czwartek, 15 marca 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tomy 5 i 6 - Klasyczne Opowieści 5, 6


Po raz kolejny zanurzamy się w obrazkowy świat galaktyki daleko, daleko stąd. Kolekcja Komiksów Star Wars już po raz kolejny zebrała najstarsze historie, publikowane w latach 1981-1982. 
Za scenariusze poszczególnych rozdziałów zamieszczonych w obu tomach odpowiadają Archie Goodwin, Wally Lombego, Mike W. Barr, Larry Hama, David Michelinie i Chris Claremont. Rysunki wykonali Walter Simonson, Al Williamson, Carmine Infantino i Tom Palmer.
Tym z Was, którzy nie czytali moich wrażeń z poprzednich wydań, zapraszam tu: tom 1, tom 2, tom 3 i tom 4.

W Klasycznych opowieściach 5 i 6 otrzymujemy w zasadzie to samo, do czego zdążyła przyzwyczaić nas ta seria. To oczywiście niczym nie skrępowana, radosna, i co najciekawsze - niekanoniczna już twórczość. Podobne stwierdzenie absolutnie nie znaczy, że nie warto zagłębić się w te historie. A mamy ich tu bez liku!

Poznajemy ciąg dalszy komiksowej adaptacji Imperium kontratakuje, razem z Lukiem stajemy naprzeciw groźnej zabójczej sondzie, a wraz z Leią, C-3PO i R2-D2 lądujemy na Aargau, gdzie księżniczka z Alderaana podejmie próbę uzyskania finansowej pożyczki na rzecz rebelii. Zobaczymy też jak idą przygotowania do wybrania nowej bazy rebeliantów i poznamy przygodę Lando podczas powrotu na Bespin.
Należy mieć pełną świadomość, że to co wymieniłem powyżej jest zaledwie początkiem! Mnogość przygód znanych i lubianych bohaterów idzie w parze z kreatywnością autorów, którzy w czasach powstawania niniejszych komiksów mieli chyba dużo większą swobodę twórczą.

Jakkolwiek pomysłowe wydają się być te opowieści, dla mnie największą frajdą jest wyszukiwanie odniesień, błędów czy wszelkich zmian względem późniejszego kanonu uniwersum. Jest ich tu całkiem sporo. Nie zawsze jednak wprawne oko fana zdoła wyłapać je wszystkie, toteż poniżej przedstawiam te, które udało mi się dostrzec w trakcie pierwszego czytania.
A Was zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich własnych uwag (mogłem przecież coś przegapić!).

Najbardziej rzucającą się w oczy kwestią jest brak konsekwencji w jednym z najważniejszych elementów fabuły. Jak się być może domyślacie, chodzi mi o misję odbicia Hana Solo z rąk łowcy nagród, Boby Fetta. Okazuje się, że stan wiedzy bohaterów zmienia się wraz z każdym kolejnym rozdziałem komiksu. Raz mówią, że Han został zabrany na Tatooine, innym razem nie mają pojęcia gdzie porwany przyjaciel się znajduje. I tak na zmianę, przez cały tom piąty. A scenariusz ewidentnie sugeruje, że są już prawie gotowi na misję ratunkową. No błagam!...
W szóstym tomie na szczęście kwestia Hana nie powraca już prawie w ogóle, więc przynajmniej pod tym względem robi się już dość normalnie.

Kolejnym błędem jest pojawienie się nowego miecza świetlnego Luke'a, zaraz po tym jak stracił poprzedni w czasie potyczki z Vaderem na Bespin. Żadnego słowa wyjaśnienia, żadnej próby pokazania budowy nowej broni...

Z ciekawostek należy wymienić wspomnienia C-3PO, który w Trzecim prawie twierdzi, że jednym z jego poprzednich właścicieli był jakiś kolekcjoner motyli.
W rozdziale Zło powstaje z martwych pojawiają się gundarki (wiecie, te stwory o których wspomina Luke'owi Han w Imperium kontratakuje). Jest to o tyle ciekawe, ponieważ dużo później, a dokładnie w serialu The Clone Wars zaprezentowano zupełnie inny wygląd tych drapieżników. No, ale komiks był pierwszy. Tymczasem to wersja telewizyjna pozostaje w pełni kanoniczna.
W Ogniu rebelii wśród gwiazd Leia wyraźnie czuje Moc, choć nie zostało to nazwane bezpośrednio. Księżniczka wspomina, że czuła na odległość jak umiera załoga imperialnego niszczyciela. Podczas tej chwili doznała ich strachu i bólu, co nagle zastąpiła okropna, wszechobecna pustka.
Humorystycznym zagraniem w historii Witaj, Bespinie, i żegnaj! jest wspomnienie Lando o koncie bankowym posiadanym przez Vadera. W innym rozdziale narracja podpowiada, że Carlissian miał wielkie wzięcie także wśród przedstawicieli tej samej płci.


Rysunki nie odstają od tego, co prezentowane było w cyklu poprzednio. To nadal ta sama, klasyczna kreska, dominująca w komiksach amerykańskich na przełomie lat 70-tych i 80-tych.

Czego by nie sądzić o serii Klasycznych opowieści, są one prawdziwą kopalnią smaczków, dobrych i bardzo twórczych pomysłów. Niestety, wiele z nich jest również zupełnie nietrafionych. 
Na pewno wiele osób odrzuci nieco zramolały sposób opowiadania przygód bohaterów, toteż sądzę, że kolekcja najlepiej przemówi do oddanych fanów, chcących poznać rozwój historii sagi albo bardzo młodych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z komiksem. 
Reszta musi sięgnąć po ten tytuł na własną odpowiedzialność i przekonać się samodzielnie czy coś takiego im odpowiada. Ja myślę, że ponownie warto dać serii szansę.


Za udostępnienie tomów kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz