, po czym bez dwóch zdań wszyscy poszli sobie do domu. Gdyby poświęcono kilkanaście dodatkowych stron na rozwinięcie samej idei obcej materii wpływającej na lęki bohaterów, wyszłaby z tego naprawdę imponująca opowieść.
Sparaliżowani strachem bronią się w zasadzie wyłącznie ukazaniem życia prywatnego Jessiki i Barry'ego. Scena, w której Flash decyduje się w czasie randki wręczyć Zielonej Latarni kwiaty, jest naprawdę rozbrajająca.

Tytułowa Epidemia to już trochę inna para kaloszy. Tu wszystko zdaje się być bardziej na miejscu i choć w historii zabrakło czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej, stawia ona jedno bardzo ważne pytanie. Oprócz wzajemnych potyczek bohaterów istotny jest tu problem rozwijających się, samouczących systemów komputerowych. Dziś tak bardzo opieramy się na zaufaniu w skuteczność przeróżnego rodzaju aplikacji, że nie podejrzewamy kiedy mogą one zacząć działać na naszą niekorzyść. Dlatego też wszystkie pojazdy z Bat-Jaskini buntują się przeciw Batmanowi, Obserwatorium Ligi spada wprost na San Francisco, Cyborg wyzwala potęgę pierścienia Baza przeciw reszcie drużyny, a na koniec wszyscy niegdyś pokonani przez nią złoczyńcy tłumnie pojawiają się aby zgładzić swych oponentów.
Poza tym, to znów standardowe bij-zabij z udziałem tłumu superbohaterów.

Rysunki wykonane przez Jesusa Merino, Matthew Clarka i Toma Derenicka są nad wyraz poprawne. Nie ma tu generalnie nic, co wybijałoby ten tom ponad komiksową przeciętność. Kadry są dynamiczne i czytelne, choć w niektórych miejscach twarze poszczególnych postaci bywają dziwnie płaskie i jakby niedopracowane. Rzuca się to szczególnie w oczy w drugiej połowie komiksu.

Epidemia została pozbawiona męczącego nadęcia dominującego w poprzednim tomie, dzięki czemu czyta się ją zdecydowanie lżej i przyjemniej. Ukazanie relacji pomiędzy bohaterami jest wreszcie widoczne, co powoduje chęć wczucia się w historię, a wspólne działanie opiera się w końcu na wzajemnych dialogach oraz zgraniu drużyny.
Niestety, braki o których napisałem powyżej nie pozwalają mi zaliczyć tego tomu do ulubionych. Przyznam jednak, że daleki jestem od stwierdzenia, że było to coś niewartego mojego czasu. Album zawdzięcza to głównie temu, że Liga została tu przedstawiona jako grupa indywidualnych postaci, które ramię w ramię stają naprzeciw niebezpieczeństwom.

Nie oczekujcie więc od Epidemii czegoś, co zdecydowanie wgniecie Was w fotel. To taka historia, o której zapomnicie szybko po odłożeniu komiksu na półkę. Najważniejsze, że nie została narzędziem służącym ukazaniu wyłącznie widowiskowych starć czy podsumowaniu kilku innych serii (patrz: Axis).


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


poniedziałek, 5 marca 2018

RECENZJA: Avengers i X-Men - Axis

Nadal trwają moje próby przekonania się do komiksowego Marvela. Po średnio zachwycającym Preludium do Spiderversum i bardzo interesującym Źle, które ludzie czynią (w/g scenariusza niesamowitego Kevina Smitha) sięgnąłem po historię łączącą zmagania dwóch drużyn: Avengers i X-Menów.

Axis, bo o nim oczywiście mowa, to opowieść skupiająca się na wojnie jaka wybuchła pomiędzy większością herosów z uniwersum. Czy jako czytelnik dość słabo zaznajomiony ze światem Marvela mogłem połapać się w fabule i bezproblemowo cieszyć przedstawioną treścią? O tym przeczytacie poniżej. Sprawdzimy też czy Axis nie jest czasem przesytem formy nad treścią...

W poprzednich tomach z historiami o tytułowych drużynach doszło do wielu zaskakujących wydarzeń. Steve Rogers utracił serum superżołnierza, co zmusiło go do oddania tarczy Kapitana Ameryki Samowi Wilsonowi. Tymczasem jeden z największych wrogów Kapitana - Red Skull posiadł umysł zamordowanego przez Cyklopa Profesora Xaviera. Zyskał dzięki temu potężną siłę parapsychiczną, za pomocą której zamierzał raz na zawsze wybić wszystkich mutantów. Kiedy zdeterminowany Magneto zabił Skulla na wyspie Genoshy, ten niespodziewanie odrodził się za sprawą wspomnianej mocy jako wszechpotężny Red Onslaught.

I właśnie teraz oba zastępy superdrużyn stają oko w oko z nowo powstałym niebezpieczeństwem. Zadanie jest o tyle trudniejsze, ponieważ Onslaught potrafi mieszać bohaterom w głowach, co ostatecznie prowadzi do wypaczenia ich charakterów. Opowiadający się po stronie dobra Avengers i X-Men stają się źli, a przybyli do pomocy w walce złoczyńcy zaczynają walczyć o słuszną sprawę.

W ten sposób zaczyna się cała zabawa, choć właściwie należy nazwać to radosnym zamieszaniem. Odnoszę wrażenie, że Rick Remender stworzył to imponujące rozmachem wydarzenie, aby w epickim stylu zakończyć liczne wątki, poruszane od jakiegoś czasu w komiksowych seriach (Uncanny Avengers, All New X-Men, Avengers). Aby dokonać tego w sposób godny i imponujący, a także nie zatracając stylistyki komiksów superbohaterskich, w całą aferę wmieszał olbrzymią liczbę postaci wydawnictwa.

No i kogóż my tu nie mamy? Spider-Man, Hulk, Thor, Kapitan Ameryka, Storm, Luke Cage, Daredevil, Iron-Man, Medusa, Deadpool, Loki, Dr. Strange, Carnage, Magneto, Dr. Doom, Apocalipse... Zabrakło chyba tylko Punishera. Wymieniać można by długo, lecz zupełnie nie o to chodzi. Postaci jest oczywiście bez liku. O dziwo, taka ich ilość sprawdza się w Axis całkiem nieźle. Oczywiście, nie każdy heros dostał tu osobną planszę, zrozumiałym jest również, że część bohaterów pełni wyłącznie rolę tła, ale są też tacy, którzy ciągną całą historię do przodu.

A ta została przedstawiona tak, że pomimo wszelkiego bogactwa inwentarza nie pogubiłem się w zawiłościach fabuły. Bo też nie było specjalnie w czym. Axis to przede wszystkim imponujący komiks akcji, gdzie walka dominuje absolutnie każdy fragment opowieści. Jeśli pojawiają się chwile na oddech, są one krótkie i mają na celu skierować uwagę czytelnika na rozpoczęcie kolejnej spektakularnej potyczki.
Myślę, że R. Remender próbował pokazać jak motywowaliby swoje czyny zmieniający stronę bohaterowie. I choć próbował tu i ówdzie wcisnąć stosowne uzasadnienia, w natłoku akcji stało się to niezbyt znaczącym elementem. Postacie wygłaszają więc swoje racje, nawiązują się nowe sojusze, lecz kolejne widowiskowe konflikty szybko przesłaniają nam te wynurzenia.

Niestety, brak w Axis poczucia większej stawki. Superbohaterskie eventy mają to do siebie, że często wyznaczają nową granicę poprzez dramatyczne i nieodwracalne wydarzenia. Kiedy mocno sugeruje się nam, że kilka ważnych postaci straciło życie aby ocalić świat, twórcy nie powinni na koniec wracać ich do pełni sił. Przynajmniej nie w tej samej historii.

Rysunki w albumie wykonali Adam Kubert, Jim Cheung, Leinil Francis Yu i Terry Dodson.
Pierwsi trzej zaprezentowali mocno szczegółowe i dynamiczne kadry, gdzie dzieje się często i dużo. T. Dodson swą grubą, wyraźną kreską ukazał bardziej stonowaną stronę konfliktu. Choć na jego rysunkach akcja również gna do przodu, to jednak nie są one tak przeładowane jak prace kolegów. Sprawdza się to dość dobrze, ponieważ artysta wykonał wyłącznie środkowe rozdziały historii, czyli te, przy których czytelnik potrzebuje więcej czasu na oddech.

Axis to komiks, który jest niewątpliwie ważnym etapem w losach Avengers oraz X-Menów. Stanowi też swojego rodzaju podsumowanie, ale i niezłe wprowadzenie do kolejnych, niezwykłych wydarzeń. Czy będą one mniej wybuchowe i bardziej poukładane niż w tym tomie, zapewne pokaże nam czas.

Nie jest to opowieść, która przypadnie do gustu czytelnikom lubiącym bardziej wyszukaną treść. Sprowadza się ona do bycia wyłącznie radosną rozwalanką, choć nie obraża przy tym inteligencji czytającego.
I choć nie mogę czasu z tym tomem uznać za stracony, to o wiele bardziej podobała mi się druga część przygód Ligii Sprawiedliwości z DC. O niej przeczytacie na blogu już wkrótce.


Za udostepnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont