poniedziałek, 26 marca 2018

Niesamowite historie Z Archiwum X, oraz jak finałowe sezony zmarnowały powrót tego wspaniałego serialu.

Z achiwum X to niewątpliwie najważniejszy serial mojego życia. Serial, który kształtował telewizję sprzed ponad dwóch dekad, nadając jej nowatorski, bardziej odważny kształt. Bez niego dzisiejszy świat rozrywki małego ekranu z pewnością wyglądałby zupełnie inaczej. Był to inteligentny i przemyślany, choć jednak w pełni komercyjny twór, pozwalający wysilić szare komórki bezwolnie wpatrującego się w szklany ekran widza. Za sprawą swojego twórcy i mentora - Chrisa Cartera, serial zadawał pytania, które czaiły się gdzieś w najdalszych zakątkach naszego umysłu. Pytania, które nie zawsze chcieliśmy zadać, ale i tak bardzo pociągała nas możliwość uzyskania odpowiedzi.

A było ich sporo. Od najważniejszego - czy jesteśmy sami we wszechświecie, po rozważania o prawdziwości tajnych rządowych spisków, niewyjaśnionych morderstwach, psychopatycznych zabójcach oraz wszelkich monstrach, duchach czy istotach z innego wymiaru. Każdy odcinek opowiadał inną historię, każdy częściowo przybliżał nas do poznania tak pożądanej prawdy (Truth is out there).
Wraz z dwójką głównych bohaterów, agentami FBI - Foxem Mulderem (David Duchovny) i Daną Scully (Gillian Anderson) tropiliśmy niewyjaśnione, mroczne zagadki. Choć włoski często jeżyły się nam na karku, spragnieni więcej wracaliśmy przed telewizor co tydzień o tej samej porze. Warto dodać, że każde z bohaterów prezentowało odmienne spojrzenie na prowadzone dochodzenia. Mulder był tym, który opowiadał się po stronie najbardziej nieprawdopodobnych wyjaśnień, natomiast Scully wolała naukowe podejście do tematu. 

Fenomen Z archiwum X kryje się w kilku bardzo istotnych aspektach. Jak to często bywa, jednym z nich jest czas powstania serialu, czyli coś, na co twórcy nie mieli bezpośredniego wpływu.
Pierwszy odcinek serii wyemitowany został w USA jesienią 1993 roku. Był to czas, kiedy elementy napędzające rywalizację światowych mocarstw powoli odchodziły w zapomnienie, a ludzkość coraz bardziej odczuwała ekscytację z powodu zbliżającego się nowego tysiąclecia. Takie okazje zawsze wywołują specyficzne pytania i tu serial wstrzelił się znakomicie. Oferował widzom to, co w tej chwili niezwykle ich intrygowało. Rozwój technologii oraz lepszy dostęp do środków masowego przekazu pokazał, że pewne do tej pory zbywane niewiadome mogą wymagać dodatkowych wyjaśnień. Czas mydlenia oczu odchodził bezpowrotnie, a wszyscy coraz bardziej czuli, że być może nie mówi się nam wszystkiego.

Drugą sprawą była forma serialu. Zamiast ciągłości fabularnej zdecydowano się wzorem popularnej Strefy mroku opowiadać w poszczególnych odcinkach krótsze, zamknięte historie. W ten sposób odbiorca, któremu nie udało się obejrzeć jakiegoś odcinka (a pamiętajmy, że były to czasy kiedy usługi VOD czy Netflix jeszcze nie działały), mógł bez problemu wrócić do serialu podczas kolejnej emisji. Mało tego, wiele z tych pojedynczych epizodów stało się wkrótce absolutnymi klasykami gatunku, przywoływanymi w dyskusjach o najlepszych historiach grozy. Niemniej ciekawe, utrzymujące ciągłość fabularną odcinki z głównego nurtu (skupiające się na sprawach UFO i rządowych spisków) stanowiły zaledwie 1/4 poszczególnych sezonów.


Nie bez znaczenia był oczywiście budżet serialu. Warto zauważyć, że do tej pory żadna produkcja telewizyjna nie wykraczała poza wąskie, finansowe ramy cotygodniowego show. Seriale zawsze uważane były za rozrywkę gorszą od kina, przez co nigdy nie otrzymywały zbyt wielkich funduszy. To zmieniło się właśnie przy Z archiwum X, którego poszczególne odcinki wkrótce zaczęły wyglądać jak krótkie, 42-minutowe filmy. Mało tego, twórcy często samodzielnie tworzyli od podstaw efekty specjalne, zawstydzając tym samym wiele ówczesnych produkcji kinowych.

Odpowiedzią na powyższe elementy była stale rosnąca popularność serialu oraz wzrost zainteresowania tematami w nim poruszanymi. Mało tego, do kin trafiły też dwie pełnometrażowe produkcje spod szyldu Z archiwum X - Fight The Future (1998) oraz I Want To Believe (2008). O ile pierwszy film w interesujący sposób rozwijał tematykę głównych wątków serialu, drugi pozostał jedynie cieniem tego, co było w nim najlepsze.

Niestety, wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Pora na nieuniknione przyszła również dla Z Archiwum X. Kiedy pod koniec prac nad siódmym sezonem serii David Duchovny nie zechciał przedłużyć umowy na drugą połowę ósmego sezonu, studio zmuszone było poszukać idealnego zastępstwa. Niestety, jak to często bywa, nie da się łatwo wymienić gwiazdy, która ciągnie połowę produkcji na własnych barkach.
Pewien spadek zainteresowania publiczności ósmym i dziewiątym sezonem podyktowany był pojawieniem się nowych twarzy w zespole, czyli Johna Doggetta (Robert Patrick) i Moniki Reyes (Annabeth Gish). Choć według mnie te dwa lata oferowały ciekawą zmianę perspektywy oraz oczekiwane odświeżenie konwencji, wkrótce po starcie dziewiątego sezonu zapadła decyzja o zakończeniu serialu.


Po zaprzestaniu produkcji w 2002 roku, nikt chyba nie myślał o powrocie Z archiwum X. Nikt, oprócz jego twórcy, Chrisa Cartera. Raz na jakiś czas za jego pośrednictwem do mediów docierały wieści o reaktywacji serialu, aż wreszcie, w 2016 roku wreszcie stało się to faktem. Ku uciesze oddanych fanów, telewizja FOX zamówiła kolejny sezon, lecz miał się on składać wyłącznie z sześciu odcinków. Dobre i to, choć jak pokazała praktyka, nie zawsze chęci przekładają się na możliwości. Efekt ten pogłębił właśnie zakończony sezon jedenasty, również krótki (tylko dziesięć odcinków) i jeszcze trudniejszy do zaakceptowania niż swój poprzednik.

Mądrzy ludzie mówią, że nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Często bywa to słuszne, niemniej jednak, los dwóch ostatnich sezonów Z archiwum X potwierdza tą tezę w dość dosadny sposób.
Błędem ze strony Cartera było sądzić, że po tak długiej przerwie nowi widzowie będą zainteresowani powrotem dawnej produkcji. Co było minęło, nadeszły nowe czasy. Zmienił się sposób opowiadania tajemniczych historii, zmieniły się oczekiwania widzów. Z archiwum X było marką bazującą na elementach, które opisałem powyżej i dlatego w żaden sposób nie mogło obronić się po tak długim czasie. Tym bardziej, że powrót serialu nie obył się bez pewnych niedopatrzeń.

Pierwszym z nich była ilość odcinków. Jak się szybko okazało, więcej godzin do wykorzystania działało twórczo na piszących historie scenarzystów. Przy ograniczonej ilości godzin zaoferowano nam odcinki w większości ciężkie, zrozumiałe jedynie dla grupy bardzo oddanych fanów. Docenić je mogli w pełni tylko ci, którzy wciąż mieli w pamięci wszystkie elementy mitologii serialu. Ja dałem radę się w tym połapać, ale przeciętny Kowalski z Wałbrzycha już nie.


Kolejny ważny błąd to zapętlenie fabularne, które zadziałało niczym w powiedzonku "zabili go i uciekł". Z grobu powstała (przy dość marnym wytłumaczeniu) pewna bardzo ważna postać, a teoria spiskowa (choć nieźle dostosowana do obecnych czasów) została uszyta zbyt grubymi nićmi. Zupełnie niepotrzebnie, bo klimat serialu zawsze opierał się na niedopowiedzeniach. Nie dość tego, w pierwszym odcinku jedenastego sezonu odwrócono kota ogonem, tłumacząc widzowi, że zaprezentowana dwa lata temu, rzekoma eksterminacja ludzkości była jedynie wizją Dany Scully. Choć całość uzasadniono, było to jednak typowe pójście na łatwiznę.
Moją czarę goryczy przelał finał ostatniego sezonu, którego końcowy kwadrans sprawiał wrażenie, jakby został wycięty z zupełnie innego (bardzo durnego) serialu. Bezsensowna śmierć ważnych postaci, Scully wyznająca swoją tajemnicę Mulderowi oraz ogólny bałagan w scenariuszu zostawiły mnie z uczuciem niespełnienia i pewnego rozczarowania.

Na szczęście były też w ostatnich sezonach momenty i odcinki genialne, jednak ich należyty odbiór oceniam wyłącznie przez pryzmat oddanego fana. Niestety, skromna ilość tych treści nie pozwala mi uznać powrotu serialu za naprawdę udany. Mieliśmy do czynienia z zabawą formą, swoistym puszczaniem oka do widza, ale ja czułem w tym wszystkim, że ktoś opowiada mi wciąż tą samą bajkę, zanadto próbując, aby pasowała do obecnych czasów.
Jak pokazuje zakończenie Z archiwum X, nie zawsze dobre chęci można przekuć w sukces. Tam gdzie w grę wchodzi niemoc twórcza oraz pragnienie przywrócenia świetności tytułu, możemy sądzić, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. Choć łudziłem się, że będzie inaczej, w ostatecznym rozrachunku moje nadzieje okazały się płonne.

Co więc mi zostało? Miłość fana do poprzednich sezonów. Pomimo, że zestarzały się one nieco w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami, nadal stanowią dla mnie pewien wyznacznik w tworzeniu rozrywki oraz kwintesencję jej jakości. Są też świadectwem dziedzictwa tego wspaniałego serialu, który na stałe zagościł w historii telewizji oraz moim sercu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz